fesstiwal słowa w piosence
--

Marianna Kijanowska - Świat opowiedziany, świat wyczarowany przez wyobraźnię

[21.07.15]

Ze strony ukraińskiej sobotnim gościem Miesiąca Spotkań Autorskich była poetka metafizyczna Marianna Kijanovska.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Spotkanie prowadził Marcin Gaczkowski.


Marianna Kijanovka i Marcin Gaczkowski

Marianna Kijanovska urodziła się w 1973 roku w małym miasteczku koło Żółkwi, na północ od Lwowa, w Galicji. Studiowała we Lwowie. Podczas studiów należała wraz z Natalką Śniadanko do żeńskiej grupy literackiej MMJUNNA TUHA czyli „Stowarzyszenia samotnych grafomanek”. Poetka (tomy Інкарнація, 1997; Вінки сонетів, 1999; Міфотворення, 2000; Дещо щоденне, 2008; 373, 2014), prozaiczka, tłumaczka i historyk literatury. W roku 2011 ufundowała nagrodę literacką Wielkiego Jeża dla autorów najlepszych ukraińskich książek dla dzieci. Jurij Berdyk pisał o niej, że w jej tekstach „w sposób naturalny współistnieje boska miłość bliźniego i wyrafinowany erotyzm” a Váno Krueger twierdzi, że jej wiersze są „niczym obnażony nerw”.

Marcin Gaczkowski: Marianna Kijanovka mieszka obecnie we LwowieWcześniej studiowała tu filologię ukraińską. Wtedy też należała do specyficznej grupy literackiej, o ciekawej nazwie MMJUNNA TUHA czyli „Stowarzyszenia samotnych grafomanek”, którą założyła razem z koleżankami. Jest bardzo cenioną autorką na Ukrainie, ze względu na swoją niepowtarzalność i oryginalność.

Jest autorką licznych zbiorów poetyckich pod takimi tytułami jak „Inercja",   „Mitotwórstwo", „Zwyczajna mowa", Ścieżka wzdłuż rzeki" i ostatnio „Trzysta siedemdziesiąt trzy". Utwory Kijanovskiej były tłumaczone na języki: angielski, rosyjski, białoruski, serbski i oczywiście język polski. Co dla nas ważne tłumaczy polską poezję i to autorów niełatwych, takich jak Leśmian, Julian Tuwim, Leopold Staff, Stanisław Barańczak, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Roman Honet, Jacek Dehnel, a także poetów z kręgu najnowszego zjawiska literackiego neolingwistów warszawskich.

Laureatka licznych nagród ukraińskich. Dwukrotna stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP Gaude Polonia , 2003, 2009). Laureatka honorowej odznaki „Zasłużony dla Kultury Polskiej” (2014). Co bardzo interesujące i istotne myślę, to interesuje ją literatura piękna nieco innego kalibru. Jest założycielką i dyrektorką nagrody literackiej dla „Najlepszego Twórcy Ukraińskiej i Ukraińskojęzycznej Literatury dla Dzieci", nagrody „Wielkiego Jeża".

Marcin Gaczkowski: Pani Marianno spotykamy się tutaj z autorami z Ukrainy, owszem, zdarzają się tacy, ale bardzo rzadko, którzy przyjeżdżają i pokazują nam to, co już czytali, ale generalnie zapoznajemy się z utworami nowymi, frapującymi czy inspirującymi. A Pani nie tak dawno, w jednym ze swoich ostatnich artykułów, który czytałem ogłosiła możliwą i rychłą śmierć ukraińskiej literatury. Dlaczego?

 


Marianna Kijanovska:
Faktycznie napisałam taki artykuł, ale nie chciałam być ostra w wyrażaniu swoich opinii. Chciałam wywołać dyskusję w kręgach literackich, co mi się udało, ale nie tylko o to mi chodziło. Jest już kilka polemicznych artykułów, które nawiązują do tezy wyłożonej w moim artykule, krótko mówiąc chodzi o to, że jesteśmy świadkami zjawiska dotyczącego ogólnoświatowej tendencji, do globalizacji literatury pięknej. Mówiąc inaczej, coraz częściej mamy do czynienia z naśladownictwem, a nie oryginalnym pisarstwem w stylu np. Barańczaka czy Miłosza. I z tym samy zjawiskiem mamy do czynienia na Ukrainie tylko, że u nas jest z tym gorzej niż w Polsce.

Moje pokolenie w latach dziewięćdziesiątych odkrywało dla siebie jednocześnie Andruchovycza, ale także zapomnianych autorów, wcześniej niedrukowanych, Zerova, Małyniuka, Dłużnyka, Antonycza. Nasze pokolenie przyswajało sobie literacką kulturę i jej ciągłość. A młodsi ode mnie, o dziesięć czy  piętnaście lat czytają tylko literaturę współczesną nie zagłębiając się w tradycję. Nie mamy w obiegu krytycznoliterackim żadnych nawiązań do historii literatury. Nie chcę się dłużej nad tym rozwodzić, po prostu spytałam środowisko literackie, dlaczego tak jest? Jakie widzą oni wyjście z tej sytuacji.

Marcin Gaczkowki: Dopowiem, tylko, że to się nie mieści w prawidłowościach buntu literackiego, gdzie na przykład, dla zasady odrzucamy tradycję, lecz w swojej specyfice faktycznie przynależy do pewnych globalizacyjnych trendów literackich.

Marianna Kijanovska:
Właśnie to zjawisko nie należy do typowego buntu, bo ten kto się buntuje, kojarzy tradycję, umie korzystać z jej dorobku.

