fesstiwal słowa w piosence
--

Zapowiedź wydawnictwa REMI: C.S Forester "Z podniesioną banderą"

Zapowiedzi [01.07.13]

Wydawnictwo REMI poleca Państwa uwadze na tą nadchodzącą wakacyjną kanikułę kolejną już powieść, której głównym bohaterem jest kapitan Hornblower pt." "Z podniesioną banderą" autorstwa C.S.Forestera:

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Nota o książce:

Kapitan Horatio Hornblower, upokorzony i pozbawiony okrętu, trafia do francuskiej niewoli. Wie, że czeka go egzekucja, chyba że zdoła uciec i triumfalnie powrócić do Anglii. Po długiej i krwawej bitwie kapitan Horatio Hornblower zostaje zmuszony do poddania swojego okrętu HMS „Sutherland”, a potem uwięziony we francuskiej twierdzy nad Morzem Śródziemnym. Sprawy przybierają jeszcze gorszy obrót, kiedy okazuje się, że Hornblower i porucznik Bush mają być postawieni przed sądem wojennym i skazani na śmierć. Jest to część planu Napoleona, który chce poprawić nastroje w zmęczonym wojną cesarstwie. Nawet jeśli Hornblowerowi uda się uciec i bezpiecznie powrócić do Anglii, czeka go proces przed trybunałem wojennym za poddanie okrętu. Nie mając nic do stracenia, bez nadziei na przyszłość, Hornblower musi zapomnieć o strachu i ostrożności. „Z podniesioną banderą” jest opowieścią o ucieczce, historią grzesznej namiętności, oraz doskonałym studium charakterów trzech głównych bohaterów.

W terminie 15 lipca do 31 sierpnia na kanałach FilmBox i FilmBox Extra  będzie emitowany serial na podstawie powieści C.S.Forestera.

Opinie o książce:

Hornblower jest jednym z najbardziej lubianych bohaterów klasycznej
literatury angielskiej, popularnością przewyższa go jedynie (Sherlock Holmes)

Polecam Forestera wszystkim znajomym, którzy umieją czytać. (Ernest Hemingway)

Znajduję Hornblowera godnym uwielbienia. Wspaniała rozrywka. ( Winston Churchill)

Kilka słów o Autorze:

C.S. Forester nigdy nie istniał. Ale jak na człowieka, którego nie było całkiem nieźle namieszał w literackim świecie. Jego powieści sprzedały się w ponad ośmiu milionach egzemplarzy. Stworzony przez niego bohater Horatio Hornblower to nie tylko jeden z najpopularniejszych literackich marynarzy, ale ikona popkultury. Ekranizacja jego powieści „Afrykańska królowa” zrealizowana przez Johna Hustona – z legendarną kreacją Humphrey’a Bogarta – to żelazna klasyka kina. No i to on nakłonił do pisania jak się okazało wybitnego pisarza Roalda Dahla. Naprawdę zacne osiągnięcia jak na kogoś, kto nie istniał.

Bo rzeczywiście C.S. Forester to pseudonim. Ukrywał się pod nim Brytyjczyk:

Cecil Louis Troughton Smith, niedoszły lekarz, żołnierz i marynarz. Rozwodnik i ojciec. Człowiek, który swoje życiowe porażki zamieniał w literaturę, która podbijała serca czytelników na całym świecie.

C.S. Forester urodził się w 1899 roku w Kairze, gdzie jego ojciec pracował jako urzędnik rządu brytyjskiego. Studiował medycynę w klinice Guy’s Hospital, lecz przerwał studia i rozpoczął karierę pisarską. Jego pierwszym sukcesem była powieść Payment Deferred (Odroczona zapłata), którą napisał w wieku dwudziestu czterech lat. Powieść ta została przerobiona na sztukę teatralną i film z udziałem Charlesa Laughtona. W roku 1932 Forester otrzymał ofertę pracy w Hollywood i od tego czasu aż do roku 1939 autor spędzał trzynaście tygodni każdego roku w Ameryce. Na początku Drugiej Wojny Światowej rozpoczął służbę w angielskim Ministerstwie Informacji i wkrótce potem został skierowany do marynarki wojennej, gdzie podczas rejsów zbierał materiały do książki Okręt. Później odbył rejs na Morze Beringa, by zebrać materiały do podobnej książki o marynarce amerykańskiej, i podczas tej podróży nabawił się miażdżycy, choroby która okaleczyła go na resztę życia. Mimo to, Forester pisał dalej, a w cyklu powieści o Hornblowerze stworzył najsłynniejszego żeglarza w prozie dwudziestego wieku. Napisał kilkanaście powieści o tematyce morskiej i wojennej Forster zmarł w 1966 roku.

