fesstiwal słowa w piosence
--
Foto: Zuzanna Kulesza

Miesiąc Spotkań Autorskich: niedzielny wieczór literacki - Carme Riera oraz Joanna Bator.

[04.07.16]

Już drugi dzień Miesiąca Spotkań Autorskich za nami. 3 lipca 2016 r. swój wieczór literacki miały Carme Riera oraz Joanna Bator. Od razu było widać, że pojawiło się znacznie więcej publiczności, organizatorzy musieli dostawiać miejsca siedzące.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Pierwsze wystąpienie standardowo należało do gościa z Hiszpanii, Carme Riery, zwanej pierwszą damą literatury katalońskiej. Powieściopisarka, eseistka, autorka scenariuszy, krytyczka. Pochodząca z Palma de Mallorca. Zafascynowana ideami głoszonymi przez ruchy studenckie we Francji. Na scenę literacką wstąpiła w 1975 r., w wieku dwudziestu siedmiu lat, zbiorem opowiadań „Te deix, amor, la mar com a penyora" (Zostawiam ci kochanie morze na pamiątkę). Dotąd opublikowała ponad dwadzieścia utworów: powieści, opowiadań, książek dla dzieci, esejów i tekstów krytycznych. „Piszę, żeby zachować historie, jakie opowiadała mi babcia, żeby oczarować czytelnika i żeby oddalić się od śmierci”. 

Autorka jest silnie związana ze swoim miejscem pochodzenia, Majorką. Jak sama mówi, musi być blisko morza, konkretnie Morza Śródziemnego, ponieważ Atlantyk to już nie to samo.

Na spotkaniu zostało odczytane jej bardzo stare opowiadanie (jak sama wspomniała, nie czytała go od 40 lat i na niej również zrobiło wrażenie). „Na początku nie chcieli go wydać, oceniając mnie na podstawie faktu, iż jestem kobietą, po przeczytaniu treści zmienili zdanie". Opowiadanie jest nazywane małym skarbem literatury katalońskiej i mówi o homoseksualnej miłości między dwiema kobietami. To smutny tekst pokazujący nietolerancję Hiszpanii  w dawnych czasach i niemożliwość związku między dwiema osobami tej samej płci. Ważnym aspektem opowiadania jest to, że w języku katalońskim do końca czytanego tekstu nie wiemy, że list adresowany do ukochanej osoby jest w istocie listem pisanym od kobiety do kobiety.
W języku polskim taki zabieg jest niestety niemożliwy, więc jako odbiorcy od początku wiedzieliśmy o tym fakcie. W opowiadaniu istotną rolę odgrywa także morze oraz klimat nadmorskich miejscowości.

­Oddaję ci w zamian morze, najdroższa
 
    Stąd, z mojego okna, nie mogę zobaczyć morza, jedynie chmury, wyłącznie chmury, chmury bezbarwne, rozpływające się i czubek wieży na Tibidabo. Nic ciekawego. Bloki mieszkalne, wysokie i brzydkie, z więdnącymi kwiatkami na balkonach i pożółkłe, spalone słońcem markizy.
   
    Nie mogę zobaczyć morza, ponieważ jest daleko stąd, po drugiej stronie miasta. Pogrążone w żałobie, tłuste, niemal cuchnące, niczym mamka kołysze łodzie ładunkowe, jachty i motorówki przycumowane w portowych dokach. To morze nie jest podobne do naszego. Jest jak metalowa płyta, bez prześwitów i mieniących się barw, zakrzepłe, stwardniałe. Ale tęsknię za nim. Tęsknię za nim tylko dlatego, że patrząc na nie, myślę, że jesteś przy mnie i że od morza do morza, od brzegu do brzegu jest mniejsza odległość niż z miasta do miasta.
   
    Tęsknię za morzem, tęsknię za niebieskim bezkresem, za maleńkim niebieskim bezkresem, który zdawał się wkradać do kajuty przez bulaj, w tamto wiosenne południe, w stronę wyspy. Wybacz mi. Miałam cię zapytać, czy pamiętasz, tylko po to, żeby sprawić sobie przyjemność, oczekując, że powiesz, iż bardzo często twoje oczy znajdują ukojenie w zaklętym błękicie naszego morza i że gubisz się we mgle odległych i nieco przestarzałych wspomnień. Ile czasu upłynęło od tamtej podróży? Powstrzymuję się, żeby nie liczyć, chociaż być może wciąż jestem w stanie dokładnie obliczyć godziny, minuty i sekundy, jak gdyby chodziło o podstawowe zadanie matematyczne. Niech cię to nie dziwi. Stworzyłam sobie kalendarz na własny użytek, w którym lata, miesiące i dni zaczynały się dokładnie w chwili, gdy barwa była idealnie niebieska, twoje jedwabne ciało; chłodne, słodkie, delikatne wpadające światło…