Marcin Gaczkowski:
Chce Pani przez to powiedzieć, iż jeżeli Nikola Semenko oświadcza, że „pali Kobziarza", to znaczy, że zna świetnie twórczość Szewczenki, a dzisiejsi twórcy, tego po prostu nie znają.

 

 

 
Marianna Kijanovska:
Tak, brakuje im tego kontekstu. Młodzi literaci nie są w stanie przeprowadzić takie analogii, brakuje im po prostu wiedzy. Zdaję sobie sprawę, iż nie każdy autor musi być przeczytany, i nawet nie musi być przeczytany. W latach dwudziestych Nietzschego nikt prawie nie czytał, ale bardzo dużo twórców nawiązywało do niego. Ostatnio obchodzony był Rok Miłosza i z góry wiadomo, że nie każdy student przeczyta Miłosza. Nie mamy sposobu na obecność
w obiegu tradycji literackiej pisarzy, którzy już nie żyją. Każda prezentacja poetycka, czy literacka teraz zamienia się w teatr jednego aktora, który jest jednocześnie autorem. Kultura współczesna jest obecnie bardziej zorientowana na spektakl. To zjawisko mocno ciąży nad literaturą ukraińską. Wydaje się nawet, jakbyśmy nie mieli żadnych autorów, oprócz tych, którzy żyją, o których mówi się w mediach czy prasie. I właśnie o tym myślałam pisząc swój tekst. Napisałam go specjalnie w tradycji czarno-białej, żeby zaostrzyć wagę problemu. Jeżeli będzie to potrzebne, to napiszę jeszcze kilka podobnych artykułów, bo to jest obecnie na Ukrainie bardzo poważny problem.

Marcin Gaczkowski: Mówimy tu o kwestii spektakularności, teatralności i widowiskowości literatury ukraińskiej. bo jest ona współcześnie właśnie taka, dość kolorowa i jarmarczna. Niektórzy twórcy mniej medialni, mniej widowiskowi umykają nam. Na przykład zaproszeni na ten festiwal pisarze, czy sądzi Pani, że polski odbiorca dostaje dzięki temu wiarygodny i miarodajny przegląd współczesnej literatury ukraińskiej?

Marianna Kijanovska:
Każdy przegląd jest w miarę wiarygodny. Kiedyś uwiarygadniały, prezentowały pisarzy czasopisma, teraz robią to festiwale literackie. Nie może być festiwalu uniwersalnego, czyli coś dla nikogo i dla każdego. Ja w ogóle jestem po stronie festiwali niekoniecznie niszowych, ale nakierowanych na konkretnego odbiorcę, czyli nie o wszystkim i nie o wszystkich. Reprezentację ukraińskich pisarzy na obecnym Miesiącu Spotkań Autorskich uważam za bardzo dobrą.

Marcin Gaczkowski:
To od razu zapytam Panią, jako ambasadora kultury polskiej, czy polska kultura dobrze reprezentowana jest na Ukrainie?

 


Marianna Kijanovska:
Wydaje mi się, że tak. Brakuje mi tu nazwisk, ale reprezentacja literatury polskiej w tłumaczeniu na ukraiński  nie jest może idealna ale wystarczająca. Mówię o tym z przekonaniem znając prawie wszystko, co w dziedzinie poezji i prozy ostatnio ukazało się wartościowego w Polsce.

Marcin Gaczkowski:
W takim razie jeśli mamy festiwal interakcję twórca- widownia, to posłuchamy opowiadania pani Marianny Kijanovskiej pt. „Ona i dzieci":

Ona i dzieci


„Historia to bujda” – powiedział Henry Ford.

Ale Sokrates był martwy.

Platon nie napisał, czy płakał w dniu śmierci Sokratesa.

Joseph Heller1


* * *

Byłem kainem i wiedziałem o tym od zawsze.

Babunia Hawwa przezywała mnie tak w rozgniewaniu – kain. Choć według metryki moje imię brzmiało Józef, nie miałem ani jednego brata.

Mama i tato, mówiła babunia, umarli, bo najedli się trujących grzybów. Sam Bóg ukarał ich w ten sposób.

Innym razem opowiadała, że boska sprawiedliwość dosięgła ich, gdy zginęli w wypadku, a jeszcze kiedyś wspomniała, że moi rodzice padli ofiarą bandyty, który wkradł się do mieszkania przez okno. Rzecz jasna, włamywacz nie ukradł niczego z wyjątkiem ślubnych obrączek, gdyż w domu, mówiła babunia, żadnych cennych rzeczy nie było.

Pewnego zimowego wieczoru babunia wyznała, że tak naprawdę („naprawdę”, tak właśnie się wyraziła) – naprawdę mego ojca posadzili na całe życie do więzienia, a mama ulotniła się, Bóg raczy wiedzieć dokąd. Może któregoś dnia wróci, o ile jeszcze żyje.

Ale zaledwie tydzień później usłyszałem historię o katastrofie lotniczej nad morzem. Nie wierzyłem więc babuni, nie wierzyłem, że moi rodzice umarli, nie wierzyłem, że wciąż pozostają przy życiu. Było mi to trochę obojętne, a trochę nie, bo chciałem mieć brata – marzyłem o tym bardzo. Wyobrażałem sobie młodszego brata, niewiele młodszego, o kilka lat, jak chodzi ze mną do lasu, i jak robimy razem modele okrętów, jak potem biegniemy do rzeki spuszczać je na wodę, i jak wspólnie puszczamy latawca. Bardzo tego chciałem. Ale nie miałem przecież taty i, co gorsza, nie miałem nawet mamy, wiedziałem zatem, że brata nie będę miał nigdy. To „nigdy” pobrzmiewało w mojej głowie jako „nigdddddy” („Kiedy?” – „Nigdddddy!) i wiedziałem, że taka jest prawda – nigdddddy. Beznadziejna to sprawa – marzyć o bracie, a mieć wyłącznie babunię, może jeszcze nie bardzo starą, ale za to dziwaczkę, babunię wielce zaniedbaną, w wielce zaniedbanym, moim i babuni, domu, otoczonym wielce zaniedbanym ogrodem z zaniedbaną, ukrytą pośród zieleni maleńką tajną furtką, wiodącą na ścieżkę, co wije się wzdłuż rzeki.

