fesstiwal słowa w piosence
--

Jiří Hájíček i Anatolij Dnistrowyj - Nasz świat to niekończąca się opowieść

[24.07.15]

Dziewiętnastego dnia Miesiąca Spotkań Autorskich mogliśmy się zapoznać z twórczością Jiří Hájíčka, czeskiego autora opowiadań i powieści oraz Anatolijem Dnistrowym, ukraińskim poetą, eseistą, powieściopisarzem i plastykiem.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Pierwsze spotkanie prowadziła Anna Wanik.

 

 

Jiří Hájíček i Anna Wanik


Anna Wanik: Naszym dzisiejszym gościem jest autor z czeskich Budziejowic, absolwent Wyższej Szkoły Rolniczej, obecnie pracuje w banku. Jiří Hájíček zadebiutował w latach osiemdziesiątych pisząc poezje w ramach programu stworzonego z myślą o młodych poetach „Szukając się w tym mieście", a jako prozaik zadebiutował w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym zbiorem opowiadań „Śniadanie na wysepce". Napisał wiele powieści, Z czego dwie zyskały najważniejszą literacką nagrodę w republice czeskie czyli „Magnesia Litera". Najpierw w dwa tysiące szóstym jego książka "Sielski barok" wygrała konkurs w  kategorii proza, a w dwa tysiące trzynastym roku została nagrodzona jego „Rybia krew". Tu informacja dla polskich czytelników, książka ta ukażę się zimą w wydawnictwie Książkowe klimaty. Mam dla Państwa mały prezent od wydawcy Jiří Hájíčka, jest to zapowiedź książki „Rybia krew.

W dniu dzisiejszym Jiří Hájíček przeczyta nam fragment swojego opowiadania, z książki, której okładkę widzicie Państwo przed sobą pt. „Wspomnienia z pewnej wiejskiej potańcówki z 1986 roku. Jest to zbiór dwudziestu opowiadań, które pisał bardzo długo, bo przeszło dwadzieścia lat.

Jiří Hájíček: Książka stanowi wybór opowiadań, z których niektóre mają już ponad dwadzieścia lat. Jest naprawdę bardzo bogaty wybór tekstów, z różnych okresów mojej twórczości.

Anna Wanik: Za chwilę usłyszycie Państwo fragment tego opowiadania, które tradycyjnie już przeczyta autor, a jego polskie tłumaczenie zobaczymy ekranie.

Jiří Hájíček:  Opowiadanie to ukazało się po raz pierwszy w czasopiśmie literackim, a później pojawiło się w moim drugim zbiorze opowiadań zatytułowanym „Drewniany mężczyzna". Ostatecznie włączyliśmy je do tego zbioru opowiadań i cały zbiór bierze swój tytuł właśnie od tego utworu. Jeżeli chodzi o ten tytuł, to w pewnym sensie wypożyczyłem go z legendarnej piosenki znanego czeskiego zespołu. Pochodzi on ze znanej piosenki skomponowanej w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego. Autorem tej piosenki jest piosenkarz Lubosz Pospiszyl i pojawiła się ona na jego pierwszej płycie, która nosiła tytuł „Ten wiatr naprawdę miła". Dzisiaj ta płyta jest jedną z legend czeskiej muzyki rockowej. Kiedy postanowiłem nadać książce ten tytuł zadzwoniłem do niego, czy wyraża na to zgodę. Okazało się, że nie ma nic przeciwko temu. Później zaprosił mnie na swój występ i razem zrobiliśmy taki mix spotkania autorskiego i koncertu.

Wspomnienia z pewnej wiejskiej potańcówki z 1986 roku


Okna gospody były otwarte na wiejski plac, a gdy na chwilę przestała grać orkiestra dęta, zdawało się, że letni zmierzch zaszumiał z zewnątrz w rozwianych pożółkłych zasłonach. W sali do dymu z papierosów wmieszał się szczypiący kurz z dworu, wiedzieliśmy, że unosi się od kościoła, grabarz palił stare wieńce i uschłe wiązanki razem ze wstążkami. Nie obchodziło go, że jest sobota wieczór, nie słyszał muzyki; tam pod kościołem szumiała rzeka, żółty i brązowy prąd pod jazem niósł zapach ryb, roślin i bagna, które bronował na dnie. Jakbym widział starego pana, gdy dorzuca do ognia, wdycha ten dym i zapach rzeki, która podnosi się aż niemal do niego, za niską kamienną ścianką do góry, ponad stromiznę z Wełtawy, między żeliwnymi krzyżami.

W gospodzie było głośno, Libuna nie nadążała z nalewaniem piwa, dokładnie wiedziałem, ile czasu jej zajmuje, zanim zapełni tackę półlitrowych kufli i kiedy pojawi się w otwartych drzwiach baru. Pucołowate policzki i jej żółte blond włosy, zaczesane do góry i spięte jakąś czarną klamrą z koronkową kokardą, migały tylko między futrynami i już tańczyła wokół stołów, całą tę wagę trzymała na tacy, na wysokości ramion. Libuna i muzyka blaszanych oddechów, która w dychawicznym rytmie powoli krążyła po parkiecie, a kiedy jeszcze poczułem ten zapach z kościoła, zlało mi się to na chwilę w jeden długi, gorzki powiew lęku. I jej czarna wstążka we włosach i dom na końcu wsi, i rodzinna żałoba, która nie trwała jeszcze nawet tygodnia. Mimo to Libuna nie miała na sobie czarnej bluzki, tylko jakąś ciemną spódnicę i biały fartuch na białej obcisłej koszulce.

Wujo-brat siedział naprzeciwko mnie, garnitur wisiał za nim na oparciu krzesła, miał podwinięte do łokcia rękawy. Tryskała z niego ta jego siła, najbardziej z ramion i potężnego karku, był już cały czerwony, na twarzy też, na piersi miał rozpiętą białą koszulę. Za każdym razem gdy mówił, nie potrafiłem patrzeć gdzie indziej niż tylko mu w oczy i na ciemne żyły, nabiegłe do skroni spoconego czoła.

– Dał byś mi pięćdziesiątkę, gdybyś mnie nie znał? – brzmiał jego silny głos.

Ale Kramski obok na krześle już sprawdzał, z kim tańczyła dziewczyna z sąsiedztwa, szczupła i śniada jak pół-cyganka. Przeszła obok nas jak baletnica, na palcach, miała tak wątłe ramiona i kostki, że się bałem, że gdyby wujo-brat na nią porządnie spojrzał, gdyby oparł o nią swoje spojrzenie, rozpadłaby się na kawałki.

Kramski na chwilę zabłądził spojrzeniem gdzieś na wysokości między wstążkami i girlandami, w tej kolorowej krasie z bibuły, która zdobiła sufit. Wujo-brat zapalił następnego papierosa, a stary pan Fuks ciągle był pochmurny. Wstałem od stołu, ale zanim wyszedłem na podwórze, spojrzałem na bar, lecz Libuny tam nie było; pewnie odbiegła na chwilę na tył, do kuchni. Z kilku półlitrowych kufli pod nalewakiem wyciekała piana, kolejne były do połowy złote od zmarnowanego piwa. Do toalety było dziesięć kroków po kamiennym chodniczku wzdłuż ściany, dawniej były tu chlewiki, a z pozostałości stajni na drugim końcu podwórza zrobiono dwa garaże.

Nie chciało mi się od razu wracać do sali, podwórko pływało w złamanym świetle, słońce schodziło coraz niżej, jakby świeciło od ogrodu, zawieszone między gałęziami jabłoni. Myślałem o Libunie, jej żałobie, że nigdy już nie zobaczy mamy stojącej za nalewakiem, jak pcha beczki z piwem i lemoniadami, jak chodzi po podwórzu. Na haku na pobielonej ścianie wisiało lustro, było tu odkąd sięgam pamięcią, kiedy bawiliśmy się jako dzieci, sczerniałe i stare, niedaleko od drzwi do sali w gospodzie. Oparłem ręce nad nim, aż poczułem w dłoniach grudki tynku, byłem w nim ja i wszystko z tego wieczoru: pajęczyny, kurz i zapach drewnianych trocin, rozeschłych belek, gorącego szkła i roztopionego wosku. W głowie zakręciło mi się niebo z fragmentem dachu i torbami na górze, przez chwilę nic nie widziałem, dopóki znowu nie przekroczyłem progu ciemnej sali i nie dopadła mnie kamienna wilgoć ścian gospody i opary z kuchni. W drzwiach znowu od razu usłyszałem wujo-brata, jak opowiada i śmieje się, pociągnęła mnie do niego jakaś dziwna grawitacja. Napiłem się piwa, pomarańczowej tafli z cieniutkim białym pierścieniem opadłej piany. Położyłem ręce na obrusie, Kramski na mnie skinął – co tam w Pradze, młody? – a ja powoli wzruszyłem ramionami, dumałem, czy już nie przegapiłem właściwego momentu, kiedy miałem wstać i podejść do Libuny do baru, powiedzieć jej o szczerych wyrazach współczucia i że mi przykro, że wróciłem z akademika dopiero przedwczoraj i dowiedziałem się o wszystkim tak późno. Ale im bardziej się wahałem, tym trudniejsze mi się to wydawało. Jak to powiedzieć i co zrobić, aby nie poczuła się dotknięta i by niczego nie zepsuć… Nigdy nie była tam całkiem sama, zawsze ktoś zamawiał drinka albo kupował papierosy, a Libunie nikt przy barze nie pomagał.

