fesstiwal słowa w piosence
--

„Terytorium cudzego bólu jest święte i trzeba stąpać bardzo ostrożnie" - spotkanie z twórczością Harkaitza Cano

[07.07.16]

Wczoraj późnym popołudniem mogliśmy spotkać się z twórczością baskijskiego pisarza Harkaitza Cano, ale także poety, twórcy scenariuszy do komiksów, graffiti, tekstów piosenek, scenariuszy filmowych, tłumaczem, czyli twórcą wszechstronnym.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Lubi pisać opowiadania, które uważa za charakterystyczne dla młodej literatury baskijskiej, która jak mówi jest bardzo młoda, bowiem narodziła się jakieś pięćdziesiąt lat temu. W języku Basków üskara mówi ponad milion mieszkańców zamieszkujących tereny na granicy Hiszpanii i Francji nad Zatoką Biskajską.

 

Od prawej: Barbara Stawicka-Pirecka, Harkaitz Cano i Marcin Kurek

Spotkanie prowadziła tłumaczka jego wierszy pani Barbara Stawicka-Pirecka, która znakomicie poradziła sobie z niełatwą frazą i obrazowaniem.


Harkaitz Cano urodził się w 1975 roku, w miejscowości Lasarte-Oria, niedaleko San Sebastian, gdzie aktualnie mieszka. Nie jest nieznanym poetą w Polsce, gdyż przyjeżdżał tu między innymi na festiwal Silesiusa, był też gościem wrocławskiego festiwalu Opowiadania. Jego wiersze i proza były tłumaczone na język polski, rosyjski, grecki, angielski, galicyjski. Z wykształcenia jest prawnikiem, lecz nigdy nie wykonywał tego zawodu. Za to pracuje jako scenarzysta słuchowisk radiowych, audiowizualnych, komiksów. Czasem również tłumaczy, przetłumaczył na baskijski wiersze Allena Ginsberga. Pisze wiersze, których mogliśmy wysłuchać w interpretacji samego autora, a później pana Marcina Kurka. Pisze też opowiadania, ma na koncie kilka wydanych tomów, jeden z nich został nagrodzony w 2009 roku Nagrodą Krytyki Hiszpańskiej. Napisał też dotąd 4 powieści, wszystkie z nich posiadają muzycznie brzmiące tytuły, np. „Belluna jazz", „Pasaja blues". Ostatnią jego powieścią jest głośny „Twist" z 2013, który wzbudził w Hiszpanii spore zamieszanie. Oprócz tego pisze też książki dla dzieci i młodzieży, ma ich na swoim koncie cztery. Był wielokrotnie nagradzany przez rozmaite jury. Otrzymał między innymi dwukrotnie Nagrodę Euskadi (1992), Donostia Hiria (1993) oraz Ignacio Aldekoa (1998).

Od prawej: Barbara Stawicka-Pirecka, Harkaitz Cano i Marcin Kurek

Oprócz tego co zostało tu wymienione robi bardzo dużo innych rzeczy, takich jak: pisanie tekstów piosenek rockowych, rysowanie komiksów, pisanie tekstów do miejskiego graffiti. Brał udział w wielu projektach scenicznych, rodzaju przedstawień poetyckich, złożonych z jego wierszy i innych poetów. Prowadzi też bloga, więc jest bardzo pracowitym człowiekiem.

Po tej laudacji osoby i twórczości Harkaitza Cano, autor wyboru wierszy
zatytułowanego „Ktoś chodzi po drabinie przeciwpożarowej” opublikowanego w serii Europejskiej Stolicy Kultury, a świetnie przetłumaczonego przez Barbarę
Stawicką-Pirecką, przeczytał nam dwa swoje utwory: wiersz „­Ludzie, do których dzwonię" i opowiadanie „Klucze do domu".
 