Ten dom i ten ogród były dla mnie domem i ogrodem rodzinnym, i było tam mnóstwo miejsc, w których mógłbym bawić się z bratem, gdybym tylko miał brata, lubiłem więc ten zapuszczony ogród, lubiłem beznadziejnie zakurzone i zapajęczone pokoje, a także kuchnię, sień, komórkę pod schodami, tudzież strych.

Strych był moim – i tylko moim – prawdziwym rajem, na strychu panował zawsze spokój i ład, nie było tu nawet drobinki kurzu, ani niteczki pajęczyny. Na strychu przechowywałem swoje zbiory. A były to unikalne kolekcje. Na przykład znaczki pocztowe lub zbiór fotografii z medycyny sądowej.

Po znaczki pocztowe biegałem na pocztę (najwygodniej było wyjść sobie przez tajemną furtkę, ścieżka prowadziła wprost do budynku urzędu pocztowego, pytałem tam, czy są jakieś ciekawe znaczki, a właściwie pytałem nieco inaczej: czy do kogoś w miasteczku nadszedł list lub paczka z zagranicy. Listy takie przychodziły dość często, gdyż wielu mieszkańców wyjechało na saksy, ktoś miał krewnych za granicą, a do pisarza przychodziły listy aż z samej Szwajcarii, więc ja, nie dowierzając naszemu wiecznie pijanemu listonoszowi, zawsze osobiście odnosiłem pisarzowi te listy, a ten pozwalał mi wycinać część koperty ze znaczkami, a czasem nawet przywoził mi z miasta, ze sklepu filatelistycznego, znaczki – czyste i ostemplowane – niezbyt rzadkie, co prawda.

Szczególna była historia kolekcji zdjęć. Byłem jeszcze bardzo mały, gdy do babuni przyszedł pewien człowiek. Był chudziutki, sama skóra i kości, i miał ze sobą dwie walizki. Pomieszkał z nami kilka dni. Jedną z walizek zabrał ze sobą, a drugą zostawił. Przez następnych kilka miesięcy babunia dzień w dzień przypominała mi, abym nie ważył się dotykać tej cudzej walizki, lecz w końcu o niej zapomniała. Nie minęło nawet pół roku, jak walizka powędrowała na strych. Na zawsze.

Wewnątrz niej były papiery i fotografie. Papiery (najczęściej jakieś wypełnione formularze, wszystkie w obcym języku) nie były wcale zajmujące. Sam nie umiałem ich odczytać, a bałem się pokazywać je komuś innemu. Nader ciekawe były za to prawie wszystkie zdjęcia, nawet najgorsze spośród nich. Było mi tylko żal, że ta kolekcja, w odróżnieniu od znaczków, nie powiększała się. Ale nie było na to rady:
skąd miałbym wziąć takie fotografie? Bez mała na wszystkich czerniły się nieregularne i niezmywalne plamy zaschniętej krwi...

Trzecią z moich kolekcji stanowiły rzeczy, które przypisywałem moim rodzicom. Była najmniejsza ze wszystkich, licząca zaledwie pięć przedmiotów: złamany pierścionek mamy, zapisany do połowy zeszyt dziecięcy (ale nie szkolny), naszyjnik z rzecznych muszli, mały jedwabny biustonosz oraz składany nóż taty (babunia potwierdziła, że taty, a ja jej trochę nie uwierzyłem, a trochę uwierzyłem, w każdym razie wolałem uwierzyć), z lekko pękniętą rękojeścią z kości. Z rzeczami po mamie sprawa zdawała się być jasna: stanik i pierścionek należały do drobnej filigranowej kobiety, dowodziły, że mama była niewielkiej postury (w żadnym razie nie mogły być zatem własnością babuni). Nie miałem już tak dużej pewności w przypadku noża, ale było dla mnie jasne, że również i on nie mógł w żadnej mierze należeć do babuni, a ponieważ – nie licząc tamtego cherlawego zmęczonego pana – żaden mężczyzna nigdy nie przekraczał progu naszego domu, wszelkie poszlaki wskazywały, że nóż stanowił własność mojego ojca.

Zeszyt znalazłem w skrytce na strychu, jego brzeg wystawał ze szpary między cegłami. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że to dziennik jakiejś dziewczynki. W pewnym sensie tak właśnie było, ale zorientowałem się od razu, że zapisano w nim zmyślone historie. Przypominały nieco babcine opowieści o moich rodzicach, z tą jednak różnicą, że w historyjkach babuni zgadzało się praktycznie tylko jedno – fakt, że moich rodziców nagle zabrakło. Przy czym zabrakło ich właśnie dla mnie, bowiem nie mogłem wiedzieć na pewno, czy żyją i nie miałem pewności, że umarli.

Wszystkie historie mojej mamy zaczynały się od tego, jak ona, absolwentka szkoły, poszła na swój ostatni szkolny bal, a następnie coś się wydarzyło (przeczytałem aż siedemnaście wersji przebiegu owej nocy), gdyż rankiem wróciła do domu jako zupełnie inna osoba, niż ta, która zeń wychodziła. Przeszła przez sad do furtki, otworzyła ją, spojrzała z bliska na rzekę i wróciła do domu. W rzeczywistości – pojąłem to bezbłędnie – mama utonęła wtedy w rzece. Wyobraziłem sobie nawet kręgi, które się wówczas unosiły – na wodzie i przed oczyma mamy. Wiele na jej temat zrozumiałem, czytając te zapiski.

