fesstiwal słowa w piosence
--

Spotkanie z Jurijem Wynnyczukiem - Między ludową rubasznością a humorem Hrabala

[18.07.15]

Drugim gościem trzynastego dnia 5.edycji Miesiąca Spotkań Autorskich był ukraiński pisarz, scenarzysta, dziennikarz Jurij Wynnyczuk.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Spotkanie  prowadziła p. Anna Uruslenko

 

 

Anna Ursulenko: Pisze Pan książki przygodowe, historyczne, erotyczne, kryminalne, a także utwory dla dzieci. Jeżeli chodzi o dorobek, to Pan Winnyczuk jest autorem jednego tomiku poezji, trzech zbiorów prozy, sześciu powieści i zbioru opowiadań. Jego dwie powieści, w tym ostatnie „Tango śmierci" zdobyła najbardziej prestiżową na Ukrainie nagrodę literacką „Książka Roku BBC".
W swojej ostatniej powieści Танґо смерті (2012), opartej na legendzie z Janowskiego obozu koncentracyjnego, łączy opowieść o Galicji czasach międzywojennych i wojennych ze współczesnością. Poeta Andrij Lubka ogłosił, że „od chwili, kiedy zostało napisane Танґо смерті (Tango śmierci), mamy ukraińskiego Umberto Eco, w którym jest w dodatku coś z Borgesa”.


Ponadto Jurij Wynnyczuk jest autorem wielokrotnie wznawianych opracowań krajoznawczych w których bardzo barwnie i niezwykle wszechstronnie przedstawia historię Lwowa - „Legendy Lwowa" ( 6 wydań -1993-2003). Między innymi jedna z tych książek pt. „Knajpy Lwowa" ukazała się w 2001 roku również po polsku.
Wybrane utwory pisarza wydane zostały w przekładzie angielskim pt. The windows of time frozen (2000)

 

 


Jedną z pasji autora jest praca ze źródłami historycznymi w zaciszu bibliotek. Wynikiem tej pracy są liczne opracowania prozy ukraińskiej, między innymi antologia „Literackie bajki XIX wieku", i tu ciekawostka Jurij jest również autorem wielu utworów dla dzieci. Na podstawie jego bajek zostały nakręcone dwie filmowe adaptacje. Trzeba też powiedzieć, że utwory pisarza były tłumaczone na wiele języków, i tu również ciekawostka, kilka opowiadań na język esperanto. Ponadto Jurij sam zajmuje się tłumaczeniami, spod jego pióra wyszły między innymi przekłady prozy Bohumila Hrabala. Co ciekawe znalazłam również ukraińską wersję Mazurka Dąbrowskiego w przekładzie p. Wynnyczuka.

 




Nasz dzisiejszy gość, co ciekawe tłumaczył również nieistniejących poetów, na przykład średniowiecznego poetę irlandzkiego Brianda Bora, który jakoby był świadkiem zrujnowania Kijowa przez Mongołów. Trzeba powiedzieć, że ta mistyfikacja wywołana na Ukrainie ogromne poruszenie i trafiła nawet do jednej z encyklopedii jako wiarygodne historyczne źródło. Zresztą Pan Jurij słynie z zamiłowania do różnych mistyfikacji i jak mi wiadomo opublikował sporo własnych utworów w ułożonych przez siebie antologiach. Ile ich jest stanowi to swoistą zagadkę. A zdarza się też, że jest posądzany o mistyfikacje, których nie popełnił. Być może trochę nam o tym opowie. Z tego co wiem autor w ogóle słynie z zamiłowania do prowokacji i być może przekonamy się o tym podczas dzisiejszego wieczoru.
Pozwolę sobie zakończyć na tym to krótkie przedstawienia naszego dzisiejszego bohatera, bo gdybym musiała wymieniać wszystkie profesje i zainteresowania Jurija Wynnyczuka, który jest również dziennikarze, publicystą, redaktorem, a także taką postacią życia publicznego, którą zwykło się nazywać „człowiekiem-instytucją", to zajęło bym to nam przeszło godzinę. Pan Wynnyczuk wyraził chęć dopełnić moją prezentację, więc oddaję mu głos.

Jurij Wynnyczuk, Anna Ursulenko

 

 


