fesstiwal słowa w piosence
--

Kateřina Tučková - Czarownice były i są wśród nas

[25.07.15]

W piątkowe lipcowe popołudnie gościem Miesiąca Spotkań Autorskich we Wrocławiu była czeska powieściopisarka, publicystka i kuratorka Kateřina Tučková.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Spotkanie prowadziła Anna Wanik przy współpracy tłumaczki i właścicielki wydawnictwa Afera Julii Różewicz.

Przed spotkanie tradycyjnie Julia Różewicz częstowała przybyłych na spotkanie gości oryginalną czeską śliwowicą. Przy okazji też na stoliku małej bibliotecznej księgarenki można było nabyć egzemplarze książki Kateřiny Tučkovej pt. „Boginie z Žítkovej".

… zaklinam was przez dzień Sądu Ostatecznego, przez wszechmogącego Boga, którego się boi wszystko, co złe, zabierzcie grad od osad i pól, zabierzcie go w góry, nad skały, nad lasy, nad wody, gdzie człowiek nie sieje, nie sadzi, nie zbiera…

Anna Wanik:  Proszę Państwa przywitajmy dzisiejszego gościa Miesiąca Spotkań Autorskich Kateřinę Tučkovą, pisarkę, publicystkę, kuratorkę, a także doktora historii sztuki. Jako kuratorka prowadziła galerię brneńską ARSkontakt, promującą najmłodsze pokolenie artystów (2004–2006), od 2010 roku jest kuratorką Sali Wystawowej Chrudim  i współpracuje z licznymi galeriami prywatnymi i publicznymi.

Ma na swoim koncie liczne teksty, w tym trzy utwory prozatorskie, z czego dwa uzyskały najważniejszą nagrodę literacką w Czechach czyli „Magnesia Litera". Jest to o tyle cenna nagroda, iż przyznawana przez czytelników za książki Wygnanie Gerty Schnirch i Boginie z Žítkovej, której fragmenty za chwilę Państwo usłyszycie. Poza tym, po tej książce Kateřina stała się najbardziej popularną czeską pisarką, która przy okazji świetnie się sprzedaje. Jest uwielbiana przez naszych południowych sąsiadów. Poza tą „Magnesia Litera" otrzymała również inne nagrody, między innymi Josefa Škvoreckiego, a jej książki otrzymały tytuł „Czeskiego Bestselleru 2012".

Julia Różewicz, Anna Wanik, Kateřina Tučková


Zanim Kateřina przeczyta nam fragment swojej książki „Bogini z Žítkovej", to za chwilę pokaże nam przygotowaną przez siebie prezentację i opowie nam, kim są bohaterki tej powieści, czyli właśnie one boginie. Jeszcze jedna ważna informacja. Po mojej prawej stronie siedzi tłumaczka książki Kateřina Tučková  „Boginie z Žítkovej", Julia Różewicz. Julia przy okazji opowie nam,  jak jej się tą książkę  tłumaczyło i jak sprzedaje się w Polsce

Kateřina Tučková: Szanowni Państwo pozwólcie teraz, że postaram się przybliżyć tą moją historię przy pomocy tych dwudziestu kilku zdjęć. Fenomen bogini zajmujących się „białą magią", a czasem „czarną" datuje się jeszcze od czasów pogańskich i na przestrzeni wieków zostało w to wplecione również chrześcijaństwo. Samo nazwa „Boginie" pochodzi z tego okresu chrześcijańskiego, ponieważ one „bogowały" czyli prosiły Boga, o poradę, o pomoc dla swoich klientów.

Pierwsze wzmianki o nich sięgają siedemnastego wieku, kiedy mogliśmy o nich przeczytać w procesach czarownic; zostały po prostu skazane na śmierć - jedną z nich była Kateřina Divoka, a drugą Kateřina Schanielka. Miały one coraz większe problemy, ze strony kościoła, jednak największe represje dotknęły je w czasach III Rzeszy, a później podczas komunizmu. Już w XIX wieku interesowano się nimi, zbierano o nich informacje, ale dopiero w tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym roku pojawiły się w prasie pierwsze o nich wzmianki i fotografie, tak jak one wówczas wyglądały:



Bogine z Žítkovej"


Na tym zdjęciu widzimy dwie kobiety, z dwóch różnych rodów. To „bogowanie" było przekazywane z matki na córkę. Na Kopanicach i w Białych Karpatach gdzie mieszkały, zwykle ich rodziny były wielodzietne u jeżeli taka rodzina miała np. dziesięcioro dzieci, z czego  było pięć córek, to około trzy z nich przejawiały zdolności do „bogowania". i były do tego przyuczane.

