fesstiwal słowa w piosence
--

Staram się opisywać i przedstawiać świat oczyma postaci, nie zaś opisując wszystko dookoła - rozmowa z Paulem McAuley'em

Wydawnictwa [02.07.15]

Prezentujemy wywiad z Paulem MCAuley'em, który przperowadził Gabriel Leonard Kamiński w kawiarni EMPIK na Nowym Świecie w Warszawie.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Gabriel Leonard Kamiński  Jest Pan autorem wielu powieści, przetłumaczonych na wiele języków, w tym język polski. Pańskie książki pozyskały sobie wiele pozytywnych recenzji na całym świecie. Czy czuje się Pan spełniony jako autor?

 

Paul McAuley, Hmm, ok, napisałem kilka książek, więc myślę, że mogę się uważać za autora. Jednakże co do spełnienia to nie, właśnie głównym aspektem dobrego pisarza jest moim zdaniem to, że nigdy nie jest spełniony. To znaczy każda nowa książka, gdy powstaje w głowie jest idealna, gdy zaczynam pisać zaś psuję ją po drodze. Potem z kolei zabieram się za kolejną idealną książkę i tak w nieskończoność. Tym jest dla mnie pisanie.

G.L.K.: Pana książki zyskały sobie wiele pozytywnych opinii w Polsce. Wielu recenzentów określiło Pana styl, gatunek, jakim Pan operuje, jako „czyste” science-fiction. Czy taki właśnie był Pana zamiar? Czy to jest Pana styl?

Paul McAuley, To właściwie wychodzi od książek, które osobiście lubię czytać. Otóż nie czytam science-fiction, gustuje w beletrystyce, współczesnym amerykańskim powieściopisarstwie. Głównym celem owej twórczości jest w moim mniemaniu próba reprodukcji tego, w jaki sposób ludzie myślą, w jaki sposób przeżywają swoje życie. Moim zamiarem zaś jest próba przełożenia tego na konwencję science-fiction. Oczywiście ludzie, bohaterowie moich książek żyją w zupełnie innym środowisku, w innym świecie. Ich spostrzeżenia jednak, sposób, w jaki ów świat postrzegają, wpływają na niego ma w tej materii wiele wspólnego. Jeśli chodzi o dwie powieści, o których rozmawiamy – Cicha Wojna i Ogrody Słońca – są w nich opisane dziwne miejsca, księżyce Jowisza i Saturna, jednakże te miejsca naprawdę istnieją, są prawdziwe. Wiemy o nich dzięki odkryciom zautomatyzowanych sond kosmicznych, naukowcy opublikowali zdjęcia tych miejsc. Wiemy, jak one wyglądają z daleka, nie wiemy jednak, jakby to było spróbować na nich żyć. To są pola, które eksploruję, chciałbym zmniejszyć dystans między tym, co widzimy, a tym, po czym chodzimy. Chodzenie bowiem to czysto ludzkie doświadczenie, które likwiduje ów dystans. Owe dziwne światy, dziwne miejsca, w których postaci z moich książek żyją zmuszają ich do podejmowania działań, budowania nie tylko środowisk, ale też społeczności. Ten proces jest głównym tematem książki i źródłem konfliktu, który buduje fabułę. Po jednej stronie mamy Zewnętrznych, którzy znaleźli nowy sposób na funkcjonowanie jako społeczeństwo, po drugiej stronie zaś tradycjonaliści z Ziemi, dla których ów nowy porządek stanowi swego rodzaju zagrożenie.

 

G.L.K.: W Pana książkach daje się zauważyć ogromną precyzję, głównie w opisach i jest to opinia nie tylko moja, ale i wielu recenzentów. Widać, że wie Pan o czym pisze, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Czy jest to wynik tego, że był Pan naukowcem?