Jurij Wynnyczuk:  Będę próbował mówić po polsku.
Pierwsze moje książki ukazały się w latach dziewięćdziesiątych, bo wcześniej nie mogłem nic publikować, gdyż pisałem takie utwory, których w Związku Radzieckim nikt by nie wydrukował. Tylko w latach osiemdziesiątych publikowałem artykuły literackie oraz tłumaczenia. Przekładałem celtyckich poetów. Jednocześnie nie znałem irlandzkiego, walijskiego czy celtyckiego, ale miałem oryginały. Potem zacząłem publikować swoje własne wiersze i tłumaczenia tych irlandzkich poetów, których sam wymyślałem. Kiedy wzbogaciłem własne pisarstwo, to postanowiłem wzbogacić ukraińską literaturę. W okresie odrodzenia i baroku było u nas dużo poetów, więc postanowiłem dodać im do towarzystwa piszące kobiety. I napisałem takim staroukraińskim językiem wiersze, które były publikowane w paru antologiach. A trzecia taka moja największa mistyfikacja, to było w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku. Pracowałem wówczas gazecie i męczyli mnie, że trzeba zrobić jakiś skandal, aby podnieść jej sprzedaż. I wpadłem na pomysł, żeby opublikować fikcyjne dzienniki Roksolany. Siadłem, wziąłem książki z szesnastego wieku, żeby nadać im autentyzmu epoki i napisałem jej fikcyjny intymny dziennik. Wcześniej pisano o niej, jako o dobrej żonie, patriotce poświęcającej się Ukrainie, a ja napisałem rodzaj dziennika, ujawniając część jej intymnej spowiedzi. To były takie jej dobre rady, jak w Kamasutrze, jak dogodzić mężczyźnie To bardzo nie spodobało się naszym historykom. Wiele organizacji kobiecych zaczęło pikietować siedzibę naszej redakcji, a potem jeszcze za Kuczmy podano nas do sądu, ale wszystkie procesy wygraliśmy A część ludzi dziękowała nam za to, że mogli się dowiedzieć czegoś o seksie. Oczywiście wzrósł też nakład naszej gazety.

Anna Ursulenko: Jeśli chodzi o tą mistyfikację, o którą posądzono Jurija Wynnyczuka, jak się dowiedziałam we Lwowie, chodziło o to, że mówiono, iż to on sam pisze i wysyła do różnych instytucji i gazet listy protestacyjne od kobiecych organizacji.





Jurij Wynnyczuk:  Może przeczytam Państwu teraz moje opowiadanie, które było przetłumaczone na język polski i opublikowane w „Literaturze na Świecie" pt. „Obiad". Stanowi ono część książki traktującą o moich różnych przygodach z kobietami, młodymi dziewczętami. Fabuła dotyczy zaproszenia na rodzinny obiad
do rodziców Lidki.

Obiad


1

– Kochasz mnie? – mruczy mi do ucha Lidka, przytulając się do mnie swoim pachnącym ciałem.

– Kocham – odpowiadam.

– Ja ciebie też – szepcze i łaskocze mnie w ucho językiem. Jej gorący oddech przenika mnie i rozpala mój mózg.

Kiedy dziewczyna wyznaje mi miłość, moje oczy napełniają się łzami, chcę płakać, wyć, padać przed nią na kolana i prosić o przebaczenie. Chcę jej powiedzieć: nie jestem ciebie wart, jestem pozbawiony wszelkich cnót, nie ma we mnie nic prócz grzechu, jestem samym grzechem, upiorem, który wysysa soki z ładnych panienek, jestem diabłem, który kusi, Bóg zesłał mnie na ziemię, żeby wystawić na próbę cnotę takiej niewinnej istoty jak ty. Ale, oczywiście, niczego takiego nie mówię, bo chwila wyznania miłości jest piękna i chciałoby się ją na zawsze zatrzymać.

– Nie wiem, co sobie zrobię, jeśli mnie zostawisz – szepcze.

– Nigdy cię nie zostawię.

I chciałbym wierzyć, że to prawda. Szczerze, chciałbym, żeby tak było, bo kiedy leżymy w łóżku, wszystko, co zostało wypowiedziane szeptem pod kołdrą nabiera wyjątkowego znaczenia, jakby to były jakieś tajemne zaklęcia. Zaczynam się zastanawiać nad tym, co miłego mógłbym powiedzieć Lidce i z tą myślą zapadam w półsen. Ale jej głos ściąga mnie na ziemię.

– W niedzielę przychodzisz do nas na obiad.

– Wiem.

– Włożysz tę kawową koszulę i jasne spodnie. Nie zapomnij wypastować butów i się ogolić.

– Tyle zachodu, jakbym był zaproszony co najmniej do królowej angielskiej.

– Gorzej. Jeśli chcesz, żebym na lato przeprowadziła się do ciebie, musisz się im spodobać.

W końcu zasypiam i śni mi się niedzielny obiad. Leżę nagi na stole. Jej rodzina obstąpiła mnie ze wszystkich stron, wbijają we mnie noże i widelce. Ktoś sypie sól i pieprz, ktoś inny smaruje mnie musztardą. Drapieżnymi zębami starannie przeżuwają moje mięso, wypluwają kosteczki, śmieją się i plują czerwoną śliną.