 

Tak wyglądałyby „Boginie" gdyby dzisiaj żyły.


Ostatni „Bogini" Irma Gebergelova zmarła w dwa tysiące pierwszym roku, w wieku dziewięćdziesięciu jeden lat. Ale z powodu interwencji poprzedniego reżimu, który niszczył relację pomiędzy matkami i córkami, tak, że nie udało się przekazać tej wiedzy następnemu pokoleniu, gdy była ona przekazywana tylko ustnie. Te kobiety, które widzimy na zdjęciu nie są już „Boginiami", ale przy okazji różnych uroczystości prezentują swoje stroje oraz różne rytuały, którymi te „Boginie" się zajmowały. Jednym z tych rytuałów, którymi zajmowały się te „Boginie" było lanie wosku, wróżenie, a także badanie zawiłości ludzkiej psychiki i odczytywanie chorób. Zazwyczaj też klient otrzymywał wykonany przez nie zmieszany z różnych składników lek. Do ich zadań należało również leczenie złamań, były również akuszerkami. Niektóre specjalizowały się w odnajdywaniu zaginionych przedmiotów albo poszukiwaniem zaginionych ludzi.

Były wśród nich też zaklinaczki deszczu. Niektóre specjalizowały się w magii miłości, którą testowały na wybranej dziewczynie i jej przypadku. Podczas procesu miłosnej magii, taka dziewczyna uczona była pewnej pieśni, którą musiała śpiewać, żeby skusić nią wybranego przez siebie chłopca.

 

„Boginie" dzisiaj

Anna Wanik:
Zapytałam się Katki czy są jakieś dowody na to, że ta miłosna magia skutkowała?  Powiedziała, że owszem. Spotkała się z jedną kobietą, która właśnie
opowiadała, że dokładnie w ten sposób udało jej się złowić męża.

Kateřina Tučková: Ale niestety nie mogę Państwu zagwarantować, że nie żartowała sobie ze mnie. Miejsce, w którym ta historia się rozgrywa znajduje się na morawsko-słowackim pograniczu, w rejonie gór zwanych „Białymi Karpatami". Wsie, w których mieszkały „Boginie", nie były zaprojektowane w tradycyjny sposób, iż po środku wsi był kościół i wokół niego domy, tylko tworzyło je całe mnóstwo osamotnionych domów leżących od siebie często o pół kilometra. Mówi się, iż z dzięki temu, iż byli oni od siebie oddzieleni i zdani na siebie, rozwinął się fenomen „Bogiń". Ta społeczność lokalna stworzyła swoje własne zwyczaje, które są charakterystyczne tylko dla tego regionu. Mamy tam na przykład do czynienia z instytucją tzw. „swobodnej matki".

Julia Różewicz: Ja mogę to wytłumaczyć. W Zitkovej w przeciwieństwie do większości wsi panował matriarchat, a nie patriarchat. To znaczy, że samotna kobieta, która miała dziecko poza związkiem małżeńskim lub z mężczyzną, który też był w związku małżeńskim, nie zostawała wyklęta ze wsi czy wyrzucona z wiejskiej społeczności. Wręcz przeciwnie, ceniono ją za to, że zostawiła to dziecko i je wychowuje. To jest sytuacja, która była spotykana tylko w tym regionie. Stąd wzięła się też ta nazwa „Boginie", gdyż były one bardzo wysoko w tamtejszej hierarchii społecznej.

Kateřina Tučková: W tym rejonie było bardzo wiele takich właśnie samotnych wolnych matek. „Smalenie" tzw. cholewek było niepraktyczne, ze względu na odległości dziejące jedną chałupę od drugiej. Bardzo często odbywało się to w ten sposób, że kiedy oni już przyszli ubiegać się o względy tej dziewczyny, to przez dwa, trzy miesiące mieszkali razem, na „kocią łapę". Ten absztyfikant tam już pracował, pomagał w gospodarstwie.Tak naprawdę, to ci rodzice zapewniali im to, iż mogli uczyć się żyć razem. Często dochodziło do sytuacji, że byli razem te trzy miesiące, pojawiało się dziecko i okazywało się, że to nie to.Często odbywało się to w ten sposób, że ksiądz proboszcz starał się przypilnować sprawcę, żeby przynajmniej wypłacał tej dziewczynie alimenty, chyba, że była „Boginią", co oznaczało, że jest w stanie sama się utrzymać. Te „samotne wolne matki", tak naprawdę nie czuły się ofiarami tej sytuacji, wręcz przeciwnie, dzięki temu, że było wiadomo, iż są płodne i mogą rodzić dzieci, często byli nimi zainteresowani okoliczni wdowcy. A jeszcze jak się okazywało, że kobieta jest „Boginią", co znaczyło, że umie zarobić, to w ogóle była to wymarzona partia.