Wujo-brat wziął oddech przed kolejnym długim solo i bałem się tylko, żeby nie doszło do opowiadań z dzieciństwa o tym niemieckim jeńcu, który pracował po wojnie na gospodarstwie przy barce i jak go kiedyś chłopi ze wsi pobili w stodole, wtedy znowu musiałbym na chwilę odejść, żeby nie słuchać tej starej historii, która doprowadzała mnie do szału. Na szczęście akurat zaczęli grać, a ja przygotowywałem się do tego, że wreszcie podejdę do Libuny, tylko bałem się, że zacznę się jąkać, a ktoś może stać w pobliżu. Martina została sama przy narożnym stole, bo niezliczeni faceci wynieśli sobie piwo na zewnątrz i siedzieli na schodach przed gospodą. Podszedłem do niej i tańczyliśmy walca, Martina prowadziła, żebyśmy pięknie krążyli wkoło całego parkietu, ponieważ wiedziała, że mój krok zawsze prowadzi do jakichś dziwnych kwadratów, z których potem byśmy się nie wyplątali. Krzyczała mi do ucha, że na zewnątrz jej bracia i pozostałe chłopaki naradzają sią, co zrobić punkom, którzy zajęli cały jeden stół z prawej strony pod sceną. W sumie było ich pięciu i trochę było czuć od nich strach. Kiedy tańczyliśmy obok nich, przyjrzałem się dokładnie ich skórzanym kurtkom z ćwiekami i kłującym pieszczochom ze stalowymi kolcami. Jeden miał na głowie natapirowanego irokeza, pozostali mieli oklapnięte kitki z boku wygolonych głów. Przyjechali skądś autobusem, nikt ich tu przedtem nie widział.

– Myślisz, że chłopaki chcą ich wyrzucić z gospody? – nachyliłem się do Martiny.

– Chcą im nakopać, żeby stąd pojechali…

– Ale dlaczego? Przecież nic nikomu nie robią…

– Podobno to ćpuny, mówił nasz Jaro…

Przez ramię Martiny, przy obrotach w walcu, spoglądałem na bar, Libuna nie wydawała się smutna, raczej napięta i zmęczona, zastanawiałem się, jak zacząć, czy w ogóle dziś do niej podchodzić, ta jej czarna kokarda… może będzie potrzebować, jak już tyle razy wcześniej, pomocy z dociśnięciem beczki, kiedy rozleje już całe piwo i potem mógłbym już z nią porozmawiać w cztery oczy. Może jednak poprosić kogoś innego, kto akurat będzie pod ręką, mógłbym się już wcześniej zaoferować, ale to by było dokładnie tak samo, jak po prostu do niej podejść.

– Chodź ze mną do chłopaków – powiedziała Martina, kiedy muzyka dograła do kolejnej przerwy. Ale nie chciałem z powodu Libuny ruszyć się z sali, wróciłem więc do stołu.


Ludzie siedzieli i wznosili toasty na zdrowie, rozglądałem się po twarzach sąsiadów i ścianach sali, obłożonych sczerniałym drzewem napełnionym pokostem, trąbka, klarnet, tłusty tynk, kapelmistrz śpiewał gorącym, zdyszanym głosem, a Kramski się do mnie krzywił, że dalej nie dopiłem piwa.

– Ty jakbyś nie był od nas, pamiętam twojego dziadka, spytaj taty, co nie? – szturchnął łokciem wujo-brata, ten przytaknął i powiedział:

– Poczekaj aż następnym razem wszyscy się spotkamy, mój tata, ja i nasz Francek, wypijemy Libuszy całą piwnicę...

– A gdzie tam, ty nie jesteś znad Wełtawy, dopij to do cholery…

Kramski nie dawał mi spokoju, ciągle wypytywał o Pragę, a Libuna przychodziła z kolejną tacą piw. Umarłbym, gdyby stanęła przy nas, przecież nawet się porządnie nie przywitaliśmy, właściwie przez cały tydzień od tego pogrzebu. Ale wujo-brat nie skinął na nią, ani pan Fuks, ani Kramski, ta chwila mnie drażniła, dopóki Libuna znowu nie zniknęła z pustymi kuflami, potem jeszcze ciągle o tym myślałem. Znowu zaczęła grać muzyka, z tyłu oparcia mojego krzesła kilka osób wyszło na parkiet, do piwa wleciało mi konfetti, niebieskie, czerwone, zielone, trochę apatycznie patrzyłem na te kolory, nikotyna, szminka, guma miętowa, spojrzałem przez ramię, za mną były tylko czyjeś ręce podniesione nad głową i spocone plecy. Polka znowu się rozkręciła i podniósł się kurz, w mojej szklance pływały kolorowe kółka, Kramskiemu świeciły oczy, jego wymięta sztruksowa marynarka, nieogolona twarz, wszystko co przeżył miał w brwiach i w tej popękanej skórze na czole, usadzone w kącikach ust. Stary pan Fuks wybudził się ze swego letargu nad szklaneczką Becherovki, wiedział, że tylko ja będę słuchał, i znowu wiedziałem, co się zacznie.

– Najważniejsze, że już nie ma biedy, Pawełku – zaczął powoli, a ja potakiwałem, za otwartymi drzwiami do baru widziałem tylko nagi łokieć Libuny. – Dzisiaj już dzięki Bogu nie ma niczego na kartki. Podczas wojny już w trzydziestym dziewiątym kupowało się na kartki, najpierw mydło, potem cukier, chleb, mięso i mleko, kawę też. Ubój świń trzeba było wcześniej zgłaszać… – stary pan Fuks opowiadał przerywanym głosem, a z przodu tu i ówdzie świeciło pasmo złotych włosów i po chwili znikało za futryną.

– I przyszła bieda, jadło się same ziemniaki, a kto coś miał, to handlował, jedno jajko za pięć koron, gęś za pięć stówek, litr rumu za tysiąc. Na Boże Narodzenie w drugim roku wojny nic już nie było, nawet świeczki, w czterdziestym pierwszym tytoń był na kartki, potem drewno na opał i kapusta kiszona. Buty robiono na drewnianej podeszwie, a Niemcy wywozili kościelne dzwony i pozbierane żelazo, papier i ubrania, wszystko…

Potakiwałem panu Fuksowi, a na szybie okiennej dogasały resztki czerwonego słońca. Tonąłem w swoich uśmiechach, marzeniach i mrużyłem oczy. Wujo brata wrócił z rundki polki i walca, miał kropelki potu na czole.

– Panie Fuks, ile za protektoratu kosztował kawałek mięsa? – spytał rozochocony tańcem i piwem. Znaliśmy to wszystko na pamięć, stary pan Fuks patrzył przed siebie lub nie wiadomo gdzie, pewnie gdzieś na stare czasy, kiwał głową.

– Teraz jest dobrze, za Hitlera kilo wieprzowiny kosztowało trzysta koron, kilo szynki dziewięćset, litr mleka dziesięć, to wszystko to był przemyt, bo normalnie to było na przydział. I Czesi strzelali...

Pan Fuks siorbnął ze szklaneczki z korzennym zapachem kolejną kroplę Becherovki.

– W czterdziestym drugim gestapowcy zabili Wiktora i jego żonę, co uczyła w miejskiej, w czterdziestym trzecim zastrzelili żandarma za to, że ukrywał tego polskiego zbiegłego jeńca i jeszcze w lesie w czterdziestym czwartym zabrali do obozu koncentracyjnego gajowego Rybaka i Wojtę, i tak ich nie znaliście...

– Ale też dostali za swoje, faszyści, przynajmniej niektórzy – wujo-brat odkaszlnął i dopił piwo. – Pamiętam trochę jako chłopak, co się działo, ale ty wiesz lepiej, nie? – Odwrócił się do Kramskiego, a ten się skrzywił.

