fesstiwal słowa w piosence
--

Martin Rainer Opowieść o Ivanie Blatnym i historia "Czarnego domu" Petera May'a

[26.07.14]

W piątek dwudziestego piątek lipca mieliśmy okazję spotkać się w pierwszej turze we wrocławskiej Mediatece z Martinem Rainerem, który przeczytał nam fragmenty swojej "Powieści i Ivanie Blatnym", a wieczorem z Peterem May'em znanym na całym świecie autorze kryminałów, który przeczytał nam część drugą swojej trylogii o "Czarnym domu". Jej wersja polska ukaże się już jesienią tego roku.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

 

Martin Rainer, urodzony w 1964 roku w Brnie, felietonista, prozaik, poeta, wydawca, slamer, organizator festiwali literackich - m.in.: "Poezja bez granic". Do roku 2006 nosił nazwisko Pluháček. Sześć lat spędził w szkołach wojskowych, potem wykonywał różne profesje. W latach 1992-2005 prowadził wydawnictwo Petrov, które wydało ponad trzysta pięćdziesiąt tytułów głównie oryginalnej czeskiej beletrystyki. Od 2006 roku prowadzi wydawnictwo Druhé město- Drugie miasto. Wybitny organizator życia kulturalnego (slam poetry, Poezie bez hranic, Loď literátů, Neon i in.). Pisze felietony (Nadchodzi płochliwy milioner – Plachý milionář přichází, 2006), wiersze (np. Chude uda Twiggy – Hubená stehna Twiggy, 2010) i przede wszystkim prozę. Po książce Uzdrowisko (Lázně, 1998) następowały powieści Lucka, Bratek i ja (Lucka, Maceška a já, 2009) oraz Poeta. Powieść o Ivanie Blatnym (Básník. Román o Ivanu Blatném, 2014).

Jak obejrzycie Państwo sami filmowy trailer, do ostatniej chwili wahał się, co nam tu we Wrocławiu przeczytać, ale jak wiecie napisano sporo książek, o grze przypadków w naszym życiu, tu jest podobnie:

Martin Rainer, opowiada czym dla niego są kawiarnie literackie i co będzie czytał na spotkaniu we Wrocławiu:

Spotkanie z Rainerem prowadziła Anna Wanik.

 



Martin Rainer i jego tłumaczka Anna Wanik

Wanik w uzupełnieniu jego biografii dopowiedziała, iż wydał do tej pory dziesięć tomików poezji, 3 powieści. Był członkiem znanej w Czechach literackiej "Grupy 42", reprezentującej nurt surrealistyczny w poezji czeskiej. Członkami tej grupy byli Jindřich Chalupeckim twórca manifestu "Skupiny 42", poeci  Jiří Kolář, Jiřina Hauková, Josef Kainar, Jan Hanč, malarz surrealista František Gross,  rzeźbiarz Ladislav Zívr. Na poetów Grupy oddziaływała przede wszystkim literatura anglojęzyczna, miin. tacy twórcy, jak James Joyce, T.S. Eliot, Henry Miller, Langston Hughes i Carl Sandburg. A główną inspiracją było miasto, jego przestrzeń, w której rozgrywają się różne historie i interakcje.



Rainer przeczytał nam fragmenty swojej zbeletryzowanej powieści o Ivanie Blatnym, jednym z najważniejszych współczesnych poetów czeskich, którego skomplikowane, niełatwe, a wręcz tragiczne losy opisał w swojej sześciuset stronicowej książce. Książce jak dodał, która znakomicie się sprzedaje. Z dwóch tysięcy nakładu sprzedało się ponad tysiąc trzysta egzemplarzy. Warto przytoczył tu fragment jego życiorysu:

