fesstiwal słowa w piosence
--
Więcej o
Autorze/Tłumaczu
Wydawnictwie

"Panowie herbaty" - nowość wydawnictwa Noir sur Blanc

Nowości [06.04.10]

Powieść nawiązuje do kolonialnej przeszłości Holandii. Akcja, obejmująca lata 1869-1918, rozpoczyna się na dobre w momencie, gdy Rudolf Kerkhoven stawia stopę na jawajskiej ziemi, należącej w owym czasie do Holenderskich Indii Wschodnich.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Jego rodzice i kuzynowie przebywają tam od lat, dorobiwszy się sporych majątków. Młody, przepełniony ideałami mężczyzna decyduje się wziąć w długoletnią dzierżawę ogromne tereny, na których zamierza uprawiać kawę i herbatę. Poruszając się niemal po omacku w nieznanym sobie środowisku i rezygnując z jakichkolwiek przyjemności, z czasem rozkręca kwitnący interes i odnosi sukces. Mimo to ma wrażenie, że wciąż jest niedoceniany przez rodzinę, która bez entuzjazmu patrzy na jego nowatorskie metody pracy.

Kiedy poznaje piękną i inteligentną Jenny Roosegaarde Bisschop i zakochuje się w niej z wzajemnością, jest przekonany, że jego życie wkracza w nową, wspaniałą fazę.  Życie jednak zmusza młodą parę do zmierzenia się z różnymi, niespodziewanymi nieraz problemami i ocalenie tego, co jest dla nich naprawdę ważne, staje się coraz trudniejsze.

Odznaczająca się dużą przenikliwością psychologiczną książka Helli S. Haasse znakomicie łączy nowoczesną, oszczędną narrację z epicką akcją rodem z literatury XIX-wiecznej. Jest powieścią, lecz nie fikcją, jako że interpretację postaci i zdarzeń autorka oparła na zachowanych dokumentach, między innymi na listach udostępnionych jej przez potomków oraz krewnych bohaterów książki.

Fragment książki:

Kiedy Gambung rozrośnie się jeszcze bardziej, trzeba będzie się przeprowadzić. Rudolf lubił sobie wyobrażać, jak pod rasamalami(1), na skraju puszczy, wyrośnie jego gedung, podłużny niski dom w stylu Ardjasari, lecz skromniejszych rozmiarów, z dużą otwartą przestrzenią od frontu, na której założy kiedyś ogród kwiatowy. Tęsknił do dnia, gdy będzie mógł wbić w ziemię pierwszy pal. Czy jednak przyjdzie mu w tym domu mieszkać sa­motnie? Kawalerstwo odczuwał coraz bardziej jako stan nienatu­ralny. Nieżonaci pracownicy z okolicznych plantacji, których czasem spotykał, okazywali zdziwienie faktem, że nie zatrudnia żadnej tubylczej gospodyni. Dobrze wiedział, że nie jest mężczy­zną mogącym żyć bez kobiety.

Wśród książek w jego pondoku(2) znajdowała się ta, którą przy­właszczył sobie na pokładzie „Telenaka", gdzie nikt się do niej nie przyznawał. Napisał ją niejaki Agricol Perdiguier, a jej tytuł brzmiał Memoires d'un Compagnon: wspomnienia czeladnika sto­larskiego z czasów nauki na francuskiej prowincji. Młody człowiek pracujący za skromną pensję, a zatem niemogący jeszcze się oże­nić, znał udrękę narzuconej sobie wstrzemięźliwości; Rudolf całko­wicie odnajdywał się w jego opisie: „Pragnąłem pełnego doświad­czenia, ale nie potrafiłem oddać się prostytutkom, kobietom, do których nie mógłbym czuć miłości; uwieść zaś młodą dziewczynę, być może uczynić ją ciężarną, a potem pozostawić własnemu loso­wi - to zupełnie wbrew moim zasadom i w sprzeczności z moim charakterem. Czułem pożądanie, cały płonąłem, cierpiałem, nie wiedziałem, co począć, miotałem się między zmysłowością a su­mieniem; jeden głos mówił: zrób to!, drugi nakazywał: odpuść!".

Rudolf oczywiście zwracał uwagę na miejscowe kobiety i dziewczęta. Wśród zbieraczek w Sinagarze były takie, które miały piękne kształty, niezwykle powabne zwłaszcza wtedy, gdy przybiegały do fabryki w deszczu, z baadje(3) i sarongiem klejącymi się do ciała; nigdy jednak nie czuł niczego poza krótkotrwa­łym przypływem pożądania. Natychmiast też odrzucił myśl o kontakcie seksualnym w zamian za prezenty, co uważał po pro­stu za obraźliwe dla tych młodych kobiet. Ich dokuczliwa, a cza­sem wyzywająca postawa świadczyła o tym, że świetnie wiedzą, co go dręczy. Ponieważ zawsze były większą grupą, mogły sobie pozwolić na to, by śmiać mu się prosto w twarz.

Dziewczęta z gór - raczej wzbraniające się i nieśmiałe - stano­wiły przeciwieństwo otwartości. Brakowało im kokieterii weso­łych zbieraczek i sortowaczek spod Buitenzorgu, które lubiły zwracać na siebie uwagę kolorową baadje czy kwiatem wpiętym we włosy lub w wielki kapelusz przeciwsłoneczny. Inaczej niż mieszkanki Batawii, kobiety z Preangeru nie były chętne do prowadzenia Europejczykom domów i nie miały też odpowiednich do tego umiejętności. Nie potrafił sobie wyobrazić, że mógłby żyć z tubylczą kobietą w zażyłości, która dawałaby praktyczne korzy­ści i umożliwiała kontakt fizyczny, ale w której brakowałoby wła­śnie tego, co w jego oczach z relacji czyniło małżeństwo.

