fesstiwal słowa w piosence
--

Anna Janko - Opowiedziane po latach powraca w pamięci i boli

[18.07.15]

W środę Mediatekę odwiedzili: Anna Janko, poetka, prozaiczka i felietonistka. a drugim gościem był:Jurij Wynnyczuk prozaik i poeta. Poniżej relacja!

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Spotkanie z Anną Janko prowadziła Magda Piekarska.

 

Sala główna Mediateki: Anna Janko, Magda Piekarska


Jak zwykle przy pełnej sali Mediateki byliśmy świadkami niezwykle szczerej rozmowy, nie tylko o ostatniej książce Janko „Mała zagłada", ale też o traumie, która po latach powraca, jak nigdy do końca nieprzerobiona lekcja. Powraca w momentach, w których otwiera się pamięć, w chwilach, gdy powracają obrazy i wspomnienia. Anna Janko z przerwami przez dwadzieścia dwa lata swego życia związana z Wrocławiem próbowała odpowiedzieć sobie zarazem i nam na pytanie: co to miasto tak naprawdę wniosło do jej twórczości?



Magda Piekarska: W „Dziewczynce z zapałkami" możemy spotkać wrocławskie motywy. Na ile są one jeszcze dla Pani ważne i inspirujące do pisania?

 



Anna Janko: Witam Państwa bardzo serdecznie. Cieszę się, że w taki upał przyszliście tak licznie na moje spotkanie, przede wszystkim z książką dotyczącą spraw dość ponurych. To jest dla mnie znak, że chcieliście Państwo przyjść, i ta książka mimo pełni lata jest dla Was jakoś ważna.

Ale wróćmy i pozostańmy przez chwilę we Wrocławiu. Jestem obecnie we Wrocławiu już ósmy dzień, może dziewiąty dzień. Muszę przyznać, że jest to pierwszy raz, po tak długiej przerwie, tak, iż niewiele zdążyłam zobaczyć. Teraz przyjechałam na tyle wcześniej, że mogłam pospacerować po Wrocławiu i pomyśleć, czym dla mnie dzisiaj jest to miasto, w którym w sumie przeżyłam dwadzieścia dwa lata życia?

Przez pierwsze dwa dni było mi ponuro i smutno strasznie, i to bez względu na pogodę. Miałam poczucie, że przechadzam się po cmentarzysku emocji. Gdzie nie spojrzałam, to oprócz niezbyt urodziwej nowej architektury Wrocławia, widziałam duchy dawnych wydarzeń, duchy ludzi, którzy byli kiedyś ze mną w życiu. Bardzo mnie to doświadczenie uderzyło, ale minęło może pięć, sześć dni i jakoś przywykłam do tej sytuacji. Bo tak zawsze próbuję sobie na spekulacje; czy mogłabym tu ponownie zamieszkać? Mieszkałam we Wrocławiu dwa razy, to może jeszcze trzeci raz tu zamieszkam? Wdaje mi się, że to jest możliwe, że można pokonać ten bolesny sentyment związany z przemijaniem.

Magda Piekarska: Czyli, to niekoniecznie musi być tak, że rozstała się Pani z tym miastem jako młoda dziewczyna i całkowicie zamknęła rozdział związany właśnie z tym miastem?

 


Anna Janko:
Często zamykam coś w książkach, aby to uwięzić, aby nieco  poluzować swój związek z tymi wydarzeniami. Załatwiła sporo w moich wrocławskich życiowych rozrachunkach „Dziewczynka z zapałkami". Nie wszystko można nazwać przeszłością. Przeszłość jest dynamiczna, a my wciąż próbujemy ją zmieniać. Nasze punkty widzenia zmieniają się z poziomu teraźniejszości. Oceniamy to inaczej, tym bardziej, że pamięć robi nam po drodze rozmaite psikusy. Nie tylko własne wspomnienia są naszymi wspomnieniami. Możemy włączać do swojej pamięci sny, filmy, cudze wspomnienia, czyjeś opowieści. Tak że pamięć ciągle się zmienia, dzięki temu jest żywa. To pusty slogan, iż to co minęło jest jakby nieruchome, statyczne. Przynajmniej ja nigdy tego tak nie odczuwałam. Wszystko się zmienia, Zmienia się też jego oświetlenie; raz jest to wspomnienie smutnawe, a raz wspominamy to z radością. Nie da się całkiem zamknąć tego w okładkach. Ono w jakimś tam stopniu raz po raz w nas odżywa.