Właściwie tylko dzięki temu dziennikowi dotarło do mnie, że pierścień w szufladzie maszyny do szycia, prawie nienoszony biustonosz oraz naszyjnik należały kiedyś do mamy, jej istnienie nie było zatem moim wymysłem, lecz istnieniem całkiem realnym, które pewnego razu – nie wiedzieć czemu i jakim sposobem – zostało przerwane. W każdym razie dla mnie.

 

* * *

Babunia Hawwa, jedyna bliska mi osoba, w odróżnieniu od matki wcale nie wydawała mi się realna.

Nosiła ciemne suknie, przeważnie błyszczące (byłem przekonany, że jedwabne, ale – być może – ich połysk wywołany był rzadkim i niedbale wykonywanym praniem). Kiedy je zdejmowała, szykując się do snu albo gdy szukała czegoś w szafie, jej suknie szeleściły cicho – zupełnie jak skóra węża, którą pewnego razu znalazłem w sadzie.

Babunia przesiadywała godzinami przy oknie w swoim pokoju, odwrócona plecami do matowego, poszarzałego, dawno niemytego szkła. Siedziała więc złożywszy ręce i rozprostowawszy plecy, siedziała z przymkniętymi oczami, kołysząc całym ciałem, pełna napięcia i wsłuchana w głąb siebie samej. Szeleściły nie tylko jej suknie. Czasem zdawało mi się, że pod suchą, szaro-żółtawą powierzchnią jej skóry słyszę chrzęst piasku przesypującego się niczym w klepsydrze. Rzekłbyś, nie krwią, lecz piaskiem wypełnione były jej żyły i tętnice, jej kościste ręce i pomarszczona twarz. Nawet światło w pokoju babuni było nieco piaskowe, ulotne, sypkie, niepewne. Niezauważalnie prześlizgiwało się między palcami. Światła tego nie umiałem w sobie zatrzymać, nie umiałem go zapamiętać.

W kuchni babunia podlegała radykalnej przemianie. Być może przyczyną był wiecznie przeciekający kran i kapiąca zeń woda. Jej koścista twarz i dłonie nabierały w kuchni trupiej bladości. Kuchenne ściany, pełne plam i zacieków, ściany, na których znać jeszcze było błękitno-zieloną farbę podkładu, przeobrażały kuchnię w swoiste akwarium, potężne pokłady kurzu przypominały muł. Niekiedy zdawało mi się, że nad kuchnią gazową sprawuje swe ciemne gusła jakaś topielica.

W takie dni wolałem żyć o samym tylko chlebie lub nie jeść do wieczora. Dopiero gdy na dworze zmierzchało, w kuchni zapalało się światło, a rzeczy przestawały być marami, można było żyć. Nalewałem sobie chochlę gęstej, najczęściej grochowej zupy albo odrobinę rzadkiej juszki – gotowanej z reguły na konserwach – lub innej niezbyt wyszukanej potrawy, i znikałem w moim pokoiku, na mojej kanapie, z książką w ręku.

Co widzę na twarzy mojej babuni, cóż takiego w niej dostrzegam? Dlaczego to takie nieodgadnione?” – pytałem sam siebie w takie dni. Domyślałem się, że rozwiązanie może się jakoś wiązać z moim kolekcjonerstwem. Była też inna możliwość: babcine oblicze mogło stanowić odpowiedź na pytania, którymi były moje zbiory, tak samo jak one są odpowiedziami na pytania zawarte w twarzy mojej babuni.

Pewnego razu niemal odnalazłem kluczyk do tej zagadki. Przyśnił mi się sad, a w nim babunia (w rzeczywistości babunia Hawwa, odkąd sięgam pamięcią, nie lubiła chodzić do sadu). Babunia z mojego snu siedziała wysoko na drzewie, ubrana była w jasną dziewczęcą sukienkę – widywałem już takie na starych, chyba przedwojennych książeczkach z obrazkami – miała zbyt duże trzewiki, ledwie trzymające się jej chudziutkich nóżek, w ustach trzymała lizaka, ale jej buzia była współczesnym, znanym mi doskonale obliczem mojej babuni. Trzymała coś na kolanach. Czyżby książkę? Dziennik mamy? A może album ze zdjęciami? Nie zdążyłem się dokładnie przyjrzeć, czułem jednak niezawodnie, zarówno we śnie, jak i po przebudzeniu, że to właśnie jest klucz do zagadki. Na szyi babuni wisiał gruby złoty łańcuch. Nigdy w życiu takiego nie widziałem, choć dawna babunia Hawwa była lichwiarką. Dziś – oboje z dzisiejszą babunią Hawwą – żyliśmy jeszcze z tego lichwiarstwa dawnej Hawwy. I mieliśmy zeń żyć jeszcze długo. Nie wiedziałem, gdzie babunia trzyma swoje łupy. Każde z nas chadzało po domu własnymi ścieżkami, mieliśmy własne – stare i nowe – skrytki schowane za tajemnymi przejściami.

A w dodatku nie byłem w stanie pojąć, dlaczego dla Hawwy nie byłem Józefem, tylko kainem. Pytałem o to babunię, lecz ona, jak zawsze, udzielała mi najróżniejszych odpowiedzi.

Powiedziała, że to w istocie nie jedno, lecz trzy pytania.

Wyjaśniając dlaczego nie jestem Józefem, mówiła, że człowiek naznaczony niezmywalnym piętnem Józefem być nie może.

