fesstiwal słowa w piosence
--

Piotr Marciszuk: Gra w PIK

[09.08.10]

Przed samymi wyborami majowymi w Polskiej Izbie Książki zawrzało w „Bibliotece Analiz” od tekstów krytycznych wobec mojej osoby i kierowanej przeze mnie Rady w poprzedniej kadencji. Krytycznie pisali Barbara Jóźwiak, Włodzimierz Albin, Łukasz Gołębiewski, Andrzej Nowakowski, nieco ostrożniej Piotr Dobrołęcki.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

I tu ważny wtręt o środowisku, które chciało zmian w PIKu. Wszystko zaczęło się od sporu o elektroniczny egzemplarz obowiązkowy, który miał zastąpić 18 egzemplarzy obowiązkowych papierowych. Spór toczył się ponad pół roku przed wyborami. Pojawił się też silny opór przed koncepcją katalogu „books in print”, który w całej Europie służy wydawcom małym i dużym i jest prowadzony przez tamtejsze odpowiedniki PIKu, a u nas miał być zagrożeniem dla interesów poszczególnych wydawców. Krótko mówiąc, niemal cała moja działalność (włączając dwa inne kontrowersyjne projekty, jak ustawa o książce, od zawsze dzieląca środowisko oraz promocja czytania) była przez niektórych członków PIKu odczytywana jako zagrożenie dla ich firm i interesów. Stąd postulaty w wymienionych na początku tekstach ograniczenia roli PIKu do spraw czysto technicznych (typu załatwianie zniżek na różne rzeczy) i prawnych.

Nie zgadzałem się i nie zgadzam się z taką wizją organizacji środowiskowej. Dlatego na Walnym sprawozdawczo-wyborczym zaproponowałem najpierw głosowania nad programem Izby, a dopiero potem nad wyborem prezesa. Wynik głosowania wszyscy znają, poszczególne punkty mego programu, włącznie z tymi najbardziej kontrowersyjnymi, osiągnęły większe poparcie niż ja sam w starciu z moim byłym wiceprezesem, który przez cztery poprzednie lata całkowicie zgadzał się z moim programem. Dodam tylko, iż zgodnie z moim najgłębszym przekonaniem ograniczenie roli PIKu do spraw technicznych, prawnych  i czysto gospodarczych byłoby początkiem końca tej organizacji. Ale o tym potem.

Łukasz Gołębiewski, właściciel liczącego się pisma branżowego, „Biblioteki Analiz”, popełnił kilka tekstów przed i zaraz po wyborach, które, najkrócej mówiąc, wywołały mój głęboki sprzeciw. Dotykały jednakże najważniejszych dla naszej branżowej organizacji problemów, dlatego środowisku należy się poważny tekst polemiczny, pokazujący zarazem program mej najbliższej i – dodajmy – ostatniej kadencji.

Tu ważna i poważna deklaracja. Po pierwsze, zostałem wybrany w sposób demokratyczny na najbliższą, czteroletnią kadencję i, jeśli nie zajdą żadne okoliczności losowe, nie zamierzam ustąpić przed jej upływem. Po drugie – i ważniejsze – nie zamierzam (co oczywiste i zgodne ze statutem PIK) ubiegać się o ponowny wybór na prezesa PIK, ale nie zamierzam też ubiegać się o wybór do następnej Rady. Tak jak niedawno ustąpiłem ze stanowiska przewodniczącego Sekcji Wydawców Edukacyjnych, tak teraz, po czterech latach kadencji, zamierzam odejść definitywnie z władz PIKu. Podobnie stanie się z FEP, tam również po kadencji wiceprezydenta i prezydenta (łącznie cztery lata) odejdę na zasłużoną emeryturę. Przez najbliższe cztery lata zamierzam natomiast zrealizować program zatwierdzony na Walnym sprawozdawczo-wyborczym PIK w maju bieżącego roku. I tu wracam do polemiki z Łukaszem Gołębiewskim i Andrzejem Nowakowskim, ale zwłaszcza z tym pierwszym.