Magda Piekarska:
Są pisarze, których twórczość w dość mocnym stopniu przez cały okres tworzenia determinuje jedno miejsce. Odcięci od tego miejsca, nie są w stanie napisać nic, co brzmiałoby tak samo prawdziwie. Pani zaś jest takim pisarskim nomadą. Które z tych miejsc pojawiło się na Pani prywatnej mapie, w który momencie jest to ważne i determinujące?

Anna Janko:  Ja się od zawsze czuję człowiekiem bez korzeni, ale Wrocław jest miejscem szczególnym. Najbardziej chłonny okres czyli szkoła średnia związany jest z Wrocławiem. Później początek dorosłego życia, już bez rodziców, kiedy trzeba sobie już radzić samemu. Tych kilkanaście lat, to też Wrocław. W żadnym innym miejscu nie mieszkałam tak długo. Pewnie za parę lat Warszawa wyrówna ten czas. Bowiem każde z tych miast jest dla mnie osobnym ogrodem pamięci. Ale to prawda, że szukam miejsca, które byłoby czymś w rodzaju macierzystego portu, gdzie mogłabym zakotwiczyć na zawsze. Jestem już bardzo zmęczona tymi przeprowadzkami. Przeprowadzam się bardzo często. Przeprowadziłam się rok temu i może przed miesiącem. Ale ze wszystkim, z pieskiem, mężem, ze wszystkimi książkami i rzeczami. I to jest na dłuższą metę wyczerpujące.

 


Magda Piekarska
: A co Panią tak gna z miejsca na miejsce?

Anna Janko: Bardzo lubię poczucie obcości. Uważam, że jest to bardzo pisarzowi potrzebne, kiedy wszystko boli. Nasza wrażliwość jest wówczas bardziej czuła, bez tego nie ma głębokiego kontaktu z rzeczywistością i ze sobą samym. Na pewno trochę masochistycznego bólu robi dobrze komuś, kto poprzez pisanie poznaje siebie i zgłębia rzeczywistość, w sensie filozoficznym. Pisanie jako poznanie. Tak, że ja lubię to uczucie obcości. Wtedy czuję się dzielna, szukam w sobie rady i bardzo się mobilizuję. A z drugiej strony jest to ten element poszukiwania, tego o czym mówiłam. Ciągle jeszcze nie mam miejsca, które ostatecznie by mnie  zadowoliło. Teraz od miesiąca jestem na Mokotowie i podoba mi się.

Magda Piekarska: Zapytam jeszcze za nim poproszę Panią, aby przeczytała nam Pani fragment swojej najnowszej książki „Małej zagłady". Czy pisanie jest Pani potrzebne do tego, aby uporać się z pewnymi problemami, które gdzieś tam zalęgły się w Pani pamięci, żeby choć trochę odciąć się od nich, czy to jest w ogóle możliwe dzięki literaturze?

