fesstiwal słowa w piosence
--
Więcej o
Autorze/Tłumaczu

Piotr Siemion i Taras Prochaśko na Miesiącu Spotkań Autorskich

[22.07.15]

Piotr Siemion, pisarz, tłumacz, autor „Niskich łąk” i „Finimonda” i ukraiński prozaik, dziennikarz i tłumacz Taras Prochaśko gościli 20 lipca na wrocławskiej edycji Miesiąca Spotkań Autorskich

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Rok węża

Spotkanie odbyło się na dwa dni przed premierą nowej książki pochodzącego z Wrocławia pisarza. Czytelnicy ze stolicy Dolnego Śląska mieli szansę kupić egzemplarz wcześniej i chętnie z tej szansy korzystali. „Dziennik roku węża” to pierwsza książka Piotra Siemiona od 2004 roku.

-Szarpię się sam ze sobą i wąż zjadający swój ogon na okładce i w tytule to doskonale oddaje – przyznał pisarz opowiadając o swoim rozdwojeniu: jako z jednej strony prawnik, poważny człowiek ze służbowym samochodem, a z drugiej strony występuje też w roli artysty.

Dopóki piszę, żyję

Nowa książka, choć jest dziennikiem, a więc nawiązuje do formy, którą często autorzy posługują się, aby opowiedzieć o swoich prawdach, nie ma być księgą odpowiedzi, ale reportażem na żywo. Siemion zdradza, że jest w niej wiele histerii, prób ogarnięcia świata.

-Dopóki piszę, żyję. Kiedy zacznę posługiwać się językiem gazetki urzędniczej, to będzie pisarska śmierć – mówi autor. Przyznaje, że z niepokojem obserwuje sytuację na rynku książki, który zaczyna sprowadzać się kilku wzorców literatury gatunkowej i poradników. Ten kierunek nie sprzyja rozwojowi pisarzy.

Piotr Siemion pracuje obecnie już nad kolejną książką i jak zapewnia, nie będzie to kolejna cześć dziennika. Taka forma była dla niego samego zaskakująca, bo zazwyczaj stara się pisać o rzeczach jak najdalej od siebie.

Spotkanie poprowadził Leszek Pułka.

Strażnik pamięci

Drugim gościem 20 lipca był ukraiński pisarz, tłumacz, dziennikarz, reprezentant tzw. fenomenu stanisławowskiego, piewca Ukrainy: Taras Prochaśko. Czytał obszerne fragmenty opowiadające o malowniczym kraju swojego dzieciństwa, wielu fascynujących detalach prostego życia. Urzekł słuchaczy i zdecydowanie zachęcił do wędrówek po zachodniej Ukrainie.

Odpowiedzialność intelektualisty

Według Tarasa Prochaśki dziecinność jest kluczem do zrozumienia Ukrainy, młodego kraju, w którym jeszcze wiele może się zmienić.

Rozmowa naturalnie zeszła też na tematy polityczne: Prochaśko jako osoba związana z zachodnią Ukrainą nie czuje się odpowiedzialny za to, co dzieje się na wschodzie.

Uważa, że patriotyzm dzisiaj na Ukrainie ma różne oblicza, tak jak różnie wyraża się miłość.

Ukraina-eksperyment

Rolą intelektualistów według niego jest głośne mówienie o tym, co już się dzieje, wtedy, kiedy jeszcze nie zostało to zwerbalizowane. Szanse dla swojego kraju widzi w tym, że może stać się ona miejscem eksperymentu, mają szansę wydarzyć się tu rzeczy niemożliwe w innych krajach.

 

