fesstiwal słowa w piosence
--

Dziewiąty Dzień Miesiąca Spotkań Autorskich: Filip Springer i Petro Mid’ianka

[15.07.15]

W poniedziałek gośćmi wrocławskiej Mediateki i 5. edycji Miesiąca Spotkań Autorskich byli Filip Springer, reporter i fotograf oraz pochodzący z Zakarpacia ukraiński poeta, prozaik Petro Mid’ianka.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

 

 Sala Mediateki, Filip Springer i Magda Piekarska 

Spotkanie z Filipem Springerem prowadziła Magda Piekarska. Rozmawiano o jego dwóch znanych książkach „Miedzianka. Historia znikania" (2011), historia starodawnego dolnośląskiego miasteczka, które w tajemniczy sposób znikło z powierzchni ziemi, opublikowaną  przez prestiżowe wydawnictwo Czarne. Nominowany m. in. do nagrody literackiej Nike, nagrody Ryszarda Kapuścińskiego czy do  środkowoeuropejskiej nagrody Angelus.A drugą jest tytuł „Źle Urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u" (2012), poświęcona architekturze komunistycznej Polski, w sposób luźny nawiązuje do niej publikacja „Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni" (2013).

 

Filip Springer, Magda Piekarska

Czy architektura może zbawić? Czy żyjemy w kraju architektonicznej przypadkowości, nad którą nikt i nic mnie panuje? Dlaczego polska urbanistyka praktycznie przestała istnieć? Na te i inne pytania można było usłyszeć ciekawą rozmowę i uzyskać, no może nie całkiem satysfakcjonującą odpowiedź. Jak się okazuje w Polsce władza w miastach należy do troglodytów. Widać to szczególnie w dużych miastach metropoliach. Przykładem był Wrocław, Warszawa, Gdańsk, Poznań. Zabudowane galeriami koszmarkami, a celuje w tym Wrocław,gdzie praktycznie z każdej strony Stare Miasto odcięte zostało od centrum. Arkady Wrocławskie, Galeria Dominikańska plus dwie pozostałe „budowlane trumny" zamykające szczelnie tą przestrzeń degradują dolnośląską stolicę jako miasto europejskie. Włodarz tego grodu przeszczepia najgorsze PRL-owskie schematy budowlanych modernistycznych brył, które, ostatnio przy Dworcu Głównym, otaczają dziewiętnastowieczną zabudowę kordonem betonowo-szklano-metalowych gmaszysk, które nie mają nic wspólnego z harmonią, ani ładem przestrzenno-urbanistycznym.




Ale to mój osobisty komentarz do dyskusji. Rozmowa miała typowo letni charakter. Mówiono o przykładach, ale nie dowiedzieliśmy się jak z tym walczyć, jak się organizować i do kogo mieszkańcy mogą się zwrócić z uwagami dotyczącego architektonicznych koszmarków.

Filip Springer podpisuje swoje książki

Co możemy zrobić? Okazuje się, że niewiele oprócz dokumentacji zdjęciowej. Taki właśnie duży projekt opisania, „spaceru architektonicznego" po miastach wojewódzkich, który zaangażowanych jest bardzo wiele osób i instytucji realizuje Filip Springer wraz z zespołem.

Jego nowa książka, która wyjdzie na wiosnę dwa tysiące szesnastego roku nosi tytuł "Trzynaście pięter"  i będzie dotyczyła problemów mieszkaniowych w wolnej już Polsce.

Drugim gościem dziewiątego dnia 5. edycji Miesiąca Spotkań Autorskich był
Petro Mid’ianka, poeta, prozaik pochodzący z Zakarpacia. Wystąpił przed nami zakarpackim ludowym stroju.

 

Petro Mid’ianka. Spotkanie prowadziła Jadwiga Skowron.