Anna Janko: Ja piszę od bardzo dawna. Zaczęłam jeszcze w liceum od pisania dziennika, właściwie to jeszcze w szkole podstawowej. W ten sposób formatował się mój umysł. Tak naprawdę  właściwy kontakt z rzeczywistością mam tylko dzięki pisaniu. Wtedy, kiedy piszę kształtuję swoje poglądy, opinie, widzę i czuję, analizuję świat tylko z piórem w ręku. Jest to moje podstawowe narzędzie i jedyna prawdziwa możliwość kontaktu z nim. Coś co powoduje, iż koncentruję się i mam  łączność  również ze sobą. Jeżeli pisanie jest sposobem życia i sposobem myślenia o egzystencji, to każda moja książka jest życiem. Nie mogłabym nie pisać. Oczywiście próbowałam, miałam taki okres, kiedy porzuciłam pisanie nawet recenzji, i skończyło się to fatalnie. To jest podobne do choroby. Ja bym to nazwała tak: „dusza gnije bez możliwości wyrażania". W moim wypadku, tak właśnie jest. W ogóle artyści wypowiadają się, żeby żyć.

Magda Piekarska:
Czy te słowa na papierze, na ekranie komputera pomagają uporządkować świat?

Anna Janko:
Absolutnie tak! Oczywiście powodują też pewne ograniczenia, bo
jest takie znane powiedzenie Wittgensteina, że „granice naszego słownika, są granicami naszego świata". Ta się to dokładnie odczuwa. Jeżeli coś jest już zapisane, to jest przy okazji pomniejszone. Pracuję w ten sposób, że przenoszę ze świata niewyrażalnego i nienazywalnego, to co mnie interesuje, frapuje, przykuwa do języka, do książek. Niestety po drodze mamy do czynienia z jakąś redukcją, ale nie ma na to innego sposobu, jeżeli akurat tym się człowiek zajmuje. Bardzo mi zależy na tym, aby rzeczy, które są w nas poza językiem, do języka jednak wcisnąć. Żeby one były nasze, ludzkie i do wymiany z drugim człowiekiem. Żeby mogły wejść z nim w jakiś dyskurs.

Magda Piekarska: Ale to jest rodzaj jakiegoś tłumaczenia, z jednego języka na drugi?

Anna Janko: Tak, można tak powiedzieć. Ale bardziej z nie języka na język.

Magda Piekarska: Chociaż, może, to co nienazwane, też komunikuje się z nami w jakimś języku?


Anna Janko: Na pewno tego doświadczamy, bo podświadomość decyduje o jakości naszego życia. Emocje także decydują o naszym życiu, chociaż mogą być nie nazwane. Ja wybrałam taki sposób na życie, żeby po kolei wszystko nazywać, wtedy czuję się bezpiecznie.

Magda Piekarska:
Czy ta pokusa nazywania świata narodziła się w Pani dlatego, iż dorastała Pani w domu, gdzie to nazywanie świata było czymś naturalnym?

Anna Janko:
Myślę, że tak. Na pewno zdecydowało to, o wyborze sposobu w jaki wypowiadałam się jako bardzo młody człowiek. Stawałam często sama wobec świata, życia i związanych z nim spraw. Marzyłam, żeby grać na skrzypcach, próbowałam coś tam malować. Przygoda istnienia, kiedy ma się kilkanaście lat jest naprawdę bardzo intensywna. Emocje rozsadzają głowę, serce i wtedy trzeba coś z tym robić. Potem ten okres mija, wszystko powoli się uspakaja i większość ludzi porzuca sztukę. Nie rozwija się dalej. No ale jest zawsze jakaś grupa, która przy niej zostaje. Ja zostałam, i rzeczywiście zostałam przy pisaniu. To też zdecydowało o tym, że takie studia, a nie inne, chociaż w ostatniej chwili chciałam dać nogę i nie pójść na polonistykę, która wydawała się w moim przypadku obowiązkowa.|
Złożyłam wówczas swoją pierwszą książkę w wydawnictwie. Składała się z wierszy napisanych jeszcze w liceum, nosiła tytuł „Listy do królika doświadczalnego". Próbowałam nawet przekonać rodziców, że pójdę wpierw do szkoły pomaturalnej, a potem na studia. Wyperswadowali mi ten pomysł.


Magda Piekarska:
Teraz poprosiłabym Panią o fragment „Małej zagłady", żeby wprowadzić inny temat.