    Byłyśmy młodsze, mniej świadome, przesycone perwersyjną niewinnością, na granicy zła, jak u zbuntowanego anioła. Te słowa są dla mnie bolesne, bo może pomyślisz, że mam wyrzuty sumienia, że mam niespokojne sumienie. Miałam piętnaście lat – piosenka Dúo Dinámico, popularnego zespołu muzycznego, mówiła o słodkich dziewczynach i to w kwiecie wieku, i śpiewałaś mi ją, żeby mnie wkurzyć. Miałam piętnaście lat i to w dużej mierze było powodem naszego rozstania. Cieszy mnie fakt, że pojawiłam się w twoim życiu w najbardziej krytycznym momencie mojego okresu dojrzewania, kiedy stawałam się kobietą, i że twój wpływ na to, że się nią stałam był decydujący. W tamtym roku szkolnym, w piątej klasie szkoły średniej, zamieniłam skarpetki na jedwabne pończochy, po raz pierwszy założyłam moje pierwsze buty na obcasie i wieczorową sukienkę. Była czerwona, aksamitna, z delikatnym dekoltem. Zakładałam ją we wtorki na koncerty w Teatro Nuevo. Mieliśmy darmowe bilety, bo Stowarzyszenie „Przyjaciół Sztuki” wysyłało nam je co tydzień. Ty nie znosiłaś występów tej prowincjonalnej orkiestry, która kaleczyła muzykę, grając z całych sił na skrzypcach, trąbkach i tamburynach… aby uzyskać fałszywy, piskliwy dźwięk. Ale chodziłaś i siadałaś na fotelu, który był blisko naszej loży. Zamykałaś oczy, gdy gasły światła i tylko scena była oświetlona. Od czasu do czasu wydawało mi się, że widzę mruganie powiekami, miałaś je na wpół otwarte i spoglądałaś na mnie kątem oka. Pewnego razu wychodziłyśmy z koncertu Bacha, powiedziałaś, że cię przenikam wzrokiem. Zapytałaś mnie, o co chciałam cię prosić tym spojrzeniem, przenikliwym, jak gdybym chciała przejrzeć twoją duszę na wylot. Odpowiedziałam – przyrzekam na Boga – że zawsze tak patrzę, kiedy zwracam na kogoś uwagę. Wtedy po raz pierwszy położyłaś mi dłonie na włosach. Poczułam dreszcz od stóp do głowy i się zmieszałam.

    Tak bardzo podobały mi się twoje dłonie! Są wciąż takie piękne! Delikatne palce, bielutka skóra, zadbane paznokcie. Byłam szczęśliwa, kiedy wkładałaś moją dłoń w twoją i spacerowałyśmy tak po mieście, jak dwoje zakochanych.
Zaprowadziłaś mnie do miejsc, które odkryłaś wiele lat temu, kiedy byłaś nastolatką, kiedy zaczęłaś lubić długie, wieczorne spacery po opuszczonych miejscach. Moje oczy, które były twoimi, ponieważ ja patrzyłam na świat twoimi oczami, dostrzegały odcienie, kolory, formy, szczegóły, które tobie wydawały się nowe i zadziwiające. Tak bardzo mi zależało na twojej uwadze, że starałam się odgadnąć i tłumaczyć twoje reakcje, przepuszczając je, prawie nieświadomie, przez moje. I nawet dzisiaj, osiem lat później, jestem w stanie czuć podekscytowanie, przechodząc stąd, z zamkniętymi oczami, dzielnicę nadmorską El Carmen, Puig de Sant Pere*, pełną pochyłości, schodów i małych fontann, w której roznosi się zapach ryb, a która to przypominała ci jakiś zakątek w Neapolu, po lewej stronie portu. Dzieci biegały nago, bawiąc się z psami i kotami. A brudne, rozczochrane kobiety rozmawiały, krzycząc do siebie przed wejściami do swoich domów. Albo mogę też – brakuje mi jedynie kontaktu z tobą – dalej włóczyć się leniwie starymi uliczkami wyłożonymi kostką brukową, z fasadami magnackich domów, drogą wiodącą do Katedry… wchodzę przez Puerta del Mar, wdycham silny zapach kadzidła…

*Jedna z głównych dzielnic w Palma de Mallorca.

    Niektóre popołudnia spędzałyśmy na wsi. Woda wylewała się z rowów nawadniających, a migdałowce zaczynały się pokrywać śnieżnobiałymi kwiatkami. Z tobą odkryłam dwa opuszczone miasteczka Fosclluc, po którym – jak mówiono – krążyły duchy oraz Biniparraix, zniszczone przez burzę. Nie było drogi, którą można by tam dotrzeć, jedynie trudne ścieżki dla kóz, które gubiły sią na górze, między małymi lasami dębów zimozielonych i sosen, gęstwiny i krzewów rozmarynu… Zwykle nie rozmawiałyśmy w czasie wycieczek. Twoja ręka spoczywała na moich ramionach. Od czasu do czasu moja głowa opierała się o ciebie i całowałaś mnie tak, jak tego nikt inny nigdy później nie robił.
    Odkrywałam świat równolegle do miłości, która mnie odkrywała dla mnie samej, czyniąc mnie swoją własnością. To nie w książkach ani nie w filmach nauczyłam się przeżywać historię naszej historii. Uczyłam się żyć, uczyłam się umierać krok po kroku – chociaż wtedy tego nie wiedziałam – kiedy, wtulona w ciebie, buntowałam się przeciwko upływowi czasu. Chciałam pozostać przy tobie na zawsze, czuć dotyk twoich ust, dotyk twojej skóry. Świat z twoich ramion był piękny i smutny. I miał nieokreślony kolor, coś pomiędzy lila i niebieskim, chwilami fluorescencyjny, w makijażu z neonów.
    Gęsta i powolna mgła opada na ulice, znika w kanałach ściekowych, rozmywa się między zaparkowanymi samochodami. Smutek tych godzin, ściśnięty w uderzeniach serca, zatrzymany we łzach, zwraca mnie ku tobie, spragnioną przede wszystkim tej jasności wszczepionej w pocałunki, którą tak bardzo kochałyśmy. Kochałyśmy całe mnóstwo rzeczy! Wilgotną ziemię po deszczu, wybujałe maki pośród łanów pszenicy, kawiarniane tarasy skąpane w słońcu, dzieci, jaskółki, opustoszałe plaże, noce naszych wymarzonych randek i miłość ponad wszystko. Miłość, o której w ogóle wtedy nie wspominałyśmy.
        Nasza relacja trwała dokładnie osiem miesięcy i sześć dni. Została zerwana z powodu publicznego skandalu i tego, że bałaś się stawić czoła sytuacji, która wymagała od ciebie podwójnej odpowiedzialności. Nie miałaś tyle sił ani wystarczającego zaufania do mnie. Miałaś obsesję, że ja pewnego dnia będę ci robiła wyrzuty z powodu tej miłości, którą nazywałyśmy przyjaźnią. Grozili ci w imię moralności i dobrych obyczajów, byłaś u nich skreślona z powodu perwersyjnego zachowania, sprowadzania nieletnich na złą drogę, otrzymywałaś anonimy z obrzydliwymi obelgami…
Ja musiałam znieść uśmieszki i komentarze wypowiadane półsłówkami. Nieraz moje koleżanki zmieniały temat, zauważywszy, że się zbliżam, z wyjątkiem mojego ojca, który odważył się porozmawiać ze mną twarzą w twarz, stawiając czoła rzeczywistości. Jeszcze dziś widzę grymas na jego poirytowanej twarzy, cierpki ton głosu, ale nie pamiętam jego słów. Pamiętam zaledwie dwa zdania, które – jak pobrzmiewające, przyklejające się do ucha hasło reklamowe – chodziły za mną bardzo długo: „To jest droga do zdeprawowania. Wyślę cię do Barcelony, jeśli to będzie trwało choć jeden dzień dłużej”. Teraz mogę ci to wyjaśnić, wtedy nie byłam w stanie. Zraniłabym cię, a tego chciałam za  wszelką cenę uniknąć – twojego cierpienia. Okłamałam cię – mi nikt niczego nie powiedział. Wszyscy zachowywali się normalnie. Ojciec wysyłał mnie na wakacje poza Majorkę, w nagrodę za dobre oceny, które uzyskałam na czerwcowych egzaminach.