Najpierw o ogólnej koncepcji i roli organizacji branżowej, jaką jest PIK. W tekście z 6 kwietnia (7/2010 BA), zatytułowanym charakterystycznie „To nie taksówka”  Ł.G. powiada najpierw, że chora jest sytuacja, w której prezes sam wskazuje członków Rady, którzy mają być wybrani na Walnym. I tu dotyka poważnego problemu. Rada dobrze współpracująca ze sobą to wartość sama w sobie, o czym dobrze wiedziały dwie Rady z poprzednich kadencji. Konflikty osobowości mogą całkowicie sparaliżować prace organizacji. Z drugiej strony Rada PIK powinna być możliwie jak najbardziej reprezentatywna, a przede wszystkim powinna skupiać największe firmy na rynku. Podam dwa pozytywne przykłady – po pierwsze Izba Wydawców Prasy, której Prezydium obejmuje kilkanaście największych firm na rynku; po drugie Sekcja Wydawców Edukacyjnych PIK, której Prezydium także składa się z największych firm w Polsce, ale posiada też w swym składzie firmy małe i średnie, by zachować proporcje i zasadę obiektywnej reprezentacji. Obie te instytucje działają znakomicie, a decyzje podejmowane przez firmy posiadające ponad 90% rynku oraz reprezentację małych podmiotów w zasadzie nigdy nie są kwestionowane.

W Radzie PIK jest inaczej. Mimo że reprezentuje ona całość środowiska, bardzo podzielonego w podstawowych dla niego sprawach, nie zasiadają w niej przedstawiciele największych firm. Praca w Radzie jest społeczna, wymaga masę czasu i zaangażowania. W poszczególnych sekcjach PIK dużo łatwiej walczyć o interesy ich członków, ponieważ cele są dużo konkretniejsze i łatwiej je wytypować. Rada PIK dba o interesy całego środowiska książki. Ostatnie wybory pokazały dobitnie, że wybory członków Rady to prawdziwa łapanka, i że chętnych strasznie trudno znaleźć, a zwłaszcza tych z dużych firm. Tu warto przypomnieć, że cztery lata temu jedno z dużych wydawnictw odwołało swego przedstawiciela, wybranego do Rady, by pracował dla swojej firmy, a nie zajmował się pracą społeczną. Na początku istnienia PIKu kierowali nim szefowie dużych firm wydawniczych (najpierw PWNu, potem WSiPu), ale z nieznanych mi powodów ten model został zastąpiony innym – po Grzegorzu Bogucie i Andrzeju Chrzanowskim wybrano najpierw Andrzeja Nowakowskiego, potem Dorotę Malinowską-Grupińską, potem mnie, i to na drugą kadencję.  Może to wyraz demokratyzacji Izby, której członkowie składają się w znacznej większości z małych i średnich firm i coraz bardziej odczuwają skutki ostrej konkurencji na rynku. Reasumując – zgadzam się z Ł.G., że Rada powinna być reprezentatywna dla całego środowiska (prezes powinien sobie radzić z dywersyfikacją poglądów i stanowisk), życzę mu natomiast powodzenia w znalezieniu formuły, która zapewni taką reprezentację. Poczytuję sobie (a przede wszystkim PIKowi) za ogromny sukces, że do mojej Rady wszedł obecnie prezes W.  Albin, szef dużego wydawnictwa i wcale nie zwolennik moich koncepcji. Ja wychodzę jednak z założenia, ze rolą prezesa PIK jest przekonanie opozycji i znalezienie kompromisu, a nie wprowadzanie czegokolwiek na siłę. Bardzo się też cieszę, że Barbara  Jóźwiak, prezes PWN, weszła do Zarządu Książki Polskiej i że razem będziemy wprowadzać  w życie projekt ARROW +, czyli także katalog „books-in-print”.

Następny problem z polemicznego tekstu Ł.G. to współpraca z księgarzami. Przypomnę tylko, iż początek mojej kadencji w 2006 roku to była wojna z księgarzami, której dziś wolę już nie wspominać. Teraz mamy regularną współpracę, miedzy innymi w Komitecie Porozumiewawczym.  Księgarze nie potrzebują dziś, jak proponuje Ł.G., wspólnego Sądu Koleżeńskiego, ani wspólnego zespołu roboczego (mamy proliferację nieskutecznych zespołów roboczych) – dziś księgarze żądają przede wszystkim ustawy o książce, chcą też katalogu „books-in-print” jako narzędzia pracy.