Anna Janko: 
Już wcześniej mówiłam, przygotowując się do spotkania, iż przeczytam, za nim zaczniemy znowu rozmawiać o niej, jej fragment, po to, żeby ci, którzy nie mieli książki w ręku, zorientowali się w jaki sposób zdecydowałam się ją napisać. Długo przygotowywałam się do niej i bardzo długo czekałam, aż usłyszę w tyle głowy jej melodię, rytmy i język. Nie tylko forma fabularna wymyślona przez autora, która uniesie całą książkę jest ważna, ale adekwatny do niej język. Pisanie dzisiaj o wojnie, w tym również o drugiej wojnie światowej, niesie ze sobą pewne ryzyko. Przede wszystkim, to ryzyko tzw. martyrologii. Bardzo bałam się, żeby nie wpaść w ten ton i  mam nadzieję, że w mojej książce tego nie ma. Chociaż książka traktuje o bardzo traumatycznych wydarzeniach, to nie ma w niej takiego typowego wojennego zawodzenia, dlatego musiałam się zdecydować na użycie w niej języka sarkazmu i ironii. Takiego języka, który uniesie te emocje. Bo jest to książka o bardzo ekstremalnych emocjach. Rozpoczyna się od takiego ironicznego zdania, które od pierwszych słów wprowadza czytelnika w jej tonację:

Mamo, pomyśl, nie miałaś najgorzej. Tylko zabijanie i podpalanie. Żadnego znęcania, pastwienia się, maltretowania, nikt nawet kobiet nie gwałcił. Szli i tylko zabijali, po kolei. I to byle jak zabijali: raz trafił, raz nie, czasem poprawiać trzeba było. Strzelali, czyli dobrze, bo jak mówią, śmierć od kuli jest tą lepszą śmiercią. Niejeden człowiek by marzył od strzału umrzeć...

Pomyśl, mamo, twój tata tylko chwilę się męczył, a twoja mama w ogóle, moment-i jej nie było. Nawet nie widzieli, jak spłonął wasz nowy dom. Nawet się nie dowiedzieli, że cała wieś została spalona i zginęli prawie wszyscy. Mieli szczęście."Wyobrażam sobie, albo pamiętam, strach jest rodzajem pamięci - mogę więc tak powiedzieć. Strach dziedziczny, przekazany w życiu prenatalnym
wyssany z mlekiem matki, strach, który ma chronić młode przed niebezpieczeństwem.

Pamiętam tamten dzień, bo twoje koszmarne sny dostawały się do mojego krwioobiegu przez pępowinę, kiedy jeszcze tkwiłam w twoim brzuchu. Ty przecież stale śniłaś to wszystko, bo w żaden innym sposób nie mogłaś się pozbyć tego potwornego nadmiaru wrażeń, obrazów krwi, łoskotu ognia i ludzkiego krzyku, którego się napiłaś oczami i uszami, gdy miałaś dziewięć lat i wzięłaś udział w apokalipsie.

Wzięłaś udział w apokalipsie świadoma i przytomna, bo w tym wieku jest się już wystarczająco dojrzałym do tragedii. Tyle, że nie znałaś języka zbrodni, więc nie mogłaś tego wcześniej opowiedzieć nikomu, dopiero mnie, która siedziałam w twoim brzuchu i mogłam słuchać opowieści bez słów. A potem, gdy byłam już na świecie uczyłaś się tych słów razem ze mną. Historia twojego dzieciństwa stała się rdzeniem mojego, dlatego pamiętam tamten dzień jakbym go sama przeżyła.