Innym razem orzekła, że nie jestem Józefem, albowiem to nie moja, lecz jej szata splamiona jest krwią.

A jeszcze innym razem dowiedziałem się, że nie jestem Józefem, gdyż mam brata i kamień dla niego. „Ty dzierżysz kamień dla brata twego” – mówiła tak, a ja milczałem. Ona powtarzała to po raz drugi i trzeci, aż wreszcie skóra zaczynała schodzić z moich oczu, a sny zacierały się w pamięci. A kiedy tłumaczyła mi, dlaczego jestem kainem, powiedziała, że nikt nie może być niczego pewien, ani o swoich braciach, ani o sobie samym, i dodała jeszcze, że tylko zwierciadło może wszystko zmyć, i że rozwiązanie zagadki jest w wodzie.

Od czasu do czasu powiadała jeszcze, że spoglądanie w otchłań jest niebiańskim błogosławieństwem, a kto nie jest godzien pamiętać, ten niechaj słucha, i że piękno może być piękne, ponieważ wiedza, jest w istocie niewiedzą. Babunia Hawwa głosiła mi więc mądrości o Józefie i o kainie, ale nigdy nie udzieliła jasnej odpowiedzi na żadne z trzech pytań, albowiem, przekonywała, w istocie pytania były tylko dwa.

Zawsze po takiej rozmowie musiałem wspiąć się na strych, bo przebywając w pokoju, nie potrafiłem nazwać swoich tajemnic. Zastanawiałem się, czy rzeczywiście pragnę uzyskać odpowiedź na każde z pytań ukrytych na twarzy babuni Hawwy. Dla mojego serca pytania te brzmiały następująco: jeżeli jestem Józefem, to powinienem mieć braci, a jeśli kainem, to muszę mieć brata, lecz jeśli nie jestem ani kainem, ani też Józefem, to kim w takim razie jest moja mama (wszak z jej dziennika dowiedziałem się, że nie jest Rachelą)?


* * *

Mężczyzna ten przyszedł do babuni Hawwy późnym wieczorem, kiedy już spałem. Zaczynałem wówczas śnić sen o Księdze. Aby odczytać w niej jakąkolwiek stronicę, należało ujrzeć jej lustrzane odbicie: wyłącznie odzwierciedlone znaki stają się słowami.

Tak więc ów człowiek przyszedł do babuni.

Nie zmienił się ani trochę: chudzina, skóra i kości, ciężka walizka w ręku. Słyszałem przez sen, jak trzasnęły drzwi wejściowe i zrozumiałem, że ktoś wszedł bez stukania. Wiedziałem, że gość (lub złodziej) chodzi po kuchni. Ucieszyłem się, gdy nareszcie wyszła do niego babunia.

Milczeli, z czego wysnułem wniosek, że mężczyzna ten ma prawo przychodzić do naszego domu o każdej porze. Milczeli wciąż i milczeli. Głębokie milczenie zlewało się ponad nimi jak wody.

„Śpi?” – spytał ten człowiek.

Śpi, śpi, jasne, że śpi” – zaszeleściła suchymi wargami Hawwa.

Obudź go, chciałbym go zobaczyć” – nakazał mężczyzna. Zdawało się, że w jego wyschniętym ciele nie było ani jednej zbędnej kropli krwi. Ale ja już stałem na progu, stałem z szeroko rozwartymi powiekami.

Gdy byłem tutaj poprzednim razem – rzekł zasuszony mężczyzna – nie odnalazłem swojej własności w miejscu, w którym ją pozostawiłem. Ty wiesz gdzie ona jest. Przynieś mi ją.”

Zrobiło mi się naraz nieznośnie ciężko, jakby na moich piersiach spoczął wielki i bezlitosny ciężar. „Ty wiesz gdzie, wiesz… wiesz…” – dzwoniło w moich uszach. „Nigdddddy, nigdddddy, nigdddddy” – zabrzmiało w odpowiedzi, ale mimo to poszedłem po walizkę z papierami i fotografiami. Przyniosłem ją nie bez trudności. Nie bez trudności postawiłem pośrodku kuchni. Spojrzałem w stronę zlewu. Kropla czyniła nadzwyczajny wysiłek, by wreszcie upaść dźwięcznie do metalowej komory.

(„Możliwe, że któraś z nich okaże się ostatnią. Albo żadna. Być może każda kropla jest kroplą ostatnią. A może nie?”)

Dziękuję, lecz nie miałem na myśli walizki. Wiesz, o czym… – mężczyzna pochylił głowę, uważnie spojrzał na swoje dłonie i dotknął prawego nadgarstka – Przynieś mi mój składany nóż”.

Hawwa wzdrygnęła się, jej suknia zaszeleściła, a kilka ziarenek piasku upadło na podłogę. A może były to krople wody, które nie zdołały utrzymać się w szyjce kranu.

Nie rusz go!” – zaszeleściła powtórnie. Ten szelest podobny był do syku. Dało się w nim odczuć ostrą groźbę.

„Ale to nóż mojego taty!” – wykrzyknąłem.

(Niemal równocześnie z Hawwą).

A jeśli powiem ci, kto jest twoim ojcem? A może ty mi powiesz, kto jest twoim bratem? Nie jestem twoim strażnikiem, możesz mówić, co zechcesz. Czego byś jednak nie powiedział, ten nóż nie należy do ciebie. Przynieś mi mój składany nóż”.

Oszołomiony i zbity z tropu, nie byłem w stanie ruszyć się z miejsca.

„Babuniu?”

Cóż, Hawwo, wygląda na to, że nigdy nie opowiedziałaś małemu naszej historii rodzinnej? Nie powiedziałaś mu, prawda?!”