Ł.G. zarzuca mi również, iż jako jedyny reprezentuję Polskę w Brukseli i że w związku z tym jestem niezastępowany, bo „znam procedury”. To bardzo niesprawiedliwy zarzut, bo wielokrotnie zgłaszałem problem (można moje wypowiedzi na ten temat znaleźć w kolejnych numerach „Biblioteki Analiz”), że większość krajów Unii w FEP jest reprezentowana przez trzy osoby – prezesa organizacji, dyrektora Biura oraz prawnika. Zwłaszcza obecność eksperta z dziedziny prawa jest istotna, ponieważ z reguły jest to osoba niekadencyjna, gwarantująca ciągłość spraw i problemów. W przypadku Polski i wysokości naszych składek oznaczałoby to, ze obecność w organizacjach międzynarodowych (składki plus delegacje) przekroczyłaby 1/3 budżetu Izby. Nie wspominając już o tym, że nasza Izba w ogóle nie ma etatu prawnika. Nigdy też nie mówiłem, że tylko ja znam procedury. Ja znam język dyskusji, tematykę i problemy, a opanowanie tej problematyki zajęło mi sporo czasu. Każdy nowy delegat do FEP musi poświęcić dużo czasu i wysiłku, by stać się pełnoprawnym członkiem tej elitarnej grupy. Sytuacja zmieniła się w sposób istotny po moim wyborze na czteroletnią kadencję wice- i prezydenta FEP. Automatycznie przestałem być reprezentantem Polski, zwiększyła się też liczba moich wyjazdów zagranicznych (jak czerwcowy wyjazd na spotkanie Zarządu FEP i spotkanie z komisarzem kultury KE, panią Vassiliou). Teraz mamy nowego reprezentanta, Piotra Sagnowskiego, zaś budżet PIKu musi udźwignąć znacznie zwiększone koszty udziału PIK w pracach FEP.

Nie chcę komentować pomysłu Ł.G.  stworzenia Rady Doradczej przy Radzie PIK. Na mój wniosek taka Rada została powołana podczas jeszcze poprzedniej kadencji, i wydaje mi się, że Ł.G. był przy tym obecny. Praktyka pokazuje jednak, że tylko Rada PIK, działająca stale i wyposażona w konkretne kompetencje, ma motywację i możliwości działania. Rada Doradcza nie rozwiązuje na pewno problemu zaangażowania dużych firm w prace PIK.

Łukasz Gołębiewski przeżył „gorycz porażki” (BA 10/2010) i nie dziwię się temu, ale zgłaszam sprzeciw, iż zostałem wybrany tylko dlatego, iż w PIKu nikogo nic nie obchodzi. Ponowny wybór to dla mnie wyraz poparcia i akceptacji programu, jaki realizuję (co zresztą wykazało poprzedzające wybory prezesa głosowanie). Myślę, że warto jednak przejść poszczególne jego punkty raz jeszcze, zwłaszcza po tekście Ł.G. „Konieczne zmiany w PIK” (BA 13/2010 z 29 czerwca). W tekście tym Ł.G., jak Grzegorz Napieralski, zapomina, ze przegrał wybory i ustawia profil i prace nowej Rady, żąda i wymaga, chwali i gani. Bardzo sobie cenię opinie pana Łukasza, ale nie godzę się na jego rolę superarbitra. Ja za cztery lata i tak odejdę, ale wcale nie jest pewne, że Ł.G. taką metodą walki ze mną wyrąbie sobie ścieżkę do „fotela” prezesa (w istocie to niezbyt wygodny taboret). Co do wyborów prezesa – istotnie nie było eleganckie ani wobec mnie, ani wobec środowiska wysuwanie nowego kandydata w przeddzień wyborów, ale żądanie poparcia kandydatury przez 40 członków to spora przesada. Można zresztą spróbować…

A teraz kolejne punkty programu PIK i zarazem kolejne punkty sporne.

I. Promocja czytelnictwa.

Zarzuca mi Ł.G., że organizuję rauty i przyjęcia, a za mojej kadencji czytelnictwo spadło o 12%. Zarzuca, ze PIK jest beneficjentem Instytutu Książki w skali w świecie niespotykanej. Zarzuca organizację nagród dla dziennikarzy, gdy media książki nie zauważają. Zaczynając od końca – no właśnie dlatego, że nie zauważają, organizujemy nagrody dla dziennikarzy (to zresztą pomysł Doroty Malinowskiej-Grupińskiej, za co środowisko wedle mej wiedzy jest jej wdzięczne). Możemy tylko zachęcać – czas antenowy jest bardzo drogi, a producentów książki nie stać na normalny czas antenowy, dlatego musimy namawiać decydentów, by dbali o książkę w mediach. Znana jest historia jednej z laureatek PIKowego Lauru, którą nasza nagroda uchroniła od utraty pracy, ale przede wszystkim uchroniła od zagłady całą masę jej audycji o książkach i – szerzej – kulturze. Wydaje mi się zresztą, iż w roku, w którym nie zorganizowaliśmy nagrody PIKowego Lauru z powodu braku funduszy na ten cel, środowisko wyrażało żal i potrzebę reaktywacji nagrody (tez przy udziale sponsorów). Ale może się mylę.