Syn znanego prozaika i dramaturga Lva Blatnego i Zdeňki Klíčníkovej. Wcześnie osierocony (ojciec zmarł w 1930, matka trzy lata później) i wychowywany przez babcię Annę Klíčníkovą (zm. 1944). W 1938 ukończył gimnazjum w Brnie i rozpoczął studia bohemistyczne i germanistyczne na wydziale filozoficznym brneńskiego uniwersytetu Masaryka, które przerwał 17 listopada 1939 po zamknięciu przez Niemców czeskich szkół wyższych. W czasie wojny pracował w odziedziczonym po dziadku sklepie optycznym. W styczniu i lutym 1943 przebywał w szpitalu psychiatrycznym, symulując chorobę, żeby uniknąć robót przymusowych. Po 1945 poświęcił się wyłącznie karierze literackiej. Zapisał się do Komunistycznej Partii Czechosłowacji (KSČ), ale komunizm szybko go rozczarował. Pod koniec marca 1948 wyjechał do Anglii w ramach stypendium British Council i zdecydował się na emigrację. Kilka miesięcy później ujawniły się u niego symptomy schizofrenii paranoidalnej. Do 1985 (z dłuższą przerwą w latach 1951 - 1954) przebywał w szpitalach psychiatrycznych (m.in. Claybury Hospital w Essex, od 1967 House of Hope i St. Clement's Hospital w Ipswich). W okresie remisji współpracował z BBC i Wolną Europą. W 1985 zamieszkał w Clacton on Sea, w pensjonacie dla byłych pacjentów szpitali psychiatrycznych. Mimo entuzjazmu dla aksamitnej rewolucji zdecydował się pozostać do śmierci w Anglii, o czym poinformował listownie prezydenta Václava Havla. Zmarł w 1990 na rozedmę płuc, jego prochy pochowano 2 maja 1991 w kwaterze zasłużonych cmentarza w Brnie.
Zostawił po sobie ok. 250 tysięcy wierszy, zapisków, rodzaju lirycznego pamiętnika. Jest jednym z najbardziej znanych i czytanych poetów czeskich.
Co roku wychodzi jedna książka dokumentująca jego poetycką drogę.
Martin Rainer wydał w swoim wydawnictwie Petrov wybór "33 wierzy" Blatnego u musiał go kilkakrotnie wznawiać.

Na napisanie książki o Blatnym dostał grant od rządu czeskiego, w sumie z przerwami pisał ją około ośmiu lat.

Wiersze Ivana Blatnego tłumaczył w Polsce Leszek Elgenking, ukazały się w naszym kraju dwa wybory jego wierszy.

Piękno zawsze tkwi w oczach tego, który patrzy:

Milada Matysová była o szesnaście lat starsza niż jej amant i pierwsza rola filmowa, w której wystąpiła – Boże odpuść tę niedyskrecję –, zaliczała się jeszcze do ery filmu niemego! Bez wątpienia była także piękniejsza na scenie, niż wtedy, kiedy późnym wieczorem z niej schodziła. Miała jednak miękki, melodyjny głos, którym potrafiła czarować. Należała do najlepszych czeskich recytatorek i mówiono, że już w wieku czternastu lat zauważył ją i „wychował“ sam F. X. Šalda.

Nie bez znaczenia jest to, że pierwszym sygnałem wysłanym przez Blatnego do jego przyszłej wybranki (która to miłość zaważyła na jego późniejszych losach), był wiersz o tytule Recytatorka. Żeby zapobiec wszelkim wątpliwościom, w późniejszym wierszu – opublikowanym w 1937 roku w czasopiśmie Rozhledy – inicjały aktorki M.M. stały się wprost tytułem całego tekstu. Matysová oczywiście wiedziała i czuła się połechtana, ale okoliczności nakazywały jej trzymać dystans. W tamtym czasie miotała się jeszcze w dość skomplikowanym związku z Mac Fričem i, jak się później okazało słusznie obawiała się, że różnica wieku między nią a Blatným zaburzy równowagę ich związku.