Prowadzące spotkanie przedstawiła naszego gościa. Petro Mid’iankę.
Urodził się w 1959 roku we wsi Szyrokij Łuh na Zakarpaciu. Mieszka tam do dzisiaj i pracuje jako nauczyciel. Poeta (czeskie tytuły tomów Поріг, 1987; Дижма, 2003; Луйтра в небо, 2010; po czesku ukazał się zbiór Užhorodské kavárny, 2004). Daleko od Kijowa i Lwowa pisze wiersze pokazujące niepowtarzalny koloryt językowy Zakarpacia – Rusi Podkarpackiej ze wszystkimi licznymi madziaryzmami, słowakizmami, rumunizmami, archaizmami i dialektyzmami. W roku 2012 otrzymał za swój zbiór Луйтра в небо Nagrodę Szewczenki, najwyższą ukraińską nagrodę za działalność kulturalną. Váno Krueger pisze że Midianka jest „poetą-encyklopedystą, jego wiersze przypominają barokowe traktaty naukowe” i nazywa go „patriarchą poezji karpackiej”.  

Petro Mid’ianka czyta swoje utwory


Przez długi czas Petro był nauczycielem języka ukraińskiego w szkole podstawowej i próbował dzieci zainteresować literaturą piękną. Czytał im poezje, bajki, ale jak mówił nieraz wyprowadzały go z równowagi, do tego stopnia, że kilkakrotnie rzucał w nie antologią literatury ukraińskiej. Ale i ta metoda nie była skuteczna, nie chciały się uczyć, żadne z jego uczniów nie poszło w jego ślady.

 

 Petro Mid’ianka w stroju loudowym


W czasie, kiedy Ukraina wchodziła w skała Związku Radzieckiego pisał do szuflady. Także właściwie zadebiutował dopiero po upadku ZSRR, po koniec lat osiemdziesiątych. Jak już wspomniano w jego biografii w swoich utworach poetyckich i prozatorskich stosuje liczne językowe dialektyzmy i archaizmy pochodzące z węgierskiego, słowackiego, rumuńskiego, łemkowskiego.

Na spotkaniu usłyszeliśmy wiersze w wykonaniu autora, a na ekranie mogliśmy zapoznać się z ich polskimi tłumaczeniami. Wykonała je specjalnie na okazję Miesiąca Spotkań Autorskich Agnieszka Matkowska.

Pułkownik Mychajło Kołodziński


Ani szewronu, ani akselbanta.

Tylko mundur i z celownikiem broń.

On nienawidził sercem okupanta,

Choćby i zabrzmiał pożegnalny dzwon.


Bo ta ziemia od Zachodu do Wschodu

Płuca nasze, otwarte na przestwór....

Na niej ślady Zimowego Pochodu,

A nie żrący bandycki odór!


To nie z obrazka pasterska idylla:

Posrebrzana Karpacka Ukraina,

gdzie oświeconych i ślepców żyje lud.


I czy trzeba jej większego syna?

To jego ciało przykryła głębina

słotwiańskich Cisy słonych wód?

 

Petro Mid’ianka: Ten wiersz zadedykowałem moje przyjacielowi Mychajło Markowyczowi: 

 

 

Mychajłowi Markowyczowi


We mgle góry, niby pod płaszczami,

gdzie ni szosy, ni szlaku nie ma.

Znowu woliwscy marmaroszczanie,

pozostali w świerkowych cieniach.

I bronią rodzimej ziemi i wiary,

bez wzburzenia, łez i narzekania.

I bronią morskiego oka Synewyru,

Dawne tytle w „Niagowskich Nauczaniach”.

Modlą się i śpiewają: „Szcze ne wmerła...”,

Zapominając, co to lęk i strach.

Kiedy parabolę „o skarbie i perle”

przeczyta kołczawski diak...

Na chrztach, ślubach, na tryźnie...

Wszędzie bałagan i rozgardiasz...

Tak i w tej posrebrzanej ojczyźnie

jest osada o nazwie Majdan.


 

 

zybko-szybko beczka się zamyka

owocnymi jesieni zbiorami...

Doliwski myśliwy poetę spotyka

z borowikiem na samej grani.