Po maju wietrznym i chłodnym, po nocy głębokiej i krótkiej nastał świt pierwszego czerwca. W coraz lżejszej ciemności oddzieliło się najpierw niebo od ziemi, potem się pokazały jaśniejsze plamy; to dokwitały drzewa w ciasnych sadach. Potem szczeknął pies, jeden, drugi, chodź powinny spać jeszcze. Słońce szło już w górę, aby zajrzeć w tą wąską dolinę pomiędzy wzgórzami. W dolinie wioska, osiemdziesiąt osiem domów, większość pod strzechą. Dwa, czy trzy murowane i ten jeden jedyny, kryty granicą, drewniany, lecz podmurowany. Nasz. Numer pięćdziesiąty siódmy, po północnej stronie drogi. Bo droga wiodła z zachodu na wschód, domy pobudowane były na tej osi. Sochy, to był wtorek, pierwszy dzień czerwca czterdziestego trzeciego roku, około piątej rano, w Sochach, trzy kilometry od Zwierzyńca, dziewiętnaście od Biłgoraja, dwadzieścia siedem od Zamościa, osiemdziesiąt od Lublina, dwieście trzydzieści od Warszawy,sześćset dziewięćdziesiąt osiem od Berlina, w prostej linii od słońca, osiem minut świetlnych. Słońce się jeszcze dobrze nie wsparło na promieniach, gdy na zboczach od północy i południa, i na krańcach drogi ze wschodu i zachodu pojawiły się postacie jak ze złego snu...

Anna Janko: Taki jest początek...

Magda Piekarska: Taki jest początek i może tutaj dla tych Państwa, którzy książki jeszcze nie znają, a wierzę, że sięgną po nią po tym spotkaniu, kilka słów wyjaśnienia, co wydarzyło się tego dnia w Sochach?

Anna Janko:
Sochy były jedną z wielu wsi na Zamojszczyźnie, która została spacyfikowana. Nie wysiedlona, ale spacyfikowana za karę; nazywano to w języku wojny - ekspedycją karną. Niemcy wymordowali wieś, tego pamiętnego pierwszego czerwca, tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku, o piątej rano. Pacyfikacja trwała do jedenastej, dwunastej w południe. Rozstrzelano prawie wszystkich jej mieszkańców, za pomoc partyzantom; spalono wszystkie domy, a później nadleciało jeszcze dziewięć samolotów i zbombardowało tą niewielką wioseczkę, która liczyła w tamtym czasie osiemdziesiąt osiem domów. Partyzantami nazywano wtedy AK, Bataliony Chłopskie i ludzi ukrywających się w lesie, także Żydów. Wieś leżała na skraju Puszczy Roztoczańskiej, było to świetne miejsce na taką właśnie współpracę. Wcześniej zorganizowano  prowokację. Dwóch volksdeutschów przyjechało kupić broń do wsi. Udało im się i to był znak, że wieś rzeczywiście jest wsią partyzancką. I za to Niemcy zemścili się w taki właśnie sposób. Ta książka nie jest oczywiście tylko o Sochach...

Magda Piekarska: Nie jest tylko o Sochach, ale Sochy są tym podstawowym punktem wyjścia. Bez tej tragedii Soch, z której, jednymi z ocalonych, głównie dzieci, była Pani mama, nie byłoby tej opowieści. Nie miałaby też ona tej emocjonalnej siły.

 

 