2

Lida pociąga mnie tym, że jest uosobieniem seksu. Może to robić wszędzie – w pierwszej lepszej bramie, na skwerze, na dachu, w windzie, w kinie, a nawet w toalecie. Momentalnie wybucha ogniem pożądania – trzeba tylko wiedzieć, gdzie dotknąć. Dotykasz jej i płonie jak Joanna d’Arc. Jej ręce nie znają spokoju. Gdziekolwiek z nią jesteś, jej dłoń zawsze próbuje wskoczyć ci do kieszeni i, namacawszy tam zwiędnięte warzywo, miętosi je w jakimś słodkim zapamiętaniu, które, o dziwo, ani przez moment nie odbija się na jej twarzy. Każdy kto spojrzałby na nią w takiej chwili rzekłby, że słucha Brahmsa. I tylko ja jeden wiem, że ona wcale nie słucha Brahmsa. Słucha mojego instrumentu. Gra na nim, jak na klarnecie. Czasami się zastanawiam czy by nie napisać nut dla jej żwawych paluszków. Nazwałbym ten utwór „Wieczorną rapsodią dla podnieconego prącia”. Ciekawe, że ja nie mam tu nic do powiedzenia, właściwie jestem zbędny. Lida znalazła z moim członkiem wspólny język do tego stopnia, że ja już straciłem nad nim kontrolę. Czasem ogarnia mnie strach, że zawiążą spisek i uciekną. Ona wyprowadzi go, jak ogiera ze stajni, dosiądzie i odjedzie, a mnie zostawi tylko worek z jajkami, żebym nimi dzwonił, zwołując wiernych na wieczorną mszę. Moje prącie reaguje na Lidę, jak tylko ją zobaczę. To coś więcej niż zwyczajny odruch bezwarunkowy. Lidka chytrze się uśmiecha i już wiem, co się za sekundę stanie i kiedy jej ręka skrada się do mojej kieszeni, wszystko jest już przygotowane – koń rży z podniecenia, bije kopytem i macha grzywą. A kiedy nadchodzi triumfalny moment i jestem już gotowy dać darmowy pokaz sztucznych ogni, Lida zaciąga mnie w jakiś ciemny kąt, wyjmuje mi ze spodni rewolwer gotowy do strzału i celuje sobie prosto w usta. W takich chwilach słyszę bicie dzwonów, widzę światła, a Brahms kłania mi się, uchylając kapelusza. I gdyby ktoś wetknął mi w dupę piórko, to bym odleciał.


3

Nakrywają do stołu w ogrodzie, pod rozłożystymi wiśniami, na których dojrzewają już nasze poślubne noce. Bo przecież oni myślą, że się pobierzemy. Udają, że dzisiejszy obiad to nic nadzwyczajnego, zwykły codzienny posiłek. Ale ja widzę, że to nie tak. Ich obiad ma ostatecznie przekonać moje serce. Kto wie, czy nie dosypali do jedzenia jakiegoś magicznego środka – pokruszone skrzydło nietoperza, język ropuchy, mrówcza nalewka, nóżka pająka.

Jej matka ma gruby, gardłowy głos i wydaje się, że nie mówi, tylko gdacze nad swoim jedynym kurczątkiem. Coś z tego gdakania usłyszałem już wcześniej w głosie Lidki. Czasami ledwie się przebijało, jak odgłos dalekiego grzmotu. Teraz już wiem, jaki będzie miała głos za dziesięć lat. Ona też zacznie gdakać, rozkoszując się życiem zwykłej kury domowej.

Jej ojca pewnie też kiedyś zaproszono na niedzielny obiad, a on – niewolnik własnego żołądka, zagłodzony student z jakiejś wsi zabitej dechami – dał się złapać w ich sieci. I dopiero z czasem zauważył, że te obiady i te głosy, i rozmowy – to wszystko jest sztuczne.

Z rozmarzonego spojrzenia, którym ogarnia wiśnie, kołysząc się w fotelu, można wywnioskować, że i on tutaj kiedyś jadł obiad, a może wiśnie wtedy też dojrzewały i coraz mocniej różowiły się w słońcu. A panna Mirka, jego przyszła żona – wygodny puchowy materac z pulsującym podgardlem – siedziała naprzeciwko i czubkiem czarnego pantofelka szurała po trawie, tak jak robi to teraz jej córka.

Za stołem, oprócz rodziców i nas, usycha przekwitająca lilia – siostra pani Mirki – ciocia Roksolana. Na głowie starzejącej się dziewicy wiją się niesamowite pukle gęstych jasnych włosów. Twarz pokryta grubą warstwą kremów i pudrów przypomina japońską maskę. Świadomość, że przy jednym stole jesz obiad z nieboszczką nie jest budująca. Ciocia Roksolana ma pod pięćdziesiątkę i, z tego co mi szepnęła na ucho Lidka, jeszcze jest nietknięta. No cóż. Za jej cnotę odpowiada ojciec Lidki.

– Ona cię nienawidzi – uprzedziła mnie Lidka.

– Za co?

– Za Roksolanę.

Tego należało się spodziewać.

Przy kaczce ojciec Lidki zaczyna coś mówić o polityce, ale rozmowa się nie klei. Wreszcie ciocia Roksolana, odchrząknąwszy, wyrzuca z siebie długo wstrzymywane słowa:

– Panie Jurku, Lideczka była wychowana w tradycyjnym, galicyjskim domu. To nie jakaś tam latawica. Tutaj przychodzili całkiem normalni, porządni chłopcy, ale ona ich nie chciała. Broniła się jak żadna. W dzisiejszych czasach sam pan dobrze wie, co to znaczy. Dziewczyny w ósmej klasie usuwają ciążę. Lideczka nie z takich. Ona w wieku pięciu lat recytowała Szewczenkę.

Co ty, idiotko, o niej wiesz? Ja z waszą Lideczką kochałem się na dachu budynku, przy którym stoi pomnik wieszcza i niech mnie, jeśli nie błogosławił nas swoją prawicą: „Dalej, chłopcze, dalej. Rżnij i tylko słuchaj, czy jeszcze dyszy!”. I Lidunia dyszała, że musiałem zakrywać jej usta dłonią, żeby nie zakłócać spokoju wieczornym spacerowiczom.

