fesstiwal słowa w piosence
--

"Małe lisy" Justyny Bargielskiej w marcu w Wydawnictwie Czarne

Zapowiedzi [04.02.13]

"Małe lisy" to szalona opowieść o nożowniku z podwarszawskiego lasu. A może o rozmarzonej matce i wygadanej singielce? Może o dzieciach, namiętnościach, snach? Albo o zwykłym życiu, którego podskórnym nurtem są groteska i strach?

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Bez wątpienia to drapieżna proza, która surrealistycznie zakrzywia świat pod płaszczykiem opisu codzienności. Fenomenalną plastycznością języka i wyobraźni Bargielska potwierdza niekwestionowaną pozycję mistrzyni krótkiej formy.

Naszej wymagającej rzeczywistości przytrafiła się znakomita pisarka. Jest spostrzegawcza, wrażliwa i bezwzględna. Niepowtarzalny styl jej prozy gładko wciąga nas w świat, z którego z trudem przyjdzie nam się otrząsnąć. Blizny po „Małych lisach” niewątpliwie należą do tych trwalszych

Darek Foks

„Małe lisy” są zabawne, ale i drapieżne. Bywa, że pod skórą potwornie dokuczliwe. No i z jakim biglem napisane. Chyba tylko Bargielska potrafi tak bezbłędnie zszywać przejmujące opowieści z różnorodnych strzępków życia. Bo w jej świecie wszystko zasługuje na opowieść. To lektura dla każdego z nas, którzy chcielibyśmy wiedzieć, jakie możliwości tkwią jeszcze we współczesnej prozie.

Jerzy Jarniewicz

Bargielska po raz kolejny w sposób bezwzględnie zręczny wciąga nas do swego świata, w którym odnaleźć się jest równie przyjemnie, jak i dotkliwie. Bierze się to pewnie z talentu, z jakim odnajduje w rzeczach (z pozoru?) strasznych te (z pozoru?) śmieszne. Pisząc powieść — a niech jej będzie, że powieść — która niczym najlepsza poezja domaga się wielu powrotów.

Damian M. Krąpiec

Fragment:

Rozdział pierwszy

Agnieszka, kim jest – pan w płaszczu, kim nie jest –
Pajda, który ani jest, ani nie jest, ale wystawiono
za nim list – ciemne korytarze pełne motyli –
i żółta przyczepa, czy na pewno pełna koni