Kiedy pisałam książkę, to mieszkałam na tym terenie. Są tu przepiękne widoki, mówi się, że Białe Karpaty są najpiękniejszym regionem Czech.


Chciałabym pokazać Państwu wzmiankę jaka ukazała się w miejscowej prasie o śmierci ostatniej „„Bogini" Irmy Gebergelova. Był to ewenement, bo wcześniej przed czeską pieriestrojką byłoby to niemożliwe. Władza komunistyczna chciała wymazać je z historii, tak, żeby nikt o nich nie pamiętał.

Posłuchajcie przyśpiewek kobiet z tamtego regionu.

Może wśród nich ukryte są też prawdziwe Boginie, kto to wie?


Jeżeli Państwo będziecie czytać tą książkę, to na tym  zdjęciu mamy właśnie przykład takiej izby, w której rozgrywa się ta historia. Bardzo często te wnętrza zachowały się w niezmienionym stanie do dzisiejszych czasów. Wielu ludzi uciekało z tych regionów i przerabiali te chałupy na takie letnie domki.



Był to region wielkiej biedy, stąd w tych rodzinach rodziło się dużo dzieci, gdyż na tych terenach występowała  też wysoka śmiertelność.
Czerpałam swoją wiedzę z wielu kronik i źródeł pisanych: raportów i pism sądowych, policyjnych, sprawozdań z procesów, wysłuchałam bardzo wiele ciekawych relacji i historii. Notowałam nie tylko nie tylko te rzeczy związane z „Boginami", ale też utrwaliłam wiele pobocznych wątków, jak na przykład to, iż wszyscy tamtejsi chłopcy poszli na ochotnika do wojska. Ale są tam też pikantne momenty, jak bijatyka między dwiema „Boginiami", które pokłóciły się o klienta.
Kiedy szukałam materiałów, mówiono mi, że niektóre „Boginie" uprawiały też nie tylko „białą magię , ale też „czarną magię". Sprawdzałam tą opinię i faktycznie w czterdziestym czwartym roku była sprawa w sądzie, w której jedna Pani oskarżyła „Boginię", że ta rzuciła urok na jej męża. A było to tak: Bogini była poproszona o rzucenie uroku na jej męża, tylko okazało się, że on go uśmiercił - po miesiącu potrącił go samochód.

Mam wśród dokumentów autentyczną odpowiedź samej „Bogini", napisaną przez jej brata (wszystkie one były niepiśmienne), w której pisze, że po miesiącu od czarnej mszy jaką zrobi, ten mężczyzna umrze. Żona potrąconego mężczyzny sama poszła złożyć doniesienie na policję, bo przestraszyła się, że będzie uznana za współwinną. Dzięki temu sprawa ta trafiła na wokandę sądową i mamy z niej pełną relację: protokoły sądowe, zapis przesłuchań stron. Zachowały się też zeznania świadków, w jaki sposób zorganizowała ten seans Voodoo.

Odbywało się to w ten sposób, że w glinianej laleczce
Voodoo zostały zamknięte włosy i paznokcie męża tej kobiety. Podczas tej „czarnej mszy" wbijano w tą figurkę igły, a potem obcięto kończyny.

Dla wszystkich świadków tego wydarzenia było jasne, że ten mężczyzna umrze i to faktycznie się wydarzyło. Śledztwo zostało w końcu umorzone, sprawa sądowa oddalona, bo trudno było udowodnić, że rzeczywiście ta laleczka Voodoo miała wpływ na śmierć tamtego mężczyzny. Niemniej był to dla mnie sygnał jak mam postąpić z tą sprawą w swojej książce. Kiedy pisałam o tej czarnej mszy w swojej książce, to faktycznie trochę się bałam używając oryginalnych imion, W tym czasie poczułam się chora, a lekarze nie potrafili zdiagnozować mojej choroby, ani przypisać mi żadnego lekarstwa. W końcu po miesiącu pisania postanowiłam  zbeletryzować tą historię, zmieniłam nazwiska, przeniosłam je w czasie. I w tydzień później w końcu mnie zdiagnozowano, podano mi leki i moje zdrowie wróciło do normy. Od tego czasu mam do „Bogiń" spoisty respekt.