– Ona dużo czytała. Zabieraliśmy ją do opery...

W operze też się kochaliśmy. Jest tam pełno świetnych zakamarków, gdzie nikt cię nie znajdzie. Ale w teatrze Zańkoweckiej mogą cię nieźle nastraszyć. Mają tam niezłą akustykę, kroki odbijają się echem tak, jakby ktoś przechodził tuż obok ciebie, dlatego ciągle musieliśmy przerywać i wsłuchiwać się we wszystkie odgłosy. Któregoś razu Lida przez przypadek zostawiła na parapecie swoje majteczki. Jak wielkie było nasze zdziwienie, kiedy następnego dnia, znów zapaławszy gorącą miłością do sztuki, wybraliśmy się do teatru i znaleźliśmy majteczki w tym samym miejscu.

– ...do filharmonii...

Tam też w trakcie koncertu wleźliśmy za jakąś zasłonę i po ciemku kochaliśmy się jak króliki. A kiedy już było po wszystkim, kiedy odsłoniłem zasłonę, i światło wdarło się do tego ciemnego zakątka, mało nie parsknęliśmy śmiechem, bo się okazało, że Lidka opierała ręce na łysej głowie wodza rewolucji, ukrytego tu przed oczami uświadomionych patriotycznie obywateli. Z idealnie białej łysiny spływała moja żywica.

– Właśnie dlatego, panie Jurku, prosimy, żeby pan przestał drukować w waszej gazecie te obrzydlistwa i plugastwa.

W końcu wydusiła z siebie to, co jej leżało na wątrobie.

Nastała krępująca cisza. Lideczka nieśmiało chrząknęła i przygryzła dolną wargę, obserwując mnie ukradkiem. Ojciec na wszelki wypadek przestał przeżuwać i zamarł z pełnymi ustami, w jego oczach malowało się przerażenie. Mamusia zrobiła mądrą minę, jakby to nie ciocia Roksolana ogłosiła wyrok, lecz sama Bogurodzica.

Stara panna jeszcze jakiś czas badała mnie wzrokiem i przekonawszy się, że przełknąłem pierwszą dawkę, poczęstowała mnie drugą.

– Nawet pan sobie nie wyobraża, cośmy przeżywali, kiedy Lideczka powiedziała nam, że się z panem spotyka. Zapytałam ją, czy pan jest tym pisarzem, który tak wypaczył wizerunek Roksolany... Zdaje pan sobie sprawę, na co pan podniósł rękę? Przecież nasza Lideczka wychowała się na ideale Roksolany.

„Weź mnie, jak sułtan swoją niewolnicę! Przeleć mnie! Jestem twoją niewolnicą, rób ze mną co chcesz! Mów do mnie: Roksolano! Wyzwij mnie! Nie, nie tak... wulgarniej... tak... tak...”

– Moja matka nazwała mnie Roksolaną w czasach, kiedy to imię było jak hasło! Kobieta z takim imieniem była napiętnowana. Żadnych szans, żeby mogła się wybić. Rozumie pan? Czytaliśmy o Roksolanie w drugim obiegu...

Wiem. Też czytałem. Ale już się z tego wyleczyłem. Już nie jestem niewolnikiem. I nie chcę dłużej jak niewolnik bić pokłonów przed waszymi głupimi bogami.

– I jeszcze to pana „Życie w haremie”... Nie wierzyłam własnym oczom. Pytałam znajomych, czy to pana prawdziwe nazwisko. Byłam święcie przekonana, że w rzeczywistości jest pan jakimś Kochem albo Kaufmanem. I w końcu docieram do ludzi, którzy znają pana rodzinę. Okazuje się, że pan jest z Galicji! Pan jest swój! I pana ojciec walczył w UPA! Prawda, że nie w banderowcach, a w melnykowcach, ale to można jeszcze jakoś przeżyć. Przynajmniej wiem, że to nie on pana tak wychował. Długo się nad tym zastanawiałam. Przeczytałam wszystkie pańskie książki, wszystkie publikacje, żeby rozwiązać tę zagadkę. I nagle mnie oświeciło. To wina systemu. Jest pan ofiarą komunizmu. I zrobiło mi się pana żal.

Zerknąłem na nią i zobaczyłem, że ma w oczach łzy. Czego ode mnie oczekuje? Że się pokajam, padnę do jej niewinnych stóp, załamując ręce? Mógłbym jej powiedzieć: Babo! Czy ty wiesz, czym jest miłość? Co to za uczucie, kiedy dwa spragnione ciała jakaś zwariowana siła przyciąga do siebie i łączy w jedno? Kiedy wszystko, co było wcześniej i co będzie potem, rozpływa się jak we mgle, a zostaje tylko to, co jest – szalona pieśń ciała, taniec ognia, burza, erupcja wulkanu, potop! Co ty wiesz? Ty, która ani razu nie zachłysnęłaś się młodym winem spermy? Co może wiedzieć twój język, który lizał tylko lody? Albo twój tyłek, który siedział tylko na sedesie? Nawet twoja siostra nie potrafi powiedzieć ci nic więcej, bo daję głowę, że kochała się tylko po ciemku, pod kołdrą i to nie częściej niż raz na tydzień.