A miałyście kiedyś, dziewczynki, romans z gangsterem z lasu?
A ja, dziewczynki, miałam.
Ale dzisiaj mamy wtorek, zanim się cokolwiek wydarzyło,
a ja wciąż jestem kierowniczką pracowni, badaczką, jak
również wolontariuszką w fundacji, działaczką. Badaczkodziałaczką.
Z autobusu stojącego na światłach obserwuję
dwóch chłopców z plecakami, którzy wydłubują lód z kałuży.
Trzymają w rękach duże kawałki. Światło się zmienia,
autobus odjeżdża, zastanawiam się, na co im to było, jedyne
wyjaśnienie, że będą rzucać lodem w przejeżdżające
samochody.
Wracam do czytanej książki, ale nie powinnam
czytać w autobusie, bo bardzo się przejmuję tym, co przeczytam.
Najbardziej przejmuję się beletrystyką o kobietach,
ale niektóre pozycje naukowe również wywierają na mnie
emocjonalny wpływ.
Czuję ulgę, że mój autobus ruszył, zanim ci chłopcy zaczęli
rzucać lodem w przejeżdżające samochody. Niewykluczone,
że powinnam uprawiać jakiś sport. Zauważyłam,
że na opisanie swojego stanu po co bardziej kontrowersyjnej
lekturze używam sformułowań psychosomatycznych: że
mi się łydki trzęsły, że ręce albo że w ogóle zatrzęsło całą
moją krytyczną postacią. Po lekturze często muszę podejść
do specjalnej półeczki i przeczytać coś innego, znanego,
oczywistego, na uspokojenie. Najchętniej Darwina. Chyba
brak mi ruchu.
Właściwie lubię świeże powietrze. Pomaga skorzystać z nie
bardzo do tej pory sprawnych struktur w mózgu. Raz byłam
na wakacjach na wsi i pewnego dnia znienacka przyszła mi
do głowy riposta na stwierdzenie pani z ministerstwa, wygłoszone
na spotkaniu rok wcześniej, że poinformuje nas
o terminie następnego spotkania, ale że nie będzie możliwości
negocjacji, bo panie z fundacji mają dużo czasu. Powinnam
była jej powiedzieć, że panie z fundacji nieodpłatnie
poświęcają swój wolny czas, żeby naprawiać to, co takie tłuste
wszy jak ona psują w godzinach urzędowania za publiczne
pieniądze! Tylko nie wiem, czy z wykrzyknikiem, czy bez
bym to powiedziała. W sumie dobrze, że ta cięta riposta nie
przyszła mi do głowy wtedy, na miejscu, bo i tak popsułabym
efekt zastanawianiem się nad wykrzyknikiem.
Dla tych struktur w mózgu wzięłam ostatnio psa. To westie.
Jego biała sierść nie uczula. Chodzę z nim dwa razy dziennie
na trawnik za osiedlem, a raz dziennie do lasu po drugiej
stronie ulicy. Na śniegu słabo go widać.
I któregoś dnia jestem z moim westie w lesie, a z jakichś
stu metrów zbliża się człowiek. Wysoki, szpakowate, kręcone
włosy, w spodniach od dresu, flanelowej koszuli i w płaszczu
do kolan, rozpiętym.
– Toż to skurwysynem trzeba być! – woła.
Podchodzi bliżej, wita się, tłumaczy, że miał na myśli tego,
kto wyrzucił w lesie śmieci. Śmieci na śniegu widać bardzo
dobrze.
– Tam dalej leżą jeszcze dwa monitory – mówię.
Przybiega pies tego pana i pan pyta, czy nasze psy mogą się
pobawić. Mogą, chociaż piesek jest jakiś niemrawy i daje się co
najwyżej obskakiwać mojemu westie.
– Jesteśmy w żałobie – wyjaśnia pan. – On miał koleżankę,
ale trzeba było ją uśpić, bo miała raka. Źle zrobiłem, że zakopałem
ją, jak on patrzył. Nie załapał, że to pogrzeb, ostatnia
posługa, i ten. Ostatecznie to pies, nie musi rozumieć.
Ze sto metrów w głąb lasu widziałam portretowe zdjęcie
buldoga leżące na śniegu. Szybka była pęknięta, chyba od
mrozu. Wyobrażam sobie, że to jakiś zwierzęcy cmentarz,
przed zimą widywałam tam cięte kwiaty. Mój westie daje
za wygraną, pies pana w rozpiętym płaszczu chce być sam.
Przez kilka dni wychodzę z moim westie na łąkę po drugiej
stronie osiedla. Nad łąką nie przestają jazgotać przewody
wysokiego napięcia, nisko rozpięte. Lubię ich jazgot, bo
dzięki nim mam pod bokiem łąkę, a nie kolejne osiedle. Potem
wracam do lasu.
Zrobiłam raz na spacerze zdjęcie czemuś, czego nie mogłam
zrozumieć. Zgrałam to na komputer i powiększyłam,
ale nadal nie wiem, czemu służyła ta instalacja. Na czterech
drzewach rosnących z grubsza w kwadracie rozwieszono na
szpagacie woreczki z czymś, co zamarzło i nawet na zdjęciach
wygląda na twarde. Pośrodku ustawiono duży kamień,
ale nie głaz, po prostu kamień na tyle duży, że wygląda na