Fragment książki:

 

(…)

Nawet odciążona w ten sposób kareta, popychana przez pięciu mężczyzn, nie dawała się poruszyć. Na stromych brzegach rzeki zalegał śnieg, a zmęczone konie grzęzły w nim i wysilały się daremnie.

– Boże, co za banda bezużytecznych inwalidów! – ryczał Caillard. – Woźnica, jak daleko do Nevers?

– Sześć kilometrów, panie pułkowniku.

– To znaczy, ty myślisz, że sześć kilometrów. Dziesięć minut temu myślałeś, że jesteśmy na dobrej drodze, a nie byliśmy. Sierżancie, niech pan pojedzie do Nevers po pomoc.

Znaleźć burmistrza i w imieniu cesarza wydać rozkaz, by stawił się tu każdy zdolny do pracy mężczyzna. Ty, Ramel, jedź z sierżantem aż do gościńca i czekaj na niego na skrzyżowaniu, bo inaczej nigdy nas nie znajdzie, gdy będzie wracał. Sierżancie, dalej, na co pan czeka? A wy, reszta, przywiążcie konie i przykryjcie je płaszczami. Sami możecie się ogrzać, odkopując te zaspy z brzegu. Woźnica, złaź z kozła i im pomóż. Noc była niewiarygodnie ciemna. Dwa jardy od lamp karety nic nie było widać, a w wyjącym wietrze nie było słychać żandarmów rozkopujących śnieg. Hornblower podskakiwał i chodził w kółko, bijąc się po tułowiu, żeby przywrócić krążenie. A jednak śnieg i lodowaty wiatr działały dziwnie odświeżająco, więc nie miał najmniejszej ochoty wracać do dusznej karety. Kiedy tak machał rękami, przyszła mu do głowy myśl, od której znieruchomiał, a potem, głupio bojąc się, że ktoś tę myśl odgadnie, zaczął jeszcze energiczniej podskakiwać i się okładać. Krew się w nim teraz gotowała, jak zawsze, kiedy obmyślał jakiś plan – tak czuł się na przykład, kiedy wymanewrował „Natividad” albo kiedy uratował „Pluto” podczas sztormu przy przylądku Creux. Nie ma nadziei na ucieczkę, jeśli nie będą mieli środka transportu dla kaleki, lecz teraz, kilka metrów od niego, znajdował się właśnie taki środek: kołysząca się na cumie łódź przy brzegu rzeki. W taką noc łatwo się zgubić, lecz nie na płynącej rzeką łodzi, którą wystarczy odepchnąć od brzegu, by oddalić się z tego miejsca szybciej, niż może podróżować jakikolwiek koń w tych warunkach. Mimo to pomysł był szalony, bo ile dni zdołają przeżyć na wolności w sercu Francji oni, dwóch sprawnych fizycznie mężczyzn, i inwalida na noszach? Będą marzli, głodowali, mogą też utonąć. Była to jednak jakaś szansa, a w czasie, jaki pozostał do egzekucji, lepszej już nie będzie. Hornblower mógł tak sądzić z tego, co zobaczył podczas podróży. Z niewielkim zainteresowaniem obserwował, jak uspokaja się, gdy podejmuje decyzję. Był nawet trochę rozbawiony, zdawszy sobie sprawę, że ma zaciśnięte szczęki, co nadaje jego ustom wyraz straceńczej determinacji. Pozwolił więc, by na jego twarzy pojawił się gorzki uśmiech. Zawsze, kiedy zabierał się do heroicznych czynów, był trochę śmieszny. Brown chodził wokół karety, tupiąc energicznie, kiedy Hornblower zwrócił się do niego, starając się mówić cicho i beznamiętnie, co nie było łatwe:

– Uciekniemy w dół rzeki tą łodzią, Brown.