Mogłem jej to wszystko powiedzieć, ale milczałem.

W pewnym momencie zostałem sam na sam z ojcem Lidki, bo kobiety poszły przygotować deser. Wypiliśmy i on znowu coś plótł o polityce. Nie słuchałem go, a kiedy zapytał, co o tym wszystkim myślę, palnąłem:

– Gówno!

I okazało się, że trafiłem bez pudła, nawet się nie starając.

– Właśnie! Gówno! – stary natychmiast się ożywił. – Od razu wiedziałem, że z pana fajny chłop i powie pan to, o czym myślę. I tak się stało! Pomyślałem: gówno. I pan powiedział: gówno! Chociaż mógł pan zgrywać kulturalnego. A ja panu powiem, że tych wszystkich „proszę, przepraszam” po prostu nie cierpię! Moja żona za to słowo Bóg wie jakie kazanie by mi zrobiła.

– Za jakie słowo?

– No za „gówno”! Bo mnie nie wolno używać takich słów. A czasem mam taką ochotę! Wie pan, co panu powiem, niech pan nie słucha tej głupkowatej Roksolany. Baba bez chłopa świruje. Wcześniej wychowywała mnie tylko żona, a teraz, kiedy ta się do nas wprowadziła, obie się za mnie wzięły. Czasami się zastanawiam, czy by tak jakiejś trutki nie podsypać?

– A może by ją pan przeleciał?

– Kogo? Tę wariatkę?

– A czemu nie? Jej tyłek aż się prosi.

– Sądzi pan, że to pomoże?

– Sam pan powiedział, że baba bez chłopa wariuje.

– Ale ona jest jeszcze dziewicą!

– No to co? Zresztą, szczerze mówiąc, mam co do tego pewne wątpliwości. Może chłopa rzeczywiście nie miała, ale do tej pory sama już dawno mogła sobie ten skarb przebić, jak nie palcem, to ogórkiem.

– Co pan mówi? Myśli pan, że mogła sobie dogadzać ogórkiem?

– A w czym ogórek gorszy? Słowem, niech pan ją zgwałci tak, żeby aż tynk się ze ściany posypał. Na milicję nie pójdzie. Zobaczy pan – jeszcze się jej spodoba.

– Myśli pan?

– Gwarantuję! Poprosi o jeszcze.

Oczy mu się zaświeciły i widać było, że w myślach zaczyna już opracowywać zamach na cnotę szwagierki. Szkoda, że tego nie zobaczę. Z radością trzymałbym ciotkę za nogi.

– Ale niech mi pan powie... Czy wcześniej, zanim ją będę gwałcić, mam jej coś powiedzieć…? Coś takiego, no wie pan, miłego... Może pocałować?

– Nie w tym wypadku. Musi się pan obejść bez słów. Jeżeli zacznie pan mówić, to pan zmięknie, a ona pana wykpi i po wszystkim. A tak zajdzie ją pan od tyłu, powali na podłogę...

– Może lepiej na łóżko?

– Panie Romku, gwałcił pan kogoś w swoim życiu?

– Nie, a bo co?

– No to niech pan słucha i zapamiętuje. Gwałcić na łóżku jest o wiele trudniej, bo łóżko się wygina, kobieta może się wyrywać, a wtedy ciężko utrzymać równowagę. A podłoga idealnie się do tego nadaje. Wykręca pan kobiecie ręce, lewą ręką przytrzymuje pan oba nadgarstki, a prawą ma pan wolną. Co pan nią robi?

Pan Roman kiwnął głową i dzielnie przemówił:

– Będę miętosił cycki.

– Prawą ręką zdziera jej pan majtki. Jednym wprawnym ruchem. Raz i nie ma. Kobiety bez majtek tracą wolę walki. Ich potęga spoczywa w majtkach. Wystarczy zedrzeć z niej majtki i kobieta sama rozkłada nogi. Pana szwagierka należy do tych, co lubią, aby brać je siłą. Może jej pan nawet dać po mordzie.

– Przedtem trzasnę sobie pięćdziesiątkę...

– I wszystko pan zepsuje. Chuchnie pan, a ona pomyśli, że to nie chuć panem zawładnęła, tylko wódka. Wtedy będzie się bronić do końca. I za nic się nie podda. Radziłbym nie tylko nie pić, ale i nie najadać się.

– Aha, to mam ją gwałcić na czczo?

– Oczywiście. Z pełnym brzuchem może pan taką ważną sprawę zawalić.

Znów się zamyślił, a ja się cieszyłem, że udało mi się go podochocić, obudzić w nim żyłkę prawdziwego hazardzisty, rozpalić długo tłumione żądze.

– A niech mnie, przeczyszczę jej komin! – krzyknął, zacierając ręce. – Nie będzie się skarżyła. Proszę mi powiedzieć, ale szczerze, czy pan już moją Lidkę teges?

Uśmiechnąłem się.