Paul McAuley,: Nie sądzę, hmm, to jest dobre pytanie. To znaczy nie znam zbyt wielu pisarzy, którzy są naukowcami, myślę, że jest ich niewielu, a znam mnóstwo książek precyzyjnie napisanych. Myślę, że owa precyzja u mnie wynika chyba raczej ze skupienia się na bohaterach. Staram się opisywać i przedstawiać świat oczyma postaci, nie zaś opisując wszystko dookoła. Myślę też, że w kwestii polskiego przekładu wiele zawdzięczam tłumaczowi, gdyż bez niego nie byłoby efektu, o który Pan pyta. Chciałem mu przy tym bardzo podziękować, gdyż zapewne przyczynił się on w dużym stopniu do polepszenia moich dokonań, a to zawsze dobra rzecz.


G.L.K.: W kwestii science-fiction bardzo często mówi się o tym, że pisarze s-f są swego rodzaju wizjonerami, że często przewidują ścieżki, którymi podążać będzie ludzkość w przyszłości, czy też katastrofy, jakim przyjdzie nam stawić czoła. Eksploracja kosmosu, czy też jego podbój kilkadziesiąt lat temu były czystą fantazją, dziś są na wyciągnięcie ręki i wiele problemów z tym związanych można znaleźć wśród dokonań wielu autorów. Dlaczego według Pana ludzie nie słuchają głosu pisarzy w tej kwestii, nie biorą pod uwagę bardzo często trafnych obserwacji? Jakie konsekwencje według Pana może mieć podbój kosmosu przez człowieka?


Paul McAuley,: Ludzie nie słuchają głosu naukowców, którzy dysponują faktami i są w stanie udowodnić swoje tezy. W kwestii chociażby globalnych zmian klimatycznych, które przecież nastąpiły i postępują, przemysł przetwórczy zwiększa ogólną temperaturę na Ziemi powodując wiele zmian i naruszając równowagę pogodową. Wielu naukowców nawołuje do zmian w tej kwestii, jednakże jest im bardzo ciężko przedrzeć się z tą informacją. Jeśli zaś naukowcy nie są słuchani i postrzegani, co dopiero mówić o pisarzach s-f, gatunku, który z zasady jest uważany za zmyślony i bazujący na wyobraźni, nie zaś faktach. Jednakże jak wspomniał Pan w swoim pytaniu, owszem science-fiction nie jest gatunkiem „zmyślonym”, teraźniejszość zmienia się w przyszłość cały czas, teraz. Celem pisarzy s-f jest zaś obserwacja tego procesu i wstrzelenie się we właściwy moment, właściwy trend i podążanie za nim, by zobaczyć jak daleko może on zajść, jakie może wytyczać ścieżki. Według mnie właściwie najlepsza powieści science-fiction to taka, które odzwierciedla teraźniejszość, w jakiej żyjemy, jako twórca staram się po prostu uczynić owe czasy bardziej dziwnymi, wyszukiwać kierunki, w których mogą podążać sprawy, gdzie możemy dojść wiodąc nasze życie tak, jak robimy to teraz. To mnie najbardziej interesuje i najlepszym narzędziem jest dla mnie w tej kwestii internet, na przykład Twitter, gdyż znajdować informacje i tematy można w dzisiejszych czasach z minuty na minutę. Więc tak naprawdę to czasy współczesne najbardziej mnie interesują i to czasy współczesne służą mi za inspirację.