Anna Janko:  No tak. Uczyniłam w tej książce historię pacyfikacji Soch, takim powracającym wątkiem, chociaż pomyślałam ją jako rozprawę o wojnie i o złu w ogóle. Broniłam się przed tym, aby pisać książkę, która byłaby historią dzieciństwa mojej mamy i historią jednej wioski, bo byłaby to rzecz stricte prywatna. Uważałam, że, aby tą historię  podnieść, zuniwersalizować, uczynić ją symboliczną, trzeba dać jej zaplecze i właśnie to zrobiłam. Napisałam rzecz o wojnie, jako o zasadniczym elemencie porządkująco-niszczącym, który buduje historię ludzkości. Powołuję się w niej, na słowa  Agamemnona z „Iliady", który swoich żołnierzy wysyłał na wojnę, nakłaniając ich do zabijania, mówiąc, że nawet płód w łonie matki nie ma prawa przeżyć. Doprowadzam moją opowieść do czasów współczesnych. Nie piszę tylko o drugiej wonie światowej i dzieciach różnych narodowości, które tą wojnę przeżyły, lub nie, ale zahaczam o historie, które my dobrze pamiętamy, czyli wojny bałkańskie, Afrykę, Kambodżę, żeby uzmysłowić sobie i czytelnikom, że „wojna nie umiera nigdy". Ona towarzyszy nam, krąży wokół nas, raz bliżej, raz dalej, Mamy to szczęście, że żyjemy już tak długo w tym bezwojniu, iż możemy właściwie powiedzieć, mówię tu o moim pokoleniu, iż jesteśmy jednym z nielicznych pokoleń w historii Polski, któremu prawdopodobnie uda się, czy udało wcisnąć całe życie w szparę między wojnami. Według definicji, iż pokój jest tylko przerwą między wojnami. Ta mówił o tym generał Clausewitz. Już
od dziecka towarzyszyło mi pouczucie, że żyję tylko w takiej wąskiej szczelinie między wojnami. Tak na mnie działała ta atmosfera.

Magda Piekarska:
Zastanawiałam się czytając tą książkę, na ile praca nad nią była grzebaniem w intymnej pamięci rodzinnej? Bo mamy tu do czynienia z ogromnym wysiłkiem dokumentacyjnym, świadectwem obejrzanych filmów, przeczytanych książek, poszukiwań w archiwach; świadectwo wizyt w miejscach zagłady?

Anna Janko: Tak, rzeczywiście moja praca nad książką „Mała zagłada" była bardzo intensywna. Żadnej swojej książki nie pisałam w takim nastroju, z takim poczuciem ciężkiej pracy, wbrew swojej wydolności psychicznej. Nawet doszło do tego, że najpierw wynajęłam pracownię, aby nie mieszkać, nie spać z tą nieludzką zbrodnią; żeby wychodzić do pracy i pisać gdzie indziej. I to był dobry pomysł. Rzeczywiście  te pudła pełne książek, materiałów, które potrzebne były mi do pisania, po napisaniu znowu po prostu zamknęłam.To było swoiste odcięcie się od tematu. To była naprawdę bardzo wyczerpująca literacka praca. Aczkolwiek, my, urodzeni po wojnie, dwanaście, trzynaście lat po, byliśmy karmieni takimi historiami, nie tylko we własnych domach, jeśli akurat dna rodzina miała taką w swojej genealogii. Szkoła też nie szczędziła nam tej wiedzy. Potem kino; w tamtych czasach oglądało się dużo filmów wojennych. Jak uciekłam z domu w szóstej klasie, to uciekłam do zrujnowanego poniemieckiego budynku. Bawiliśmy się w wojnę, siedzieliśmy w bunkrach mocno nasiąknięci wojną. Ale okazuje się, że ta przyswajana przez nas wiedza szkolna była bardzo powierzchownie. Kiedy usiadłam i zobaczyłam jak potworne dokumenty ujawniono, szczególnie w latach dziewięćdziesiątych, głównie z archiwów brytyjskich i amerykańskich, to było dla mnie szokujące i ciężkie do przetrawienia. Ale zdecydowałam się na tą książkę, po to także, żeby ruszyć rodzinne emocje.

Książka opowiada o moich dziadkach, rodzicach mojej mamy, którzy zostali rozstrzelani na jej oczach. Mieli wówczas po trzydzieści lat. Nigdy ich oczywiście nie widziałam. Jest tylko maleńka fotografia, która po nich została. Pamiętam ją z dzieciństwa, oglądałam ją wiele razy, dopytywałam się, ale nigdy nie czułam nic, poza tym, że byli to rodzice mojej mamy, którzy tam zginęli.