Nie rozumiem natomiast pana Łukasza, gdy wychwala imprezę „Bieszczadzkie Lato z Książką”, nazywając ją „świętem czytelników” (BA 12/2010). Aż zacytuję Ł.G.: „Można tylko żałować, że nie ma w Polsce więcej takich imprez regionalnych, chciałoby się mieć całe lato z książką – w górach, na Mazurach i nad morzem” (tamże). Problem polega na tym, że wspomniana wyżej impreza  jest jedną z lepszych inkarnacji naszej idei Światowego Dnia Książki, które ma za zadanie tylko podsumowywać takie regionalne akcje i rozdawać nagrody. Zasada organizacji tych imprez jest identyczna – przy minimalnym wkładzie własnym zdobywać środki prywatne, społeczne i państwowe na organizację promocji książki, która inaczej nigdy by się nie odbyła. Jako PIK współfinansujemy Bieszczadzkie Lato – właśnie z w/w powodów. Śmiem zresztą twierdzić, iż gdyby nie nasza konkretna idea, państwo nigdy nie wydałoby wspomnianych środków na promocję czytelnictwa z bardzo prostego powodu – ponieważ ma masę innych, dużo ważniejszych ze swego punktu widzenia wydatków. Dlatego zarzut Ł.G. o skandalicznie wysokim udziale środków z Instytutu Książki pozwolę sobie potraktować jako komplement, nie zarzut. Nie wspomnę już o integrującej środowisko książki roli Światowego Dnia Książki…  Budowanie poczucia wartości tego środowiska jest ważnym zadaniem organizacji branżowej, jaką jest PIK. No i promocja czytania jest statutowym zadaniem tej organizacji.

Natomiast niesłychanie ważny jest aspekt udziału czasowego książki w mediach. Biuro PIK dysponuje zestawieniami czasu antenowego i miejsca w prasie oraz Internecie poświęconego książce w drugiej połowie kwietnia, gdy świętujemy Światowy Dzień Książki (w kolejnych latach). Ponad cztery lata temu zaczynaliśmy niemal od zera, teraz zestawienia obejmują setki, jeśli nie tysiące pozycji. Na początku w mediach była mowa o książce 23 kwietnia wyłącznie wtedy, gdy zabierał głos ktoś z Rady PIK – teraz wszystkie media organizują własne audycje i szeroko wykorzystują materiały z naszych konferencji prasowych. Zamykając ten temat muszę jednak dodać – krytyka Ł.G. i innych członków PIK naszej aktywności w dziedzinie promocji czytelnictwa zrobiła swoje i nowa Rada znacznie ograniczy swą aktywność w tej sferze. Nikt nie lubi dostawać po głowie za społeczną pracę na rzecz innych. A gdy byłem w Rzymie na Walnym FEP w czerwcu tego roku, włoski odpowiednik PIKu, AIE ogłosił, iż wobec spadku czytelnictwa do 50% ogłasza promocję czytelnictwa swym najważniejszym zadaniem i priorytetem. Tyle na ten temat.

II. Obieg informacji

Pisze pan Łukasz, iż w Izbie szwankuje obieg informacji. Tymczasem w sprawozdaniu z czteroletniej kadencji Biuro PIK podało, iż opublikowało prawie 800 komunikatów z prac Rady. Niewiele było dni w roku podczas tych czterech lat, gdy członkowie PIK nie otrzymywali wieści z naszych działań. Dlatego też za niesprawiedliwe uznawałem twierdzenia Ł.G., iż Rada (to w polemikach o elektronicznym egzemplarzu obowiązkowym) wprowadzała coś chyłkiem czy potajemnie. Komunikaty opowiadały szczegółowo o wszystkich spotkaniach i wnioskach z nich wyprowadzanych. Pisałem ponadto (do czasu) dość obfite sprawozdania z mojej działalności zagranicznej – dopóki nie przestałem się wyrabiać. Oprócz PIKu tzw. ogólnego miałem jeszcze Sekcję Wydawców Edukacyjnych, niezwykle czasochłonną i – last but not least – moją własną firmę. W ciągu ostatnich dwóch lat szkolnych (tak to się liczy w wydawnictwach edukacyjnych) odbyłem prawie 200 spotkań z nauczycielami w całym kraju, wykładając dla ponad 5000 nauczycieli. O rodzinie nie wspomnę…