Fragment tekstu „Moja UkrainaTarasa Prochaśki w tłumaczeniu Anny Ursulenko

A jeszcze jest siano. Jeżeli mówić o tej krainie poważnie, to nie można zapomnieć o sianie. Mówią – robić siano. O ziemniakach, drewnie, jabłkach tak nie mówią. To jest taka ciężka praca, którą można wytrzymać tylko przez kilka dni w roku. To jest taka ofiarna praca, która nie zna ani snu, ani odpoczynku, ani słabości i chorób. Mogą wstać paralitycy. Stare babcie biorą na barki tak dużo razy i po tyle, ile nie daliby rady wytrenowani sportowcy. Drapieżniki dbają o trawę tak, jak nigdy w życiu nie dbali o swoje żony i córki. Nawet na najbardziej wojskowych mapach topograficznych wszystkich kwater głównych, które opracowywały to terytorium, nie zaznaczono zakątków i zakąteczków, gdzie można nakosić trawy. Bo to jest główny zapas strategiczny. Pierwsze piętro piramidy ekologicznej, za którym idą mleko, ser, bryndza, śmietana, masło, mięso, słonina, wełna, kożuchy. Sytość, która ledwie odnawia energię spożytą na robienie siana, z którego to wszystko będzie się brało. Chociaż taki pragmatyzm na początku maskuje pewien idealizm – żeby było co bydłu jeść, żeby w zimie nie było głodne. Tylko dla siana budują osobne lokum – jak dla ludzi i pożytecznych zwierząt. A jeszcze siano mieszka na wszystkich strychach. Kosi się wszystko, co jest wokół chaty. Kosi się w sadzie między drzewami na granicy niewielkiego ogródka, wzdłuż torów i dróg, w jarach, na skarpach, pod lasem, nad błotem. Wykaszane są podzielone połoniny i góry. Tam trzeba specjalnie jechać i zostawać, dopóki nie wywiezie się wysuszonego siana. Chodzą wędrowni kosiarze. Potrafią zrobić wszystko jak najlepiej. Kosiarz pilnuje swojej kosy. Kosa – jak skrzypce, jak fajka, jak szabla. Jak to, co jest oznaką heroicznego indywidualizmu. Kosę trzeba wyklepać. Kosę trzeba wycierać i ostrzyć. Kosą trzeba omijać niebezpieczne miejsca. Kosa jest ze stali. Nie da się jej podrobić. Natomiast wszystkie inne urządzenia – grabie, widły, płachty do noszenia każdy robi sam. Z drzewa. Tak samo, jak i drągi, wokół których gromadzą się kopce. Chociaż kopce bywają bardzo odmienne w różnych miejscowościach, zasadniczo wszystkie jednak wyglądają bez wątpienia jak kopce. I te fantazyjne struktury są przez pewien czas głównym komponentem krajobrazu. Po sianokosach zaczynają się takie rzeczy, które można nazwać zbiorową podświadomością. Chociaż one zapełniają najważniejszą część świadomości. Porozrzucać, poodwracać, zdążyć między słońcem, deszczem i słońcem poukładać w stosy. Przenieść, przewieźć (wozami, saniami, ciężarówkami, traktorami własnej konstrukcji) i schować. Podczas takiej pracy dzieci zaczynają rozumieć, że są częścią rodziny. Samotne osoby – że mają sąsiadów. Siano będzie pociechą i potwierdzeniem tego, że świat jeszcze się trzyma: wszystko płynie, wszystko mija, wszystko zdąża do smutnego lepszego. Ale najważniejsze zostało zrobione. Jeżeli coś się nie uda – deszcze, zimno, kiepska praca – to rok będzie głodny. I to określa nie tylko naszą dietę, ale i nasz stosunek do jedzenia, które tak bardzo rożni się od zachodnioeuropejskiego, że może być decydującą cechą. Jedliśmy kuleszę, bryndzę, ser, cebulę, pieczone ziemniaki, leczo, smażone kiełbaski, sos grzybowy, zupę fasolową, bób, gotowaną kukurydzę, kaszę z dynią, kwaśne mleko, pieczone jabłka, suszony chleb, owsiankę z jagodami, jagody z ginem. Jedliśmy mało, chociaż takiego jedzenia było w bród. Jedliśmy nieregularnie. Czasami raz dziennie, czasami przez cały dzień. Piliśmy wodę ze studni, sok jabłkowy, wina, wódki z różnych chat, drogie koniaki i ogromne butelki rumu. Słuchaliśmy różnej muzyki i śpiewaliśmy mało znane piosenki. Kąpaliśmy się nawet w nocy. Leżeliśmy na starych łóżkach, wytartych narzutach, trawie, mchu, dachu, kamieniach, sianie, na gołej ziemi. A do tego jeszcze biegaliśmy z nadmiaru radości. I wtedy leżał albo biegał cały świat. Tak było z każdym, kto do mnie przyjeżdżał. Dziadek zbudował dobrą chatkę. Podarował mi Ukrainę.

Agnieszka Grzegorzewska

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.