Hawwa siedziała i, zmrużywszy oczy, liczyła po kolei każde z ziarenek piasku wewnątrz siebie, tak jakby czyjaś nieubłagana ręka znów przewróciła klepsydrę, tak jakby czas w tej chwili znów podjął odwrotną rachubę, odliczając sekundy ku minionej przyszłości, i słychać było, jak gdzieś obok, w niemal pozbawionej powietrza przestrzeni, uderza wahadło metronomu: tak, nie tak, tak, dzyń, kap, nie tak, tak…

Ja jestem twoim ojcem, Józefie.”

A… a… czy mam braci? A może siostry? Siostry czy braci? I kim jest moja matka? Bo babunia nie…”

Zbytnio się śpieszysz, Józefie. I – nie przyniosłeś – mi – mojej! – własności. Przynieś mi mój składany nóż, Józefie…”

Pobiegłem, po raz drugi tego wieczoru, na strych, potykając się i ześlizgując ze stopni („Babunia Hawwa… Babunia… Babunia Hawwa… Babunia…”).

Minutę później znów stałem pośrodku kuchni, niczym przed obliczem sądu. Czułem, że nie mam już siły dłużej stać, bo uginają się pode mną nogi, i ściskałem rękojeść noża. Gdzieś głęboko w ukryciu drzemało ostrze. Choć było ukryte, wiedziałem przecież, że jest. Jest. Gdzieś w środku…

Więc?... Kim jest moja mama…”

To ona!... Hawwa, Józefie. Poznajcie się, proszę. Józefie, oto Hawwa. Hawwo, oto nasz syn, Józef, czy nie tak?”

Mam… Ba.. A???...”

A… oto… – twój… jedyny brat…” – rzekła Hawwa, jakby starała się wykaszleć grudkę mułu, a może tak właśnie było, bo czyż można innym sposobem wymówić podobne słowa?...

…………………………………………………


* * *

Było to ponad moje siły. Pojmując, że właśnie tak ludzie dostają pomieszania zmysłów, mocniej ścisnąłem prawą dłonią rękojeść noża, lewą zaś chwyciłem walizkę. Nie tę z fotografiami, lecz inną, tę, z którą przyszedł ów człowiek. Wybiegłem z domu, przez sad, nad rzekę.

Na jeden wydech zatrzymałem się przy furtce. Przełknąłem powietrze niczym tonący człowiek, jakby to miał być ostatni raz, i popędziłem ścieżką aż tam, gdzie brzeg wydawał się najbardziej płaski, do tego miejsca, z którego, gdybym miał brata, moglibyśmy puszczać na wodę statki. Gdybym tylko miał brata.

Przybiegłem.

Zatrzymałem się.

Cisnąłem walizkę. Niemal wpadła do wody.

Wypuściłem powietrze, które chwilę wcześniej eksplodowało w moich płucach.

Wciągnąłem powietrze ponownie.

Pochyliłem się nad walizką.

Zamki ustąpiły z łatwością, wystarczyło nacisnąć i już się otworzyły. Zdziwiło mnie to.

Walizka była pusta… – mhm, może niezupełnie pusta. Leżał w niej kamień. Gładki, biały, o nieregularnym, zaokrąglonym kształcie – niezbyt duży, ale za to ciężki.

Wziąłem kamień do rąk, zastygłem w oczekiwaniu aż uspokoi się nieco wzburzone lustro wody i będę mógł ujrzeć oczy. Wiedziałem bowiem, że muszę ujrzeć oczy.

A potem rzuciłem kamień – prosto w oblicze tego, kto spoglądał na mnie z wody.

Musiałem rzucić.

I kamień plusnął w wodzie. Powstały wysokie fale i pochłonęły wizerunek.

Wtedy on wyszedł na ścieżkę.

Jego mokre czoło błyszczało w świetle księżyca…

Zdaje mi się, że płakałem, jednak moje łzy nie były podobne do łez. Sądziłem, że to woda ze zmoczonych włosów ocieka na moją twarz. Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że moją kieszeń obciąża mój straszliwy los, najcięższa i wieczysta rozpacz – niewielki składany nóż, który tak naprawdę wcale do mnie nie należał.

Tłumaczenie z języka ukraińskiego: Marcin Gaczkowski

 


1
J. Heller, Namaluj to, przeł. I.G. Jackowski, Warszawa 1999, s. 350-351.

Marcin Gaczkowski
: Pani Kijanovska spytała mnie przed spotkaniem, jak podobało mi się to opowiadanie? Powiedziałem, że trochę się nastraszyłem, a pani Marianna powiedziała: i bardzo dobrze!

Marianna Kijanovska:
Opowiadanie to wybrane z ostatniej mojej książki pisałam w Cieszynie.

Marcin Gaczkowski: Reasumując, babunia Hawwa mieszka w Polsce. Stosuje Pani dosyć powściągliwy język zanurzony w bujnej obrazowości. Widać mocne zakorzenienie w kulturze i tradycji judeochrześcijańskiej. Czy to jest Pani sposób na własną twórczość?

 


Marianna Kijanovska: Szczerze mówiąc uważam, że pisarz powinien robić dwie rzeczy w swoim życiu: nie musi jeść, nie musi pić, ale powinien umieć uruchomiać własną wyobraźnię. Musi stosować ją wraz z językiem dobranym do takiej, a nie innej poetyki. Staram się pisać różnymi językami, ale staram się, żeby nic w moich tekstach nie było związane ze mną osobiście.Owszem jestem z nimi osobiście związana, ale tylko przez emocje, które towarzyszyły mi przy pisaniu.