przywieziony tutaj specjalnie, a nie na znaleziony przypadkiem
w lesie. Obok kamienia metalowa puszka, wycięta tak,
że jej spód stanowi chwytak, a boki dwa ukośne ostrza.
No, nie wiem.
Spotkałam pana w rozpiętym płaszczu. Raczej nie poznał
mnie po mnie, bo miałam szalik zamotany prawie pod brwi,
tak było zimno. Ale chyba poznał mnie po moim westie.
– Pokazać coś pani? – spytał.
Poszliśmy w głąb lasu, w tę głąb ku stojącej po drugiej stronie
zabudowie jednorodzinnej. Pokazał mi coś jakby resztki
szałasu.
– Tu Pajda mieszkał – powiedział. – Z konkubiną.
Coś czytałam.
– Nożownik, proszę pani. Postawił tu sobie szałas, właściwie
to namiot, i namiot przykrył gałęziami, szałasem. Kamuflaż.
Całe lato tu mieszkał, z konkubiną i dwójką dzieci.
– I dwójką dzieci?
– Ciężarną konkubiną.
Faktycznie coś czytałam. Nasze osiedle nie dostaje lokalnej
gazety, okoliczna zabudowa jednorodzinna owszem, rozwieszają
jej „Echo” na furtkach w specjalnych uszatych foliówkach,
ale u nas nie prowadzą dystrybucji, kto by to zresztą
poutykał do tych trzystu skrzynek, a przede wszystkim po
co, skoro co najmniej połowa z nas weekend w weekend jedzie
do prawdziwego domu, daleko poza Warszawą, i tam
dopiero zainteresowana jest przyswajaniem lokalnych wiadomości.
Jak i płaceniem podatków. Tak więc „Echo” wzięłam
sobie któregoś dnia ze sklepu.
Jak ten Pajda narozrabiał! W podmiejskim autobusie, wracając
latem znad zalewu, lipcowym wieczorem, napadł na
kierowcę. Autobus stanął na pętli, a Pajda z kolegą chcieli
się jeszcze napić i pojeździć. Kierowca poprosił ich, żeby wysiedli,
bo jest takie prawo, które mówi, że na pętli się wysiada.
Wtedy Pajda wyjął nóż i ranił kierowcę, który trafił do szpitala,
a Pajda z kolegą dorobili się listu gończego.
– O, tutaj – powiedział pan w rozpiętym płaszczu. – Tutaj
miał ten namiot.
Z namiotu została organiczna okrywa: kilka łysych gałęzi
przymocowanych do belki przełożonej przez dwa sąsiadujące
ze sobą drzewa.
– Złapali go w tym namiocie. Konkubina, jej dwójka dzieci,
roczne i trzyletnie, no i ta ciąża, nie wiem, jak to liczyć.
Telefony komórkowe, biżuteria, płyty dvd.
– Dvd?
– Niestety. Całe lato tu mieszkali.
Przyszło mi do głowy, żeby następnym razem spytać pana
w rozpiętym płaszczu, czy nie jest tym człowiekiem z ogłoszenia.
Na naszej klatce schodowej wisi ogłoszenie o kimś,
kto z nami mieszkał, a potem zaginął, ale ja nie bardzo widzę
po zdjęciu, właściwie – po kserze zdjęcia, jak ten człowiek
miałby wyglądać. Bardzo zresztą słabo rozpoznaję twarze,
wolę po prostu spytać, czy ktoś jest kimś, czy kimś innym,
czy w ogóle nie jest.
Myślę o Pajdzie głównie pod prysznicem. Moje osiedle
ma wadliwą instalację CO, przynajmniej ja ją tak oceniam.
Ale możliwe, że po prostu moi sąsiedzi z dołu myją się rzadziej.
Gdy biorę prysznic, muszę odczekać ze dwie minuty,
zanim z kranu popłynie woda taka, jaką zamówiłam, czyli
ciepła. Najpierw leci zimna, potem na zmianę zimna i gorąca,
wreszcie po jakimś czasie temperatura się stabilizuje i mogę
się myć. Ale tak czy inaczej jest to dla mnie bardzo uciążliwe
i właśnie wtedy najczęściej myślę o Pajdzie w szałasie.
Myślę też o konkubinie Pajdy. Nigdy nie byłam w ciąży, ale
wyobrażam sobie, że higiena jest w tym okresie kluczowa. Bo
z kolei o dzieciach czytałam, że brudne to szczęśliwe. Lanie
wody, aż poleci ta o właściwej temperaturze, jest nieekologiczne,
ale o tym to nawet nie chcę myśleć. Szałas za to jest
ekologiczny i o nim myślę bez przerwy.
Lanie wody! Muszę się przygotować do pracy.
Ale zanim wyjdę do pracy, codziennie godzinę pływam
od ściany do ściany na naszym osiedlowym basenie. Pływam,
ale nie czuję się dzięki temu bliżej Boga. Słyszeliście
o chrześcijańskiej medytacji? Jeszcze tydzień, dwa i wymyślą
chrześcijańską jogę. Ja uprawiam aspirujące do chrześcijańskiego
pływanie. Oczywiście to nie Bóg powiedział mi,
żebym pływała godzinę dziennie, a będę bliżej niego. Nawet
nie wiem, czy on w ogóle wie, że realizuję projekt bycia bliżej.
(...)

 

 

 

AG.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.