fesstiwal słowa w piosence
--
Więcej o
Autorze/Tłumaczu

Recenzja: "Szopki 1922-1931 Pikadora i Cyrulika Warszawskiego"

Recenzje [04.04.14]

Kabaret przedwojenny to osobna wartość na polskiej scenie. Właśnie on był najwyżej doceniany za arcywysoki poziom literacki. Pisali doń najważniejszy poeci i literaci dwudziestolecia międzywojennego, tacy jak Hemar, Lechoń, Słonimski i Tuwim.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Wydawnictwo Iskry nie byłoby sobą gdyby nie przypomniało nam klasycznych już tekstów "Szopek politycznych" pisanych przez największych mistrzów ciętych dialogów, m. in. Mariana Hemara, Jana Lechonia, Antoniego Słonimskiego czy Juliana Tuwima. Szopki ówczesne to połączenie literackiej wirtuozerii z politycznym satyrycznym kabaretem. Te słowne jasełka niejednemu wówczas politykowi i wojskowemu, szczególnie po przewrocie majowym i Berezie Kartuskiej zalazły za skórę, stąd częste zapędy cenzorskie i interwencje dotkniętych nimi oficjeli. Przeczytałem wszystkie opublikowane w tym tomie teksty i jedno nie ulega wątpliwości. Polacy uwielbiają ciągłość pewnych zachowań w historii. Podeprę się pierwszym z brzegu cytatem z "Pierwszej Szopki Warszawskiej":

Scena II:

(na melodię Yankie Doodle)

Jestem Neuwert - kalamburda
Temu służę, kto mi wór da.
Wszystko furda - sypię z wrzaskiem
W oczy góry z piaskiem

wers kolejny:

W ciągłej muszę być rozterce:
Tu interes, a tam serce,
Wierzę Herce, gryzę Fryze
Chętnie wszędzie wlizę.

Jak nic nasuwają się współczesne analogie z naszą pożal się boże klasą polityczną, która już tak nisko upadła, że nie jest w stanie zobaczyć swojego lustrzanego odbicia. Prywata, politykierstwo, lizusostwo, karierowicze i salonowcy, celebryci i cykliści wszyscy w politycznych mękach marzą tylko o jednym... o władzy. Oczywiście jeśli władza, to pieniądze, apanaże i te "Bale w Operze" pełne przebierańców. Wszystko w cieniu "Dziadka", wielkiej II Rzeczypospolitej zdobytej krwawym wysiłkiem, a potem systematycznie roztrwanianej w podchodach, harcach i nagonkach.

Satyryczny wymiar ówczesnych "Szopek" zbudowany jest przede wszystkim na grze słownej, kalamburach i bon motach. Wszystkie ich zawiłości wyjaśniają nam zamieszczone na końcu książki bardzo dokładne "Objaśnienia". Występujący w nich oficjele, politycy, wojskowi, ministrowie stanowią kwiat ówczesnej elity rządzącej dopiero co odbudowanej II Rzeczpospolitej. Ich zjadliwość rośnie jak już wspominałem zaraz przewrocie majowym i Berezie Kartuskiej. Słowne ostrza przebijają czułe ego rządzących, ranią dogłębnie, a rany te nie goją się zbyt dobrze:

(na melodię "Pod górę mnie wiodą")

Rycą wołki, rycą
Żałośnie z obory
Oj, szykuj się Wincenty
Niedługo wybory!

Płynie woda, płynie
Po Bardlowym młynie
Oj cosik opowiada,
że skandal w rodzinie

Cały czas wydaje mi się, że wszystko to już raz przerabialiśmy i kręcimy się wokół jakiegoś obłędnego déjà vu. Nie potrafimy zerwać z tą naszą tradycją i polskim piekiełkiem, gdzie każdy każdego smaruje błotem i smołą w przysłowiowych białych rękawiczkach. Zmienianie barw partyjnych, przechodzenie z flanki na skrzydło, strzały zza węgła, ciosy w plecy, to tradycyjny repertuar "Politycznego Kodeksu II i III RP". Nie mylić z Kodeksem Boziewicza. Z tym, że teraz pieniądze są większe, a skrupułów jakby mniej:

Dawniej sprawa była czysta,
kto był endek lub faszysta,
Krzyczał hańba, krzyczał precz!
Teraz jest odwrotna rzecz.


Pomimo, że te słowne scenki odnoszą się do konkretnych osób z ówczesnej politycznej sceny, może bardzo łatwo je dopasować do naszej teraźniejszej pseudoelity, która nawet nie bardzo kryje się z tym, że chodzi jej głównie o koryto i europejskie synekury zwane potocznie "konfiturami z brukselki". Jak pamiętacie państwo "Szopki polskie" czy noworoczne Marcina Wolskiego, to nawiązywał on chlubnie do naszych przedwojennych tradycji. Zyskały sobie
dużą oglądalność i przeszły do historii polskiej satyry politycznej.

Polecam naprawdę, mimo wielu odniesień do minionej historii zaznacie Państwo prawdziwego literackiego déjà vu. Będziecie przy tym obcować z nienaganną polszczyzną, bogatym słowotwórstwem. Aż czasami nie chce się wierzyć, że Polacy wżdy tak obfity posiadali język i słownictwo. Ale to też już historia, teraz wystarczy ściąga i 1570 słów po to, by porozumieć się z własną komórką. A może się przeliczyłem?
Jak myślicie?

 

Gabriel Leonard Kamiński

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.