W mojej książce jest jedno opowiadanie, które nawiązuje do fenomenu autobiografii. Towarzyszy mu cytat z
Michela Leiris'a. Ten cytat na początku, rozwija się w kolejny cytat, w którym  pisze on, „mam trzydzieści cztery lata, jestem niewysoki" itd., ale to w jakiś sposób odnosiło się również do mnie. Wymyśliłam sobie jakby taką autobiograficzną opowieść, którą odbiera się jak autobiograficzną, ale ona wcale nią nie jest.

Marcin Gaczkowski: No właśnie, pisząc w jednym ze swoich artykułów o skomplikowanej postaci Juliana Tuwima, czyli twórcy, którym się Pani również zajmuje, zwraca Pani uwagę, iż takie osobowości należy postrzegać na różne sposoby, mając na uwadze ich nieoznaczoność, różne wcielenia, hipostazję.
A czy Pani osobiście ma wiele wcieleń, oprócz tych, które znamy: poetka, prozaiczka,tłumaczka, czy są różne Marianny Kijanovskie i czy są bardzo od siebie oddalone?

Maria Kijanovska: Moja córka powiedziała, że ja mam w domu szafę, w której są pochowane nie ubrania, ale moje różne głowy. Że jestem takim smokiem, ale głowy swoje przechowuję w szafie i nie chodzę ze wszystkimi jednocześnie. Jedna głowa, to jest głowa tłumaczki, druga głowa, to głowa poetki, a trzecia głowa, to głowa prozaiczki, i tak do siedmiu...

Marcin Gaczkowski: A głowa tłumaczki, jakimi kryteriami się kieruje wybierając teksty do tłumaczenia i autorów?

 



Marianna Kijanovska:
Pierwsze moje kryterium jako tłumaczki, to było zero osobistych ambicji, czyli ambicja dotyczy nie mojego ja, ale najlepszego oddania przekładanego tekstu. Autor powinien mieć ambicję, a tłumacz od początku musi być przygotowanym na to, aby stać się niewidocznym. Im bardziej widoczny tłumacz, tym gorszy jest przekład. Najlepiej jest jak nikt nie widzi w nim tłumacza. Tak naprawdę w tłumaczeniu poezji takiej jak Leśmiana, zdałam sobie w jakimś momencie sprawę, że człowiek, który pisze jest bardzo mały
przed Bogiem i w obliczu metafizyki. Jako poetka zauważyłam, że poeta ma  zupełnie inny stosunek do swojego tekstu...

Marcin Gaczkowski: To znaczy, że utwór jest ważniejszy od jego twórcy?

Marianna Kijanovska: Nie, najważniejsza jest metafizyka, która konstytuuje naszą wyobraźnię i język. Ja nauczyłam się tego od Leśmiana.
Leśmian czytał wtedy Bergsona i ta jego znikomość jest bardzo ważną właściwością jego poezji. Poezja znika i pojawia się w nas. Gdybym go nie tłumaczyła nie zdawałabym sobie z tego sprawy.

Marcin Gaczkowski: Czyli twórcza pokora, częściowa rezygnacja z indywidualności z korzyścią dla własnego rozwoju. To może zaglądniemy teraz do poetyckiego wcielenia Marianny Kijanovskiej:


* * *

Jestem własną utopią
rozwiany dym na firmamencie
już za szkłem, nie rozumiesz,
w zaświatach pod lodem zakrzepłym
okalecza, zabija i wskrzesza ten talent zawzięcie
a na duszę spod kry jeszcze słowa
przedśmiertnym tchną ciepłem
krusząc taflę lodową i szyby okiennej zwierciadło
biorę otchłań łyczkami jak gorzkie lekarstwo na życie
swoje wiem, coś jeszcze napiszę i zniknę
przepadło, niweczeję i nawet tym wierszem
niweczę się skrycie.


* * *

Czasu brak i dobrze
każde moje doświadczenie jest już całym światem
kra już u początku ma ostoję.
W wody kamieniu lodowatym nawet
szron różnicy tu nie czyni,
mija nim się stanie ścięty chłodem.
Czym jest żal,
ascezą cienkich linii na powierzchni kry
pod litym lodem


* * *

Tło nagle zapełnia się głębią
spełniło się ciało
wyłania się kształt z pustych miejsc
między nimi a nami
a to co bolało, a potem się snem wydawało,
to odwzorowanie ciał dawnych okrytych ranami,
tych co zachowały swą mowę
i słowem się stały powtórnie w nurt wrosły,
to sok lecz nie tego istnienia.
Moszcz z gron wyciśnięty pod prasą
on jeden wytrwały jest winem wytrawnym
i tym, który w krew przemienia


* * *

Wiem o tym, że miarą człowieka
nie mierzy się Boga, nie człowiek
jest miarą i ptasiej i mojej wszechrzeczy
Jest światłość w ciemnościach
wokoło niej wiedzie mnie droga
to w górę, to w dół, ptasia droga
i szlak mój człowieczy, strach iść
jakbym dzisiaj dopiero stanęła na nogi
Twarz wznoszę w otchłani
jak znak pokonanej już drogi,
gdy było co tracić,
straciłam swe skrzydła biegnące
by stać się jak wszyscy,
by siebie nie poznać do końca.

* * *

Ciemnieje blask tęsknota do zagłady,
cisza prócz Boga, tylko my oboje
i nie ma rady, tak jak nie ma zdrady.
Niebo dla dwojga, tylko tym podwojem
słowa, którego wolność daje życie
z prawem do pełni wieczność naszych figur
mowy zastygłych święcie jak w sanskrycie
nie śmierć nas dzieli ale śmierci wybór.