Wczuwałam się w mamę, ale nie potrafiłam nigdy wejść w jej skórę, ani poczuć niczego wobec tych młodych ludzi, którzy byliby moimi dziadkami, gdyby przeżyli. I znalazłam emocjonalny sposób, kiedy uświadomiłam sobie, że moje dzieci są  już w wieku moich dziadków, wtedy, kiedy oni zginęli Mogłam wykorzystać to na potrzeby tej książki, tak jak się pisze, a ja jak piszę, to muszę odczuwać prawdziwe emocje. Ja muszę sobie to wprowadzić do środka, żeby poczuć emocje. Inaczej książka nie byłaby tak autentyczna. Ja te emocje ze swoich dzieci, które oczywiście kocham instynktownie, bezwarunkowo, mogłam przenieść wstecz, na innych członków rodziny. Ta więc mój dziadek i babcia, nazywanie ich tymi określeniami wydaje się takie dziwaczne, ze względu na ich młody wieku, pozwoliło mi ich poczuć i opisać w książce jako żywych ludzi.

Magda Piekarska:
Zastanawia mnie, co spowodowało, że ta książka, właśnie teraz stała się w Pani życiu konieczna, bo widać tu, że podporządkowanie świata za pomocą słów służy temu, o ile to w ogóle możliwe, aby zamknąć ten rozdział życia, który wiąże się tak bardzo z emocjami. Forma tej książki jest o tyle wyjątkowa, Pani wspominała tu tylko o tej ironii, dystansie, który tam się pojawia. Dla mnie też bardzo istotny jest sposób i styl opowiadania. O tej tragedii nie opowiada Pani matka, tylko Pani jej o tym opowiada, co się z nią wówczas stało. Jest to pokazane na tle tej wielkiej wojennej historii, która się dookoła toczyła.

 



Anna Janko: Moja mama, kiedy przeżyła tą historię była dziewięcioletnią dziewczynką. Jej pamięć i jej wspomnienia, to są obrazy umysłu dziewięciolatki. Ale to nie jest książka dla dziewięcioletnich dzieci. W związku z tym, ja przejęłam rolę j przewodniczki po jej własnej przeszłości. Pomysł fabularny był taki, że dwie kobiety - matka i córka - obie już dojrzałe, jedna stara, druga starzejąca się, rozmawiają ze sobą o historii, zamieniając się rolami. Wspominają własne życie, które było wspólne do pewnego momentu. Zamieniają się rolami; raz jedna jest matką, raz druga, i córką także. Pomysł był ryzykowny, ale moim zdaniem jedyny niemożliwy. Tak też odebrali to czytelnicy.

Matka w tej książce jest osobą, którą już z racji wieku nie pamięta wielu rzeczy, więc w sposób naturalny córka jej to przypomina albo koryguje, przytaczając również relacje innych osób, które brały udział w tych wydarzeniach. Powodów dla których napisałam tą książkę, teraz, a nie kiedy indziej jest kilka. Pierwszy, osobisty, to chciałam ustalić na serdecznym poziomie moje relacje z mamą. Ludzie po ciężkich traumach są inni w życiu. Ja przez wiele, wiele lat walczyłam z moją mamą, a ona ze mną. Teraz, kiedy ona jest już stara, po ciężkich chorobach, stała się bardzo łagodną osobą. Chciałam tą książką pomóc jej ostatecznie rozstać się z traumą i to się w jakiś sposób udało, a dwa, chciałam pomóc sama sobie. Moja mama kiedyś odejdzie, przestraszyłam się, że jak nie napiszę tej książki, to nie będzie komu zweryfikować moich wspomnień. Nie czułabym się już tak pewnie. W trakcie pisania dzwoniłam do niej, ustalałam z nią pewne rzeczy i innymi świadkami. Zostało bardzo mało niegdysiejszych dzieci w Sochach, dosłownie dwie, trzy osoby. Był to więc ostatni moment.