Ludzie, do których dzwonię

Są ludzie, których tak kochałeś i do których teraz
ledwie dzwonisz w dniu ich urodzin.
Ludzie, do których dzwonisz, żeby załatwić sprawy zawodowe albo poprosić ich o przysługę.
Jakiś nieudacznik z wydziału, do którego telefonujesz, żeby odświeżyć temperaturę porażki: 
„ja nie, ale on… on nigdy więcej”.
Są ludzie, do których dzwonisz tylko wtedy, gdy opuściła cię żona
(skądinąd są to ludzie, którzy dzwonią do ciebie, kiedy opuścił ich mąż).
Są ludzie, do których nie ośmieliłbyś się dzwonić tak często, gdyby byli bliżej.
Są ludzie, do których dzwonisz, żeby im coś wypomnieć,
ludzie, którzy dzwonią do ciebie, żeby cię zwymyślać.
Ktoś, do kogo dzwonisz raz na cztery lata i czujesz jego tęsknotę
na swoich policzkach, ludzie, którzy podnoszą cię na duchu
i których puls czujesz z bliska.
Są rozmowy jak miraż na środku pustyni,
dokuczliwe telefony handlowe: byłby pan zainteresowany, dzwonię, żeby poinformować.
Są ludzie „oddzwonię do ciebie za minutę”,
na których zawsze czeka ktoś ważniejszy,
a potem zapominają; ludzie, do których telefonujesz, żeby nie zapraszać ich na whisky
i w końcu rozmowa kosztuje cię więcej niż wieczór w barze.
Są ludzie, do których nie możesz zadzwonić, bo się gniewają
albo siedzą w więzieniu, albo zapomnieli o tobie, albo nie żyją: ciężka sprawa.
U niektórych słychać, jak wysmarkują nos, kiedy rozmawiają z tobą.
Ludzie, którzy nigdy nie odbierają telefonu, ale siedzą tam, skuleni w ciemnym pokoju, licząc dzwonki raz po raz;
są nawet tacy, co z kieliszkiem szampana w ręce
wkładają sobie do ust winogrona wraz z każdym dźwiękiem.
Nie wspominając o ludziach, którzy nigdy do ciebie nie dzwonią,
bo wiedzą, że może odbierze ktoś inny;
ludziach, którzy dzwonią do ciebie, żeby się umówić
i ludziach, którzy umawiają się, podchodząc do telefonu.
Jest ten, kto nie bez cienia ezoterycznej melancholii telefonuje punktualnie
trzynastego każdego miesiąca; ludzie, którzy dzwonią, żeby potwierdzić to, co już wiesz,
przyjaciele, do których dzwonisz, żeby ci zaprzeczyli
lub do których nie dzwonisz, bo nie pamiętasz nigdy
ostatniej cyfry numeru.
A potem są tacy ludzie jak ty,
do których dzwonię raz na ruski rok,
kiedy ogłasza się lub zrywa zawieszenie broni albo kiedy pada śnieg,
tylko po to, żeby zapytać: „i co teraz?”,
a może: „u ciebie też pada?”,
żeby tylko usłyszeć jak mówisz:
 
„Tak, pada”.
 

Klucze do domu

 
 