– Jakbyś zobaczył, co z nimi robili Ruscy, kiedy Niemcy wpadli im w ręce – i zaczął opowiadać tym swoim nieprzyjemnym, zachrypniętym głosem. – Powyłapywali ich tutaj w okolicznych lasach i zamknęli w szkole, tam, gdzie do końca wojny mieszkała ta młoda Niemka, co czekała na męża tak długo, że nie zdążyła uciec. Kiedy Ruscy ją wyśledzili, ciągle byli w szkole, zmieniali się jeden po drugim, ci dwaj oficerowie, a potem następni i następni, którzy jeszcze przyszli…

Szybko zaproponowałem, że pójdę dla Kramskiego i wujo-brata po piwo, wziąłem ich puste kufle i zostawiłem z tyłu kolejne straszne historie z dawnych czasów. Przy barze już świeciła żarówka, ściemniło się, położyłem szkło na mokrej blaszanej ladzie. Ale Libuna była gdzieś z tyłu w kuchni, chwilę tam postałem i wróciłem do stołu. Kramski jeszcze opowiadał, jak po uwolnieniu mężczyźni ze wsi pomagali łapać niemieckich żołnierzy po lasach i co potem robili z nimi Rosjanie, zwłaszcza potem, kiedy dwóch z nich padło przy strzelaninach, jeden ich szeregowiec i jeden porucznik, odznaczony czymś, co się nazywało Order Aleksandra Newskiego. Nawet nie usiadłem i z powrotem poszedłem do baru, żeby nic nie słyszeć, wolałem słuchać wspomnień starego pana Fuksa, jego numerów i dat, miał to już trochę pomieszane, ale mówił jak chodząca czeska kronika, która wszystko pamięta, dobre i złe o swoich krajanach, którzy nie mogą całościowo za nic w tej wielkiej historii odpowiadać, ale za wszystko po trochu już tak.

Libuna pojawiła się w drzwiach z kuchni do baru, trzymała czarną kokardę w zębach i obiema rękami poprawiała włosy, zanim znowu nie spięła ich tą spinką, pod pachą miała mokrą plamę potu. Uśmiechnęła się do mnie, zawsze miała trochę spuchniętą twarz, jakoś tak uroczo, a kiedy się uśmiechała, jej brązowe oczy było widać tylko w szczelinkach między powiekami i rzęsami.

– Cześć, Paweł. Ile chcesz piw? – spytała, widząc puste kufle na ladzie przede mną.

– Cześć. Trzy poproszę. Chciałbym z tobą… Pewnie masz dzisiaj dużo pracy?

– Jest tego dużo, ale babcia pomaga mi w kuchni, a czasem też tutaj. Przyjechał na chwilę mój brat, więc damy radę…

Trochę zmarszczyła czoło, a przymrużone oczy mrugały jeszcze bardziej, niż tylko od papierosowego dymu, wypłukała wszystkie zwrócone kufle i zaczęła rozlewać piwo, wziąłem oddech, by zacząć mówić to, co sobie przygotowałem, gdy nagle w kuchennych drzwiach pojawiła się babcia. Libuna zwolniła jej miejsce przy nalewaku i poukładała sobie kufle na tacy, biała piana przeciekała przez szklane brzegi, i wyszła z pełną tacą do sali. Wziąłem od babci Engelmanów trzy piwa i zaniosłem do stołu, wujo-brat kłócił się o coś z Kramskim. Z całej tej powojennej historii, przed którą uciekłem, została tylko rozwalona kupka szarego popiołu, z papierosa wujo-brata w popielniczce na stole. Stary pan Fuks ciągle jeszcze miał w szklaneczce trochę szczypiącej Becherovki. Wiedziałem, że wytrzyma z nią aż do północy, potem zamówi drugą i jak zawsze odprowadzą go do domu.

– Dzisiaj już jest dobrze – kołysząc głową, powtarzał swoje. – Po przewrocie mnóstwo ludzi ze wsi odeszło pod granicę, tu została tylko harówka, były nowe rozpiski dostaw w zależności od pola, potem przyjechali instruktorzy z okręgu, zakładać w Niemczech spółdzielnię… Tak, Pawełku, dziś już nikt nie wie, co to były za czasy.

Libuna zatrzymała się przy naszym stole, zapisała na kartce piwa, nie dało się nic powiedzieć, wujo brata mrugnął do niej z uśmiechem, też się spróbowała uśmiechnąć, ale nie było czasu, wszyscy patrzyliśmy na jej korpulentną talię, kiedy odchodziła z boku wujo-brata, zamyślony westchnął, a stary pan Fuks chwycił mnie za ramię:

– A wiesz, kiedy było najgorzej, Pawełku? Kiedy mieliśmy długi z powodu dostaw, podatków, nawet mandatów za wszystko przedtem. Od pięćdziesiątego trzeciego już się nie kupowało na kartki, ale zrobili reformę walutową, na poczcie to wymieniali, jeden do pięćdziesięciu….

– Panie Fuks, skoro jest pan przy tych liczbach, trochę pana sprawdzę. – Wujo-brat figlarnie poruszył brwiami i napił się.

– Ile bydła było w tych latach w Niemierzycach, kiedy zakładano kołchoz? Ale dokładnie, w domu spytam mojego taty.

– No, chłopcze – pan Fuks zmarszczył czoło. – Powiem ci dokładnie. Setka krów na mleko, siedem jałówek, trzydzieści trzy konie i cztery pary wołów do orki!

– Jak pan to może tak dokładnie pamiętać? – Wujo-brat się nie poddawał.

– Tak! – odgryzł się starty pan Fuks, skrzywił się do niego i wlał w siebie resztę ze szklanki.

– A cetnar pszenicy kupowali za stówkę, żyto za dziewięćdziesiąt sześć, jęczmień za sześćdziesiąt pięć, a ziemniaki za osiemnaście koron…

Kramski i wujo brat się roześmiali, pan Fuks się krzywił do pożółkłego obrusa i trochę trzęsła mu się broda.

– Gówno wiecie… – mamrotał do siebie. Kramski go dość nieprzyjaźnie poklepał po zwieszonych ramionach. Ale stary pan Fuks urażony spoglądał przez nich obu nad drzwi na podwórze i po chwili szturchnął mnie łokciem:

– Dziesięć lat po wojnie już tu mieliśmy biograf, gminne radio, pralnię spółdzielczą dla kobiet i telefon na poczcie. Tylko wielcy rolnicy nie trzymali się razem, nigdzie nie chodzili. Wierzyli w szeptaną propagandę i czekali, aż znowu przyjdzie z zagranicy przewrót…

– Dopóki ich wszystkich komuniści nie wysiedlili, nie, Kramski? – uśmiechnął się złośliwie wujo-brat, który słuchał, co opowiadał mi pan Fuks.

– Czemu patrzysz na mnie? – odciął się Kramski.

– Wiesz coś przecież na ten temat, nie?

– Ty za to gówno wiesz. Wysiedlono jednego chłopa, jednego jedynego…

Kramski poczerwieniał na twarzy; emeryt, już chce mieć spokój. Uśmiechałem się i patrzyłem przez jego ramię za okno, jak na zewnątrz ciemnieje niebo.

– Niezłe z was skurwysyny… – powiedział wujo-brat i spojrzał na piwo.

– Przestań, znasz siebie, kiedy wypijesz…. Potem będziesz żałował – powiedział już spokojnie i trochę złowieszczo Kramski.

– Z pewnością... – napił się wujo-brat.

– Teraz już jest dobrze – mruczał pan Fuks. – Już nie kupuje się na kartki…

Wszystkie okna w sali spowiła już ciemność, do naszego stołu przysiadło się parę kolejnych osób, wujo-brat już darł się wniebogłosy, opowiadał i opowiadał, ta siła przyciągała wszystkich, nie ruszyłem się z krzesła, grzałem się jego energią, w tej pewności i poczuciu bezpieczeństwa, wszystko było w porządku, nic nie mogło się stać kiedy tam był, siedział i opowiadał.

Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem, że muzyka ucichła, punkowcy poszli, ten z irokezem na głowie był już dosyć pijany. Po chwili między stołami pojawiła się Libuna z babcią, serwowały klientom niespodziankę wieczoru, pieczeń z ziemniakami i warzywami, to był ten zapach, który dolatywał z kuchni, gdzie na zmianę zamknięci byli babcia Engelmanów i brat Libuny, Tomasz, który był kucharzem w jednym hotelu, aż w Budziejowicach. Wujo-brat zamówił u Tomasza kolację dla całego stolika, tylko pan Fuks nie chciał, zbierał się do domu.

Doszedłem z nim przez wilgotną mgłę na wiejski plac, obok Komitetu Narodowego i miejscowej Biblioteki Ludowej aż do jego domu, Niemierzyce numer dwadzieścia osiem. Pomachał mi kulą i zniknął za furtką.

Kiedy zaczęliśmy jeść, kapela zaczęła grać kolejną serię, ale parkiet był już do połowy pusty. Trwało to tylko jeden taniec, bo później kapelmistrz zakomenderował i orkiestra zaczęła grać sprawdzone piosenki, które porwały ludzi z krzeseł, Mały chłopiec czarnowłosy i Szóstego lipca na strachowskich murach...

Wujo-brat i Kramski skończyli jeść, Libuna przyniosła im w międzyczasie dwa kolejne piwa. Chwilę jeszcze walczyłem z trochę twardym kawałkiem mięsa, delikatnie tylko opieczonym.

– Widzę, że to dla ciebie za twarde – wujo-brat skomentował ze śmiechem moją walkę z pieczenią.