Że poeta: to widać z daleka;

Swój wzrok gdzieś w dal kieruje,

tam gdzie gromy toną w świerkach,

gdzie lis legowisko buduje.

Biedną zwierzynę pogania myśliwy,

pociągnie czasem z butelki.

Zanurza się w ponadziemskie dziwy

poeta otwierając tom wierszy.

Od dzikiej czereśni daleki

i cierpki ruch mrowiska.

I skwarne wilgotne oddechy,

miedziana, kręta ścieżynka.

Już zmierza z grzebienia przełęczą,

na połoninę, dalej na siodło.

I wieczorna szarówka pajęcza

spowija wieś opryszkowską.




 

Ilekroć idziesz przez Łuh nieznany:

Tęskni w łęgu ptaszyna,

i nigdzie ni kropelki wody.

I te torby u ludzi niczym sakwy,

te orzechy i jabłonie pradawne.

Tylko Pilchy na brzegu brak,

odeszła do nieba już dawno.

Już więcej niż połowa odeszła,

jak czereśniowe pnie spróchniałe...

Na połoninę leci kukułeczka

i odmierza mój czas kukaniem.

Dziobiąc gałęzie wiązu, w pędach

rozwijają się łodygi listków.

I łąka białego rumianku zżęta

kiełkuje z kości na cmentarzysku.

Wszystko przeżyła istota ludzka,

Niejeden anioł czmychnął z gór.

Wiecznie wznosi się Prannykuska,

Na północy Towpasz wśród chmur.

Chciałbym tu też zamieścić krótkie opowiadanie Petro Mid’ianki, które z braku czasu nie zostało publicznie przeczytane, bo uważam je za charakterystyczne dla zrozumienia jego twórczości. Nowela  ma tytuł „Złote światełka", przetłumaczyła je dla nas p. Anna Ursulenko.

Złote światełka

Długimi zimowymi wieczorami podczas Postu Bożonarodzeniowego Petryk wygodnie zasiadał w półciemnym zakątku pieca rozgrzanego od grubych bukowych polan. Lampa naftowa oświetlała tylko nieznaczną część małego pokoiku, gdzie lubił palić swoją niezmienną „Werchowynę” stary drwal Iwan Sikora. Ten o czymś długo opowiadał tacie i mamie Petryka, a chłopczyk pilnie wpatrywał się w kwadraciki czteroszybowego okna, przez które sączyło się światełko samotnej nocnej gwiazdy nad gęstymi koronami buków na samym wierzchołku Bowasza…

Najbliższym i najbardziej tajemniczym wierzchołkiem, który mały oglądał każdego dnia i każdego wieczoru, był Szczowbyk. Jego klocowate nogi omywał melodyjny i przejrzysty strumyk Syrowiec. Od brzegów strumyka rozbiegały się w kierunku wsi dwie polne drogi, które z jakiegoś powodu nazywano rozchodnymi. To miejsce także uważano za straszne i zaczarowane.

Stary Sikora siedział na niewielkim zydelku przed samym paleniskiem, w drzwiczkach którego widniały trzy otwory z blikującym na podłogę płomieniem watry. Ogienek jego na wpół wypalonego papierosa świecił się czerwoną iskierką i dziadek Iwan straszył Petryka, że przypali go tym świetlikiem, jeżeli będzie źle się zachowywał i rozrabiał.