    To były dni pełne goryczy, naznaczone absurdalnymi wybuchami złości, lepkie od mazi ślimaków nagich i innych. Czułam się pusta, jałowa, obca, z trudem siebie rozpoznawałam. Zaczęłam wszystkiego nienawidzić: ludzi, miasta i tamtego słodkiego lata, które właśnie się zaczynało. W międzyczasie cała miłość, ta nieograniczona zdolność do kochania, karmiła się wyłącznie tobą, nie roniąc ani jednej kropli, i w całości wracała do ciebie. W ostatni wieczór byłyśmy na nadmorskiej promenadzie, zaparkowałaś samochód naprzeciwko portu. Rozpłakałam się – miałam tyle powodów! – szukając ukojenia w twoich ramionach, które mnie odrzuciły. Kontredans tysiąca świateł odbijających się w zatoce łaskotał mnie w oczy. Przez łzy widziałam fragmenty łodzi i kawałki morza. Miałaś nerwy na granicy; własne napięcie cię wykańczało, wykrzywiając twarz w tragicznym  grymasie. Nie chciałaś na mnie patrzeć. Ale, w końcu, odwróciłaś głowę w moją stronę i smutnym gestem pogłaskałaś mnie ręką po włosach, jak za pierwszym razem. Zamknęłam oczy, powiedziałam, że cię kocham. Uciszyłaś mnie. Jak automat wypluwałaś słowa:
– To nie może trwać dłużej. Musimy skończyć naszą relację, bo nie ma żadnego sensu.
   
    Nagle uderzenie wody rzuciło mnie między fale. Woda chlapała na bulaj.
    Odzwierciedlała spokój nieba. Głęboki lazur raził mnie w oczy, kolor morza zlewał się z twoim spojrzeniem. Byłyśmy na koi. W kajucie dla ośmiu osób, zostałyśmy tylko my dwie. Piana z fal, skrzydła mew, ślady kreślone przez delfiny wkradały się przez okrągłą szybę, która przypominała księżyc w pełni, jednak księżyc w południe, z naszego bulaja. Zaczęłaś się powoli rozbierać. Zdejmowałaś z siebie ubranie, nie patrząc na mnie, z lekkością, która miała być naturalna, ale teraz domyślam się, że była podszyta chorą naiwnością. Przykryłaś się prześcieradłem. Być może czułaś lęk przed tym, że zobaczę twoje nagie ciało, może obawiałaś się, że ucieknę, zawstydzona spektaklem, który po raz pierwszy widziały moje oczy. Zapewniam cię, że się nie przestraszyłam. Serce waliło mi jak młot, a we mnie rozchylała się kurtyna najpiękniejszego młodzieńczego snu. Twoje ciało zawsze wydawało mi się cudowne i w takich chwilach czułam ciekawość, pragnęłam nasycić moje oczy, patrząc długo, ile dusza zapragnie. I dlatego cię odkryłam. I ukazało się, tak piękne niczym statua, której twórcą się poczułam, bo sama ją wyrzeźbiłam. Później, jak w jakimś rytuale, moje palce zsunęły się, muskając twoją skórę i zaczęły obrysowywać twoje usta, a później każdą część ciała po kolei. 
A potem poprosiłaś mnie, bardziej dotykiem niż głosem, o pozwolenie na to, by mnie rozebrać. Twierdziłaś, że chcesz to zrobić, aby smakować chwile dzielące nas od momentu, kiedy w końcu ujrzysz mnie nagą, przedłużałaś, pomimo twego palącego pożądania, te minuty, aby stały się wiecznością. Sekunda po sekundzie – w zegarze naszych żył była to pełnia południa – moje ciało drżało, pieszczone twoimi dłońmi, zbliżałyśmy się do siebie, jak gdyby silne głosy przywoływały nas do bliżej nieokreślonego miejsca. Miejsca poza czasem i przestrzenią (środek dnia, statek), skrojonego na naszą miarę, do którego miałyśmy wpaść bez nadziei na wybawienie. Bez nadziei na wybawienie, bo to była jedyna forma naszego zbawienia, ponieważ tam, w głębinach, w królestwie absolutu, tego, co nienazwane, czekało na nas piękno zlewające się z moim/twoim obrazem, podczas gdy wpatrywałam się w lustro twego ciała. Tam, w bezpiecznej kryjówce, w tym najbardziej intymnym wgłębieniu, zaczynała się przygoda – nie zmysłów, lecz duchów – która doprowadziła mnie do poznania ostatniego uderzenia twojej istoty i już na zawsze otworzyła mnie na tajemnicę miłości i śmierci…
    Wchodziłam i wracałam z małej kajuty do twojego samochodu, z teraźniejszej przeszłości do chwilowej teraźniejszości. Wówczas z okrutną czułością postanowiłaś, że nie powinnyśmy się spotykać tamtego lata, bo nie chciałaś, żeby cię winili, że naznaczyłaś moje życie na zawsze. Uruchomiłaś samochód. Poprosiłam cię, żebyśmy się nie rozstawały, musiałam ci przysiąc, z całej siły, że nigdy cię nie zapomnę. Twoje smutne oblicze wyglądało obco, kiedy zabroniłaś mi do ciebie pisać i poprosiłaś o coś przeciwnego niż to, co ja miałam ci do zaoferowania: zapomnienie.
    Spędziłam lato w domu wujostwa, na modnej plaży. Rozrywki – kąpiel, opalanie się, aperitify, jedzenie, przechadzki, wyjścia do kina czy na tańce –nudziły mnie. Zachowywałam się dziwnie – bawiło mnie tylko to, czego jeszcze nie zaczęłam.
   