Podczas pobytu w Batawii ponownie spotkał u znajomych Marietje Hoogeveen. Ładna, energiczna jedenastolatka, którą wi­dział w przedsiębiorstwie jej rodziców, gdzie krzątała się jak przyszła zaradna gospodyni, wyrosła na tęgą pannę w pretensjo­nalnych sukniach ze szpetnie udrapowaną turniurą i mimo swo­ich czternastu wiosen była już rozgrymaszoną gadułą - dokład­nie takim typem Europejki w Indiach Wschodnich, jakiego nie znosił. Wręcz śmieszne wydało mu się teraz, że rozważał prośbę o jej rękę, gdy tylko osiągnie wiek stosowny do zamążpójścia. Cieszył się, że nigdy z nikim o tym nie rozmawiał.
Na południowych krańcach Gunung Tilu leżała plantacja gubernatorska Riung Gunung. Mierząc teren, wielokrotnie docie­rał do jej ogrodów chinowcowych. Ponieważ zamierzał również poszerzyć i poprawić drogę biegnącą z Gambungu na wyżynę Pengalengan, postanowił złożyć wizytę zarządcy, panu van Honkowi, licząc na nawiązanie z nim współpracy. Wysłał kulisa z li­ścikiem i w odpowiedzi został zaproszony na wschodnioindyjski obiad. Choć taka perspektywa mu się nie uśmiechała - nie prze­konał się do ostro przyprawionych potraw - pojechał do Riung Gunungu, zabierając w prezencie dla pani domu własnoręcznie upieczone przez matkę ciasteczka.

Van Honkowie od dawna przebywali w Indiach Wschodnich; w ich mieszkaniu, niewiele wygodniejszym od jego pondoku, pa­nowała atmosfera, która przypominała mu „Chiński Obóz” w Sinagarze - z ptakami w klatkach, wiszącymi roślinami i fotelami bujanymi. Zapach sambalanu(4) mieszał się z wonią róż w ogrodzie.

Jeszcze przed obiadem, podczas rozmowy o interesach, Rudolf został przedstawiony najstarszej córce gospodarza, ładnej dziew­czynie, szczupłej i eleganckiej, w sarongu i śnieżnobiałej kebai(5). Domyślił się, że prawdopodobnie włożyła ją przed chwilą na je­go cześć, bo widać było jeszcze zagięcia po składaniu. Nie mógł oderwać oczu ani od jej matowośniadej twarzyczki o - jak to w duszy nazywał - „europejsko rumianych” policzkach smaga­nych świeżym górskim wiatrem, ani od powabnych kształtów tu­dzież urokliwej linii talii i pośladków, ujawniającej się przy każ­dym jej ruchu. Spostrzegł też, że nie uszło to uwagi rodziców dziewczyny. Usłyszał, że uwielbia gotować i jest świetną kuchar­ką, przepada za dziećmi, a młodszym siostrzyczkom udziela lek­cji czytania i rachunków, „jak prawdziwa nauczycielka, betul(6), proszę pana!”.

Wracając do Gambungu, próbował przeanalizować swoje uczu­cia. Nietrudno byłoby mu się zakochać i uczynić to motorem dal­szego postępowania. Jej uścisk dłoni, spojrzenie ciemnych oczu były wielce obiecujące. Dziewczyna urodzona i wychowana w udiku(7), przywykła do życia na plantacji, w dodatku obdarzona wszystkimi gospodarskimi talentami... taki wybór byłby oczywi­sty. Czy chciał mieć dzieci z tą piękną nonną(8)? Takie małżeństwo na dobre przypieczętowałoby związek z tym krajem. Pomyślał o Eduardzie, o Tattacie, Pautje i Lientje oraz o wymazanej jakby z pamięci Guy La Nio, a także o Louise, żonie Alberta Holle, któ­ra znikała, gdy z wizytą przybywali totok(9), posądzani przez nią o pewną rezerwę względem osób urodzonych w Indiach Wschod­nich.

Jakże na początku była płochliwa, podejrzewając, że Ru­dolf nie uważa jej za osobę pełnowartościową! Pomyślał o star­szych wschodnioindyjskich damach, które spotykał czasem w Batawii, akceptowanych tylko dlatego, że były żonami Holendrów czystej krwi w służbie gubernatorstwa. Jego zdaniem te zwykle korpulentne kobiety, które kiedyś też były „pięknymi nonnami”, w europejskich toaletach wyglądały tak brzydko, że niemal wzbudzały współczucie. Jakże często ten egzotyczny urok szybko przemijał! Czy stawi czoło nieuniknionym kompli­kacjom, również w kręgu własnej rodziny, jeśli ożeni się ze wschodnioindyjską dziewczyną z prostego środowiska, bez inte­lektualnych ambicji czy potrzeb?
Postanowił ograniczyć wizyty u van Honków do absolutnie niezbędnych.
_______________________________________________________
1 rasamale – drzewo z rodziny oczarowatych, rosnące w górskich lasach Jawy i Sumatry. Osiąga wysokość około 60 metrów
2 pondok – prosty dom z drewna i bambusa
3 baadje – obszerna bluza z rękawami
4  sambalan – mocno przyprawione dodatki
5 kebaja, sarung kebaja – ubiór jawajskich kobiet: batik wokół bioder i bluza z długimi rękawami; wśród kobiet europejskich popularny do lat trzydziestych XX wieku jako strój poranny
6 betul – naprawdę! jasne!
7 udik – środek kraju, głusza, odludzie
8 nonna – młoda kobieta (półkrwi)
9 totok – Europejczyk czystej krwi

K.P. Informacja nadesłana

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.