Dziadek Iwan obiecał opowiedzieć kolejną wieczorną bajkę, która przenosiła przebogatą dziecięcą wyobraźnię chłopczyka w odlegle światy. Dorośli w chacie mieli jakieś ważne życiowe rozmowy, które dotyczyły dnia jutrzejszego. Petryka to mało obchodziło. Jego uwagę przykuwał czarny kwadrat okna. Przez poletko, które ojciec kupił jeszcze za Czechów od bezdzietnej kobiety Jurychy Bajnarakowej, biegł niewielki potok, podążając przez ogródki do wartkiej rzeczki. Strumyk również wyśpiewywał zmierzchową piosenkę, jego woda była zaciągnięta przejrzystą błonką lodu i szadzi…

Raptem chłopczyk zobaczył, jak po samym grzbiecie Szczowbyka szybko pomknął cieniutki promień światła. Błyskawicznie podnosił się do koniuszka góry i tak samo prędko opadał do jej podnóża. Powtarzało się to kilka razy i na główce Petryka włosy stanęły dęba, a po ciele przeszły ciarki. Światełko było jakiegoś niewiarygodnie ceglasto-pomarańczowego koloru, dosyć matowe. Na chwilę zamierało między wierzchołkami młodziutkich buków i gwałtownie opadało z nich, strącając całe pęki bladych iskier.

Strachu jeszcze napędziła niedawna opowieść sąsiadki Mariki, która spóźniła się z pojeniem bydła i musiała nieść wodę z Syrowca o zmierzchu. Już chciała zaczerpnąć z nurtu czystej wody, gdy nagle na brzozę na przeciwległej stronie potoku spadł żółty krążek i zaczął cały sypać iskrami. Marika rzuciła wiadra i co sił popędziła przez rozchodne drogi na swoje obejście, a za nią powiał taki mocny wiatr, że stare jabłonie i grusze ugięły się do ziemi.

Petryk cały drżał z przelęknienia w ciepłym zakątku domowego pieca i dygocącym głosem zawołał mamę. „Zobacz, co to tam za światła, mamo, tak latają po Szczowbyku?” „Nie patrz w okno, synku, tam zawsze je widać, a żeby ich pokręciło. Duch Święty pilnuje i przy nas chrzczonych też czuwa… Przeżegnaj się i módl się na głos »Daj Boże wszystkim ludziom dobrej nocki i mi malutkiemu…« Niech sobie idą z nocą…”

A jeszcze tatko mówił, że przy studni Ołeksy Mariczyna o północy pasie się biały koń, a na polu Jury Diaczyszyna słychać brzęk łańcuchów i ktoś pogania woły, które orzą.

Matka z zaniepokojeniem patrzyła na Petryka, obawiając się, żeby coś złego nie przytrafiło się dzieciakowi, bo takie głupoty przychodzą mu do głowy. Po niedalekich od gospodarstwa starych cmentarzach ciągle błąka się Grobowa Potynka, jeszcze trzeba będzie nad watrą wypędzać chorobę z małego.

Petryk zasypiał przy przykręconym troskliwą ręką matki knocie lampy naftowej. Matka zamiotła glinianą polepę, żeby w chacie nie potknęły się aniołki, gdy będą się bawiły. Na knocie wkrótce narosła wielka czarna kula węgla, która zapowiadała bliski koniec nafty. Knot zasyczał i zgasł, w chacie zrobiło się ciemno, jak w trumnie.

Petryk już wędrował ze złotą lampką-nietoperzem na podniebną Kyczerę, gdzie dowoli można było sunąć po psiej trawce, gdzie z lasu wyfruwały córki górskich wiatrów i wichrem zgarniały wyschnięte liście jesionów.

 

Gabriel Leonard Kamiński: Pan Petro wykorzystuje  w swoich książkach bardzo wiele słów pochodzących z języka ludowego, dużo archaizmów językowych, wyrażeń folklorystycznych. Czy nie kusiło go by wydać osobny słownik, aby przetrwało to dla potomności?

Petro rozumiejąc moje słowa pokazał, że każda jego książka zawiera na końcu osobny słownik wszystkich archaizmów i dialektyzmów użytych przez niego w swoich otworach czy to prozatorskich, czy poetyckich


Petro Mid’ianka:  Nie myślałem do tej pory o wydaniu osobnego słownika, gdyż każda moja opublikowana książka zawiera dokładny słownik słów pochodzących z różnych języków, jak i archaizmów językowych nie używanych już powszechnie na Zakarpaciu.

Orp. GLK

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.