fesstiwal słowa w piosence
--

Magiczna publikacja na Węgrzech

[21.04.11]

Właśnie wrocławskie wydawnictwo Europa otrzymało od tłumaczki Gizelli Csisztay świeże, pachnące jeszcze farbą drukarską egzemplarze wydanej po węgiersku naszej książki "Magiczne miejsca literackiej Europy".

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Książka w przeciwieństwie do opublikowanego przed kilku laty w Wydawnictwie EUROPA pierwowzoru, ma miękką oprawę, inną okładkę oraz skromniejszą szatę typograficzną. Nie ma w niej  zaprojektowanych przez jedną z naszych  ulubionych graficzek Beatę Zdębę ilustracji oraz ciekawych stron rozpoczynających każdy rozdział poświęcony innemu pisarzowi.
Jest za to, dołączony po raz pierwszy, rozdział pt.. "Molnar Ferenc: A Pal utcai fiuk" (Ferenc Molnar: Chłopcy z Placu Broni). Napisała go w ubiegłym roku, po swoim kilkudniowym pobycie w Budapeszcie, a tuż przed śmiercią,  nasza nieodżałowana i cudowna Autorka Wiesia Czapińska.
W ten sposób zrealizowała specjalne zamówienie Istvana Bacskai, właściciela Wydawnictwa Gondolat, wydawcy tej publikacji na rynek węgierski. Publikacja została dofinansowana przez Polski Instytut Książki(dziękujemy!) w ramach programu promocji polskiej literatury za granicą.
Cóż dodać więcej....Cieszymy się, a nawet jesteśmy dumni!
Wojciech Głuch

Poniżej zamieszczamy, po polsku oczywiście, tekst Wiesławy Czapińskiej "Ferenc Molnar - Chłopcy z Placu Broni" oraz zdjęcia z jej pobytu w Budapeszcie - śladami wybitnego węgierskiego pisarza - słynna kawiarnia "New York", gdzie pisał, tereny Ogrodu Botanicznego, na których kiedyś mogła się toczyć słynna bitwa, ze stawem - dziś tu znajduje się przeszklona palmiarnia - do którego Czerwonoskórzy wrzucili bohaterskiego Nemeczka....

 

Wiesława Czapińska


Gdzieś w Europie”

Coś bezgłośnie utonęło w falach. Rzeka plusnęła na znak. Obecni nad Dunajem odetchnęli z ulgą. Już nigdy odtąd ponury zgrzyt nie zakłóci ich radosnego szczęścia. Klucz utopiony.

Ich knajpa, ich królestwo otwarte teraz przez 24 godziny. Niepodzielnie panują tu intelekt, myśl górna i lotna.

***

To Gizela, która pięknie tłumaczy z węgierskiego na polski na pytanie „Czy we współczesnym Budapeszcie jest „Cafe New York?”. Powiedziała nie tylko zdecydowanie, ale z pewną dumą: Cafe New York?”- od zawsze. To właśnie tam przy stoliku słynnym ongiś z obecności Ferenca Molnara powstała najsłynniejsza książka dla młodzieży – znana nie tylko w Polsce ale i na całym świecie pod tytułem „Chłopcy z Placu Broni”.

Pisał „Chłopców” w „Cafe New York”, przeto byli obecni przy jego stoliku. A może także podsuwali mu co trafniejsze myśli z „Placu..”. Myślę, że zaprzyjaźnił się z nimi, a nawet na pewno ich pokochał. No bo jakże nie kochać Nemeczka?

Ano poszukajmy naszych „Chłopców” we współczesnym Budapeszcie. Zobaczymy, czy swoim zwyczajem gdzieś się nie ukryli i czatują. Poszukajmy na pewno czerwono-zielonej flagi – koloru wówczas wolnych Węgier. Rozejrzyjmy się za Baką, Barabaszem, Gerbem i Kolonay’em – gdzież są ci chłopcy, którzy walczyli o „Plac” i przegrali – bo taki jest los tych, którzy walczą o „coś” ważnego, „być może najważniejszego w życiu”. Plac – Ojczyzna. Każdy ma takie miejsce. Właśnie Budapeszt zna to najlepiej. Wtedy byli oni a później my.