– Dla Pawła całe życie jest trochę za twarde – skrzywił się Kramski. – Ależ skąd, Paweł nie jest z waszej chałupy, wy od zawsze jedliście i piliście inaczej, no powiedz... – Kramski obrócił się do wujo-brata, który miał odświętną koszulę rozpiętą już niemal do brzucha.

– Ej, zostaw na chwilę naszą rodzinę – mruknął wujo-brat. Ale Kramski był starym plotkarzem i potrafił opowiadać dzieje naszej wsi z nieco innej strony niż stary pan Fuks. Do tego jeszcze się podśmiechiwał, a w oczach miał złośliwe ogniki.

Czasem spoglądałem w kierunku stołu pod sceną, gdzie siedzieli punkowcy, rozmawiali i pili piwo, ubrani w skóry i metal naprawdę wyglądali trochę złowieszczo. Na jakiś czas straciłem Libunę z oczu i dopiero po bardzo długim czasie przyszła po szklanki i puste talerze, kapela miała przerwę, muzycy jedli przy stole, ludzie wychodzili przez parkiet w stronę drzwi, na plac, który był już przykryty ciemną, letnią nocą bez gwiazd.

Pomogłem Libunie wynieść talerze ze wszystkich stołów i stałem przy nalewaku, żebyśmy mogli chwilę porozmawiać, cierpliwie czekałem, aż na moment przystanie, ale co chwilę odbiegała. Opierałem się o ladę i patrzyłem, jak zanosi do naszego stołu kolejne piwa, a kiedy pisała kreski na papierze, widziałem, jak wujo-brat się do niej uśmiechnął i skinął, żeby do niego podeszła. Wstał z krzesła, wyjął z kieszeni spodni chusteczkę, poślinił ją i starł Libunie z twarzy jakąś plamę z tłuszczu czy kurzu, albo od łez. Potem pogłaskał ja po włosach, objął ramieniem i razem poszli do baru. Wujo-brat posadził Libunę na krzesełku za ladą i coś do niej mówił, pewnie zapraszał ją na szklaneczkę na smutki i płacz. Nie miałem tam czego szukać, powłóczyłem więc powoli nogami z powrotem do stołu, do Kramskiego i sąsiadów, którzy tam siedzieli. Stąd widziałem jak wujo-brat sam wziął z półki butelkę i nalał do dwóch małych szklaneczek. Libuna patrzyła na niego i lekko się uśmiechała, stuknęli się i napili, a ja czułem jak płoną mi policzki, jakbym tę gorzałkę wypił sam. W rzeczywistości to było zawstydzenie, a może żal, ponieważ wujo-brat zrobił najprostszą rzecz, jaką tylko można było zrobić i na co nie wpadłem, kiedy cały wieczór siedziałem przy stole jak na szpilkach i kombinowałem, jak zaznaczyć swoją obecność Libunie, jak delikatnie jej powiedzieć, że z nią jestem i boli mnie, że jej smutno. I że mi przykro z powodu jej mamy i żeby się nie zadręczała, bo może na mnie polegać i prosić o cokolwiek, przecież znamy się od dziecka...

Wujo-brat stał za ladą i przez chwilę zamiast Libuny nalewał piwo do umytych kufli i z nią rozmawiał, było widać tylko jej blond głowę, gdy siedziała na krzesełku, popijała ze szklaneczki, a ja nie wiedziałem, czemu nie jestem i nigdy nie będę taki, jak wujo-brat czy Kramski albo inni faceci, których znałem, którzy od razu zrobiliby właśnie to, podczas gdy ja nie byłem w stanie nawet niczego powiedzieć, wymyślić, zrobić, nawet kiedy to było tak proste i naturalne. Najchętniej bym zniknął.

Kilka minut później znowu rozkręciła się orkiestra, zwrotki i refreny przewracały się w tym obłuszczonym, spoconym rytmie, jak sto razy przeżuwane kęsy, trochę już mnie bolała głowa, chwilę obserwowałem przez ramię kilka tańczących par na parkiecie gospody, wujo-brat znowu siedział i dyskutował naprzeciwko mnie przy stole, wykrzykiwał i śmiał się, ale nagle jego siła już mi nie pomagała, czułem się tak, jakbym miał sto lat i był pusty. Punki gdzieś się zgubiły, ich stół był pusty.

Noc wyszumiała pod sufit zakurzonej gospody. Już tylko liczyłem minuty i kwadranse, które mijały, nie chciałem wyjść wcześniej niż wujo-brat, mimo, drogi do domów mieliśmy w przeciwnych kierunkach. Kurz osadzał się na parkiecie w sali pod oczadzonymi lampami, które świeciły pod sufitem, już nie tańczono, bo kapela właśnie odegrała serię na zakończenie.

Miałem w kuflu jeszcze niemal połowę drugiego piwa, było już ciepłe i dawno bez piany, przypominało raczej rozwodniony płyn do mycia naczyń.

Wujo-brat już założył marynarkę, a Kramski wyciągał portfel. Libuna obeszła ostatnich gości w sali i zatrzymała się przy nas, wujo-brat zapłacił za moje piwa, wzbraniałem się, ale nie posłuchał i zapłacił jeszcze za drinka Kramskiego, i za siebie. Libuna przyniosła nam do stołu butelkę Starej Myśliwieckiej, na koniec musiałem jeszcze wypić ostatnią gorzałkę z nimi, a Kramski się ze mnie śmiał, że wypiłem wódkę na dwa razy i nie potrafiłem wlać w siebie całej na raz, tak jak oni.

– Że niby ty jesteś ze wsi? Tak się niby pije gorzałę? Nie wierzę…

Już mieliśmy wyjść na plac, ale nagle w drzwiach stanęli dwaj chłopcy ze wsi, jednemu ściekały po twarzy strużki krwi i trzymał grzbiet ręki pod nosem, krew przeciekała mu między palcami i pionowo spływała po wgłębieniach dłoni. Libuna akurat odnosiła ze stołów puste butelki od wina i lemoniad, szklanki i popielniczki. Kiedy zobaczyła krew, szybko poszła do kuchni po apteczkę. Wujo-brat odepchnął tego pierwszego i okiem znawcy oglądał rany zakrwawionego chłopaka. Był to Petr, który jeździł w spółdzielni traktorem.

– To nic takiego – powiedział wreszcie. – Masz tylko naderwany łuk brwiowy i rozbity dziób…

Petr odwrócił się do nas plecami i wziął od Libuny watę oraz bandaż, ocierał sobie krew, potem Libuna przykleiła mu do twarzy plaster z kawałkiem opatrunku, pod nosem musiał sobie przytrzymywać kępkę waty, która szybko nasiąkała krwią. Obaj chaotycznie opowiadali, jak razem wygnali punki za wieś i co się wydarzyło. Wyszliśmy przed gospodę. Obaj chłopcy poszli do domów wzdłuż rzeki, a Kramski chciał od wujo-brata, aby ten odwiózł go do domu na bezludzie traktorem z lemieszem, który wujo-brat miał zaparkowany przed chatą przy barce. Zacząłem im perswadować, że to zły pomysł, skoro obaj pili, ale Kramski mnie odepchnął.

– Ciągle jesteś wydygany, spadaj do domu! Ty chyba nie jesteś z waszej chałupy.

I nie wpieprzaj się w nasze sprawy…!

– Zamknij się już, kurwa, czemu ciągle paplasz! – oburzył się nagle wujo-brat i odwrócił do Kramskiego tak szybko, że aż zesztywniałem ze strachu.

– Czemu ciągle pieprzysz, że nie jest nasz, co? Paweł jest najlepszy z nas wszystkich, pamiętaj, z całego naszego rodu! Studiuje na uniwersytecie w Pradze, będzie doktorem albo czymś podobnym, a ty mu nawet do pięt nie dorastasz, więc bądź wreszcie cicho, bo on jest sto razy lepszy niż ty…!

Kramski podciągnął brwi i trochę wkurzony mruczał.

– Paweł ma rację, pójdziesz do domu o własnych siłach, piłem piwo.

Próbowałem nieśmiało coś powiedzieć, zaprotestować przeciwko temu, co wujo-brat właśnie powiedział, bo to nie była prawda, byłem trochę zaskoczony i zawstydzony, że ja to spowodowałem, czułem ciepło w policzkach, ale wilgotna noc chłodziła moja wzburzoną krew. Nie było widać gwiazd, a na horyzoncie, na całej szerokości nieba prześwitywał blady pasek, bo właściwie było rano.

– Dobranoc Pawle, leć już spać – wujo-brat pacnął mnie lekko w plecy.

– Dobranoc… Dobranoc panie Kramski…

Kramski już odchodził, ale odwrócił się i podniósł rękę na do widzenia. Wujo-brat szybko go dogonił i razem szli po ulicy, a ja usiadłem na schodach i patrzyłem za nimi, jak skręcili w stronę rzeki, a kiedy już dawno minęli zatoczkę, dobiegł mnie wysoki, skrzypiący głos Kramskiego i tubalny śmiech wujo-brata. Kamień mnie trochę ostudził, a wiatr gładził gorące czoło. Potem przez chwilę dało się usłyszeć odpalanie i silnik traktora wujo-brata, jak naskoczył z lemieszem.