Wymyśliłem więc e-pik, Biuletyn zagraniczny PIKu, będący stale pod moim nadzorem, który informował nieco szerzej o wszystkim, co ważne w Brukseli, a tym samym i dla nas. Biuletyny obejmowały także naszą aktywność, aktywność moją jako szefa PIKu. Gdy jednak pojawiały się sprawy niezwykle ważne dla nas wszystkich (jak Google Book Settlement, VAT na książki czy prawo autorskie wobec cyfryzacji treści), zawsze pisałem dla Państwa oddzielne na ten temat sprawozdania, zawsze też publikowałem do konsultacji teksty mych ważniejszych wystąpień zagranicznych. Nie rozumiem agresji Ł.G. wobec e-piku, wiem raczej, że Państwo popieracie tę formę informacji, nie zgadzam się też z zarzutem o zły obieg informacji.

Zarzuca mi Ł.G., że w budżecie PIK nie było pieniędzy na nowe forum internetowe PIK – ale też, powiedzmy szczerze, nikt wcześniej nie zgłaszał takiej potrzeby. Gdy została zwerbalizowana, takie forum internetowe jest przygotowywane przez Piotra Sagnowskiego, nowego wiceprezesa PIKu. Mam tylko nadzieję, że będzie ono rzetelną formą wymiany informacji i badania opinii członków PIK przez Radę, nie będzie natomiast powielać błędów Portalu Księgarskiego z początków jego istnienia, gdy służył on przede wszystkim wylewaniu żalów, frustracji i ekspresji emocji jego użytkowników.

 

III. Ustawa o książce

Ł.G. zarzuca mi, ze brak ustawy jest porażką Izby. Chcę tylko przypomnieć, iż członkowie PIK nigdy nie mieli klarownego poglądu na ten temat i zdania zawsze były podzielone. Po ostatnim Walnym, gdy przegłosowano dalsze prace nad ustawą o książce, poprosiłem najlepszego eksperta od tych spraw, Renka Mendrunia, by przygotował wraz z prawnikiem (Markiem Bukowskim z Krakowa)  wariantowy projekt do dyskusji. Będziemy mieli taki projekt przed listopadowym Walnym PIK w tym roku. Wymaga to oczywiście kolejnej weryfikacji budżetu Izby.

 

IV. Targi i sieci

„Musimy wskazać jednego organizatora, który uzyska patronat PIK” – pisze o Targach majowych Ł.G. Problem polega na tym, iż z jego tekstu wynika, iż wskazałby on całkiem innego organizatora, niż większość członków PIKu, którzy to już uczynili w tym roku, kupując powierzchnię wystawienniczą. To pierwszy problem. Drugi to taki, że targi książki są imprezą biznesową, a udział w nich jest dobrowolny. To wydawcy decydują, czy zapłacą temu, czy innemu organizatorowi, PIK może dać jedynie patronat. Jako organizacja staraliśmy się mediować, bez skutku zresztą. Mam inne zdanie na ten temat niż Ł.G. Uważam, że Izba wraz z PTWK zachowała się w tym roku wzorowo, dystansując się od sporu dwóch podmiotów. Nie zgadzam się, że jako Izba mamy podpisać umowę z organizatorem targów w przyszłym roku (którego wcześniej wybierzemy), zapisując wysokie kary finansowe za niespełnienie wymagań. To czysta fantazja, jako Izba nie kupujemy powierzchni na targach, nie mamy żadnych sankcji i w ogóle nie jesteśmy stroną. Nie wierzę, by którykolwiek z organizatorów zgodził się na sankcje finansowe wyłącznie za patronat.

Jeśli chodzi o EMPiK i inne firmy sieciowe sprzedające książki, sytuacja jest podobna, a może jeszcze trudniejsza. Wiadomo, że firmy te narzucają swoje warunki bezwarunkowo, ale z drugiej strony wszystkie podmioty podpisują umowy handlowe w sposób dobrowolny i mogłyby nie zgodzić się z warunkami, których nie akceptują. Gdyby zrobiła to znacząca większość, firma sieciowa nie miałaby wiele do powiedzenia. Ale w naszej branży nie ma solidarności i wszyscy o tym wiedzą.  Cóż więc ma uczynić PIK w tej sytuacji?  Złożyć tym firmom „propozycję nie do odrzucenia”? Przecież to śmieszne. Jako organizacja branżowa możemy tworzyć płaszczyznę dialogu i przedstawiać racje naszych członków – i robiliśmy to niejednokrotnie. Możemy opiniować umowy handlowe (nota bene za opinię zapłaciły zainteresowane firmy, a więc nie wykorzystywaliśmy do tego celu składek, w tym składek EMPiKu). PIK może także wyrazić publicznie zaniepokojenie fuzją EMPiKu z Merlinem, ze względu na wpływ tej fuzji na cały rynek. Dojdzie do nieformalnego monopolu, szkodliwego nie tylko dla większości naszych członków, ale także dla klientów detalicznych. I to wszystko.