– Tak jest, panie kapitanie – odparł tamten, nie okazując ekscytacji, jakby kapitan rzucił uwagę o pogodzie. Hornblower zauważył, że ledwo widoczna w ciemności głowa marynarza obraca się w kierunku Caillarda, który chodził w tę i z powrotem przy karecie.

– Tego człowieka trzeba uciszyć – stwierdził Hornblower.

– Tak jest, panie kapitanie. – Brown namyślał się przez chwilę, po czym dodał: – Lepiej, żebym ja to zrobił, panie kapitanie.

– Bardzo dobrze.

– Teraz?

– Tak.

Brown zrobił dwa kroki w stronę nic niepodejrzewającego pułkownika.

– Ej, ty! – rzucił.

Caillard odwrócił się, by na niego spojrzeć, i w tym samym momencie otrzymał cios w szczękę poparty stu kilogramami wagi marynarza. Upadł na śnieg, Brown skoczył na niego jak tygrys, a Hornblower tuż za nim.

– Zawiąż go w jego płaszczu – wyszeptał Hornblower. – Trzymaj go za gardło. Czekaj, tu jest szarfa. Najpierw obwiąż mu głowę.

Szarfa Legii Honorowej została owinięta wokół głowy pobitego pułkownika. Brown przewrócił go, wijącego się, na brzuch i, przyciskając kolanem między łopatkami, skrępował mu z tyłu ręce szalikiem. Chustka Hornblowera wystarczyła na kostki – Brown zawiązał tam ciasny węzeł. Złożyli pułkownika na pół i owinęli jak tobół jego płaszczem, obwiązując wszystko pasem od szabli. Bush, leżąc na noszach w ciemnej karecie, usłyszał, jak otwierają się drzwi i na podłogę upada ciężki ładunek.

– Panie Bush – odezwał się Hornblower, bezwiednie zwracając się do niego „pan”, jak w czasie bitwy – uciekniemy łódką.

– Życzę szczęścia, panie kapitanie – odpowiedział Bush.

– Pan płynie z nami. Brown, proszę złapać za tamten koniec noszy i podnieść. Trochę na sterburtę. Tak trzymać.

Bush poczuł, jak wyciągają go z karety i niosą przez padający śnieg.

– Przyciągnij łódź – rzucił rozkaz Hornblower. – Odetnij cumy. A teraz, Bush, owiniemy cię kocami. Tu jest mój płaszcz, weź go. Proszę słuchać rozkazów, panie Bush. Brown, złap za drugi koniec i wciągnij go na rufę. Teraz opuść. Odcumuj i bierz się do wioseł.

Minęło zaledwie sześć minut od chwili, gdy Hornblower wpadł na pomysł, żeby uciec, a teraz byli już wolni i płynęli z czarnym nurtem, podczas gdy Caillard leżał spętany i zakneblowany w karecie. Przez krótką chwilę Hornblower bał się, że pułkownik się udusi, zanim zostanie znaleziony, lecz teraz było mu to obojętne. Adiutanci Bonapartego, szczególnie jeśli jednocześnie byli pułkownikami żandarmerii, muszą się liczyć z ryzykiem, wykonując brudną robotę związaną z ich stanowiskiem. Umysł Hornblowera zaprzątało coś innego.

– Cicho! – syknął do Browna. – Niech ją niesie prąd.

Noc była czarna. Siedząc na ławeczce na rufie, Hornblower nie widział nawet powierzchni wody. Nie wiedział, jaka to rzeka, lecz wiedział, że każda rzeka płynie do morza. Morza!