    Kanapka nosi egzotyczną nazwę, ale na tym kończy się jej atrakcyjność.
    — Kiedy pójdziemy do Burger Kinga?
    — Nie smakuje ci bikini, Izaro?
    — To zwykła kanapka.
    W barze na plaży ich matka próbuje ukryć klucze pod pogniecioną paczką
chipsów, która leży na stole, ale Jone od razu się orientuje.
    — Klucze do domu, mamo.
    Klucze do mieszkania pieką, waży je w dłoni, jakby sprawdzała jakość towaru, próbując go wycenić. Wychodzi przed daszek z pontonów, ciska nimi daleko, najsilniej jak potrafi. Córki patrzą na nią zdumione. Pęk upadł, zanim doleciał do wody, tuż przed linią, do której sięgają języki fal. Izaro idzie po klucze rozbawiona: pies, który przynosi panu kij. Kiedy oddaje je matce, ta patrzy na nią z wyrzutem.
    „Dlaczego jesteście tak posłuszne w najmniej odpowiednim momencie?”
    Nie mówi tego, ale tak myśli. A starsza łapie to w lot.
    Jakby nie wiedziały, że matka właśnie chce zgubić klucze.
    Wściekła wkłada pęk na dno słomianej torby. Czy możliwe, żeby w jej odmętach przedmioty z metalu znikały? Kiedy wracają do mieszkania, próbuje przekonać córki:
    — A nie mówiłam? Nie ma ich. Zgubiłam.
    Jone wzdycha głęboko, podczas gdy Izaro wywraca torbę do góry dnem. Zresztą nie pierwszy raz. Emulsja na słońce, fresbee, rakiety, ręcznik. I klucze.
Wciąż tam są.
    W czasie kiedy Izaro zbiera rzeczy z podłogi i na powrót wkłada do torby, jej matka sięga po pęk i podejmuje próbę otwarcia drzwi do mieszkania kluczykiem od skrzynki na listy, choć gołym okiem widać, że jest zbyt mały jak na główny zamek.
    — To na nic. Nie działa. Nie otwiera się.
    — Spróbuj innym, mamo. Ten jest od skrzynki.
    — Tak myślisz? To może ten jest do drzwi?
    Jone przytakuje. Jej matka przygląda się kluczowi z taką nieufnością, jakby wypatrzyła właśnie włos w zupie. Wydaje się speszona. W końcu wkłada klucz do zamka i wypuszcza z dłoni dźwięczący pęk, ale nie decyduje się otworzyć drzwi. Potem ostrożnie wyjmuje klucz i sprowadza córki za rękę po schodach.
    — Chodźmy stąd.
    Jej córki działają jak balast: nie pozwalają jej wzbić się do lotu. Powinna być im wdzięczna. Zawsze jej się zdawało, że umiejętność latania jest cechą stanowczo przecenianą.
    Wyobraża sobie, że wieczorni zamiatacze w tajemniczy sposób zagarniają piasek z plaży w stronę morskiego deptaku, usiłując zasypać miasto warstwą kurzu i mgły. Wolałaby śmieciarkę, ale ona zjawia się późno. Wrzuca je do pierwszego napotkanego kosza.
    — Bez kluczy nie ma domu — orzeka figlarnie.
    Jeśli czegoś w tej miejscowości nie brakuje, to pustych pokoi. Rezerwują jeden w Hotelu Retamar. „To nie jest dwójka”, przestrzega je recepcjonista. „Nieważne.”
        W hotelach od dawna nie ma kluczy. Drzwi otwiera się magnetycznymi kartami.
    — Znowu będziemy musiały spać na podłodze, mamo?
    — Chciałabyś? Jak na obozie.
    Udaje jej się skusić Izaro, ale nie Jone.
    Kobieta się poddaje: nie ma siły stać dłużej na posterunku przy oknie i prosi starszą córkę, aby ją zmieniła zanim zaśnie.
    — Jak zobaczysz samochód taty, obudź mnie.
        Jone włącza telewizor. Noc upływa spokojnie. Plecami do ekranu, skulona na sofie, ale nie odrywając wzroku od okna, leży w towarzystwie wyciszonych głosów w odbiorniku, podczas gdy jej matka i siostra śpią obejmując się na wąskim łóżku. Kiedy zaczyna się nudzić, robi samolot z kartonika, z napisem „Do Not Disturb”. Prawie o świcie ktoś zbliża się do wejścia, ale idzie pieszo, nie jedzie samochodem. „Obudź mnie, jeśli zobaczysz samochód taty”. Przez chwilę waha się, czy powinna uprzedzić matkę. Postanawia tego nie robić.
    Jej ojciec wali w drzwi hotelu. W telewizji pokazują reklamę przyborów
kuchennych, bardzo cicho, jakby chodziło o towar z przemytu: noże i tarki do marchewek.
    — Myślałyście, że was nie znajdę?
    Skoro matka jest mała, Izaro i Jone są jeszcze mniejsze; wystarczy się schylić i wymknąć z pułapki z kawałkiem sera, a potem uciec tunelem, który mysz zrobiła w ścianie. Śpieszą się na schodach awaryjnych.
    — Dokąd idziemy, mamo?
    — Nie chciałaś pójść do Burger Kinga, kochanie?
        Trawa jest świeżo skoszona albo rośnie bardzo powoli, chciałaby tak ściąć włosy córkom. Rząd masztów z flagami oskrzydla ogród przy wejściu. Izaro myśli, że kiedy będzie starsza, zwiedzi wszystkie te kraje i że kolorowe flagi przestaną skrywać przed nią tajemnice. Myśl, że to kiedyś może się stać napawa ją smutkiem. Na trawniku niedomknięty, skręcony wąż wypluwa ostatnią wieczną kroplę. „Oto południe. A potem się skarżą, że jest susza.”