    Nie zapomniałam o tobie. Co noc pisałam do ciebie i ostrożnie chowałam listy do szuflady zamykanej na klucz, wyobrażając sobie, że pewnego dnia będziesz mogła przeczytać je po kolei. Wiem doskonale, że myśl o tym, iż lektura listów,
których już było całkiem sporo, zajmie ci całe godziny, godziny w czasie których nieuchronnie do mnie wrócisz, była szczyptą szczęścia. Czułam się zazdrosna o wszystko, co robiłaś, a czego ja nie wiedziałam. O twoje przyjazdy i odjazdy z miasta, otaczających cię ludzi, o twoją pracę. Tamtego lata miałaś zamiar skończyć pracę doktorską, którą już dawno zaczęłaś i miałaś prawie skończoną. Poprosiłaś, abym pomogła ci zrobić indeksy, porównała i uporządkowała sterty fiszek, owoc pięciu lat pracy, coś, co pozwoliłoby mi być przy tobie cały boży dzień… Gdzie się podziewasz z tą całą kupą papierów? Brak wiedzy na ten temat, brak całkowitej  pewności napełniały mnie smutkiem. Gdybym chociaż miała jakieś wieści od ciebie! Nie chciałaś zapisać mojego adresu. Podarłaś kartkę, na której ci go zapisałam i zatkałaś uczy, kiedy powtórzyłam ci go w drodze do domu:
– Czas leczy rany.
– Myślisz, że czas może wszystko wyleczyć?
– Może, jeżeli będziemy ze sobą współpracować.
    Ale ja nie współpracowałam. Pocieszało mnie to, że lato mijało. Nie mogłam się wprost doczekać jesieni, aby móc wrócić do domu. Nie wiedziałam, czy
ojciec postanowi zabrać mnie ze szkoły, abym nie tylko nie miała z tobą lekcji, ale też żebym cię nie spotkała. Zapisy kończyły się na początku września, ale kiedy pisałam do moich rodziców, nie miałam odwagi zapytać, co mieli zamiar zrobić w kwestii mojej „przyszłej nauki”. Miałam dużo szczęścia. Myśleli, że trzy miesiące rozłąki i kontakt z chłopcami w moim wieku ostudzą uczucia i zapisali mnie ponownie.
    Tydzień przed rozpoczęciem szkoły przyjechałam do Palmy dosyć wyciszona. Miałam nadzieję, że się spotkamy. Nie chciałam ryzykować dzwonieniem do twojego domu, a tym bardziej odwiedzinami. Cieszyło mnie już samo spacerowanie ulicami twojej dzielnicy, wystawanie pod twoim balkonem z nadzieją, że cię zobaczę. Chodziłam w te same miejsca, gdzie bywałyśmy razem i często wydawało mi się, że rozpoznaję twoje kroki. Ale ciebie nigdzie nie było. I dalej odwiedzałam wszystkie nasze kąty jeden po drugim, szukałam czegoś więcej niż twojego śladu, zapachu twoich perfum albo odbicia, które twoje oblicze zostawiało na murach, fasadach, kamieniach, asfalcie albo drzewach oliwnych, migdałowcach, polu, na wodzie morskiej czy deszczowej… Szukałam czegoś jeszcze, czegoś nieokreślonego. Wydawało mi się, że nic już nie będzie takie, jakim było, zanim ty na to spojrzałaś, ponieważ wszystkie rzeczy, nawet te najmniej istotne, na zawsze już będą nosiły twoje znamię.
   
    Do dnia rozpoczęcia roku szkolnego nie udało mi się z tobą zobaczyć. Byłaś na podium z przedstawicielami władz i resztą nauczycieli. Patrzyłam na ciebie z ostatniego rzędu foteli w auli; sądzę, że nawet nie zdawałaś sobie sprawy z mojej obecności, pomimo wysiłków, które podejmowałam, aby się z tobą skontaktować.
Kiedy skończyło się całe to zamieszanie – przesłodzony głos dyrektora ogłosił rozpoczęcie roku szkolnego 64-65 „w imieniu głowy państwa” – pomyślałam, że w końcu mogłam się do ciebie zbliżyć. Wyszłaś szybko wraz z innymi nauczycielami na aperitif, który jak zawsze organizowała dyrekcja szkoły. Nie spotkałyśmy się. Była druga, a ty nadal nie wyszłaś, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko pójść do domu.