Ale jeśli się mylę, i jeśli jako organizacja branżowa możemy podjąć bardziej zdecydowane kroki, ale całkowicie zgodne z prawem, bardzo proszę o wskazanie takiej możliwości i wraz z całą Radą starannie je rozważymy, z jak najlepszą wolą.

 

V. Egzemplarz obowiązkowy

Nie wiem, dlaczego Ł.G. pisze, że „nie ma zgody środowiska na egzemplarz elektroniczny”. Na ostatnim Walnym środowisko zdecydowało dokładnie odwrotnie – mamy kontynuować prace nad egzemplarzem elektronicznym do postaci, która może być zaakceptowana przez większość, a na pewno poddana głosowaniu. Co nie wyklucza, iż złożymy wniosek do RPO (czyli do Trybunału Konstytucyjnego) z zapytaniem o konstytucyjność obecnej (papierowej) formy e.o. oraz Funduszu Promocji Twórczości. Elektroniczny egzemplarz obowiązkowy – o ile nie będzie wypożyczany w bibliotekach uniwersyteckich – może oddać środowisku książki jeszcze wielkie usługi.

 

VI. Katalog składowy

Bardzo się cieszę, że Ł.G. uznał katalog „books-in-print” (do niedawna jeden z najbardziej spornych punktów programu PIK) za element składowy projektu ARROW i że jego budowanie jest dla niego oczywistością. Całością projektu ARROW będzie kierowała Książka Polska, zaś budową katalogu składowego PIK. Żeby uniknąć opóźnienia, o którym pisze Ł.G., potrzeba nam współpracy z Biurem ISBN oraz instytucja elektronicznego egzemplarza obowiązkowego. Trzeba osiągnąć synergię, która nie będzie zagrażała niczyim interesom, za to będzie służyła całemu rynkowi. Katalog „books-in-print” nie ma na celu tylko identyfikacji dzieł osieroconych, ma też służyć sprawniejszej dystrybucji wszystkich książek obecnych na rynku.

 

VII. Prawo autorskie

Ł.G. rozdał też zadania co do zmiany prawa autorskiego. Żąda współpracy z Izbą Wydawców Prasy i środowiskami twórczymi. Przypomnę zatem tylko, iż wraz z Izbą Wydawców Prasy oraz Książką Polską i środowiskami twórczymi składaliśmy kilkakrotnie w MKiDN konkretne projekty zmian w prawie autorskim, zwłaszcza dotyczące tzw. dozwolonego użytku, reprografii, Funduszu Promocji Twórczości. Tu wola zmian w ministerstwie jest minimalna, jeśli nie żadna. Jeśli chodzi o zmiany związane z digitalizacją i dziełami osieroconymi, MKiDN czeka na zmiany przygotowywane obecnie w Brukseli, dlatego nasze wysiłki lobbingowe powinny iść w obu tych kierunkach – krajowym i unijnym. Tu lobbing jest szczególnie trudny, ponieważ prawem autorskim są zainteresowani nie tylko wydawcy książek, lecz liczne inne grupy zawodowe, dysponujące znacznie większą siłą nacisku niż my.

 

VIII. Aspekty podatkowe, VAT

Twierdzi pan Łukasz, że sukces VATowski to sukces Rady z czasów Grzegorza Boguty, a dziś zerowa stawka jest oczywistością. To oczywiście prawda, tyle że w Traktacie Akcesyjnym do UE mieliśmy zapisaną derogację zerowej stawki VAT na książki  tylko do końca grudnia 2007. Od tej pory już po raz drugi walczymy o przedłużenie tej ulgi i po raz drugi wcale nie jest oczywiste, że ją otrzymamy. Zabiegi Izby zarówno w roku 2007, jak i obecnie są bardzo intensywne – i w Warszawie, i w Brukseli – i bałbym się takiego oto eksperymentu, że uspokojeni oczywistością zerowej stawki rezygnujemy z lobbingu.