Wolałem wrócić do sali. Stoły i krzesła były trochę porozrzucane, obrusy poprzekrzywiane, to wszystko czekało następnego dnia na Libunę i babcię Engelmanów, sprzątnięcie sali po tańcach i mycie naczyń.

Wszedłem przez przymknięte drzwi do baru, Libuna już miała kufle i szklanki pomyte, ustawiała puste butelki od wina i gorzałki. Kiedy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się tym zbolałym uśmiechem, przy którym przymknięte oczy wyglądały jak spuchnięte od niewyspania lub długiego płaczu, ale zdarzało się to wcześniej, taka była Libuna. Pomogłem jej powkładać butelki po czerwonych i żółtych lemoniadach do niebieskich plastikowych pudeł, postawiliśmy trzy na sobie, a na wierzch położyliśmy jeszcze kilka butelek po wódkach Praski wybór i Hodonińskie słońce, Libuna przytrzymywała je ręką i razem wynieśliśmy to wszystko na dwa razy do piwnicy. Jedna żarówka świeciła nad progiem, druga dopiero na dole, pod sklepieniem. Zeszliśmy ostrożnie po stromych wysokich schodach, ledwo mieściła się na nich noga, tak były wąskie. Przez małe podłużne okienko, które mieliśmy nad głowami, na wysokości wiejskiej drogi wlatywała do środka letnia noc lub wczesny poranek, było tylko odrobinę jaśniej niż w ciemnym wnętrzu piwnicy, z jej surowym, spleśniałym i zimnym zapachem. Odłożyliśmy pudła na ziemi pod pajęczynami i wilgotnymi cegłami sufitu, trochę się przy tym zderzyliśmy głowami, kiedy oboje naraz się schylaliśmy. Zaśmiała się głośno i przelotnie nasze oczy się spotkały. Poczułem nieco spocony powiew jej bliskości, z potu pod jej pachami, z tych godzin przechodzonych między parkietem, barem i kuchnią, to był moment. Ostrożnie się wyprostowałem, ale akurat wszedłem pod niski sufit. Wchodziłem z powrotem po schodach za Libuną, za jej białymi łydkami, czarnymi biodrami i czarną wstążką. Na górze zamknęła wąskie drzwi do piwnicy ciężkim, kutym kluczem, który musiał być starszy niż nas dwoje razem.

– Dziękuję, Pawle.

W barze Libuna usiadła bokiem na krześle, prawy łokieć oparła na oparciu i położyła głowę na łokciu. Znowu przypomniałem sobie wujo-brata i szklaneczki Starej Myśliwieckiej, ale teraz nie było sensu mówienia czegokolwiek, było po wszystkim, a mi się tak bardzo chciało spać.

– Chce ci się pić, Libuno?

– Tak – zaśmiała się. – Widzisz, gdybyś nie spytał, nawet bym sobie tego nie uświadomiła.

Spojrzała na mnie szczelinkami brązowych oczu i byłem wtedy tak szczęśliwy, że nikt by tego nie zrozumiał. Wziąłem jeden z wypłukanych kufli, które stały do góry dnem na rozłożonej ścierce i nalałem do niego piwa. Przyniosłem do stołu i postawiłem przed nią. Wzięła kufel w obie ręce i długo piła, podała mi i też się napiłem. Potem wskazała na drzwi od kuchni i uśmiechnęła się do mnie przymkniętymi oczami.

– Chcesz coś zobaczyć? – I znowu spojrzała na te drzwi. Wzruszyłem ramionami, ze szczelinek jej oczu nadal świeciło pytanie. – Nikomu innemu w tej wsi nie mogłabym tego powiedzieć.

Wstała, podeszła do drzwi, zatrzymała się z ręką na klamce, znowu na mnie spojrzała i uniosła brwi. Potem je otworzyła, pojawiła się ciemność, wszedłem za nią do kuchni, a kiedy zapaliła światło, cofnąłem się ze strachu. Na podłodze w pozycji półleżącej siedział ten punk z irokezem, oparty o ścianę obok zlewu z naczyniami po kolacji. Nogi w wąskich nogawkach miał wyciągnięte przed siebie, w samej tylko czarnej koszulce wyglądał znacznie młodziej, w rzeczywistości był szczuplejszy niż ja, sam na ziemi, bez całego tego skórzanego i metalowego wyposażenia, które leżało obok na podłodze. Kurtka z wypchanymi ramionami podbita błyszczącymi ćwiekami, jakieś bransoletki z kolcami i pas z ciężką sprzączką.

– Czeroki jest dobry – powiedziała Libuna. Patrzyła na niego raczej z matczynym współczuciem niż ze strachem. Mógł mieć jakieś dwadzieścia lat, może mniej.

– Napijesz się czegoś? Syfon? – Libuna zapytała pobladłego młodzieńca w czerni. Przytaknął, mrużył oczy od elektrycznego światła i próbował wstać. Zostawiliśmy go na chwilę w kuchni, a Libuna wyjęła z lodówki pod ladą butelkę wody sodowej.

– Jak się tam dostał? – byłem ciekaw.

– Ukryłam go koło północy. Był pijany w sztok, a nasi chłopcy go szukali, więc nie był z tymi pozostałymi, którzy bili się na zewnątrz. Chcieli mu wlać. Nawet nie mógłby się bronić, było mu niedobrze.

Punk pojawił się w drzwiach, już z paskiem i kurtką, był biały na twarzy i niepewnie stał na nogach w ciężkich butach. Otworzyłem wodę i podałem mu. Szybko wypił, potem jeszcze jedną.

– Dzięki – wymamrotał, odstawił butelkę na ladę i podreptał w kierunku drzwi.

– Masz dokąd pójść? – spytała jeszcze Libuna. Nie odpowiedział i zniknął na wiejskim placu. Był już cichy i pusty, chwilę staliśmy w drzwiach i patrzyliśmy za nim. Kiedy potykając się, oddalał się coraz bardziej, stopniowo rozszczekały się wszystkie psy. Nawet kiedy chłopak ze sterczącym irokezem już dawno zniknął z pola widzenia, z coraz większej odległości dobiegało nas psie ujadanie, które towarzyszyło jego samotnej pielgrzymce przez wieś.

– Znajdzie tych swoich kolegów – powiedziałem w jego kierunku. Libuna przytaknęła, oboje wróciliśmy do baru. Zdjęła biały fartuch i wzięła z wieszaka przy oknie cienki zapinany sweter. Potem pozamykaliśmy okna, Libuna zamknęła drzwi na podwórze i wyszliśmy na schody przed gospodą; jeszcze przekręciła klucz w zamku głównych drzwi, co znaczyło, że potańcówka w Nemierzycach jest definitywnie zakończona.

Szliśmy obok siebie po asfaltowej drodze, w przeciwnym kierunku niż punk, który szedł przed chwilą. W ciemności słychać było tylko nasze kroki i dzwonienie pęku kluczy, który Libuna miała nawleczony na palcu. Doszliśmy na koniec wsi i minęliśmy nasze zabudowania z ciemnymi oknami.

– Pójdę z tobą jeszcze kawałek – powiedziałem, kiedy Libuna zatrzymała się przed naszą furtką. Przeszliśmy obok białej, przekreślonej na czerwono tablicy z nazwą Nemierzyce.

– Dziękuję za pomoc, Pawle.

– Masz ciężką pracę, wiem… nagle zostałyście z babcią w gospodzie same.

Libuna westchnęła, nie wiedziałem, co dalej powiedzieć, byliśmy na samym końcu wsi przy domu Engelmanów. Przed bramą do ogrodu Libuna przystanęła, w jej spuchniętych, uśmiechniętych oczach widać było zmęczenie pracą i płaczem.

– Wiesz co jest dla mnie najgorsze? Chodzenie tą samą drogą i to, że wszędzie ją widzę... Wiem, że niektórzy ludzie nie lubili mamy. Za to, co było wcześniej, że chodziła sprzątać do kościoła i jednocześnie do Komitetu Narodowego i…

– Nie przejmuj się tym.

– I zazdrościli jej, Pawle.

– Czego na Boga?

– Nie wiem. Pewnie tych dwóch stówek miesięcznie, które miała za sprzątanie.

Patrzyłem w ziemię, na żwir przed wejściem do chałupy Engelmanów.

– Wiesz, że właściwie ty mi najwięcej pomogłeś? – powiedziała Libuna nieco ożywionym głosem.

– Ja? – patrzyłem na nią zdziwiony.

– Przedwczoraj, kiedy szłam ze wsi, widziałam, jak szedłeś z psem i książką w ręce wokół wody, jak zawsze, chodzisz się uczyć albo czytać nad rzekę… tak jak wieża kościelna jest od zawsze zielona i gospoda stoi tam, gdzie stała… dzięki temu wiem, że wszystko, co tu jest, należy też do mnie, trwa nadal, ludzie i sprawy, które znam.