Nad tą książką  przez pewien czas wisiało jakieś fatum. Wpierw, nie mogłam jej zacząć. Jak się za nią zabierałam, to po drodze wydarzało się mnóstwo niespodziewanych rzeczy. Choroba mojej mamy. Po czym, kiedy pojechałam do Soch zrobić pierwsze wywiady, zdjęcia, dokumentację filmową, to ja zachorowałam i trwało to przez dwa lata. Wyłączyłam się zupełnie z życia. Mogłam tego nie przeżyć i nie napisać tej książki. Kiedy byłam już w trakcie pisania, namówiłam znajomą redaktorkę, żeby też pojechała ze mną do Soch i zrobiła dodatkowe wywiady z tymi ludźmi. Pojechała, zrobiła, po czym pojechała do Gdańska i tam złamała sobie nogę; miała dwie operacje i roczny urlop. Reportaż leżał długi czas, łącznie upłynęły cztery lata. Trzeba było się naprawdę zawziąć, żeby przemóc te niedogodności, aby ta książka w końcu powstała. Gdy już ją napisałam, to wydawca powiedział, że nie opublikuje jej w dwa tysiące czternastym roku; miała wyjść jesienią, bo właśnie wychodzi Tokarczuk i w wydawnictwie Literackim ukazuje się jeszcze parę książek bardzo dobrych autorów, i w związku z tym może się trochę przeleżeć. Wówczas był najgorętszy okres, z Ukraińcami; pisałam to dwa lata siedząc w środku wojny, na końcu byłam już w lekkiej histerii. Stwierdziłam, że jeżeli Oni w wydawnictwie przesunął ją na dwa tysiące piętnasty, to będzie wojna, i ta książka już się nie ukaże. Ale jakoś w końcu się udało...od jej wydania minęło właśnie pół roku.

Magda Piekarska:
To pytanie przyszło mi do głowy w trakcie Pani odpowiedzi. Czy mama czytała książkę przed drukiem?

Anna Janko:
Nie. Czytało tylko dwoje moich przyjaciół, którzy są krytykami. Początkowo bałam się oddać książkę do wydawcy. Nie jestem pewna siebie, zawsze mam wątpliwości, czy coś jest w ogóle dobre. Potrzebuję wsparcia i pewnych sugestii. Ale później przed drukiem wysłałam ją mojej córce. Chciałam zobaczyć jak odczyta to młody człowiek, tym bardziej, iż podczas studiów zawodowo zajmowała się Holocaustem i była przygotowana do odebrania takiej książki.

Moja mama przeczytała „Małą zagładę" dopiero jak książka się ukazała. Nie chciałam żeby miała na nią wpływ, bo ktoś, kto jest bohaterem książki zupełnie inaczej odbiera świat przedstawiony w książce i czuje się jakby wyobcowany. Nie czuje się sobą. Bardzo chciałam, żeby nie pojawiły się jej wątpliwości i nie popsuły mojego obcowania z tą historią.

Magda Piekarska: A jaka była reakcja mamy po jej przeczytaniu?

Anna Janko: Przeczytała tą książkę dwukrotnie. Najpierw przeczytała opuszczając wszystkie drastyczne fragmenty, powiedziała, że ona i tak je zna. I było to w porządku. Po czym wzmocniła się i przeczytała ją drugi raz, już w całości. I wówczas stało się coś dziwnego, bo przez trzy dni płakała. Płakała tak strasznie, jak wtedy, i to jest opisane w książce, takim pierwotnym płaczem, jakby z głębi swoje całej egzystencji. Płaczem z dzieciństwa.Takim płaczem terapeutycznym oczyszczającym. Potem zadzwoniła do mnie i miała żal. Mówiłam jej mamo, że dobrze się stało, że o to mi chodziło. Wypłacz to ostatni raz siebie i zamknij te drzwi. I rzeczywiście mama wypłakała z siebie to wszystko. Jakby ostatki tej traumy i od tamtej pory jest cisza na morzu.

Anna Janko na koniec przeczytała kilka wierszy, ze swoich tomików:„List do królika doświadczalnego i „Wiersze z cieniem". A później podpisywała swoje książki, rozmawiając tet a tet ze swoimi czytelnikami.

 

Opr. GLK.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.