Nie jest też prawdą, że Izba nie zabiega o zerowy VAT na audio i e-booki. Nie jest prawdą, że zaniedbujemy problem egzemplarza obowiązkowego i Funduszu Promocji Twórczości. Przesyłaliśmy zawsze do wiadomości członków Izby nasze wystąpienia (liczne) do ministra kultury i finansów w powyższych sprawach – bardzo łatwo je odnaleźć w skrzynkach mailowych członków Izby. Podnosiliśmy także te sprawy w czasie spotkań Rady z ministrem kultury.

Gdy czytam tekst pana Łukasza, że jego zdaniem moja poprzednia „Rada wcale nie chciała komunikacji z członkami, życzeniowe myślenie nie wymaga weryfikacji, a realizacji zadań unikano. Zamiast informacji o konkretnych pracach dostawaliśmy informacje o tym, co robi świat. Bezmyślna ekstrawagancja czy umyślne działanie? Rozsyłając ‘Biuletyn’ Rada mogła udawać, że informuje swoich członków o rzeczach ważnych. Tymczasem sprytnie unikała informacji o najważniejszym – o efektach własnych prac” (BA 13/2010), to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że cały tekst napisany jest ze szczególnie złą wiarą i albo jest celowo niesprawiedliwy, albo pan Łukasz pisze o rzeczywistości, którą sam sobie wymyślił.

 

Jaka Izba?

Powtórzę raz jeszcze – Polska Izba Książka ograniczona wyłącznie do spraw gospodarczych, ulg w tejże działalności,  porad prawnych dla członków oraz rozwiązywania sporów między nimi – zostałaby bardzo szybko pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia. Zwróćmy zresztą uwagę, jak różne opinie na temat celów Izby są formułowane: prezes Albin chce rozwiązywania sporów, Andrzej Nowakowski uważa, że to absurd (BA 12/2010) i widzi rolę Izby w lobbingu prawnym (głównie z zakresu prawa autorskiego). Zacytujmy go zresztą, bo to tekst bardzo ciekawy: „Potrafię sobie wyobrazić, że cały wysiłek PIK realizuje się tylko i wyłącznie w sferze inicjatyw prawnych, a także egzekucji prawa już obowiązującego. Gdybym, na przykład w najbliższym czasie dostał materiały do naszej wspólnej dyskusji nad branżowymi (!) propozycjami zmian w ustawie o prawie autorskim, to miałbym poczucie, że właśnie o to chodzi. Gdyby PIK podjął inicjatywę i sformułował propozycje rozwiązań w kwestii „public lending right”, to wiedziałbym jak najbardziej, że Izba wypełnia swą rolę należycie. Gdybym widział prawne zaangażowanie i aktywność PIK w sprawę nielegalnego kopiowania słowa drukowanego, to miałbym absolutną pewność, że jest to w moim dobrze pojętym interesie jako wydawcy. Gdyby PIK ułatwił mi wyrobienie sobie poglądu i podpowiedział, jak mogłaby być prawnie uregulowana kwestia tzw. egzemplarzy obowiązkowych dla bibliotek, to wiedziałbym, że warto należeć do Izby. Gdybym dostał raz na miesiąc kalendarz spotkań członków Rady PIK z ministrem kultury, sejmową komisją kultury, ministrem edukacji lub kimkolwiek, kto ma wpływ na funkcjonowanie naszej branży, i gdybym w dodatku dowiedział się o skuteczności tego rodzaju działań, to byłbym w siódmym niebie i dał na mszę dziękczynną za moją kochaną Izbę”.