Niebo nad lasem było jak jasna kreda, a para jak leciutkie omdlenie z wyczerpania, paliły mnie oczy od tej nieprzespanej nocy.

– Mówi się, że jeśli ktoś był tak chory jak mama, to znaczy, że bardzo mu zaszkodził wybuch elektrowni jądrowej w Rosji. W gazetach pisali, że tu nie ma żadnego radioaktywnego pola, ale słyszałam, że w Austrii w ogóle nie wypasali krów, bo to było wszędzie na trawie i podobno rozdawali ludziom tabletki z jodem. Przecież stąd do Austrii nie ma nawet pięćdziesięciu kilometrów – Libuna mówiła cicho, już się nie zmuszała do uśmiechu.

– Naprawdę nie wiem, Libusz. To już dwa miesiące, podobno to dalej gaszą w tym Czarnobylu, leją na to beton z helikopterów... oni nigdy nie przyznają, jak jest naprawdę, każdy to wie.

Libuna zamknęła za sobą blaszaną bramę, ranek powoli wyglądał zza chmur, zmęczenie zaległo w mięśniach, skórze i słowach, których nie dopowiedziano.

– Jeśli będziesz miała ochotę, wpadnij kiedyś, Libusz. Przywiozłem z Pragi jakąś muzykę, płyty i kasety.

Pożegnaliśmy się i wróciłem z powrotem ulicą. Nasz dom był cichy, ostrożnie jak złodziej wszedłem do swojego pokoju i zamknąłem drzwi. W oknie pływał jaśniutki, wczesny poranek, odzywały się ptaki z ogrodu. Położyłem się na łóżku w białej pościeli, a w głowie dudniła mi krew. Wiedziałem, że nie będę mógł zasnąć. A jeśli bym usnął, we śnie tylko bym tańczył i będzie grała muzyka, wokół stołu będą siedzieć strasznie znajomi, ale mimo to jakby obcy ludzie, jeden przez drugiego będą opowiadać, a ja tylko będę siedział i słuchał, ale i tak niczego się nie dowiem i nikt mi nie powie, jak mam żyć.

Pytanie z sali: Skąd u Pana taka drobiazgowa pamięć?

Jiří Hájíček: Moje teksty powstają jako połączenie konkretnych wspomnień i literackiej wyobraźni. Lubię wykorzystywać w mojej twórczości różne miejskie lub wiejskie kroniki. W mojej powieści zatytułowanej „Sielski barok" wracam do lat pięćdziesiątych, do czasów kolektywizacji. Mimo, że „Sielski barok" w pewnym sensie nawiązuje do odległej historii, to akcja rozgrywa się we współczesności. Główny bohater przeszukuje archiwa, starając się zestawić ze sobą różne drzewa genealogiczne. Bardzo podoba mi się, taka sytuacja, kiedy łączy się pamięć ludzką, z pamięcią zawartą w archiwach. Uwielbiam moment, w którym pamięć ludzi zderza się z tym, co jest zapisane w kronikach i jakie z tej konfrontacji wynikają różnice.

Pytanie z sali: Chciałam zapytać o wątki ekologiczne, które przemyca Pan do swoich powieści. Pisze Pan bardzo empatycznie o otaczającej swoich bohaterów przyrodzie, pochyla się nad wiejską zabudową znikającą z powierzchni wielkich przemysłowych budów. Bardzo podoba mi się jak Pan o tym pisze?

Jiří Hájíček: Myśli Pani, jak rozumiem o mojej powieści „Rybia krew". Rozumiem o czym Pani mówi, bo dziennikarze czescy przykleili łatkę tej powieści, że jest to typowa eko-powieść czyli zielona powieść. Nie do końca się z tym zgadzam, bo uważam, że jest to taka droga na skróty. Bo ekologia jest w tej powieści, jak ją sobie wymyśliłem dopiero, gdzieś na trzecim planie. Myślę, że ta przyklejona łatka przyczyniła się do tego, iż znowu na światło dzienne wyszedł temat znikających gmin i wsi. Na przykład, w okolicy Temelina powstała elektrownia jądrowa, w wyniku czego z powierzchni ziemi zniknęło sześć wsi. Tą elektrownię jądrową zaczęto budować na początku lat osiemdziesiątych. Później, kiedy wynikła ta sytuacja z Czarnobylem i wiadomo było, że to nie jest bezpieczna technologia, to dopiero zaczęto przeciwko temu głośno protestować. I tak jak powiedziałem wcześniej, to jest dopiero druga lub trzecia warstwa w tej fabule.

Anna Wanik: Dopowiem, że w tej książce chodzi bardziej o rozpad tradycyjnych wiejskich społeczności,tradycyjnej wiejskiej rodziny.

Jiří Hájíček: Myślę, że jest to też interesujące, z tego względu, iż bardzo mnie ciekawi jaka będzie reakcja polskich czytelników na tą książkę, bo po tym jak ta książka ukazała w republice czeskiej, to naprawdę wywołała dosyć szeroką dyskusję. Istotne tutaj jest to, że przed rokiem osiemdziesiątym dziewiątym ludzie nie mieli możliwości protestowania przeciwko pomysłom rządzących dotyczących wielkich budów czy kolektywizacji. Natomiast okazało się, że po roku osiemdziesiątym dziewiątym ludzie dalej niewiele mają do powiedzenia w kwestii, tego, co się wokół nich buduje. I tak naprawdę nie są w stanie obronić swoich gmin i wsi, gospodarstw oraz domów. Na przykład teraz na północy Czech w wyniku wydobycia węgla dochodzi również do takich sytuacji, iż całe wsie znikają z powierzchni ziemi.

Pytanie z sali:
Jak przyszedłem tu na to spotkanie, to pomyślałem patrzą na Pana, spokojny, wrażliwy człowiek. Słuchając tego, co Pan czytał, o tym co Pana otacza, iż cieszy się Pan każdą chwilą, skojarzyłem to momentalnie z prozą Hrabala. Dziękuję Panu za te klimaty.

Jiří Hájíček:  Nie wiem, co mam powiedzieć. Interesują mnie przede wszystkim sprawy, które wpływają na życie mieszkańców wsi. Ponieważ piszę o losach czeskiej wsi, wydaje mi się, że czeska wieś różni się jednak od polskiej. U was, w latach pięćdziesiątych kolektywizacja przebiegała w miarę łagodnie, niż w Czechach, gdzie przeprowadzono ją ściśle według metody sowieckiej. A po drugie, na wsi wiele rzeczy jest ukrytych pod takim płaszczykiem codzienności, stąd bardzo wiele tli się tam po powierzchnią. Wszyscy o tym, gdzieś tam wiedzą,
natomiast mnie interesuje wydobycie tych spraw na wierzch. W jaki sposób takie wiejskie relacje funkcjonują opisywałem w powieści „Sielski barok", gdzie ludzie z perspektywy minionego reżimu nie byli dla niego wygodni, bo funkcjonowali i żyli na wsi, więc wydawali się być dla sytemu niereformowalni, tradycyjni czyli zagrażali budowie socjalizmu...





Drugim gościem wczorajszego wieczoru był ukraiński „człowiek renesansu" Anatolij Dnistrowyj, ukraiński  poeta, eseista, powieściopisarz, plastyk, wykładowca filozofii.

 

 

 Anatolij Dnistrowyj i Jadwiga Skowron


Jadwiga Skowron: Witam w imieniu Państwa naszego ukraińskiego gościa pana Anatolija Dnistrowyj. Dnistrowyj to jego pseudonim literacki. Jego prawdziwe nazwisko to Astafienko. Nasz dzisiejszy gość zajmował się w życiu tyloma rzeczami,
że nie wiem, czy zdołam wymienić wszystkie: pisze prozę, opowiadania, wiersze, maluje. Jest z wykształcenia filozofem, doktorem nauk, Zajmuje się działalnością naukową. Obecnie jest doktorem filozofii i kierownikiem sekcji kulturologii Narodowego Instytutu Studiów Strategicznych.

W tym roku zadebiutuje jako autor literatury dla dzieci. Opublikował łącznie ponad piętnaście książek. W obecnym roku ukażą się kolejne trzy. Wiersze, które usłyszymy w czasie tego wieczoru pochodzą z przygotowywanego do publikacji nowego tomu pod roboczym tytułem „Żółw Karola Darwina”.

Anatolij Dnistrowyj: Dzień dobry Państwu. Moi przyjaciele często przezywają mnie „człowiekiem renesansu". Zwykle kojarzy się to z osobą, która „łapie jednocześnie wiele srok za ogon". Rzeczywiście nie potrafię tego wyjaśnić, ale lubię zajmować się bardzo różnymi rzeczami naraz. Uważam, że w dobie globalizacji, każdy człowiek styka się z tak wieloma różnymi rzeczami, iż mógłbym porównać to wazonu, w którym znajduje się bukiet z bardzo wielu różnorodnych kwiatów. Są to często takie tożsamości, które człowiek niekoniecznie wybiera je sam, tylko uzyskuje je w procesie socjalizacji, i tak było w moim przypadku.