Gdy o rok później poddała się okazywanemu zainteresowaniu i została jego kochanką, była dokładnie w wieku, w którym zmarła matka Ivana. Kiedy położy się obok siebie fotografie obu kobiet, nie można nie zauważyć, że mają ze sobą wiele wspólnego. Nawiasem mówiąc, nie chodzi tylko o wygląd.

W jednym z listów Matysová poświęca prawie trzy strony radom, dotyczącym tego, jaki garnitur Ivan powinien zamówić u krawca, na jakie koszule zdobyła dla niego materiał, opisuje także pończochy i „inne rzeczy”. „Pańska mama ma dobry gust,” zakończy Matysová długą wypowiedź, „i także życzy sobie, żeby był Pan dobrze ubrany. Kiedy zobaczy się Pan w lustrze, czule ją Pan obejmie...”.

Krótko mówiąc, Ivan wymienił swoje zabawki na barwny szal Milady Matysovej
z tajemniczymi wzorami smutnego seksualizmu... I jak to już bywa, okazywał aktorce największe zainteresowanie w okresie, kiedy starał się ją zdobyć. Była wtedy olśniewającą kobietą ze sceny, diablicą, czarodziejką, każdą ze swoich ról. Była niczym Viviane Merlina, tajemnicza kurtyzana znająca wszelkie tajniki erotyczne, w skrócie – była istotą, jakich poeci tamtego okresu szukali właśnie między aktorkami.

Kiedy poddała się jego urokowi, straciła większą część swojej aury. W listach Ivanek nadal hodował romantyczną miłość, ale z biegiem czasu ich spotkania niosły ze sobą mieszane uczucia i zostawały po nich blizny raczej na duszach niż na ciałach.

 



Zbiór poetycki Blatnego Pani Jutrzenka poświęcony jest Miladce – a właściwie do niej należy, ponieważ to ona była inspiracją wszystkich wierszy miłosnych. Ich piękno przyniosło Ivankowi chwilowy sukces, który wpędzał w jego ramiona inne kobiety. Nie, żeby dotąd się ich wyrzekał: jednak radykalny stosunek Nezvala do zdrady był bezpośrednio inspirujący. Teraz jednak nastał czas żniw... Tym bardziej, że osiemnastoletni Ivanek wyrósł na bardzo pięknego chłopca. Wysokie, jasne czoło, gęste, ciemne brwi, wyrazisty, ale bardzo symetryczny nos, pełna dolna warga, nad którą nieśmiała i cieńsza górna tworzyła sklepienie. Kiedy się uśmiechał, miał niemożliwy do opanowania, trochę dziecięcy wyraz. Częściej jednak jego twarz poetycko się chmurzyła i zagadkowo smutniała.

Václav Zykmund w swoich pieprznych dziennikach wspomina, jak w roku 1941 Blatný chwalił mu się, że miał już „98 kobiet”. Ta dokładna liczba podkreśla, że młody poeta świadomie wykorzystywał i należycie dbał o swoją reputację uwodziciela. W jej ramach dosyć regularnie odwiedzał domy publiczne, nieraz jednak wykorzystał do wiadomych celów budkę dozorcy Schmieda, która stała w ogrodzie za domem... i o której wspomniał w kilku wierszach. „Stary” Schmied, który na początku istnienia Protektoratu miał zaledwie czterdzieści lat, nosił wojskowe spodnie na luźnych szelkach i palił Yaki bez filtrów, miał dla pana Ivana głębokie zrozumienie; pod kamiennym schodkiem zostawiał mu kluczyki od domku ze zniszczonym stołem i starym dywanem. Kiedy indziej, zwłaszcza latem, Ivanowi musiała wystarczyć ogrodowa altana ukryta w głębi między drzewami. Z rzadka i wyjątkowo, kiedy babci nie było w domu, kochankowie mogli wejść po szerokich schodach na trzecie piętro, gdzie znajdowały się drzwi bez tabliczki z imieniem – działy się potem za nimi rzeczy, o których Blatný z chęcią wspomina jeszcze na kilka lat przed swoją śmiercią:

Milča zupełnie naga przy piecu w moim pokoju.
/ Tylko tak stała. /
Czytałem jej niemieckie przekłady moich wierszy, ponieważ była Niemką.
/ Stara Paráčková była dobrą matką, która wiedziała o naszych przygodach.
/ Dziecko musi się bawić

Babcia Ivana jednak patrzyła na te rzeczy nieco inaczej i przez większość czasu, wbrew postępującej chorobie, jak cerber pilnowała wejścia do mieszkania przy parku Obilní trh w Brnie. Nieubłaganie nadszedł czas, gdy Ivan Blatný musiał sobie poradzić inaczej.

„Drogi Jirko“, zwierza się Ortenowi. „Piszę do Ciebie z małego pokoiku w dzielnicy Černá Pole, który właśnie wynająłem, gdybym przypadkiem miał jakąś dziewczynę... Oczywiście, teraz długo żadnej dziewczyny mieć nie będę, tak to już bywa. Mimo to jednak, jest to całkiem dobra przygoda. Pokoik jest czysty, z białymi meblami, mam widok na ogrody, w których kwitną czereśnie. Mam też całkiem osobne wejście z korytarza. Do czytania przyniosłem sobie Sztukę pierwotnych plemion Josefa Čapka, Typologię wierszy Zicha, O poetyckim baroku Černego i Na wspak Huysmans'a...“



Wpływ Kainara na Blatnego miał w okresie ich wspólnego mieszkania wiele odcieni... i nie był całkiem jednostronny. Kiedy Blatný zwróci uwagę Kainara na wiersz Keats'a La belle dame sans merci, bard z Przerowa pisze swój najdłuższy wiersz z Nowych mitów.

Niemiłosierna dama, zła miła, jest tematem, który Kainar uważa za prawdziwie własny: kobiety chcą miłości przede wszystkim po to, żeby móc ją potem odrzucić. Blatný pamięta jeszcze list z końca '42 roku, w którym Josef skarży się: „Wiedzie mi się nie bardziej przyjemnie, niż na to pozwalam, tym razem jednak nie przeszkadza mi głupota ogółu, ale ja sam, w myśl hasła, że miłość to gówniany wynalazek. Wcześniej wiedziałem, dlaczego utrzymywałem post od kobiet i żałuję, że nie uświadomiłem sobie tego w odpowiednim czasie. Trudno o tym pisać.” To właśnie jest swoisty evergreen Kainara...

 

Książka Reinera jest gęsta od literackich faktów związanych z życiem i twórczością Blatnego, której podporządkował  całą swoją egzystencję. To jeden z nielicznych poetów, który nigdy nie pracował; wcześniej prowadził sklep optyczny po ojcu, żył też z honorariów. Później wyemigrował i tu całkowicie przeszedł na garnuszek brytyjskiej opieki zdrowotnej i społecznej. Dopatrzono się u niego schizofrenii Jego filozofia, żeby nie przegapić żadnego dnia bez napisania choćby kilku zdań czy wiersza była realizowana przez niego wprost z żelazną konsekwencją.

Socjalistyczna Czechosłowacja, aż do lat osiemdziesiątych skutecznie wymazała jeo twórczość z podręczników, z bibliotek szkolnych i publicznych. Dopiero w 1954 pięć jego nowych wierszy opublikowano w paryskiej antologii Neviditelný domov. Dopiero po 1977, dzięki pielęgniarce Frances Meacham, wiersze Blatnego dotarły do rąk Josefa Škvoreckiego. W 1979 ukazał się tom Stará bydliště, w 1987 Pomocná škola Bixley (oba zredagowane przez Antonína Brouska). Emigracyjne wiersze Blatnego krytycy zgodnie uznali za unikalne zjawisko we współczesnej poezji czeskiej. Sam Blatný określał swoją metodę twórczą jako surrealistyczną, jednak mimo pozornego chaosu i zestawiania luźnych skojarzeń jego twórczość była logiczna, oparta na montażu precyzyjnie dobranych cytatów i nawiązań.