* * *

Ścieżkę do światła wydeptały ptaki
dłuży się wieczór, dłuższa noc od zimy
prócz śmierci, której nie ma, w pustce takiej
niczego między sobą nie widzimy
Śnieg już siedmiokroć kładąc się na szali
zmienił się w  popiół, Pan Bóg nam ubogim
sprawdziwszy czyśmy wiary dochowali
dał po modlitwie i odesłał z bogiem.

 

Po tych kilku wierszach przetłumaczonych przez Adama Pomorskiego na język polski
Marianna Kijanovska na zakończenie przeczytała  zgromadzonym w sali Mediateki, kilka swoich wierszy po ukraińsku. Mówiła, iż ma nadzieję, że słowa te będą dla Państwa zrozumiałe. Czytała swoje teksty wyraźnie i powoli. Zaczęła od tekstu dedykowanego Miłoszowi.

Marcin Gaczkowski: W tych wierszach, których nie usłyszeliśmy Marianna Kijanovska, w bardzo powściągliwy, zawoalowany sposób pozwala nam zapoznać się z najnowszą historią Ukrainy; tragicznymi wydarzeniami Euromajdanu i konfliktem militarnym na wschodzie Ukrainy. Po pierwsze, czy to jest próba rozmowy Pani na ten temat i po drugie, ogólnie, czy Pani zdaniem ukraińskie elity,  ludzie kultury odpowiednio zareagowali na te wydarzenia?

Marianna Kijanovska: Jest to bardzo trudne pytanie. Ryzykownie jest zawsze na nie odpowiadać w imieniu wszystkich biorący w tym udział?

Marcin Gaczkowski: Tym razem pytam konkretnie, co o tym myśli Marianna Kijanovska?

 



Marianna Kijanovska: Powiem wprost. Osobiście bardzo mocno to wszystko przeżywam, zaczynając od Majdanu, a kończąc na walkach zbrojnych z separatystami. W mojej ostatniej książce „373" zdecydowałam się opublikować wiersze inspirowane wydarzeniami na Majdanie i to jest dla nie bardzo traumatyczne doświadczenie. Jak powiedziała moja córka, zachowuję się jak światłoczuła fotografia, a trawestując te słowa, ja jestem ogólnie bardzo światoczuła. Odczuwam całe tło tych wypadków, bardzo intensywnie i emocjonalnie, dlatego staram się dystansować od tego co się wokół dzieje, żeby nie wyczerpać się psychicznie i emocjonalnie, żeby móc normalnie myśleć i funkcjonować.

W drugiej dekadzie czerwca razem z Hanią Kruk pojechałyśmy razem z wolontariuszami dotarłyśmy na przedpole frontu czyli praktycznie byłyśmy na pierwszej linii. Prawda jest taka, że ochotnicze bataliony ukraińskie mają swoich sponsorów i jako ochotnicy mogą w każdej chwili powiedzieć, że chcą odejść. Przy okazji mają oni o wiele lepsze wyposażenie i warunki do życia na froncie niż zawodowe wojsko. Wracają z frontu do miejsca swojego rozlokowania. Mają tam czystą pościel, komórki do dyspozycji, laptopy. A tam gdzie dotarłyśmy z Hanią żołnierze poborowi siedzą non stop w okopach, mieszkają w ziemiankach. Niektórzy byli tam już bez przerwy od siedmiu, dziewięciu miesięcy. Warunki ich życia urągają wszelkim cywilizacyjnym normom, zatraca się poczucie człowieczeństwa.
Jeździłyśmy wzdłuż frontu. Miałyśmy tak około siedmiu spotkań autorskich, zostawiłyśmy im nasze książki. Praktycznie nie chcieli nas puścić, okazało się, że kultura, czytanie wierszy na wojnie jest też czymś niezbędnym, jest tak naprawdę kwestią osobistej godności. Potwierdza najważniejsze cechy ludzkie.
Jeżeli się okaże, że będzie szansa pojechać tam raz jeszcze, to na pewno, bez względu na ryzyko pojedziemy tam w sierpniu razem z Hanią. Stąd wzięło się to moje bardzo osobiste i emocjonalne przeżycie.

Teraz przygotowujemy z Hanią obchody Dnia Niepodległości Ukrainy, szukamy materiałów, książek. Skupiamy wokół tego kilka grup pisarzy, zgłosił się też Ostap Sływynski, który tu przed Państwem wcześniej występował. Jedzie z nami w sierpniu.

Jeśli tu o tym mówimy, to chciałabym powiedzieć Państwu bardzo ważną rzecz. Widziałam na własne oczy wydarzenia wojenne, które przypominają te wcześniejsze wypadki na Bałkanach. Separatyści, to są ludzie z bardzo różnymi życiorysami, ale podam taki przykład. Chodziłyśmy do sklepiku, jedynego na terenie, gdzie toczyły się walki i jak się okazało przychodzili do niego separatyści i ukraińscy żołnierze. Tak samo było we Lwowie w latach dwudziestych, tylko zamiast do jednego sklepiku oficerowie chodzili do jednego kasyna. Tak czasami wygląda wojna. I to było dla mnie z jednej strony przerażające doświadczenie, a z drugiej dużo powiedziało mi o ludzkiej naturze.

Niedawno rozmawialiśmy z różnymi ludźmi o tym, że tej zimy zginęło z powodu fatalnych warunków, nie mniej niż sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, głównie starych, chorych i niepełnosprawnych, którzy mieli odcięty dostęp do lekarza czy leków. To są przerażające twarde liczby, o których nie przeczytacie na pierwszych stronach gazet, nie usłyszycie tego w mediach. I to jest okropne doświadczenie tych czasów, gdzie w dobie internetu, komórek ukrywa się przed opinią publiczną i światem prawdę o tym konflikcie.







Opr. GLK.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.