Sam byłem zaskoczony, że zacząłem pisać opowiadania. Wcześniej pisałem powieści i to była moja ulubiona forma literackiej wypowiedzi. Kiedy zacząłem chodzić z dziećmi na spacery, to na czytniku zapisywałem sobie tylko krótkie formy, żebym mógł je czytać podczas spacerów. I w ten sposób zapoznawałem się z twórczością autorów takich jak Singer, Czechow, a dokładnie z ich krótkimi formami. Z czasem stało się to moim czytelniczym przyzwyczajeniem, a w końcu nałogiem, Dzięki temu mój mózg zaczął jakby inaczej funkcjonować i zacząłem tworzyć krótkie formy prozatorskie.

Nie przewidywałem również, że w trakcie mojego życia zajmę się malarstwem, chociaż wcześnie bardzo mi się podobało. Mam naturę kolekcjonera i zawsze obawiałem się, co z tego wyniknie. Bałem się, że całe mieszkanie będzie obwieszone różnymi obrazami. Byłem kiedyś u znajomych, którzy są malarzami próbując coś namalować i spostrzegłem, że emocje z tym związane są podobne do tych, które towarzyszą mi, gdy piszę wiersze. I od tego momentu zacząłem kontynuować moją przygodę z malarstwem.

Zajmowałem się również eseistyką, Nie byłem nigdy zwolennikiem bardzo wąskiej specjalizacji tylko interesowało mnie spojrzenie z jak najszerszej perspektywy, z punktu widzenia różnych dziedzin nauki. Interesowała mnie też historia idei. Szukałem w tym takiego spojrzenia, które włączałoby jak najszersze spectrum spojrzenia na te sprawy, więc w mojej eseistyce da ilustracji jakiejś sprawy czy problemu pojawiały się przepisy kulinarne. Na przykład sałatka grecka, żeby opowiedzieć o nierównościach społecznych. Ona z nazwy jest tylko grecka, ale w składzie ma pomidory z Turcji, oliwę z Włoch i to są takie symulakry. bo autentyczność jest droga więc wiele rzeczy zastępowanych jest zamiennikami.
Ta samo działa nasza rzeczywistość, gdzie zapełniają ją różne symulakry.

Przeczytam Państwu teraz teksty, które pochodzą z tomu do którego powstawał materiał tekstowy pięć, siedem lat. Te wiersze są inne niż te, które pisałem wcześniej. Różnią się między sobą, ale wspólnym dla nich, przewijającym się motywem jest miłość. Jej tytuł brzmi „Żółw Karola Darwina” i ukaże się jeszcze w tym roku:


Spłoszona gołębica


niedługo bezbronna

będziesz wyczekiwać porannego słońca

aby zasnąć zacałowana

wyczerpana


za niedługo przyjdzie sen

jak ciężka czarna woda

sen który nie znika


twoja chęć powrotu do domu

przypominać będzie kadry niemego

czarno-białego kina

i spłoszona wiosennym gromem gołębica

opuści nasz parapet


moja śmiałość by cię zostawić

przypominać będzie bezradne kocię które wpadło do wody



Poznanie


1

czarne wronię w twoich oczach

czarne wronię beznadziei


będziesz słuchać mnie niemego

bezradnego

o nieśmiałych rękach


moje gorące myśli

jak klepsydra

jeszcze trochę i stracę głowę, stanę się inny


opuszkami palców dotykasz moich warg

opuszkami palców dotykasz mojego serca

będę topnieć jak lipcowe lody

płakać jak opętany wojownik

który widzi dziewczynę z czarnym wronięciem

w smutnych oczach


2

nasza rozpacz jak zepsuta lalka

nasze cierpienie jak dokuczliwe wiosenne muchy

które drażnią swoim bzyczeniem


kiedy my samotni stajemy się maleńcy

niezauważalni

bezbronni

chcę ci opowiedzieć o nowym dniu

o ociepleniu i strumykach

z papierowymi stateczkami


koisz zmęczeniem

jeszcze trochę

a znikniemy


3

warkocze będę ci rozplatać

i płakać jak w dzieciństwie

będziesz dotykać moich łez

ciężkimi od czułości mlecznymi rękami


ja tak się ciebie boję swoją miłością

że nie mogę nabrać pełnych płuc powietrza

kołnierz koszuli wgryza się w gardło


spojrzenia przypadkowych przechodniów biorą mnie na celownik

zapomniałem zawiązać sznurówki butów

może tak stanę się młodszy choć o dziesięć lat

i moje serce stanie się twoim rówieśnikiem



warkocze ci będę rozplatać ze łzami




Miłość i sól


1

kiedy będę cię dotykać spłoszoną i drżącą

w myślach

jak w dalekiej beztroskiej młodości

ty zawsze będziesz czysta

z oczyma otwartymi jak bezchmurne niebo

z dziecięco wydętymi wargami


sól to pamięć

która wyżera mi usta


noce które wypłakałem w samotności

kobiety które przyszły i odeszły na brzegach

niemych piasków naszej rozłąki

moje ręce które zgrubiały przez lata

głos mój który stał się twardszy i cichszy

pierwszy lekki szron na skroniach

wszystko zamieniło się w sól mojej gorzkiej pamięci


widzę nasz letni deszcz

pod którym błądziliśmy beztrosko

przemoczeni do nitki

i grzaliśmy się drżąc pod naszymi ostatnimi brzozami

jak nigdy kochanymi palcami wycieraliśmy krople z naszych twarzy


widzę koło kadrów kina fantasmagorycznych godzin i dróg

w którym jestem jak nieszczęsna wiewiórka

niezdolny dobiec do ciebie


sól to pamięć

która wyżera mi usta


2

nie mogę wysłowić się tobą

moje słowa to zdemoralizowani i wyczerpani żołnierze

którzy nie reagują na dowódcę


Jak długo tak będzie?

Jak długo?


nie mogę napamiętać się tobą

bo moje oczy pokrywają się kurtyną łez


proszę jedynie o to aby móc widzieć ciebie

choćby zamkniętymi oczami

zrekonstruować każdy kawałeczek twojego krótkiego

istnienia w mojej wyobraźni


nie jestem Euklidesem i nie wierzę w linie równoległe

które nigdy się nie przecinają


żyjemy w czasach anomalii

żyjemy w czasach wiecznych awarii na autostradach

naszych lęków


Jak długo to jeszcze potrwa?

Jak długo?



Krótki dramat miłosny

 

wyznaczyłem ci spotkanie

w parku o zapachu wiosennego bzu

kiedy popierdoleńcy cytowali baudrillard’a

 

krążyliśmy wąskimi prawie wyludnionymi

zaułkami jedliśmy lody

na placach karmiliśmy gołębie

a popierdoleńcy cytowali baudrillard’a

 

kąpaliśmy się nago w nocnym dnieprze

patrzyliśmy na ogniste girlandy miejskiego mrowiska

niespodziewanie zaszłaś w ciążę

w rozpaczy zrobiłaś skrobankę zamieszkałaś z przyjaciółką

a popierdoleńcy nadal cytowali baudrillard’a

 

piję już trzeci tydzień

odkąd mnie rzuciłaś i wróciłaś

do rodzinnego dalekiego miasteczka

fest się zaniedbałem i zmieniłem w zwierzę

o dzikim i czarnym spojrzeniu

żeby oderwać się od swojej zgryzoty

usiłując czytać deleuze’a

a popierdoleńcy nadal cytują baudrillard’a



Po raz ostatni


kochać jak po raz ostatni

największy wyczyn na jaki stać może być nawet nieśmiałego

a on tak się bał podnieść wzrok na zadziorną brunetkę

która wybuchała śmiechem pośród gwaru wesołych koleżanek


płakać jak po raz ostatni

nie trzeba w tym celu być świętym ani uczyć się wyrzutów sumienia z podręczników do etyki