Nie wiem czy powieść Rainera zostanie przetłumaczona na język polski, ale wiem, że te fragmenty, które przeczytał na długo zostaną ze słuchaczami.



Wieczorem gościliśmy autora kryminałów Petera May'a, którego najbardziej bestsellerowa trylogia "Czarny dom" sfilmowanych przez telewizję BBC. Wielokrotnie nagradzany autor międzynarodowego bestselleru Lewis Trilogy, którego akcja dzieje się na szkockich wyspach Outer Hebrides. Napisał także serie China Thrillers, Enzo Files oraz kilka samodzielnych powieści, z których ostatnia to Entry Island wydana w styczniu 2014. Jest również uznawanym redaktorem telewizyjnym, przez ostatnie 15 lat pracował jako scenarzysta i edytor programów nadawanych w najlepszym czasie antenowym w brytyjskiej telewizji. Napisał scenariusze do trzech znanych seriali telewizyjnych. Obecnie powrócił do swej pierwszej miłości – pisania powieści. Urodził się i wychował w Szkocji, mieszka we Francji.

Jak opowiadał, z jego debiutem nie było wcale tak lekko. Kiedy rozsyłał rękopis "Czarnego domu", cyklu kryminalnego "Wyspa Lewis" do różnych angielskich i szkockich wydawców, zostało on przez nich odrzucony. Peter wówczas wrzucił rękopis do szuflady  i zajął się pisaniem kolejnych scenariuszy dla BBC. Dopiero, kiedy zamieszkał we Francji, pokazał go swojemu francuskiemu wydawcy, była nią kobieta. Po tygodniu dostał telefon: "Podoba mi się, wydajemy to". Książka doskonale się we Francji sprzedawała. Zawieziona na frankfurckie targi książki o dziwo zainteresowała wydawców z Niemiec, Holandii, Skandynawii i znalazł się nawet jeden wydawca angielski. I tak po swoim francuskim debiucie, dopiero po sukcesie na kontynencie opublikowana została na Wyspach.



Peter May czyta fragmenty "Czarnego domu"

Wysłuchaliśmy fragmentów drugiej części trylogii "Wyspa Lewis",- "Czarny dom", którego polskie tłumaczenie drugiego tomu zapowiedziane jest na jesień 2014, przez wydawnictwo Albatros.





Słyszałem, jak ludzie urodzeni w latach pięćdziesiątych  opisują swoje dzieciństwo w odcieniach brązu. Świat sepii. Ja dorastałem w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych,a moje dzieciństwo miało kolor fioletowy.
Mieszkaliśmy, jak się to mówiło,w białym domu,w odległości około kilometra od wioski Crobost. Była to część lokalnej wspólnoty zwana Ness, na północnym cyplu Lewis, najbardziej na północ wysuniętej wyspy archipelagu Hebrydów Zewnętrznych.
Białe domy zbudowano w latach dwudziestych z kamienia i wapna albo betonu i pokryto płytkami łupkowymi albo blachą falistą czy papą. Wzniesiono je na miejscu starych czarnych domów ze strzechami i ścianami bez zaprawy murarskiej, które stanowiły schronienie zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt.Na
środku kamiennej podłogi w głównej izbie dzień i noc palił się torf. Tę izbę nazywano ogniową. Nie było kominów, a dym wydostawał się przez dziurę w dachu. Oczywiście nie było to skuteczne, i wnętrza domostw zawsze wypełniał dym. Nic dziwnego, że ich mieszkańcy nie żyli zbyt długo.