– E, o co ja pytam! – machnął ręką. – Jasne, że już od dawna nie tylko patrzycie sobie w oczy. Ale nie mam do pana o to pretensji.

Wreszcie pojawiły się panie z tortem truskawkowym i kawą. Stary był już dobrze wstawiony i pożądliwie spoglądał na szwagierkę. Ta przygryzła wargi i najwyraźniej zastanawiała się, jak tu rozwiązać kolejną łamigłówkę. Lida usiadła obok mnie i jej ręka wylądowała na moim kolanie.

– Panie Jurku – odezwała się ciocia Roksolana – nasz naród wiele wycierpiał, wszyscy nas grabili i znęcali się nad nami... ale naród wszystko przetrzymał. I teraz, kiedy można o tym pisać, pan pisze o... o... o tym pana...

– Członku i rozpustnicy! – zarechotał stary. – O tak, pamiętam.

Obie siostry rzuciły mu gniewne spojrzenie, więc zwiesił głowę.

– Właśnie! – kontynuowała ciotka. – Pan pisze świństwa obce naszej literaturze. I nie tylko literaturze. Nasz naród pielęgnuje tradycję czystej miłości. W naszym języku nawet nie istnieją niecenzuralne słowa.

– Gówno! – powiedział stary.

– Romku, przestań! – zagdakała pani Mirosia.

– Co „przestań”? – stary się nie poddawał. – Jeżeli to słowo jest niecenzuralne, to musicie przyznać, że ono istnieje. A jeśli jest cenzuralne, to nie zabraniajcie mi go używać.

– Mam na myśli inne słowa – powiedziała ciotka.

Ręka Lidki gładziła moje udo.

– Jest tyle palących tematów. Na przykład, głód... – zanudzała mnie dalej, krojąc truskawkowy tort, a truskawki ociekały czerwonym sokiem... – ...represje... kiedy ludzi w nocy wyciągano z ciepłych łóżek...

Ręka Lidki rozsunęła suwak w moich spodniach i wyjęła członek z ciepłego legowiska.

– Nasz naród nie raz powstawał przeciwko swoim prześladowcom...

Mój członek tak samo powstał pod jej palcami, a ja poczułem żar rozlewający się po całym ciele.

– Czemu pan nie pisze o dumie naszego narodu?

Mój członek dumnie prężył się w dłoni Lidki, czując się chyba podobnie jak kurczak, któremu ukręca się łeb.

– Mówią o panu straszne rzeczy... Ja, oczywiście, w to nie wierzę, ale niech pan pomyśli: przecież o innych tak nie mówią!

Palce Lidki poruszały się tak żwawo, że zacząłem przygryzać usta.

Pani Mirosia nałożyła nam po kawałku tortu i nalała kawy. Lida na chwilę zostawiła w spokoju moje prącie, żeby skosztować tortu i wypić łyk kawy.

– Upadł pan w moich oczach...

Mój członek pozostawiony samemu sobie natychmiast opadł.

Nie na długo. Po chwili jej palce, upaćkane kremem, wędrowały w górę i w dół, i członek znów wyprężył się jak struna.

– Pan świadomie przeciwstawił się społeczeństwu. Słyszałam nawet, że chcieli pana wykluczyć z kościoła.

– Z prawosławnego – powiedziałem. – Ale okazało się, że to niemożliwe, bo jestem grekokatolikiem. A szkoda...

– Niech pan nie bluźni!

– Dlaczego? Dołączyłbym do całkiem niezłej kompanii: Mazepa, Tołstoj, Giordano Bruno, Joanna d’Arc, Jan Hus...

Patrzyła na mnie jak na szaleńca. Potem przeniosła spojrzenie na swoją siostrę, która wreszcie przemówiła:

– Z takimi poglądami nigdy nie dostanie pan ręki naszej córki.

W tym momencie mój członek wyprężył się i wystrzelił żywicą, w kierunku tam gdzie go skierowała ręka Lidki: prosto na kolana siedzącej naprzeciwko ciotki Roksolany.

Biedaczce zaparło dech. Powoli opuściła wzrok, żeby się przyjrzeć temu nieszczęściu. Mamusia niczego nie zauważyła. Patrzyła na Lidkę, która wyjąwszy rękę spod stołu, ze smakiem oblizywała palce.

– Lideczko! Przecież na stole leżą serwetki!

– Ach! Ten krem jest taki pyszny! Z bitą śmietaną... Właśnie taki lubię.

Cichuteńko zasunąłem rozporek i odetchnąłem głęboko. W głowie grały mi skrzypce i wiolonczele.

 

Przestraszona ciocia Roksolana wreszcie podniosła wzrok, spojrzała na nas z wściekłością, wzięła ze stołu serwetkę i wytarła kolana.

Pan Romcio mrugnął do mnie porozumiewawczo. Czyżby coś zauważył? Nieważne.

– Coś kapnęło, Laniu? – zapytała pani Mirka.

– Kawa... – odpowiedziała ciotka, a na jej wypudrowane policzki wystąpił zdrowy dziewczęcy rumieniec.

– Dalej, Jureczku, chluśniem, bo uśniem! – powiedział pan Romcio i nalał mi wina. – Niech pan nie słucha tych głupich bab. Spodobał mi się pan. A wie pan dlaczego? W zdrowym ciele – zdrowy bąk.