Każdy, kto choćby raz spacerował po Starym Mieście w Warszawie, na pewno spotkał „Małego Powstańca”, który stoi u murów Stolicy. W za dużych butach, z za dużym karabinem. Że też Molnar nie znał kogoś takiego... Ale na pewno ten „Mały Powstaniec” jest chłopcem z „Placu Broni”. Wrósł w Stolicę i nikt już sobie nie wyobraża miasta bez niego. Naszego polskiego Nemeczka.

O cudowny niepowtarzalny czas dzieciństwa! Każdy ma swój plac, swój Tajemniczy Ogród botaniczny i kulki kitu wykradane z okien – stąd wziął się „Związek Kitowców”, który na swojej malutkiej czerwno-zielono-białej chorągiewce umieścili napis: „Związek

Kitowców Budapeszt 1889. Przysięgamy nigdy już niewolnikami nie być nam”. Sławny narodowy cytat Sandora Petofiego znało wówczas każde węgierskie dziecko. Być może dla młodych Węgrów brzmiały swojsko jak te dla młodych Polaków „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”. Te słowa także przecież znały narody od dzieciństwa. Jeżeli oczywiście się w tym dzieciństwie znajdowały (słowa oczywiście).

                                                     ***

Ciągnie mnie w stronę Ogrodu Botanicznego. Myślę, że tam odnajdę skrawek minionego czasu. A w Ogrodzie coś właśnie się dzieje? Coś przywożą, coś ładują. Trwają roboty sezonowe. Nieliczni spacerowicze, bo właśnie zamknięte i niewielu odwiedzających. Oczywiście wolą nad Balaton, a do Ogrodu przyjdą, kiedy zacznie się szkoła. A teraz ci nieliczny oglądają endemiczne rośliny. Słynna sadzawka, w której wrogowie podtapiali Nemeczka, co w końcu doprowadziło do jego śmierci, obsadzona jest teraz całkowicie egzotycznymi roślinami, ogrodzona i przykryta szklanym dachem. Siedzę sobie w tym Ogrodzie Botanicznym i myślę o tym, jak wielkim talentem trzeba było dysponować, żeby wykreować zupełnie nową rzeczywistość - Świat obdarzony dorosłością. „Kitowcy” Molanara posiadali swoją armię, swoich dowódców – także takich, którzy donosili i tych którzy bohatersko walczyli o honor. To był początek prawdziwych ludzi. Każdy od czegoś zaczynał, ale dzieciństwa nie da się powtórzyć... bo i po co, kiedy „na błędach się uczymy”. Byle ich nie powtarzać zbyt często i zbyt długo.

Odchodząc z Ogrodu spoglądam w przyszłość i wiem, ze już zawsze i wszędzie będę szukać moich „Chłopców z Placu Broni”, mojego Ogrodu Botanicznego i tego „Placu” który kiedyś ktoś ważniejszy, bogatszy, nie licząc się z wyjątkowością miejsca – bo takie jest prawo silniejszego – wykreślił. Molnar w swojej książce przekazał nam proste prawdy. O czasie utraconym bezpowrotnie.