xxx

Resztki czarnego domu moich dziadków ze strony ojca zachowały się w ogrodzie, o rzut kamieniem od naszej siedziby. Dach zniknął, ściany w większości runęły, ale było to wspaniałe miejsce do zabawy w chowanego.
Mój ojciec był praktycznym człowiekiem, z czupryną gęstych czarnych włosów i niebieskimi oczami o ostrym spojrzeniu. Miał skórę jak pergamin; latem, gdy większość dnia spędzał na świeżym powietrzu, przybierała barwę smoły.
Gdy jeszcze byłem mały, zanim poszedłem do szkoły, brał mnie ze sobą na plażę, gdzie zbieraliśmy to, co fale wyrzuciły na brzeg. Nie rozumiałem tego wtedy, ale później się dowiedziałem, że nie miał pracy. W rybołówstwie nastąpił kryzys, a łódź, na której pływał, została sprzedana za grosze. Miał
więc mnóstwo czasu, dlatego też wstawaliśmy o świcie i przeczesywaliśmy
plażę w poszukiwaniu wszystkiego, co morze wyrzuciło nocą na brzeg. Drewno. Mnóstwo drewna. Powiedział mi kiedyś, że zna człowieka, który zbudował dom
z kawałków znalezionych na piasku. Ojciec sam zdobył większość budulca na nasze pokoje na poddaszu, dzięki morzu, które dużo nam dawało, ale też dużo brało. Nie było niemal miesiąca, byśmy nie usłyszeli o jakimś nieszczęśniku,
który się utopił. Wypadek przy połowach. Ktoś się kąpał i padł ofiarą prądu przydennego. Ktoś spadł z klifu.
Przynosiliśmy do domu wszelkie dobra zdobyte podczas tych wypraw. Liny, sieci rybackie, aluminiowe boje, które ojciec sprzedawał potem druciarzom. Sztorm oznaczał jeszcze obfitsze łowy. Właśnie po jednym z tych sztormów znaleźliśmy
dużą, ponaddwustulitrową beczkę. Wprawdzie sztorm się trochę uspokoił, ale wciąż wiał wściekły wiatr, a morze było wzburzone i gniewnie atakowało wybrzeże. W górze, z prędkością stu kilometrów na godzinę, pędziły postrzępione zbitki chmur, a wyzierające spomiędzy nich słońce pokrywało
ziemię ruchliwymi łatami o jasnym odcieniu — zielonym, liliowym i brązowym.
Choć beczka nie nosiła żadnych oznakowań, była pełna i ciężka; ojciec nie krył ekscytacji tym znaleziskiem. Nie daliśmy jednak rady jej ruszyć—przechylała się pod dziwacznym kątem, zakopana do połowy w piasku — więc ojciec  ściągnął traktor z przyczepą i kilku ludzi do pomocy i przed wieczorem beczka stała w szopie w naszym obejściu. Otworzył ją po pewnym czasie i odkrył, że jest pełna fioletowej farby. Jasnofioletowej emalii. Co tłumaczy, dlaczego wszystkie
drzwi, każda szafka i półka, okno i podłoga w naszym domu były pomalowane na fioletowo. Przez te wszystkie lata, które tam spędziłem.

Moja matka była uroczą kobietą z jasnymi blond lokami, które wiązała z tyłu głowy. Miała bladą, piegowatą cerę i szkliste brązowe oczy; nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek widział ją umalowaną. Była łagodną osobą o pogodnym
usposobieniu, ale też ognistym temperamencie, jeśli zalazło się jej za skórę. Pracowała na gospodarstwie, które liczyło niecałe dwa i pół hektara i miało postać długiego, wąskiego pasma ziemi biegnącego od domu do wybrzeża.
Był to machair — piaszczysta gleba nadająca się na pastwisko dla owiec, które dzięki rządowym subsydiom przynosiły spory dochód. Matka hodowała też ziemniaki, rzepę i trochę zbóż, siała również trawę na siano i kiszonkę. Wciąż ją widzę, jak w swoim niebieskim kombinezonie i czarnych gumowcach siedzi na naszym traktorze i uśmiecha się z zakłopotaniem do fotografa z lokalnej gazety, który zjawił się, by zrobić jej zdjęcie, ponieważ zdobyła jakąś nagrodę na lokalnym festynie.