– Romku! – zaskrzypiała jego żona. – Czyś ty zwariował?

– Jego też już zdążył zepsuć! – jęknęła ciotka. – Przez niecały kwadrans, kiedy zostawiłyśmy ich samych, ten zboczeniec i jego zaraził! To straszne! Z tym trzeba walczyć, jak z infekcją!

– Pani Roksolano. Niech pani zostanie ze mną sama przez dwadzieścia minut. Taka z pani konserwatystka, że niczego nie musi się pani obawiać.

– O Boże! – zachłysnęła się powietrzem pani Mirosia i wytrzeszczyła oczy.

Ciotka bezgłośnie otwierała usta, jak ryba wyrzucona na brzeg. Jej twarz zrobiła się buraczkowa i daję głowę, że majtki miała wilgotne.

– Co to za zapach? – spytała pani Mirosia i podniosła do nosa serwetkę, którą jej siostra przed chwilą wytarła sobie kolana.

– A co, już zapomniałaś jak to pachnie? – śmiał się do rozpuku stary.

– Bezbożnicy! – krzyknęła pani Mirosia i zerwała się od stołu. – Lidka! Marsz do domu! Żebym cię z tym... tym... wyrzutkiem więcej nie widziała! Nawet nie chcę słyszeć jego imienia!

Stary tymczasem rechotał, trzymając się za brzuch, a Lidka spokojnie włożyła do reklamówki butelkę wina, parę kawałków tortu i wziąwszy mnie pod ramię, powiedziała:

– Wydaje mi się, że na nas już czas, Jureczku.

– Lidka! Ty dokąd?!

– Mamy w programie piknik na łonie natury!

– Dziękuję za gościnę – powiedziałem i wyszliśmy.

– Nie pójdziesz z nim! – nie przestawała matka.

– Wszystko było pyszne, zwłaszcza tort – rzuciłem przez ramię.

– Jurku! – huknął stary. – Zadzwoń do mnie na dniach, pójdziemy na piwo. Zdam ci relację z przebiegu operacji.

– Jakiej znowu operacji? – trzęsła się z oburzenia jego żona.

– Z operacji „Dupa”!

Anna Ursulenko: Chciałam Pana zapytać o taką rzecz, na wcześniejsze spotkania miał Pan przygotowane zupełnie inne teksty. A to opowiadanie z tego co wiem przygotował Pan specjalnie na Wrocław. Czy mogę zapytać o podwód. Mogę się jedynie domyślać, że to z powodu dobrego tłumaczenia?

 

 



Jurij Wynnyczuk:
Nie było to jakimś specjalnym zamierzeniem. W Czechach czytałem fragmenty „Tanga śmierci", które właśnie tam się ukazało. W Polsce nie ma jeszcze moich książek, więc pomyślałem, że takie drukowane w Polsce opowiadanie w sam raz by tu pasowało.


Anna Ursulenko:
Do „Tanga śmierci" jeszcze przejdziemy, to pozostańmy jeszcze w obrębie tematyki cielesnej. Chciałam przypomnieć, że w latach dziewięćdziesiątych pan Jurij był założycielem i redaktorem, czasopisma, w polskim tłumaczeniu „Lowelas", który miał być odpowiednikiem ukraińskiego „Playboya". Pismo było wydawane przez dwa lata, ale i tak na rynku prasowym Ukrainy lat dziewięćdziesiątych to był niezły wyczyn. To był miesięcznik?

Jurij Wynnyczuk: Wpierw wychodziło dwa razy w miesiącu, a potem trzy razy. Czasopismo oprócz tekstów, sprzedawało też erotyczne akcesoria. Nasi czytelnicy domagali się konkretnych rzeczy, np. "hiszpańskiej muchy", afrodyzjaki. Musiałem jechać po to do Polski z kolegą, który jeździł przez granicę po jabłka i warzywa. Ja kupowałem w „Sex shopie" potrzebne rzeczy, potem przesypywaliśmy to marchewką, ziemniakami i tak przejeżdżaliśmy przez granicę z powrotem na Ukrainę. Podróżowaliśmy tak parę razy w miesiącu. Tak, że nasze przedsięwzięcie miało też swój komercyjny charakter.

Anna Ursulenko: Chciałam tutaj jeszcze spytać, o to Pana zamiłowanie do prowokacji. Mam takie pytanie: czy często publiczność, której Pan serwuje z rozmysłem jak się domyślam takie smakowite kąski reaguje jak rodzime bohaterki tego opowiadania, to znaczy, z takim oburzeniem. Wydaje mi się, że dzisiaj granice przyzwoitości obyczajowej są na tyle szerokie, że słuchaczy, czy czytelników trudno czymś zaskoczyć? Trudno sprowokować ich reakcje?

Jurij Wynnyczuk: To zależy od sytuacji. To co ja pisałem w latach dziewięćdziesiątych wzbudzało oburzenie ludzi z tzw. staroświeckimi poglądami. To zależy na kogo się trafi.

Anna Ursulenko:
Rzucali pomidorami?