Żegnam „Botaniczny” i te uliczki wokół niego, które kiedyś tętniły życiem – młodym, aktywnym. Spotykam w wirtualnej rzeczywistości stragan Włocha, który w przeszłości handlował słodyczami. Na przykład kawałek chałwy kosztował wówczas grajcara. Nie ma już straganu i takiej chałwy? Ależ jest na jednej ze śródmiejskich uliczek Budapesztu! Niewielki sklepik, chyba turecki, a w nim – och byłby to raj dla chłopców! - figi, okruchy pańskiej skórki (czasem można ją kupić w Polsce pod kościołem), migdały w lukrze i inne egzotyczne słodkości – jak bakława. Jest taki sklepik w dzisiejszym Budapeszcie. Magiczny sklepik – jakby z innego czasu. Albo z powieści Karola Szulca. Obecna z nami pani doktor, kupiła sobie też to i owo wzorem chłopców z „Placu”. Pewno jej smakowało, bo wszystko zjadła. A ja dalej zagłębiam się dzisiejszy w Budapeszt. Z uporem szukam chłopców z tamtych czasów. A znajduję dzisiejszych – na wrotkach, w baseballowych czapeczkach. Gdzie pędzą? - może też chcą odnaleźć ulicę Pawła i Marii? Polska tłumaczka Plac Pawła nazwała „Placem Broni” (jakże słusznie, poetycko i trafnie). Miejsce wokół „Ogrodu” Chłopcy nazywali „ogrodeum”, może ich rówieśnicy dzisiaj też go tak nazywają. Bo każde pokolenie zwane dziś nastolatkami ma swój język – specyficzny i niekiedy trudny do zrozumienia dla dorosłych. Na przykład skróty w używaniu języka. Cóż za znaczenie ma „ogrodeum” wobec: „nara” lub „narka” lub „pozdro”.  Coś co jest bardzo dostatnie, to jest zazwyczaj „wypasione” – może to być samochód, może być ubranie, może „wypasiona”. Impreza. Stanowczo trudno zrozumieć dzisiejszy język, dostosować się do niego, a może nawet używać.
Dzięki Ferencowi Molnarowi czas przeżywania w „czasie przeszłym” pozwolił nam pobyć w „ogrodeum”, zaistnieć w innej rzeczywistości. To Molnar sprawił również, że wiemy, jak oni żyli, kim byli i kim mogli zostać, gdyby dorośli. Znowu mijam rozdokazywaną grupę młodych i znów myślę, kim oni by byli w czasie nie nazbyt odległym, a jakże okrutnym? Ile wówczas mieli lat, gdy obce kule raniły Budapeszt? A jakże wówczas myśmy byli młodzi, gdy ustawialiśmy się w kolejce na Krakowskim Przedmieściu, by oddać w kolejce „krew dla Braci Węgrów”. Przeto wielką radość sprawił mi głos pana z obsługi wytwornej dziś restauracji „Cafe New York”. Usłyszał polski i powiedział:„Węgier, Polak– dwaj bratanki”
O bratanku z „Cafe New York” jakże się ucieszyłam! Nie tylko dlatego, że to właśnie tu Molnar napisał te niezapomniane słowa: „Boce zakręciło się w głowie. Dopiero teraz napłynęły mu do oczu łzy. Szybkim krokiem, a potem biegiem pędził w stronę furtki. Uciekał z Placu, uciekał z tej obcej i niewiernej ziemi, której z takim poświęceniem i męstwem bronili, i która oto teraz tak haniebnie opuszcza ich, aby po wieczne czasy dźwigać na sobie wielką, czynszową kamienicę.

Stanął w furtce i jeszcze raz obejrzał się za siebie, jak czyni ten, kto na zawsze opuszcza Ojczyznę. Myśl o rozstaniu z Placem ścisnęła mu serce wielkim bólem. Jedyną pociechą w tym cierpieniu było tylko to, że skoro już biednemu Nemeczkowi nie było dane dożyć przeprosin, z jakimi przyszła do niego delegacja „Związku Kitowców”, to może i lepiej, że nie doczekał też chwili, kiedy zabierają im Ojczyznę, za którą oddał swe życie”.

Bo Erno Nemeczek – długie lata nie mogłam pojąć, że Nemeczek to nazwisko, a Erno było imieniem. Dziś tego szczupłego, jasnowłosego chłopca zna cały świat. Można go znaleźć wszędzie tam, gdzie ludzie czytają jeszcze książki.

Zdarza się nawet, że trafiają do modnych przebojów wszechobecnej młodzieżowej muzyki. Jeden ze znanych zespołów rockowych w Polsce przybrał nazwę „Chłopcy z Placu Broni. Brawo!