xxx


Nim zacząłem uczęszczać do szkoły, ojciec dostał pracę w nowej fabryce produkującej sprzęt dla przemysłu naftowego w Arnish Point w Stornoway i każdego ranka, wraz z grupą mężczyzn z naszej wioski, wsiadał do białej furgonetki, by udać się w długą drogę do miasta. To matka miała mnie odwieźć pierwszego dnia do szkoły naszym zardzewiałym fordem anglią. Moim najlepszym przyjacielem był Artair Macinnes, który równie gorliwie jak ja pragnął zacząć naukę. Urodziliśmy się w odstępie miesiąca i byliśmy najbliższymi
sąsiadami. W dniach poprzedzających szkołę spędzaliśmy więc razem mnóstwo czasu. Jednak naszych rodziców nie wiązała szczególna przyjaźń. Chodziło, jak przypuszczam, o jakieś różnice klasowe. Ojciec Artaira był nauczycielem —
matematyki i angielskiego — w miejscowej szkole, która obejmowała nie tylko siedmioletnią podstawówkę, ale także dwa pierwsze lata liceum.
Pamiętam, że był akurat wietrzny wrześniowy dzień, a niskie chmury rzucały na ziemię ruchliwy sinawy cień. W powiewach wiatru wyczuwało się nadchodzący deszcz. Miałem brązową kurtkę z kapturem i nosiłem krótkie spodnie; wiedziałem, że jeśli zamokną, będą mi ocierały skórę. Czarne gumowce plaskały o łydki. Przerzuciłem przez ramię nowy sztywny brezentowy tornister, w którym znajdowały się płócienne kapcie z gumową podeszwą i drugie śniadanie.
Nie mogłem się doczekać, kiedy pojedziemy do szkoły. Matka wyprowadzała tyłem samochód z drewnianej szopy służącej za garaż, gdy przez zawodzenie wiatru przebił się dźwięk klaksonu. Odwróciłem się i zobaczyłem Artaira i jego
ojca, którzy podjeżdżali swoim jasnopomarańczowym hillmanem
avengerem. Był używany, ale wyglądał niemal jak nowy; przewyższał naszego forda pod każdym względem. Pan Macinnes, nie gasząc silnika, wysiadł z samochodu i podszedł do matki, żeby zamienić z nią kilka słów. Po chwili
zbliżył się do mnie, położył mi dłoń na ramieniu i powiedział, że podwiezie nas do szkoły, mnie i Artaira. Dopiero kiedy odjeżdżaliśmy, a ja się odwróciłem i zobaczyłem, jak matka macha mi na pożegnanie, zdałem sobie sprawę, że się z nią nie pożegnałem.

xxx


Wiem, co czuje człowiek w dniu, gdy jego dziecko idzie po raz pierwszy do szkoły. Towarzyszy mu osobliwe poczucie straty, nieodwracalnej zmiany. I teraz, patrząc wstecz, wiem, że to właśnie czuła moja matka. Widziałem to w jej twarzy, na której malował się także żal, że nie będzie uczestniczyła
w tej ważnej chwili...