    — A tata?
    — Co tata?
        — Nauczył mnie jeździć na rowerze.
    — Możliwe. Tak. I co jeszcze?
    Brzęczenie owadów, które nie są owadami. To świst zraszaczy. Na ulicy żywego ducha. Żaluzje w sklepach są opuszczone, towar dobrze zabezpieczony. Ale kłódki są raczej liche; wykazują szczery brak zainteresowania i wiary w sezonowych nicponi, przed którymi chronią. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby stamtąd niczego ukraść.
    Ciuchcia stoi wciąż pod plandeką. Nie można jeszcze skorzystać z cudownych atrakcji, jakie miasto oferuje w sezonie letnim: drugi najwyższy drapacz chmur w kraju, boisko do rugby ze sztuczną nawierzchnią, miniaturowa knajpka, w której kiedyś, jeden raz, Sofia Loren wypiła campari.
    — Mamo, jestem zmęczona. Dokąd idziemy?
    — Do Burger Kinga.
    — Burger King jest zamknięty o tej porze.
    Wie, że tym, co najbardziej podoba się córkom, jest kartonowa korona, hamburgery nie są tak ważne.
     — Zrobię każdej z was po koronie. Ale teraz musimy się pospieszyć.
    Przy promenadzie Miradero leżaki plażowe stoją poukładane jeden na drugim. Stoły także – marsjańscy najeźdźcy w oczekiwaniu na kogoś, kto rozbije ich układ z grubych pikseli. Dałoby się to zrobić, gdyby miały pod ręką pistolet laserowy.
    — Powiedz, czy chociaż wiesz, dokąd idziemy.
    — W jedno miejsce.
    — Co to za miejsce?
        Gdyby była Goliatem (a może Dawidem?), mogłaby wrzucić jedną z córek do morza – tylko jedną, nie ma co przesadzać. Ale obie ręce ma zajęte i nie bardzo jest jak.
    Przechodząc obok bazyliki, czuje się jak w średniowieczu. Albo jak bohaterka westernu. Wszystkie budynki bledną przy romańskim kościele – widok miejskiego stadionu deprymuje ją szczególnie. Żadnego powodu, by nawrócić się na chrześcijaństwo. Kiedy architekci zrezygnowali z kamiennych budynków, żeby zająć się budową domków dla pupili?
        Zauważa tabliczkę, która ostrzega o obecności „groźnych psów”, ale psy śpią albo próbują zasnąć, bo przestraszyły się tej kobiety, która śpieszy się, ciągnąc córki po pustej alei. Ta kobieta nie strzela ślepakami, ma ostrą amunicję. „Widziałeś coś, Rufo?” „Nie.” „Ja też nie.”
    A ona prawie je wlecze, te swoje córki, choć one dotrzymują jej kroku, przebierając nóżkami jak pudel. Żadnych potknięć. Są przyzwyczajone. Nawiasem mówiąc, kobieta wołałaby, żeby obie siostry ważyły tyle samo, ale Izaro jest lżejsza i to znacznie. To trochę ogranicza jej zdolność pociągową.
        Przy takim kroku niedługo będą potrzebowały nowych butów, jak te Murzyniątka z negro spirituals. Obawia się, że Izaro i Jone idąc, zetrą sobie stopy aż do kostek. Do głowy przychodzi jej temperówka: te ołówki, które robią się coraz krótsze, bo mają za wąski czubek i trzeba je ostrzyć raz za razem.
    — Daleko jeszcze, mamo?
    Co na to odpowiedzieć? Jasne, że daleko. Zawsze jest daleko. Szczególnie dla nich, cała wieczność. Dla ich matki nie tak bardzo. Na przykład, żeby stracić cierpliwość. Siadają na ławce na przystanku, żeby trochę odpocząć.
    — O tej porze autobus jeszcze nie jeździ, mamo. Poza tym brzydko tu pachnie.
    — Macie rację.
    Córki żałują, że otworzyły usta. Na ławce pod wiatą było im lepiej.
    A teraz dalej muszą maszerować. Nie ma alternatywy. Każdy ma jakąś misję do wykonania i ta czeka na nich. Kobieta nie ośmiela się spojrzeć wstecz, w obawie, że jej córki zapadły się już w bagnie po kolana. Od kilku chwil się nie odzywają. Ledwie słychać ich zdyszane oddechy. Jeśli nie będzie uważać, jej córki rozkruszą się jak czerstwy chleb. Czy nie ciągnie czasem dwóch wycieńczonych głów bez tułowia, z jednym ramieniem, które trzyma w rękach? Musi przyznać, że czuje się lżej. A może po prostu jest silniejsza niż jej się zdawało
    Gdyby to było zimą, trzymałaby w palcach tylko po jednej rękawiczce każdej z córek, kiedy dotarłaby do sosnowego lasku. Gdyby to było zimą, zgniłe powietrze na przedmieściu byłoby bardziej znośne.
    — Co za smród.
    Cuchnie jak diabli. A odór narasta.
        Jone wraca z otchłani milczenia i znów mówi, i zadaje pytania przerywane krótkimi westchnieniami:
    — Powiedz nam prawdę, mamo... Idziemy na wysypisko?
Tak, kochanie. Może znajdziemy tam klucze.
    