Znalazłam Nemeczka na Mazurach. Chłopców było kilku. Wakacje. Obserwowałam ich i zastanawiałam się nad podobieństwem do tych z powieści Molnara. Porównania narzucą się same – wszyscy chłopcy w tym wieku są do siebie podobni. Ci nazywali się Oskar, Tomek i Jarek. Nazwałam ich „Chłopcami z Placu Broni”, bo nie było w nich „różnicy w czasie”. Mama jednego z nich mówiła „co też ty nazywasz go Nemeczkiem?”. Wydawał się innym od pierwowzoru tamtego, który był czuły i delikatny. Jednakże czas pokazał, że cechy Nemeczka posiadał właśnie on. Miałam słabość do Oskara, bo on w tym trudnym wieku znał się na literaturze i dużo czytał. Można było z nim pogadać, bo był jak Boka. Mądry, rozważny i wrażliwy. Nie wiem, jak potoczyły się dalsze losy tamtych „Chłopców z tamtego Placu”. Molnar nie napisał dalszego ciągu. Może to i lepiej... Ale ci dzisiejsi z Mazur daleko odeszli od swoich „Placów”. Oskar studiuje w Ameryce, Jarek też, a Tomek w Anglii – bo są to dzisiejsi chłopcy, z innego niż tamten świata.

***

Plusk! Już wiemy. Znad Dunaju pójdą do swojej knajpki. Będzie wino i palinka i rozmowy do świtu. A także cygańska muzyka i melodie z operetki Kalmana. Mówili o sobie „rodzina”. A były wśród nich najtęższe umysły Europy. W tej sławnej z intelektu knajpie, a był to rok 1894, wtedy się to zaczęło. Czas robi swoje. Pojawili się inni.
Pisarze, dziennikarze tworzyli tu swoje dzieła. Panowała atmosfera jak z filmu „Casablanca” Curtiza. Tylko że tamta nazywała się „Rick’s Cafe Americain”. Zresztą poszukiwany przez Niemców bohater jest właśnie Węgrem z drugiej wojny światowej i ma na imię Laszlo. Przedziwne podobieństwo obu knajp – zarówno ta filmowa, jak i ta wciąż istniejąca. Kłopot sprawia tylko słynny filmowy romans. Bergman – Bogart. A może gdyby poszukać - coś więcej by się w tej materii znalazło...? Filmowcy chętnie bywali w „Cafe New York” - Aleksander Korda, Michael Curtiz i inni.

Po drugiej wojnie światowej nie było już tych, którzy tworzyli niepowtarzalne klimaty tych miejsc. W 1952 zmarł w Ameryce Ferenc Molnar – wówczas ceniony scenarzysta Hollywood. Zmarł z daleka od swojego Placu i swoich „Chłopców”, których zostawił nad Dunajem, gdy nocą wpadły do niego klucze od knajpy „Cafe New York”- żeby już nikt nie mógł jej zamykać na noc, bo właśnie ona była ich królestwem. Czasami tylko cienie powracają na Plac i odwiedzają „ogrodeum”

 

A w bardzo eleganckiej kawiarni „Cafe New York” w Budapeszcie spotykają się dzsiaj przede wszystkim bardzo bogaci ludzie. Marzący o wykwincie, jaki można spotkać tylko tu. Zaryzykuję. Jest to na pewno jedna z najelegantszych restauracji świata. Oczywiście, warto ją odwiedzić, choćby po to, żeby dowiedzieć się, że to tu właśnie powstało najbardziej słynne literackie dzieło - „Chłopcy z Placu Broni”.

***

Zatytułowałam ten tekst „Gdzieś w Europie”. To tyłuł sławnego filmu węgierskiego. Jednego z pierwszych jakie widziałam. Zachwycił mnie i wpisał się na długo w moją pamięć filmową. Twórcy filmu Geza Radwany i jego świetny współpracownik, a późniejszy teoretyk kina - Bella Balazs, stworzyli prawie filmowe arcydzieło. Uniwersalna opowieść o powojennych losach osieroconych dzieci. Jest w tym filmie nawet bohater, który stał się kimś na miarę Nemeczka. To Laszlo Horwath „Kuksi”. To taka wieczna „sfilmowana pamięć” o małych, dzielnych chłopcach – Nemeczek, Kuksi i „Mały Warszawski Powstaniec” zasłużyli na pomnik, który na wsze czasy wystawił mu Ferenc Molnar.



 

 

GLK. Informacja nadesłana

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.