Koniec długiego cytatu – gdy czytam takie teksty, ręce mi opadają. Drogi Prezesie Andrzeju, przeczytaj najpierw komunikaty PIKu do swoich członków i pędź czym prędzej do kościoła dawać na mszę dziękczynną! Powyżej już pisałem o inicjatywach PIKu w sprawie zmian w prawie autorskim. Jeśli chodzi o Public Lending Right, minister Zdrojewski w obecności członków Rady zlecił dyrektorowi Grzegorzowi Gaudenowi przygotowanie projektu realizacji PLR w Polsce. Czekamy na sprawozdanie dyrektora Gaudena, zawsze zostaje nam skarga do Komisji Europejskiej o braku realizacji Dyrektywy. Informowaliśmy o tym członków PIK. Jeśli chodzi o nielegalne kopiowanie, PIK w chwili wstąpienia do SAiW Polska Książka w osobie swego przedstawiciela, Andrzeja Kosowskiego, zgłosiła projekt akcji „Nie kopiuj nielegalnie”. Prezes SAiW „Polska Książka”, Andrzej Nowakowski, obiecał przeznaczyć fundusze na ten cel ze statutowej działalności „Polskiej Książki”. Do dzisiaj nie przeznaczył na to ani złotówki, a inicjatywa została zgłoszona ze dwa lata temu. Na temat egzemplarza obowiązkowego – elektronicznego i papierowego – przetoczyła się w PIKu cała burza, ale Prezes Andrzej tego nie zauważył. Ministrowie kultury i edukacji nie mają ochoty ani potrzeby spotykać się z PIKiem co miesiąc, ale takie spotkania są, są ważne i informacje o nich też są przekazywane członkom PIK. Zwłaszcza relacje z ministerstwem edukacji są częste i robocze (dzięki całkowitemu zaangażowaniu wszystkich dużych wydawnictw edukacyjnych w Polsce) – nie zawracamy jednak tymi relacjami głowy pozostałym członkom PIKu (oczywiście poza członkami Sekcji Wydawców Edukacyjnych), ponieważ nie mają oni czasu nawet na czytanie komunikatów bezpośrednio ich dotyczących.

Wracając do pytania o kształt (wymarzony) Izby – może warto przypomnieć fakty dziś już dość banalne: po pierwsze, żyjemy w dziś w czasach przejścia od rzeczywistości analogowej do świata wirtualnego i musimy mieć wpływ na zmiany legislacyjne towarzyszące temu przejściu, ponieważ wiąże się to z całkowitą zmianą modelu biznesowego wydawców. Po drugie, żyjemy w świecie medialnym, w którym ważne tylko to, co istnieje w mediach. Wniosek – możemy mieć wpływ tylko wtedy, jeśli będziemy obecni w mediach. Rząd kompletnie nie przejmowałby się VATem na książki, gdybyśmy nie byli stale obecni w mediach i mogli mu zaszkodzić medialnie (że np. nie dba o kulturę i przyszłość narodu). Śmiem twierdzić, iż dzięki naszej rozlicznej działalności PRowej (w tym dzięki obchodom Światowego Dnia Książki), staliśmy się liczącym się partnerem dla mediów. Jeśli porównać obecność prezesów PIK w mediach z ostatnich trzech kadencji, to właściwie nie ma porównania. Nawet w ciągu wakacji udzielam kilku wywiadów tygodniowo. Złośliwi powiedzą, iż lansuję siebie – ale ja nie mam przełożenia politycznego (ambicji politycznych także) i za cztery lata po prostu odejdę w prywatność. Mój dorobek całkowicie przejmie następny prezes PIK. Kolosalne znaczenia ma objęcie przeze mnie funkcji wiceprezydenta FEP – oczywiście dla mnie osobiście również, bo to poprawia samopoczucie, ale przede wszystkim dla polskiego ruchu wydawniczego. Oznacza przede wszystkim większy wpływ na legislację w sprawie prawa autorskiego (i jego obronę, bo copyright coraz bardziej wymaga obrony) w najbliższej przyszłości – kluczowej dla tej branży. Jest też bardzo ważny z punktu widzenia zbliżającej się polskiej Prezydencji w UE.

Reasumując – sprawy w PIKu potoczyły się tak, jak się potoczyły i mamy do wyboru (my – czyli Łukasz Gołębiewski, Andrzej Nowakowski, ja i wielu innych aktywnych społecznie): albo walczyć ze sobą w imię osobistych ambicji, albo współpracować ze sobą dla dobra środowiska. Nie ma żadnej przeszkody, by połączyć ze sobą różne (wymarzone) wizje PIKu – tę polityczną, wpływającą na kształt rynku przyszłości oraz rolę twórców i wydawców w nowej rzeczywistości, i tę praktyczną, branżową, gospodarczą wręcz. Ale to połączenie różnych wizji może nastąpić tylko wtedy, gdy członkowie PIKu potraktują Izbę jako swoją własność i możliwość działania dla realizacji swoich celów – tych kulturowych i tych biznesowych. Ja już osiągnąłem granicę wytrzymałości materiału i więcej nie dam rady – potrzebuję pomocy wszystkich członków PIK, a zwłaszcza aktywnego udziału wszystkich dużych wydawnictw. Więcej zdziałamy z panem Łukaszem na przykład wspólnie rozmawiając w imieniu wydawców z chomikuj.pl, niż walcząc ze sobą. Zapraszam zatem do współpracy raczej niż do walki. Wszak „zgoda buduje” J.

Piot Marciszuk (Informacja nadesłana)

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.