    Liście bananowców w dziewiętnastowiecznym pasażu przybrały już żółty kolor. Poryw wiatru wyrwał pierwsze z nich, pozostawiając gałąź śmiesznie nagą i porzucił je tuż u moich stóp, kiedy zmęczył się zabawą. Nadepnęłam na nie i zaszeleściły, w tej chwili zdałam sobie sprawę z tego, że zaczęła się jesień. La Rambla wydała mi się dłuższa i nieprzyjazna jak nigdy. Czułam się tak, jakbym była uwięziona. Przysadziste mury – ponieważ to są grube, a nie cienkie mury – zakonów Świętej Magdaleny, Terezjanek, Kapucynek opadały na mnie. W mgnieniu oka – myślałam – wiatr strąci je niczym liście…
   
    Przeszłam na drugą stronę ulicy, nie patrząc. Samochód zatrzymał się z piskiem opon o krok ode mnie. Należał do ciebie. Wyskoczyłaś z przerażeniem wymalowanym na twarzy i krzyknęłaś:
– Mogłam cię zabić!
   
    Objęłam cię tak mocno, z taką wściekłością, że aż się zachwiałaś. Nie zaproponowałaś mi, żebym wsiadła. To ja, na oczach osłupiałych przechodniów, otworzyłam drzwi i wsiadłam do samochodu. W końcu cię spotkałam. Wyraz twojej twarzy wydał mi się bardziej zmęczony, smutniejszy; wydałaś mi się starsza.
Patrzyłam na ciebie oczarowana, ale ty wydawałaś się nieobecna. Zapytałaś:
– Chcesz, żebym cię odwiozła do domu?
    Nie odpowiedziałam. Skręcałaś w avenida de los Reyes, kiedy mówiłam:
– Chcę zostać z tobą na dłużej. Tak bardzo za tobą tęskniłam!
   
    Zaparkowałaś przed sklepem meblowym. Była pora obiadu i miasto było prawie opustoszałe. Potrzebowałam kontaktu z tobą, twoich oczu, twoich dłoni, twoich ust. Zauważyłaś to i słodkim, lecz stanowczym głosem poprosiłaś, abym zrozumiała twoją sytuację i się kontrolowała.
– Minęło trochę czasu i teraz wszystko stało się jaśniejsze. Nasza relacja nie ma sensu, nie powinna być kontynuowana. Nie chcę skrzywdzić ani siebie, ani ciebie. Co miałybyśmy zrobić z miłością, która nie prowadzi donikąd, która nie ma żadnego celu?
   
    Nie odpowiedziałam ci, chociaż nie zgadzałam się z tobą, ponieważ byłam absolutnie pewna, że jedynym celem naszej miłości była po prostu miłość.
        Od tamtego dnia widywałyśmy się bardzo rzadko. Zachowywałyśmy się niezwykle poprawnie. W trakcie lekcji traktowałaś mnie bardziej surowo niż moje koleżanki. Pewnego dnia nawet zbeształaś mnie publicznie, ponieważ zamiast oddać ci zadania, dałam ci kartkę zapełnioną rysunkami statków, słońc i kwiatuszków. Skarciłaś mnie, ponieważ zrozumiałaś dokładnie, co chciałam ci przekazać i ponieważ to ci się spodobało. Twój chłód w stosunku do mnie był maską, pod którą ukryta była słabość, o krok od załamania. Ponawiałam moje prośby o powtórzenie wyjaśnienia, bo go nie zrozumiałam, sprawiałam ci     trudności, przerywałam lekcje, rzucając impertynenckie uwagi… Używałam przy tym agresywnego tonu, który wyprowadzał cię z równowagi. Chciałam za wszelką cenę zwrócić na siebie twoją uwagę. To była moja zemsta za cierpienie, które mi zafundowałaś.
    Pod koniec roku, kiedy zaczęłam chodzić z tym studentem medycyny, który przyjechał z Kraju Basków, uciekając przed policją, ścięłaś się ze mną. Doszło do tego, że nas śledziłaś. Popołudniami często cię spotykaliśmy, niby przypadkiem, po lekcjach, gdy szliśmy w stronę nadmorskiej promenady. Udawałaś, że nas nie widzisz, ale wiem, że obserwowałaś nas przez tylne lusterko, aż zniknęliśmy z pola widzenia. Owładnęło tobą uczucie zazdrości i zżerało cię od środka.

    W tym dniu, kiedy wpadłyśmy na siebie poza szkołą, po tych miesiącach oddalenia, starałaś się być miła. Pytałaś, z udawaną obojętnością, co u mnie słychać, interesowałaś się Jaime, naszymi planami, „naszymi” – podkreśliłaś liczbę mnogą – planami. Twoje oczy błądziły po szklance coca-coli, którą miałaś przed sobą, po żłobieniach stołu, chodniczku leżącym na podłodze. I nie wiedziałaś, co zrobić z rękami. Wypowiedziałam twoje imię. Nie masz pojęcia, ile to razy powtarzałam je, literka po literce, z nieskończoną rozkoszą, z takim samym oddaniem, jak za pierwszym razem, po tym jak nie poprzedziłam żadnym zwrotem grzecznościowym tych pięciu liter, które się na nie składają i zwróciłam się do ciebie po imieniu. Przestraszyłaś się.
– Czego chcesz?
– Nic.
– Wołałaś mnie?
– Jesteś nieobecna. Co z tobą?
– Ostatnie dni roku szkolnego są wyczerpujące. Jestem zmęczona. Martwię się o ciebie i nie mogę się w tym wszystkim odnaleźć. To, że cię wciągnęłam w te przygodę, która zapewne cię przybija, jest znakiem mojej słabości. Teraz twoje życie obrało inny kierunek i to mnie cieszy. Jaime jest o wiele bardziej wartościową osobą, a ponadto…
– Mówisz jak moja matka.
– Uwierz mi, że chciałabym nią być.
        Wyjechałam na studia do Barcelony. Pisałyśmy do siebie. Twoje listy były piękne, ale nieszczere, przesadnie optymistyczne, pełne rad i napomnień. Moje mówiły ci o wszystkim, co odkrywałam – o mieście, ludziach. Ale były smutne, a mój smutek, zmieszany z szarościami, z kolorem ochry chmur i fasad, rozmywał się między linijkami mojego pisma, aż rozpływał się całkowicie. Być może właśnie dlatego melancholia, tęsknota, żal nie były całkiem widoczne po tym, jak zamykałam kopertę i naklejałam znaczek. Czasami pod tym ostatnim pisałam ci drobnym maczkiem jakieś miłosne zdanie, żebyś miała niespodziankę, jeśli pod wpływem zgaszonego, lecz zrozumiałego głosu, który wskaże ci sekretne miejsce, postanowisz go odkleić. Nie wiem, czy to duch Alladyna, wróżka z bajki o Kopciuszku, czy przebiegły Ali Baba dali ci właściwą wskazówkę. Nigdy mi tego nie potwierdziłaś.
   
