fesstiwal słowa w piosence
--
„Chłopaki Anansiego” Neil Gaiman, Wydawnictwo MAG, recenzja
Więcej o
Wydawnictwie

Recenzja: „Chłopaki Anansiego” Neil Gaiman

Recenzje [30.05.14]

Minęło dobrych kilka lat, od kiedy Gruby Charlie Nancy (który wcale nie jest gruby), Spider i reszta mniej lub bardziej żywych, mniej lub bardziej pokręconych, mniej lub bardziej zwierzęcych bohaterów z Chłopaków Anansiego rozbawili mnie po raz pierwszy. Bałam się kolejnego spotkania – na szczęście nic się nie zmieniło.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Żartom, które niegdyś powodowały spazmy śmiechu, zdarza się płowieć z czasem, a spotkania po latach mają to do siebie, że niejednokrotnie odbywają się w atmosferze krępującej ciszy, zażenowania, wymuszonej uprzejmości. Na szczęście Chłopaki Anansiego, dziełko fantasy stojące gdzieś między regałami z literaturą dla dzieci i dla dorosłych, po latach okazują się tak samo przyjemne, a może nawet przyjemniejsze niż w 2006 roku. Przyznaję, że jeszcze kilka dni temu podejrzewałam, że mój niegdysiejszy zachwyt powieścią – niewątpliwie perełką, skoro ów zachwyt pozostał na posterunku – wynikał z innych oczekiwań czytelniczych, przykładania mniejszej wagi do warsztatu autora, zachłyśnięcia się baśniowością i literaturą fantasy w ogóle. Spodziewałam się, że po latach wystawię Chłopakom Anansiego bardzo niską notę, miażdżąc tym samym pozytywne wspomnienia związane z tytułem Gaimana... Wbrew oczekiwaniom powieść okazała się nadspodziewanie zabawna, szalenie błyskotliwa i wciągająca. Po raz kolejny!

Chłopaki Anansiego udowadniają, że Neil Gaiman naprawdę potrafił kiedyś świetnie pisać. Budować niesamowicie plastyczne miejsca, a nawet całe światy, barwne, przemyślane postaci nakreślane w zaledwie kilku zdaniach, nasycać powieści licznymi nawiązaniami oraz żartami sytuacyjnymi i słownymi (choć opartymi raczej na języku Szekspira), a także wartką akcją. Historia o chłopaku, którego ojciec okazuje się bogiem, zaczyna się świetnie, prowadzi się bardzo dobrze i kończy się całkiem w porządku, co niekoniecznie da się powiedzieć o wszystkich tworach fantasy. Przede wszystkim jednak ma to, czego brakuje późniejszym tworom brytyjskiego pisarza – tempo. Nie chodzi jedynie o odpowiednio częste zwroty akcji czy odpowiednie budowanie napięcia, ale wycięcie z gotowej powieści niemal wszystkiego, co ją rozwadnia. Jestem przekonana, że po ukończeniu Chłopaków Anansiego gotowa powieść przeszła bardzo ostrą redakcję. Dziesiątki cięć, jakich zabrakło w wydanym niedawno Oceanie na końcu drogi, sprawiających, że całość czyta się jak dobry żart – budujący napięcie, ale nieprzegadany.

Przede wszystkim jednak to tytuł, z którego się nie wyrasta. Ma urok dobrego gawędziarza, który to wtrąci do opowieści kolejną opowieść, to sypnie jakimś celnym spostrzeżeniem na temat korporacji bądź związków, to przekaże coś za pomocą niebanalnej metafory – takiego, którego można słuchać godzinami i nie zacznie się ziewać. Gaiman marnuje się w segmencie dla dzieci, a przecież zarówno Chłopaki Anansiego, jak i Sandman czy Amerykańscy bogowie udowadniają, że doskonale mu wychodzi – a przynajmniej wychodziło – uderzanie do czytelników starszych niż posiadacze pierwszych zegarków. Ci ostatni też będą się dobrze bawić, w wykreowanej przez Brytyjczyka mitologii, w której jest miejsca na Kobietę Ptaka, wpływające na rzeczywistość pieśni czy odwieczną walkę między Tygrysem a Pająkiem, znajdą jednak dużo mniej niż dojrzalsi odbiorcy. I również będą zaśmiewać się do rozpuku, wyobrażając sobie Charliego idącego do szkoły w przebraniu swojego ulubionego prezydenta czy wiedźmę zamieniającą składnik magicznej receptury na zioła prowansalskie. Albo czytając kilkanaście akapitów o wielogodzinnej próbie dojechania taksówką za róg. Całość jest niewymuszenie przezabawna i w zasadzie składa się z samych umiejętnie przymrużonych oczu.

Chętnie założyłam zieloną fedorę i towarzyszyłam ojcu Charliego w spadaniu ze sceny prosto w biust zagranicznej turystki. Typowa dla Gaimana baśniowość staje się zaletą dopiero wtedy, gdy niczym w Chłopakach Anansiego towarzyszy jej odrobina absurdu. Liczę na to, że brytyjski autor cofnie się po własnych śladach i odnajdzie to, co sprawiało, że jego literatura była niegdyś tak wyrazista i pełna życia.

Izabela Pogiernicka

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.