Co do podboju kosmosu – głównym problemem, jaki starałem się poruszyć w Cichej Wojnie i Ogrodach Słońca to właśnie sposób postrzegania i definiowania pojęć. Sama chęć czy staranie podboju jest ideą błędną. W tym sensie przybywają na nową planetę, w nowe miejsce, do nowego środowiska i za wszelką cenę starają się przejąć nad nim kontrolę, zmienić je tak, by wyglądało i działało jak dom, jak Ziemia, z której przybyli. Tymczasem w tych nowych miejscach już przebywają ludzie, którzy z kolei adaptują się do nowych warunków, próbują żyć w zgodzie z naturą tych nowych, nieznanych dotąd miejsc. Jedni robią to bardziej subtelnie, drudzy mniej. I myślę, że nasz podbój kosmosu może wyglądać podobnie. Nie jest to kwestia przybycia i zagarnięcia nowych planet, najważniejsza jest umiejętność życia w zgodzie z nowym środowiskiem, akceptując jego indywidualny rytm, nie zaś niszcząc je. Jak już mówiłem w moich powieściach ścierają się dwa koncepty podboju. Pierwszy to właśnie ów tradycyjny, jak z misji Apollo – przybywamy, stawiamy flagę na księżycu i od tej chwili uważamy to miejsce za nasze, po czym znikamy i wracamy znów po czterdziestu latach – pomysł w moim mniemaniu nieco naiwny. Jest też w tym jakaś doza arogancji, że dopiergo, gdy ukształtujemy nowe miejsce pod kątem swoich oczekiwań, życie na nim będzie możliwe. Drugi to właśnie próba zrozumienia nowego miejsca, dopasowania się do tych nowych, dziwnych miejsc, do innej grawitacji i innych jego aspektów. Ten drugi sposób jest moim zdaniem o wiele lepszym, bardziej oświeconym.

 

 

G.L.K.: W Cichej Wojnie ukazuje Pan świat rządzony przez wielkie rodziny, w którym ludzie niźsi stanem żyją w biedzie, ściśnięci w suburbiach, ciężko pracując przy właśnie zagospodarowywaniu nowych ekosystemów. Czy jest to swego rodzaju parabola globalizmu, który da się zauważyć we współczesnych nam czasach? Żądzą nami korporacje i świat wielkiego biznesu, w którym ten człowiek na dole niewiele znaczy?



Paul McAuley,: Tak, ten koncept powstał jakby w trakcie pracy nad powieścią, jako że ci oligarchowie, wielkie rodziny nie stanowiły osi wszystkich wydarzeń od samego początku. Chodziło mi o to, by pokazać, w jaki sposób wyglądać będzie ludzkie społeczeństwo po paśmie katastrof pogodowych na Ziemi, które później skłoni ich do eksploracji kosmosu. Żeby nadać temu wydarzeniu znaczenia pokazałem, jaki impakt miało ono na ludzi szczególnie bogatych, mających właściwie pełnię zarówno władzy, jak i zasobów. W konsekwencji - tak, jak zapewne wyglądałoby to w czasach nam współczesnych ci najbogatsi, mający najwcześniej dostęp do ważnych informacji zawsze reagują szybciej i mają znacznie większą szansę się uratować. Czytałem o pewnej wyspie na Hawajach, gdzie mnóstwo bogatych Amerykanów wybudowało sobie domy, gdyż odkryto, że owo miejsce w przypadku jakiejś wielkiej katastrofy globalną skalę jest relatywnie najbardziej bezpieczne. To, że bogaci mają często te wielkie jachty może niejako potwierdzać tę teorię. Więc tak jak w mojej książce bogacze wyszli cało z tej globalnej katastrofy, ci „mali ludzi” ucierpieli najbardziej. Oligarchowie stali się tym sposobem jeszcze bogatsi i jeszcze bardziej wpływowi. Myślę, że to jest trend, który zaczyna być współcześnie coraz bardziej widoczny. Nie chodzi mi tu tylko o korporację , ale ogólnie o bogatych ludzi, którzy kontrolują na ten przykład polityków. Taka sytuacja sprawia, że demokracja jako koncepcja polityczna przestaje mieć znaczenie. Dużo ludzi uzmysławia sobie, że ich głos tak naprawdę nie znaczy zbyt wiele w starciu na przykład z dwudziestoma milionami dolarów drugiego człowieka, które są przecież warte o wiele więcej. W miarę jak obmyślałem koncept Cichej Wojny postanowiłem coś takiego właśnie pokazać, jednakże bardziej wyraźnie i stąd pomysł na oligarchów, wielkie bogate rodziny, które z racji swojego bogactwa i wpływów tak naprawdę stanowią władzę. W ten sam sposób wyglądała Anglia po inwazji Normanów w 1066 roku, więc jak widać to, co robię to właśnie znalezienie jakiegoś ciekawego momentu w historii, bądź współczesności i przełożenie tego na „realia” science-fiction.