    Pewnej nocy napisałam do ciebie bardzo długi list, połączenie zwierzeń z wyznaniem, w którym zerwałam całkowicie z moim okresem dojrzewania. Kiedy zaczęłam go pisać, nie chciałam go kierować do ciebie. Starałam się wymyślić nowego adresata, z którym nic by mnie nie łączyło, ale był to wysiłek na próżno.
I ponieważ starałam się zapomnieć twoje imię i twoje dane, napisałam do morza, z ukrytym pragnieniem, aby fale uniosły wieści ode mnie do twoich drzwi… Spędziłam z tobą całą noc. Chwilami pióro poruszało się na papierze tak wolno, tak delikatnie, jak gdyby cię pieściło w ciszy. W innych momentach z kolei pisałam jak kura pazurem, prawie nie rozdzielając słów. Wyjaśniałam ci, dlaczego właśnie tej nocy nie chciałam spać, nie zmrużyłam oka, aby do ciebie pisać. Nie zachowałam tego listu. Podarłam go na strzępy, na drobniutkie kawałeczki, które wiatr zabrał z mojego okna, kiedy świt zaczął przedzierać się przez szpary i zgasły ostatnie światła lamp. Gdybym go zachowała, chciałabym ci teraz przepisać część, teraz, kiedy  minęło już tyle lat. Bardzo dobrze pamiętam tamtą noc, chłodną, gwiaździstą. W domku obok była impreza. Dźwięk muzyki – stłumiony, lecz wyraźny. Ogród był rozświetlony lampkami, które zwisały z drzew. Na podeście rysowały się sylwetki par…

    Wilgotne powietrze z portu dochodzi aż do Vía Layetana. Przy odrobinie wysiłku można również wyczuć zapach morza. Na komisariacie policji, w jednej z cel w piwnicy, był uwięziony mój znajomy. Zatrzymali go rano w czasie
manifestacji, na której byliśmy razem. Byłam przy nim i mi pozwolili odejść, spokojnie, nawet nie zażądali dowodu osobistego. On był uwięziony, a ja wolna. Czułam się częścią gry, odpowiedzialną za zwiędłe róże, za martwe ptaki, winna. I z uczucia między żalem i przerażeniem, na papierze ćwiczyłam się w nadziei. Odganiałam sen i, pomimo że oczy same mi się zamykały, siłą woli unosiłam powieki. Udało mi się nie zasnąć przez całą noc. Chciałam z daleka dzielić te puste godziny z Miguelem w więzieniu. Ofiarować mu, chociażby o tym nie wiedział, mój sen i smutny zapach czułości, który mieszał się z muzyką i twoim wspomnieniem. manifestacji, na której byliśmy razem. Byłam przy nim i mi pozwolili odejść, spokojnie, nawet nie zażądali dowodu osobistego. On był uwięziony, a ja wolna. Czułam się częścią gry, odpowiedzialną za zwiędłe róże, za martwe ptaki, winna. I z uczucia między żalem i przerażeniem, na papierze ćwiczyłam się w nadziei. Odganiałam sen i, pomimo że oczy same mi się zamykały, siłą woli unosiłam powieki. Udało mi się nie zasnąć przez całą noc. Chciałam z daleka dzielić te puste godziny z Miguelem w więzieniu. Ofiarować mu, chociażby o tym nie wiedział, mój sen i smutny zapach czułości, który mieszał się z muzyką i twoim wspomnieniem.  „Synestezja” – tak to się nazywa w podręcznikach literackiej retoryki: czułość była muzyką; muzyka, moje uczucia i, jak zawsze, twoje wspomnienie przenikało wszystko.   
   
    Lata mijały. Nadchodził maj, prawie natychmiast po październiku. Początek i koniec roku następowały po sobie prawie bez przerwy. Egzaminy spadały na mnie niespodziewanie. I miałam pustkę w głowie, byłam kompletnie zielona, nie umiałam ani słowa. Przez całą zimę nie chodziłam w ogóle do szkoły. Rano, około dwunastej, schodziłam, żeby pospacerować po ogrodzie przy wydziale albo posiedzieć na ławkach na patio. Przeważnie spotykałam się z grupą Majorkaninów organizujących sielankowe podwieczorki w niedzielne popołudnia, w czasie których zajadali chleb z mięsną pastą sobrasada, kiełbaskami butifarrones i bułeczkami z ciasta francuskiego, zwanymi ensaimadas… Oni lubili życie na luzie, a mnie to nudziło. Ale poruszyło mnie to, że często ktoś wspominał twoje imię, prawie wszyscy cię znali.
        Pięć lat, bardzo nudne lekcje, nawet nie pasywne, raczej neutralne. Wykłady na uniwersytecie, w Ateneum, w colegios mayores… Przemówienia na temat seksu, antykoncepcji, partii politycznych, „referendum”. (Znany profesor analizuje – ograniczony, arogancki, próżny, który sprowadza sobie garnitury z Londynu – sytuację na uniwersytetach; jego żona robi notatki w pierwszym rzędzie, tak bardzo się wysila, aby nadążyć za swoim mężem! Badacz – ani nie eksportowany, ani nie eksportowalny – obala teorię względności niepodważalnymi argumentami. Małżeństwo, przy okrągłym stole, daje świadectwo swojej żywej  miłości… Piątka dzieci, nieznośnych i źle wychowanych, kręci się wśród publiczności i robi zamieszanie. Tysiące takich przykładów.)