Harkaitz Cano: Przeczytam Państwu teraz swój wiersz i opowiadanie pisane w języku baskijskim üskara, którym mówi milion osób. Chciałbym przy tym dodać, iż
w moim regionie, w kraju Basków na co dzień posługujemy się dwoma językami, ludzie mówią po baskijsku i hiszpańsku, w związku z tym to stawia nas pisarzy baskijskich w dość specyficznej sytuacji. My jesteśmy schizofrenikami dlatego, że bardzo wielu z nas pisze najpierw po baskijsku, a później sami tłumaczymy się na hiszpański, co oznacza po pierwsze, iż analizujemy własne dzieło i wyszukujemy w nim słabe strony i możemy je poprawiać, a to oznacza, że to dzieło nigdy się nie kończy.
Teraz przeczytam Państwu wiersz, który jak sobie uświadomiłem czytając go wczoraj w Czechach ma wydźwięk klimatologiczny. I zależy w jakim miejscu się go czyta, to jest on tak samo różnie odczytywany. Na końcu mówi się w nim o osobie, która zwykle nie dzwoni do przyjaciółki, ale sytuacja jest tak niesamowita i niewiarygodna - spadł śnieg, iż właśnie dzwoni w tej sprawie z wiadomością, że idzie z dziećmi na sanki. Dodam, że śnieg w krainie Basków spada raz na pięć lat i to przez jeden dzień. Wymowa tego wiersza jest zupełnie inna gdy czyta się go u nas, a zupełnie inna gdy czytam to w Czechach czy teraz we Wrocławiu.