marzyć jak po raz ostatni

uśmiech będzie taki sam jak wtedy kiedy twarz była w piegach

uśmiech którego nie widać z zewnątrz



Pory roku


cztery pory roku znała

moja straceńcza miłość


wiosenny grom i błyskawica czarnych oczu

letnie wzburzone wiatry długich włosów

które przeciekały dniami i nocami przez moje szalone palce przybłędy

i stawały się moim niebem


jesienne smutki jak ptaki odlatywały na południe

tęsknymi oczami wołały do siebie

milcząc krzyczały

że aż sekundy spowalniały swoje tempo


zimowe zimne usta za oknem wagonu

nie chcą nawet zadrżeć od moich nieposłusznych łez

które zamarzają na policzkach od mrozu

umierając jak moja niechciana miłość

wieczna zima w której gorącym oddechem grzaliśmy swoje zmarznięte ręce


Ulica naszej młodości


idę po omacku

wciskając głowę w ramiona

a za moimi zamkniętymi oczami

twoja słoneczna twarz


dziewczynko w krótkim brązowym płaszczyku

jesteś tam gdzie dwadzieścia lat temu

na cichym jesiennym bruku

pogodzonym

z moimi codziennymi krokami

z moimi zmęczonymi myślami


dziewczynko

która się nie zmieniłaś

i nie wydoroślałaś


wieczorne szaro-mgliste budynki

oplątane lianami niespokojnej pamięci

drzewa ubrały nocne koszule pierwszego błękitnego szronu

drzewa wiedzą kiedy ludziom jest szczególnie wesoło czy kiedy ich boli

świadkowie naszych zgłodniałych i beztroskich warg

kiedy niby wygnańcy raju

zlewaliśmy się w jedno

ustami łapaliśmy powietrze jedno drugiego

jak ryby wyrzucone na brzeg


oddech w oddechu

milczenie w milczeniu

spojrzenie w spojrzeniu

wiara w wierze


nasze łzy zmieszały się i zamieniły w sól

nasze drżące ręce splotły się bluszczem

tak zastygł ostatni oddech miłości

w mroźnym powietrzu listopada


czas którego nie da się już wypłakać

czas którego nie da się zatrzymać

czas który stracił czas

ulica naszego smutku

pulsuje jak podniecona arteria

tylko ona zapamiętała nasze spłoszone słowa

które skaczą teraz po bruku niby zagubiona piłka

które skaczą teraz po bruku od wielu lat


co zgubiłem na tym bruku

czego szukam wśród budynków posiwiały

co bez końca gubię na ulicy naszej młodości



W zimowym Kijowie


noc toczy czarne beczki nad rzeką

wziąwszy się za ręce statki zasnęły w krze

zielone łzy latarni pod naszymi nogami


z mojego płaszcza

strząsasz nieznośny popiół wspólnych zim

i mówisz niby wrzaskiem

zgubiliśmy jedno drugie

kochanie


twoją bladą twarz powoli pokryła

czerwona rdza mrozu

w oczach ognisko pochłania pamięć

podatną

niczym karton



Ludzie padają


nonszalancka

w głuchą noc padają ludzie

ty spokojnie ważysz na wadze

wzburzone morze i rodzinne zdjęcie


nonszalancka

adresujesz listy do trwogi

spodziewając się że odpowiedź nadjedzie

na złotym koniu


nad twoją medytacją znęca się

mały i delikatny wandal

kłopot w tym że rządki trzeźwe

kłopot w tym że nie chcesz widzieć

jak padają ludzie


nonszalancka

trzeba im się przyglądać

racjonalnymi oczami

zrzuć z siebie skórę

zostań ich siostrą



Nierozerwalne


1

chodź zdezynfekujemy nasze marzenia kochana

mają słaby układ immunologiczny


sztuczne deszcze zostawiają autografy

w naszej pamięci

smutek twój niesprawiedliwy

półprzemoczone węgielki oczu

ledwie się żarzą

powoli tracą ciepło

nie można płakać kochana

bo łzy to zbędna wilgoć

przy obniżonym ciśnieniu


2

całuj mnie kochana

bo niedługo żółć opanuje twoje myśli


grzejesz się domowym ogniem

chowasz się za starannie wypranymi obrusami

z chlebem i solą


wyprasowany spokój

chroni myśli o pomyślności

całuj mnie kochana

póki mam zamknięte oczy


3

Zdradziłem cię kochana

Deszcze zmyły ze mnie resztki twojej obecności


I poczułem się jak roślina dekoracyjna

W szklanej kolbie

Nie wolno myśleć że się ukryłem

Nie

Ja chronię siebie kochana

Od swojego estetycznego brudu

Moja zdrada

To twój ratunek



Miłość postkolonialna


kiedy jestem z tobą sam na sam

odczuwam jak odzywa się we mnie

dawna niepełnosprawność

nie dlatego, że jesteśmy w kombinezonach etyki

czy w majtkach przyzwoitości

nieszczęście

z mojej głowy wycieka świadomość

choć wokół jest wiosennie i uroczyście

świeże ciastka

świeże policzki uśmiechnięte oczy

i dłonie krążą po rzeźbie ciała

i wargi są całe i ciepłe

i głowa niby trzylitrowy słój

wzbudza szacunek swoim wyglądem

jeszcze sąsiedzi witają się ze sobą

jeszcze gwoździe na dłoniach nie stały się kolczykami

a wyspana kobieta

karmi synka

kanapeczką maleńkiej miłości



Naśladowanie ciszy


Olence


1

Zaczynam poniedziałek

Z twoimi ciężkimi oczami

Z których płyną mętne potoki

Wyczerpanych dni i nocy

Porywają mnie

Niosą niosą

pochłaniają

Tylko obrzękły trup

Mojego milczenia na powierzchni


2

Po tamtej stronie ciszy

Prowadziłaś mnie niby ślepca

Który ci zaufał

Tylko moje nogi nieśmiało stąpały

Kiedy przewracaliśmy się w ciszy

Kiedy tonęliśmy w otchłaniach

Naszych otwartych oczu

grzmiąc strachem jedno drugiemu


3

Trzeba milczeć

Bo wtedy usłyszymy

Jak nasz syn chce się począć

Bo wtedy uratujemy go

Przed złymi ludźmi

Którzy gęby

wycierają naszą miłością

Potem spluwają

Na ślady naszych spojrzeń

I zaczynają od nowa


4

Znów ryczeć milczeniem

Patrząc na zimną krew

Która płynie z twoich oczu

Której nie widzisz

aniele mój cichy

z dziecięco wydętymi ustami

nie zdołałem stać się zegarem

bo dzień i noc są za naszymi drzwiami

gdzie rano jedzą śniadanie

słuchając wiadomości

a wieczorem ziewają nad gazetami

i bez pozwolenia wpadają w naszą obojętność


5

Czarnym śniegiem twoich włosów

Rano myłem się

Otwierałem oczy

Żeby cię nie widzieć

Jednak znów ślepłem

Kiedy w łódce gorących dłoni

Trzymałaś moje senne słowa

One powoli umierały

Bo za ścianami tarmosiło się

Piskliwe sarkanie


6

Przerażona

Czy czujesz jak stygniemy

Tak jakby nasze serca działały na prąd

Jak jeszcze mamy kochać

Naszą smutną miłość

Niespokojną

Kiedy rozcinają sznurowanie naszych rąk

Kiedy nasze oczy zostają zakroplone trucizną uśmiechów

W zimowym mieście bez śniegu

Gdzie gumowi mieszkańcy

Uczą nas rosnąć



Słowo do św. Augustyna


1

Gdzie siwe nadzieje pogrzebane leżą w cichej przepaści

Gdzie błogosławieni ubodzy w duchu odchodzą

A promienie ich śmierci

Pochłania absolutnie czarne ciało Pana

W cierpkim milczeniu sączą się ich uczynki

Augustynie


bo nigdy nie byli świadomi że istnieją

bo nigdy nie widzieli jak przemijają

z kołysankami i modlitwami

z fangami żołnierzy i łaską biskupów

mijają

zaplanowane wcześniej

a później przyjęte

per se

bez możliwości by ujrzeć

swoje istnienie w zwierciadłach wiary

uspokojeni wieczną śmiercią

przeniknięte wieczną niepewnością

czy widziałeś ich

Augustynie


czy potrzebują czasu

zapytasz

czy potrzebują czasu

z głodnymi niemowlętami na rękach

z rodzicami, którym rozpruto brzuchy

z psami, które gryzą ludzkie szkielety

czy potrzebują czasu

z szalonymi oczyma

przed ołtarzami Pana

pośród pustkowia przeklętej pamięci

gradem Bożym przyduszeni

czy potrzebują


to wieczny początek ludzkiego końca

gdzie szczebioczą szczęśliwe dziewczęta

z wyschłymi oczami nieszczęsnej Lukrecji

z odkarmionymi młodzieńcami

w których kipi krew Pelagia

ciemność ich pochłania

bo nie wierzyli


2

i nie będą wiedzieć

podzieleni przez Boga

na przekleństwo i świętość skazani

że ich drogi

to te same ścieżki tylko w różne strony

gdzie w swojej sile przeciwności są jednakowe

gdzie światło i ciemność

pokłóciły się jak jakieś siostry

jednak wiecznie są razem

bo jedna drugą określają i podnoszą


Czy widzisz Augustynie

Jak wybierają swoją drogę

Po której będą uczyć dzieci chodzić

Po czarnym lub białym

Ale wszystko co pomiędzy

Zło podstępne zmienne

Które bezgłośnie rozrasta się

Wali pięściami w miasto Boże

Strasząc anioły

Przyoblekając się w sprawiedliwych i przeklętych

Słowem pieści i straszy


czy przebije się do nich

przez ich czarne postaci

błogosławione promienie prawdy

które odrodzi się chorałami czystego sumienia

chorałami

które są w stanie dobrzmieć za kres rzeczywistego

gdzie pamięć tych którzy śpiewają

rozpuszcza się jak chmura

a ich głosy pokrywają się lodem

czy ich dzwon dolatuje do ciebie

Augustynie

tłumaczenie Jadwiga Skowron


Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.