Poruszył się niespokojnie, zdjęty dziką tęsknotą, przypominając sobie zapach morskiego wiatru i kołysanie pokładu pod stopami. Nie wiedział, czy będzie to Morze Śródziemne, czy  Atlantyk, lecz jeśli jakimś cudem uda im się dotrzeć do morza, to morze, na którym wszędzie panuje Anglia, zaniesie ich do domu, pozwoli uciec od śmierci do życia, od więzienia do wolności, do lady Barbary i do Marii. Omiatał ich porywisty wiatr niosący śnieg, który wpadał Hornblowerowi za kołnierz. Na ławkach i dnie łodzi zebrała się gruba jego warstwa. Kapitan czuł, że łódź obraca się pod uderzeniami wiatru, który teraz wiał mu w twarz, a nie w policzek.

– Brown, zwróć ją pod wiatr – rozkazał. – I powoli wiosłuj. Najpewniejszym sposobem, by płynąć z prądem, było zneutralizowanie wiatru – inaczej jego uderzenia szybko wyrzuciłyby ich na brzeg, albo nawet zaczęły pchać pod prąd, a w nieprzeniknionych ciemnościach nie sposób było zgadnąć, co dzieje się z łodzią.

– Wygodnie panu, panie Bush?

– Tak jest, panie kapitanie.

Postać Busha rysowała się teraz niewyraźnie w ciemności, gdyż na przykrywających go kocach zebrał się już śnieg, który widać było z odległego o jard miejsca, gdzie siedział Hornblower.

– Chce się pan położyć?

– Dziękuję, panie kapitanie, ale wolę siedzieć.

Teraz, gdy minęło podniecenie pierwszych chwil ucieczki, Hornblower zaczął trząść się z zimna, bo nie miał płaszcza. Zamierzał powiedzieć Brownowi, że weźmie jedno z wioseł, kiedy znów odezwał się Bush:

– Przepraszam, panie kapitanie, ale słyszy pan to?

Brown opuścił wiosła i wszyscy trzej siedzieli nieruchomo, nasłuchując.

– Nie… – mruknął Hornblower. – Tak, słyszę, na Boga!

Oprócz szumu wiatru słychać było odległy monotonny huk.

– Hm… – odchrząknął Hornblower zaniepokojony.

Huk stawał się coraz głośniejszy, a po chwili przybrał na sile. Dał się również słyszeć plusk płynącej szybko wody i coś pojawiło się w ciemności obok łodzi; była to skała, ledwo wystająca ponad wodą, widoczna w ciemności dzięki kotłującej się wokół niej białej pianie. Pojawiła się i momentalnie znikła, co świadczyło o ogromnej prędkości, z jaką poruszała się łódź.

– Jezu! – sapnął z dziobu Brown.

Łódź obracała się, szarpała i podskakiwała, woda za burtą była biała, a huk kipieli ich ogłuszał. Wszystko, co mogli zrobić, to siedzieć i trzymać się ławek, by nie wypaść z kołyszącej się i szarpiącej łodzi. Wreszcie Hornblower otrząsnął się i zaczął działać.

– Dawaj wiosło – rzucił do Browna. – Ty bierz bakburtę, a ja sterburtę.

Wymacując drogę w ciemności, znalazł wiosło i przejął je od Browna. Łódź obróciła się nieco, zatrzymała, po czym znów ruszyła z prądem. Wszędzie wokół szumiała wirująca woda. Od sterburty łódź zderzyła się ze skałą i Hornblower poczuł pod nogami lodowatą wodę, która wlała się za nim ponad burtą. Na szczęście już zaczął odpychać łódź od skały, szaleńczo i na ślepo pracując wiosłem. Łódź ześlizgnęła się z przeszkody i nieco obróciła, w czym Hornblower pomógł jej kolejnym ruchem wiosła, i chwilę potem byli bezpieczni, choć zalaną po ławki łodzią nie dało się manewrować. Minęli jeszcze jedną skałę otoczoną syczącą kipielą, lecz szum już zaczynał cichnąć.