Szkoła w Crobost przycupnęła w dolinie, zwrócona frontem na północ, ku Port of Ness, w cieniu kościoła, który dominował ze wzgórza nad całą wioską. Otaczało ją nieogrodzone pastwisko, a w dali widniała latarnia morska w Butt. Niekiedy
można było zobaczyć stały ląd, który jawił się jako niewyraźny zarys gór na odległym horyzoncie. Mawiano, że jeśli się je widzi, to pogoda ulegnie pogorszeniu. I zawsze się to sprawdzało.
Do podstawówki w Crobost uczęszczało stu trzech uczniów, do liceum osiemdziesięciu ośmiu. Tamtego dnia naukę wraz ze mną rozpoczęło jeszcze jedenaścioro dzieci o świeżych twarzach; siedzieliśmy w dwóch rzędach po sześć ławek w każdym, jeden za drugim.
Uczyła nas pani Mackay, chuda, siwowłosa pani, prawdopodobnie znacznie młodsza, niż się nam wydawało.Miałem wrażenie, że jest wiekowa. W gruncie rzeczy była łagodna, ta pani Mackay, ale surowa, poza tym miała cięty język. Od
razu na wstępie spytała, czy w klasie jest ktoś, kto nie zna angielskiego. Oczywiście słyszałem, jak się mówi w tym języku, ale w domu posługiwano się wyłącznie gaelickim, ojciec zaś nie miał telewizora, więc pytanie pani Mackay
było dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Artair podniósł rękę, a na jego twarzy błąkał się porozumiewawczy uśmiech. Usłyszałem swoje nazwisko i w tym momencie wszyscy obecni w klasie spojrzeli na mnie. Nie trzeba być geniuszem,
by się domyślić, co Artair powiedział nauczycielce. Poczułem, jak się czerwienię.
— No cóż, Fionnlagh — zwróciła się do mnie po gaelicku pani Mackay.
— Wygląda na to, że twoi rodzice nie wykazali się dostatecznym rozsądkiem i nie nauczyli cię angielskiego, zanim poszedłeś do szkoły.
Moją pierwszą reakcją był gniew na matkę i ojca. Dlaczego nie znałem angielskiego? Nie mieli pojęcia, jakie to poniżające?
— Powinieneś wiedzieć, że w klasie mówimy tylko po angielsku. Oczywiście nikt nie ma nic przeciwko gaelickiemu, ale tak to jest. Przekonamy się wkrótce, jak szybko potrafisz się uczyć.
Nie byłem w stanie oderwać wzroku od blatu ławki.
— Zaczniemy od twojego imienia. Wiesz, jak brzmi po

angielsku?....



Peter May czeka na pytania od publiczności


Był to fragment napisany w pierwszej osobie, w której główny bohater Fin MacLeod, wspomina swoje dzieciństwo oraz powrót do krainy, w której dorastał, chodził do szkoły, zawarł pierwsze przyjaźnie oraz zawody miłosne. Jako siedemnastolatek wyjechał studiować do Edynburga, gdzie po studiach wstąpił w szeregi policji kryminalnej. Później po latach powróci w te strony rozwiązywać kryminalną zagadkę dotyczącą morderstwa osoby z którą chodził wcześniej do szkoły. Dodatkowym atutem jest, że mówi po gaelicku jak większość mieszkańców Hybrydów Zewnętrznych, najbardziej na północ wysuniętej części Europy. May znakomicie, wprost z zegarmistrzowską precyzją oddał atmosferę tamtych lat oraz charakterystykę gaelickich wyspiarzy. Hybrydy przez dwieście lat zarządzane były przez Wikingów, stąd w gaelickim słychać norweskie, niemieckie naleciałości językowe. 

 



Peter May i prowadząca spotkanie tłumaczka Agata Kusik


Serial i jego książki do tego stopnia spopularyzowały te wyspy, iż powstał nawet szlak turystyczny im. Petera May'a, a on pod wpływem namowy ze strony swojego Wydawcy, napisał o nich książkę-album zatytułowany po prostu "Hybrydy", który świetnie się sprzedaje i dodatkowo rozsławił te zimne skaliste wybrzeża.

W najbliższym czasie przedstawimy Państwu wywiad z Peterem May'em.

Gabriel Leonard Kamiński

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.