Jurij Wynnyczuk: Nie, tak źle to nie było. Ale były protesty. Podchodzili do mnie ludzie i wprost mówili, że to im się nie podoba. Myślę, że zaważyło na tym sowieckie wychowanie, które nie uznawało, żadnej finezyjnej zabawy z przymrużeniem oka. Wszystko musiało być takie bardzo prawdziwe: tylko „Prawda" i prawda. Nie dopuszczano żadnej mistyfikacji i erotyki. Teraz jest zupełnie inaczej. Weszło młode pokolenie, które wręcz nastawione jest na prowokację.

 


Anna Ursulenko: Często Pan mówi, że w swoich książkach bazuje Pan na przeżyciach zaczerpniętych z własnej biografii. Tak się zastanawiam, i nie chodzi mi tylko o te powieści erotyczne, że przygody bohaterów, z którymi Pan się częściowo utożsamia, pozwalają też Panu przeżyć inne życie, na przykład być profesorem, odkrywać tajne manuskrypty, rozszyfrowywać je itd. Czy jest to swego rodzaju zabawa dla Pana?

Jurij Wynnyczuk: Byłoby tu ryzykownym powiedzieć, że wszystkie te zdarzenia przeżyłem. Oprócz dwóch tytułów uznanych za erotyczne, wszystkie inne moje książki są bardzo porządne. Część z tych przygód doświadczyłem, inną część dopisałem dla dobra fabuły. Często piszą do mnie ludzie, że moje książki pozwalają im wyjść z ciężkiego stresu. Myślę, że każdy autor byłby z takiej opinii zadowolony.

Anna Ursulenko: Może w takim razie przejdźmy od tych książek terapeutycznych do tych książek poważnych. Mam tu szczególnie na myśli Pańską ostatnią powieść „Tango śmierci". Z tego co już mówiłam jest tłumaczona na czeski, chorwacki, niemiecki.W związku z tą książką chciałabym się z Państwem podzielić moim zaskoczeniem. Byłam niedawno na spotkaniu z Panem, kiedy Pan zwracając się do Ukraińców z Ukrainy nie tej galicyjskiej mówił: „A to Wasz Bohdan Chmielnicki, a to Wasi Kozacy oblegając Lwów żądali okupu". Powiem, że to była pozycja bardzo nietradycyjna dla Ukrainy, byłam tym zaskoczona, ale stwierdziłam, że Jurij jako patriota Lwowa i Galicji może tak powiedzieć. Ale drugie zaskoczenie dopadło mnie, gdy zaczęłam czytać „Tango śmierci", bo czterech bohaterów tej książki mieszkańców Lwowa pisarz wcielił w szeregi armii Petlury i nazywa ich „kozakami". A więc pomyślałam sobie, że jednak nie da się budować dzisiejszej Ukrainy, jej jedności i tożsamości bez mitu legendy kozackiej. Dobrze myślę?

Jurij Wynnyczuk:
Oni sami siebie tak nazywali w armii Petlury czyli Kozakami. W tej powieści chodzi o losy: Polaka, Niemca, Ukraińca i Żyda. Czterech towarzyszy, którzy w przedwojennym Lwowie przeżywają swoje przygody; trochę "baciarują", a potem podczas wojny muszą walczyć. Wszystko co ich łączy, to  że ich ojcowie walczyli w armii Ungerna. W tysiąc dziewięćset dwudziestym drugim roku żołnierze polscy ruszyli na Ukrainę żeby wzniecić powstanie, dołączyli do nich Kozacy. Rozbili ich pod małym miasteczkiem na Wołyniu. Trzystu sześćdziesięciu Kozaków dostało się do niewoli. Proponowano im przejście do Armii Czerwonej - odmówili. Wszystkich rozstrzelano. Znalazłem spis tych rozstrzelanych. Kiedy go przeglądałem okazało się, że nie było na nim samych Ukraińców, ale Czesi, Niemcy, Polacy, Żydzi.I to mnie natchnęło, żeby uczynić moimi bohaterami właśnie przedstawicieli tych czterech narodowości, którzy co chwila stają przed dylematem: zdradzić czy umrzeć? Kiedy przyszli czerwoni Rosjanie, to rozstrzelali polską policję, urzędników, inteligencję. Ale są tam oprócz tej wojennej zagłady też momenty tragikomiczne i wesołe.

Anna Ursulenko: Tak potwierdzam proszę Państwa. Kończę czytać książkę i czekam na jej polski przekład, bo jest naprawdę godna tego.

 




Gabriel Leonard Kamiński:  Do jakiego typu humoru jest Panu bliżej; czy to rosyjskiego, typu Ifla i Pietrowa czy np. do czeskiego? Kto jest tu dla Pana mistrzem?

Jurij Wynnyczxuk: Zdecydowanie mi najbliżej do humoru czeskiego, a moim ulubionym mistrzem jest Bohumil Hrabal, którego zresztą tłumaczyłem.

 

Jurij Wynnyczuk sprzedaje swoje książki

Po spotkaniu Jurij Wynnyczuk przywiózł ze sobą swoje książki, które sprzedawał, podpisywał i rozmawiał o nich już w bardziej kameralnej atmosferze z czytelnikami

Opr. GLK.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.