    Wystawy. Fetiwale Nova Cançó (Raimón, w koszuli z podwiniętymi rękawami, pewnego błogosławionego poranka w Instytucie Chemicznym w Sarriá – w Sarriá de Foix y de Gertrudis. Występy Setze Jutges, z katolickimi, jeszcze, Guillerminami i sentymentalnymi, dziecinnymi i wierzącymi Serratami…). Lektury polecane przez innych: Freud, Marks, Joyce, Faulkner, a później Vargas Llosa, Cortázar, García Márquez, Donoso, Lezama… Filmy, odnośnie do których nie znałam twojego zdania. Zachody słońca na Montüic, w Sitges, w Arenys de Mar, Blanes… Wycieczki do Montseny, na Costa Brava. Sztuki teatru eksperymentalnego. Recitale poezji. Zebrania organizowane przez CC.OO i PSUC. Pocałunki z innych ust, pieszczoty z innych rąk… I życie, które w wolnym tempie mijało bardzo szybko, dni były niczym przedłużony dreszcz. Próbowałam odciąć twoje wspomnienie – chciałam nowe pąki na początek nowej wiosny – ale mi się nie udawało. W każdym razie nie pozwalałam sobie wyrwać tego z korzeniami.
    W wakacje nie zawsze udawało nam się spotkać. Dużo podróżowałaś w tych letnich okresach. Uczestniczyłaś w wielu międzynarodowych kongresach matematycznych w Moskwie, Paryżu, Tokio, skąd przysyłałaś mi pocztówki: Plac Czerwony, Wieża Eiffla, Pałac Cesarski… Tekst był tak krótki, że literki tańczyły w pustej przestrzeni: „Pozdrowienia z Moskwy, Paryża, Tokio…”. W tym ostatnim mieście poznałaś żydowskiego mędrca, kandydata do Nagrody Nobla, krewnego Bena Guriona, który, jak się wydawało, spał na pieniądzach i miał wobec ciebie nieuczciwe zamiary… Pewnego dnia nawet zjawił się w Palmie, aby zabrać cię ze
sobą; chciał, żebyś mu pomogła prowadzić badania w jego katedrze w Stanach Zjednoczonych. Oferował ci złote góry w zamian za jego bezinteresowną opiekę. W Palmie nie mówiło się o niczym innym, ponieważ mędrzec wyjawił swoje zamiary dziennikarzom. Ludzie mówili, że popełniłabyś duży błąd, pozwalając, by tak doskonała okazja przeszła ci koło nosa. Zadaję sobie pytanie, dlaczego z niej nie skorzystałaś. Zadaję sobie to pytanie, chociaż wiem, że mogę odgadnąć przyczyny bez obawy przed pomyłką.
        Krótko po skończeniu studiów magisterskich z nauk ścisłych wybrałam się do ciebie, aby zaprosić cię na ślub. Wychodziłam za kolegę z roku, Katalończyka, z którym chodziłam od paru miesięcy. Toni i ja chcieliśmy cię powiadomić o naszym ślubie, składając ci wizytę, zgodnie z tradycją. Toni znał naszą historię od deski do deski, ponieważ opowiedziałam mu ją z najdrobniejszymi szczegółami. Uznał, że to chora i zarazem piękna historia. Polubił cię, uważał za inteligentną, miłą, pomimo tego, że w twoim wyglądzie dostrzegł coś dziwnego, niepokojącego, kryjącego w sobie mroczne niebezpieczeństwo.
        W dniu ślubu powiedziałaś mi, że darzysz Toniego sympatią oraz że życzysz mi wszelkiego szczęścia, tego wszystkiego, co sama chciałabyś mi podarować. Gdy wypowiadałaś te słowa, drżały ci wargi, jak gdyby twoje ciało przeszedł dreszcz. Przytuliłam się do ciebie, aby ci podziękować i powiedziałam – usłyszałaś mnie? – że nadal cię kocham. Ktoś dostrzegł, jak zakryłaś twarz dłońmi, ktoś zauważył, że płakałaś, kiedy nocą wracałaś do domu z hotelu, w którym jedliśmy kolację.
        Nie wiem, czy okoliczności sprawią, że przeczytasz ten tekst, ani też czy go zrozumiesz, jeżeli Toni ci go wyśle, tak jak go o to prosiłam. Parę miesięcy temu, kiedy byłaś w Barcelonie przez kila dni, powiedziałam ci o ciąży. Zbliża się termin. Zdaniem lekarza za dziesięć dni już będzie na świecie. Boje się, boję się go. Czuję się za słaba i brak mi sił. Sądzę, że prawdopodobnie nie poznam mojej córeczki – bo to będzie córeczka, jestem pewna – i nie będę mogła wybrać jej imienia, jeśli teraz tego nie zrobię. Pragnę, aby dali jej twoje imię, María, i mam życzenie, aby wrzucili moje ciało do morza, żeby mnie nie chowali. Proszę cię, abyś rozrzuciła moje prochy w tym miejscu, gdzie zatrzymuje się morze, gdzie wody przyglądały się naszej miłości, aby je zabrał niekończący się bezkres. Tęsknię za tobą, tęsknię za morzem, naszym, i daję ci w zamian morze, najdroższa.
   