– Chryste! – szepnął Bush, ale był spokojny, co dziwnie kontrastowało z grozą sytuacji.

– Przepłynęliśmy!

– Wiesz, czy tu jest wybierak, Brown? – zapytał Hornblower.

– Tak jest, panie kapitanie, gdy wszedłem na łódź, zahaczyłem o niego. Nawet odciążona w ten sposób kareta, popychana przez pięciu mężczyzn, nie dawała się poruszyć. Na stromych brzegach rzeki zalegał śnieg, a zmęczone konie grzęzły w nim i wysilały się daremnie.

– Boże, co za banda bezużytecznych inwalidów! – ryczał Caillard. – Woźnica, jak daleko do Nevers?

– Sześć kilometrów, panie pułkowniku.

– To znaczy, ty myślisz, że sześć kilometrów. Dziesięć minut temu myślałeś, że jesteśmy na dobrej drodze, a nie byliśmy. Sierżancie, niech pan pojedzie do Nevers po pomoc. Znaleźć burmistrza i w imieniu cesarza wydać rozkaz, by stawił się tu każdy zdolny do pracy mężczyzna. Ty, Ramel, jedź z sierżantem aż do gościńca i czekaj na niego na skrzyżowaniu, bo inaczej nigdy nas nie znajdzie, gdy będzie wracał.
- Sierżancie, dalej, na co pan czeka? A wy, reszta, przywiążcie konie i przykryjcie je płaszczami. Sami możecie się ogrzać, odkopując te zaspy z brzegu. Woźnica, złaź z kozła i im pomóż.

Noc była niewiarygodnie ciemna. Dwa jardy od lamp karety nic nie było widać, a w wyjącym wietrze nie było słychać żandarmów rozkopujących śnieg. Hornblower podskakiwał i chodził w kółko, bijąc się po tułowiu, żeby przywrócić krążenie. A jednak śnieg i lodowaty wiatr działały dziwnie odświeżająco, więc nie miał najmniejszej ochoty wracać do dusznej karety. Kiedy tak machał rękami, przyszła mu do głowy myśl, od której znieruchomiał, a potem, głupio bojąc się, że ktoś tę myśl odgadnie, zaczął jeszcze energiczniej podskakiwać i się okładać. Krew się w nim teraz gotowała, jak zawsze, kiedy obmyślał jakiś plan – tak czuł się na przykład, kiedy wymanewrował „Natividad” albo kiedy uratował „Pluto” podczas sztormu przy przylądku Creux. Nie ma nadziei na ucieczkę, jeśli nie będą mieli środka transportu dla kaleki, lecz teraz, kilka metrów od niego, znajdował się właśnie taki środek: kołysząca się na cumie łódź  przy brzegu rzeki. W taką noc łatwo się zgubić, lecz nie na płynącej rzeką łodzi, którą wystarczy odepchnąć od brzegu, by oddalić się z tego miejsca szybciej, niż może podróżować jakikolwiek koń w tych warunkach. Mimo to pomysł był szalony, bo ile dni zdołają przeżyć na wolności w sercu Francji oni, dwóch sprawnych fizycznie mężczyzn, i inwalida na noszach?

(…)

Omiatał ich porywisty wiatr niosący śnieg, który wpadał Hornblowerowi za kołnierz. Na ławkach i dnie łodzi zebrała się gruba jego warstwa. Kapitan czuł, że łódź obraca się pod uderzeniami wiatru, który teraz wiał mu w twarz, a nie w policzek.

– Brown, zwróć ją pod wiatr – rozkazał. – I powoli wiosłuj.

Najpewniejszym sposobem, by płynąć z prądem, było zneutralizowanie wiatru – inaczej jego uderzenia szybko wyrzuciłyby ich na brzeg, albo nawet zaczęły pchać pod prąd, a w nieprzeniknionych ciemnościach nie sposób było zgadnąć, co dzieje się z łodzią.

– Wygodnie panu, panie Bush?

– Tak jest, panie kapitanie.