Pozwoliłam zrobić sobie zdjęcia też innych dowodów tego ich leczenia. Mam tu tekst recepty i leku na męską impotencję, którą jedna z „Bogini" podyktowała jego żonie. Te Boginie zawsze pilnowały, żeby nie zachowały się żadne zapiski. To że zachował się ten dokument, to jest swoisty ewenement. Jednak recepty niektórych specyfików były bardzo skomplikowane i przy okazji trzeba było zrobić wiele różnych rzeczy: trzy razy obiec dom, dosypać jakiś proszek, coś tam dolać...
Tkwiło w tym swoiste cwaniactwo „Bogiń". Jeśli lek nie skutkował, to zawsze mogły
zwalić to na klienta, że obiegł dom zamiast trzy razy to dwa i że nie zrobił tego o właściwej porze dnia.

Przeniesiemy się teraz do lat czterdziestych, gdzie z jednej strony były Czechy pod rządami III Rzeszy, a z drugiej strony była Słowacja. I chciałam tym zwrócić uwagę, żeby uważać na czarną magię - raport został przygotowany przez tamtejsze gestapo.To jest właściwie informacja wysyłana do SS Hexen Sonderkommando, które działało wtedy na terenie Czech. To była instytucja, która była bezpośrednio podporządkowana Heinrichowi Himmlerowi. Pracowało w nim dziesięciu badaczy, specjalistów, którzy zajmowali się „czarną magią" i mieli dowiedzieć się o co chodzi z tymi „Boginiami". Ich zadaniem było zgłębienie tego procederu ponieważ Himmler miał w tym osobisty interes, aby dowiedzieć się czegoś więcej, bo okazało się, że jego praprababcia oskarżona o czary również spłonęła na stosie. Z jednej strony Himmler miał swój osobisty powód, z drugiej chodziło o przedstawienie „Bogiń" jako reprezentantek pragermańskich, pogańskich obrzędów w zderzeniu z kościołem katolickim, który przedstawiany był tu jako konkurent i wróg.

Tak naprawdę chodziło o to, aby germańską kobietę przyciągnąć z powrotem do jej pragermańskich korzeni i odsunąć od kościoła, bo jak mówi Kateřina, podstawą całego nazizmu  było sięganie do różnych ezoterycznych teorii, aby udowodnić, że germanizm, nazizm jest od wieków i na trwale wpisany w historię  Niemiec i Niemców. Jednym z tych dziesięciu ludzi zatrudnionych w Hexen Sonderkommando, był czesko-słowacki Niemiec Felix Ferdynand Norfolk, który działał na Morawach.
W mojej powieści wprowadziłam go jako człowieka, który zakochał się w jednej z „Bogiń", pisał o nich, a ich sława rozprzestrzeniała się na całe Morawy. Ich badania przyniosły taki skutek, że dowiedziano się więcej o „Boginiach" i zgłębiono fenomen tego pogaństwa.

Nie wiem czy Państwo wiecie, ale największe archiwum w Europie dotyczące spraw o czary i uprawianie magii mieści się Poznaniu. Tam się mieści też całe archiwum SS
Hexen Sonderkommando. Na tym przykładzie widzimy jak ta cała grupa bardzo szczegółowo badała fenomen „Bogini"; każdą z osobna, bez względu czy to była stara czy młoda „Bogini". Wszystkie miały swoje kartoteki i były szczegółowo opisywane. Taka ankieta liczyła około osiemdziesięciu stron i ci badacze chcieli poznać każdy najmniejszy szczegół z życia „Bogiń".

 



Akta „Bogiń"

W latach pięćdziesiątych wieś Stary Hrozenkov rozrastała i budowała się. Powstała nowa szkoła, nowe zabudowania, ale mieszkańcy chodzili po wsi w swoich tradycyjnych strojach pielęgnując dawną kulturę i obyczaje. W dwa tysiące pierwszy mrok zmarła ostatnia przedstawicielka „Bogiń", która jako ostatnia posiadała całą ich wiedzę tajemną i wszystkie zdolności. Przed rokiem tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym coś takie nie mogłoby się ukazać w prasie ponieważ poprzednia władza ludowa uważała je za szarlatanki i oszustki. Były traktowane przez komunistów jako element podejrzany, bo wokół nich gromadziło się wiele osób
dzieląc się z nimi różnymi informacjami więc z tego powodu były dla władz podejrzane. Tak naprawę wszystkim tym „Boginiom" grożono różnymi represjami, w tym lokalowymi, a także, iż będą oddzielać matki od córek.

Te ich córki były tak bardzo tym wystraszone, że bały się dowiadywać od swoich matek o tej całej tajnej wiedzy, iż w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była już taka duża przepaść, że tak naprawdę, kiedy zmarła Irma Gebergelova, to nie było komu dalej kontynuować tej tradycji. Niektórzy świadkowie mówili mi, że jedna z tych „Bogiń" była tak znienawidzona przez reżim, iż zamknięto ją w szpitalu psychiatrycznym, w którym zmarła.




Opr. GLK

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.