G.L.K.: Jest Pan obecny na polskim rynku wydawniczym od dłuższego czasu. Na język polski przetłumaczone zostały właściwie wszystkie Pana książki, w tym Cicha Wojna i Ogrody Słońca, wydane przez Wydawnictwo MAG. Jeśliby Pan miał możliwość zachęcenie czytelników do lektury swoich powieści, co by im Pan powiedział?


Paul McAuley,: Jejku, nie wiem. Jestem pisarzem, nie marketingowcem. Mam po prostu nadzieję, że znajdą moich książkach coś, co odzwierciedla w jakimś stopniu to, co dzieje się teraz. W żadnym wypadku nie chciałem, by moja twórczość była jakąś parabolą, czy też nauczała czegoś, przestrzegała przed czymkolwiek. Chciałem, by lektura po prostu sprawiała radość. Moim zamierzeniem było nakreślić owych pięć postaci, chcąc nie chcąc zamieszanych w wydarzenia, powoli zmierzające ku wojnie, która z kolei przebiega błyskawicznie. W drugiej części opowieści zaś ci sami bohaterowie muszą stawić czoła konsekwencjom, jakie przyniosła ze sobą owa wojna. Mam nadzieję, że czytelnicy znajdą interesujące ich rzeczy w losach bohaterów, którzy muszą sprostać nowym wyzwaniom, odnaleźć się w bardzo często skrajnie nowych sytuacjach. Mam też ogromną nadzieję, że czytelników zainteresują nowe krajobrazy na księżycach Jowisza i Saturna i jak już mówiłem ja ich nie wynalazłem, nie są one wymyślone. Owe krajobrazy bazowałem na zdjęciach i mapach sporządzonych przez zrobotyzowane sondy kosmiczne, opublikowane przez ludzi, którzy z ich pomocą obserwowali te miejsca. Jak już też wspominałem, w Układzie Słonecznym jest tak wiele nowych miejsc, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia np. 30 lat temu. Marzymy o nieznanych miejscach, niezwykłych, nowych planetach, zaś jak pokazują najnowsze obserwacje mamy je pod samym nosem. Tak naprawdę te dwie książki są moją odpowiedzią właśnie na te nowe odkrycia. Niesamowite rzeczy, jak podziemny ocean wielkości Oceanu Arktycznego odkryty w głębi ziemi na terenie Azji. Mówi się, że może w nim istnieć życie. Gejzery na Enceladusie, lodowym księżycu Saturna. Krajobrazy na Tytanie, które na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie jak te na Ziemi. Są tam rzeki i piaszczyste diuny, przy czym rzeki powstały z płynnego Etanu, diuny zaś to małe zamrożone grudki substancji, którą u nas nazwalibyśmy benzyną. I to jest niesamowite, gdyż na zdjęciach satelitarnych wyglądają one zupełnie jak na Ziemi, jednakże zrobione są z zupełnie innych substancji, powstały zaś w wyniku działania niezwykle niskich temperatur, kilkunastokrotnie niższych, niż wewnątrz zamrażalników, które mamy w domach.

Dziękuję Panu za rozmowę

Z Pailem McAuley'em, autorem „Cichej wojny", „Ogrodów słońca" opublikowanych przez wydawnictwo MAGA rozmawiał redaktor Portalu Księgarskiego i Fundacji Libroskop Gabriel Leonard Kamiński


Opr. GLK.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.