Postać Busha rysowała się teraz niewyraźnie w ciemności, gdyż na przykrywających go kocach zebrał się już śnieg, który widać było z odległego o jard miejsca, gdzie siedział Hornblower.

– Chce się pan położyć?

– Dziękuję, panie kapitanie, ale wolę siedzieć.

Teraz, gdy minęło podniecenie pierwszych chwil ucieczki, Hornblower zaczął trząść się z zimna, bo nie miał płaszcza. Zamierzał powiedzieć Brownowi, że weźmie jedno z wioseł, kiedy znów odezwał się Bush:

– Przepraszam, panie kapitanie, ale słyszy pan to?

Brown opuścił wiosła i wszyscy trzej siedzieli nieruchomo, nasłuchując.

– Nie… – mruknął Hornblower. – Tak, słyszę, na Boga!

Oprócz szumu wiatru słychać było odległy monotonny huk.

– Hm… – odchrząknął Hornblower zaniepokojony.

Huk stawał się coraz głośniejszy, a po chwili przybrał na sile. Dał się również słyszeć plusk płynącej szybko wody i coś pojawiło się w ciemności obok łodzi; była to skała, ledwo wystająca ponad wodą, widoczna w ciemności dzięki kotłującej się wokół niej białej pianie. Pojawiła się i momentalnie znikła, co świadczyło o ogromnej prędkości, z jaką poruszała się łódź.

– Jezu! – sapnął z dziobu Brown.

Łódź obracała się, szarpała i podskakiwała, woda za burtą była biała, a huk kipieli ich ogłuszał. Wszystko, co mogli zrobić, to siedzieć i trzymać się ławek, by nie wypaść z kołyszącej się i szarpiącej łodzi. Wreszcie Hornblower otrząsnął się i zaczął działać.

– Dawaj wiosło – rzucił do Browna. – Ty bierz bakburtę, a ja sterburtę.

Wymacując drogę w ciemności, znalazł wiosło i przejął je od Browna. Łódź obróciła się nieco, zatrzymała, po czym znów ruszyła z prądem. Wszędzie wokół szumiała wirująca woda. Od sterburty łódź zderzyła się ze skałą i Hornblower poczuł pod nogami lodowatą wodę, która wlała się za nim ponad burtą. Na szczęście już zaczął odpychać łódź od skały, szaleńczo i na ślepo pracując wiosłem. Łódź ześlizgnęła się z przeszkody i nieco obróciła, w czym Hornblower pomógł jej kolejnym ruchem wiosła, i chwilę potem byli bezpieczni, choć zalaną po ławki łodzią nie dało się manewrować. Minęli jeszcze jedną skałę otoczoną syczącą kipielą, lecz szum już zaczynał cichnąć.

– Chryste! – szepnął Bush, ale był spokojny, co dziwnie kontrastowało z grozą sytuacji. – Przepłynęliśmy!

(…)

 

Z podniesioną banderą” to trzecia powieść o kapitanie Hornblowerze, która ukazała się w wydawnictwie REMI.]

Polecamy równieżOkręt liniowy” (2012) oraz „Szczęśliwy powrót” (2011)

 

Tytuł: Z podniesioną banderą
Tytuł oryginału: (Flying Colours)
Autor: C.S Forester
Przekład: Paweł Stachura
Kategoria: Literatura przygodowa
Wydawca: wydawnictwo REMI
Miejsce i rok wydania: premiera: 15 lipca
Wydanie: I
Objętość: 280 stron
Format:
Oprawa: miękka
ISBN: 978-83-63142-75-9
Cena katalogowa: 29,90 zł

Podoba mi się, kupuję


Patroni medialni:




GLK. Informacja nadesłana

01.07.13 09:03
/
telemaniak
Seria filmów o przygodach Hornblowera będzie wyświetlana na FilmBox od 10 lipca o 19:00. Powtórki w soboty, również o 10:00 na FilmBox.
01.07.13 09:04
/
telemaniak
oczywiście powtórki w soboty RÓWNIEŻ o... 19:00 a nie o 10:00Emoticon
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.