Po przeczytaniu tekstu przez autorkę, osoby prowadzące pytały o to, czy ta historia jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. „Są to wspomnienia mojej młodości. Zaczynając pisać, kierowałam ten tekst do mężczyzny, dopiero w trakcie tworzenia zdałam sobie sprawę, jakie możliwości daje mi język kataloński, w hiszpańskim nie ma już ich tak wiele. Postanowiłam zagrać w tym wypadku nieoczywistością. Na końcu zmienia się tylko płeć, ale uczucia pozostają przez całe opowiadanie takie same. Mojemu mężowi bardzo nie spodobało się to opowiadanie. Nie jestem lesbijką, ale zawsze utożsamiałam się z osobami odmiennymi, które są dyskryminowane".

To niesamowite, że tekst udało się wydać w 1975 r., ponieważ homoseksualizm był wtedy jeszcze karany. Opowiadanie stało się symbolem wolności i zwiastunem zmian w społeczeństwie. Oprócz wątku miłosnego, to również utwór o pożegnaniu się z młodością, tęsknocie za miejscem, z którego się pochodzi.

W utworach Carme Riery regularnie pojawia się błękit. „Dla mnie to nie jest element literacki, nie mogę żyć bez morza".

„Czas niewinności", to książka napisana 4 lata temu dla wnuczki autorki. Jest to próba przekazania obrazu Majorki, której już nie ma. „W tamtych czasach nie było turystów, hałasu, był inny zapach i dźwięk. Latem Majorka jest dla mnie zupełnie niedostępna. Mam problem z moim miejscem pochodzenia, myślę, że to zawsze dotyczy dużych miast. Zmieniają się w parki rozrywki, co nie ma nic wspólnego z ich historią."

W rozmowie został również poruszony temat Żydów, którzy zamieszkiwali Majorkę i byli tam prześladowani przez chrześcijan. To także temat książek Carme. „Jestem bardzo poruszona tymi wydarzeniami, nawet w moich czasach widziałam rasizm wśród rówieśników w szkole".

Wielką inspiracją Riery jest Don Kichot, jak sama mówi „Ludzie normalni, szczęśliwi, nie są interesujący literacko". 

Po skończonej rozmowie jeszcze kilka osób podchodziło do autorki, by chwilę porozmawiać oraz poprosić o autograf.

Joanna Bator i prof. Leszek Pułka

Kolejnym gościem była Joanna Bator - polska prozaiczka, publicystka, eseistka i podróżniczka, pochodzi z Wałbrzycha. Współpracowała z uniwersytetami w Nowym Jorku, Londynie i w Tokio. Kilka lat spędziła w Japonii, czego efektem jest między innymi książka „Japoński wachlarz", Joanna Bator była również nominowana do nagrody Nike.

Na samym początku autorka zapowiedziała, że ma przygotowany do przeczytania zupełnie nowy tekst, który jesienią zostanie opublikowany przez wydawnictwo ZNAK. Wywołało  to niemałe poruszenie wśród widowni.

W przypadku drugiego gościa rozmowa przebiegała o wiele luźniej i częściej nawiązywała  do życia prywatnego autorki oraz jej światopoglądu, niż do samej twórczości.

Pytano o Japonię oraz jej wpływ na życie Joanny Bator: „Bez Japonii nie pisałabym prozy. To był ten wyjątkowy moment, który zdarza się kilka razy w życiu. Nie planowałam tego".

Pisarka mówiła o swoim podejściu do krytyki: „Nie czytam komentarzy w Internecie, nie jestem masochistką. Znam też dużo ludzi, którzy nie czytają nawet recenzji".

Inspiracje na swoje dzieła Bator czerpie z otoczenia, zwraca dużą uwagę na cechy fizyczne ludzi wokół niej, wplatając je po czasie w teksty książek. Nazywa je tzw. „zahaczkami", słucha rozmów w pociągach, obserwuje ludzkie życie.

 

 

 

 

 

Mówiła także o poczuciu obcości, gdy dzieje się coś wyjątkowego, zamiast spontanicznie przeżywać daną chwilę, autorka przetwarza ją w głowie na tekst.

Pytano pisarkę również o jej bibliotekę domową. Można się było dowiedzieć, że biblioteczka Bator jest duża i nieuporządkowana. „Cała moja ogromna biblioteka jest w pudłach w piwnicy, ponieważ czekamy na przeprowadzkę. Moje książki śpią, czuję się trochę tak, jakby zabrakło domownika".

Ukochaną książką Bator jest „Sto lat samotności", ale bałaby się przeczytać ją raz jeszcze, ponieważ to mogłoby zmienić pierwsze wrażenie.

W trakcie rozmowy zebrani fani zaczęli się niecierpliwić i domagać odczytania nowego tekstu, na co autorka skwapliwie przystała. Książka będzie się nazywać „Rok królika" i jest dosyć mrocznym tekstem z mocnym słownictwem. Pojawia się tam również charakterystyczny  w książkach autorki motyw siostry bliźniaczki. „To moja obsesja artystyczna, kobiece podwojenie. W albumie przyszywanej cioci znalazłam stare zdjęcie identycznych bliźniaczek z dużymi, białymi kokardami. Jedna była wyraźna i promienna, a druga jakby we mgle, to wywołało we mnie dreszcz. Do dziś wożę ze sobą to zdjęcie."

Joanna Bator wyznała również, że chciałaby kiedyś napisać sztukę teatralną: „W młodości byłam w studium teatralnym, ale nie miałam wystarczającego talentu aktorskiego. Chciałabym w przyszłości napisać dramat". 

Ostatnie pytanie z publiczności ujawniło muzykę, przy której powstają dzieła Bator, jest  to muzyka barokowa, etniczna muzyka grecka oraz utwory Amy Winehouse. Po rozmowie zebrała się długa kolejka po autografy autorki.



Zuzanna Kulesza

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.