Cano czyta swoje utwory

Pisane na śniegu

Zbyt widoczne rusztowania i podpórki
podtrzymują te książkę, obraz, piosenkę, rzeźbę lub taniec
Są to prace na próżno,boleśnie nieudane
gdyby nie chodziło o te polki oraz metafory;
gdyby nie chodziło o o te wszystkie ramy,
dla książki, obrazu, piosenki, rzeźby albo tańca.
To one dawno zapadłyby się w próżnię.
Ślady ucieczki na śniegu
wyjawiają jałowość tego wysiłku.
To tak, jakby wejść do kuchni wiersza i poczuć zapach spod pachy,
zobaczyć naczynia kuchenne, używane przez innych.
Poprzedni właściciel pozostawił w wierszu
nieposłane łóżko i brudne prześcieradła
pełne dziur i rozpaczy.
Grabieżcy dostali się do wiersza
i zniszczyli słowa, które powinny być twoje...

Chciałbym pociągnąć pędzlem wiersz na śniegu
co spadł przed chwilą, palcami zziębniętymi, prawie
już bez życia,
i zniknąć potem w śniegu, opuszczony
i niech tam sobie wiersze
bez podpisu i śladów,
bez brudnych pościeli
i łóżek zaścielonych
co oznaczyłoby moją obecność,
nie proszę  o wiele. Prosty wiersz napisany na śniegu...

Barbara Stawicka-Pirecka: Jak to jest, iż mając do dyspozycji prawie czterystu milionową publiczność wybierasz język mniejszości skazując się, szczególnie jako poeta na publiczność milionową? Czy to jest gest patriotyzmu?

Harkaitz Cano: W przypadku mojego pokolenia to nie jest gest patriotyczny. We wcześniejszej generacji byli pisarze, którzy pisali z pobudek patriotycznych. Ja skończyłem wszystkie etapy edukacji w języku baskijskim: szkoła podstawowa, średnia, uniwersytet, więc w moim przypadku to nie jest żaden wybór tylko coś zupełnie naturalnego. Gdybym myślał w kategoriach handlowych, to powinienem pisać od razu po angielsku lub po chińsku i miałbym jeszcze większą publiczność lecz tu nie chodzi o żaden wybór lecz o wewnętrzny impuls, pisanie w takim języku w jakim ci się to śni. Ale rzeczywiście nasz region jest dość dziwny, wytłumaczę na przykładzie dlaczego może się zdarzyć, że ktoś miesza w ośmiopiętrowym bloku, w którym są sto trzydzieści dwa mieszkania i może żaden z mieszkańców nie przeczyta cię po baskijsku. Spotykamy się w windzie, wiedzą, że jesteś pisarzem, oglądali twoje zdjęcie w gazecie i mówią: przykro nam, nie możemy cię przeczytać, ale może moje dzieci i wnuki to zrobią. I to jest bardzo dziwne wrażenie, bo człowiek czuje się jak na wygnaniu w własnym kraju. Więc podejmuję decyzję, żeby się samemu przetłumaczyć, po aby druga połowa moich sąsiadów, którzy mnie rozumieli, mogła mnie zrozumieć. I wtedy, gdy ponownie spotykasz ich w windzie, to nic nie mówią. Więc już nie wiem co było ważne. Barbara Stawicka-Pirecka: Jeżeli jesteśmy już przy tych tematach baskijskich, to twoja ostatnia powieść z 2013 roku „Twist" została wydana w prestiżowym wydawnictwie Seix Barral i chciałabym, żebyś Państwu o czym jest ta powieść, dlaczego ona jest taka kontrowersyjna i tak w Hiszpanii niezwykle kontrowersyjnie odebrana i komentowana. Tylko tytułem wstępu powiem Państwu, że dotyczy sprawy z 1981 roku znanej w Hiszpanii jako Lasa i Zabala, czyli o takich chłopcach, którzy należeli do grupy terrorystycznej ETA, no i ta powieść opowiada o tym, co się z nimi potem stało. Jak mógłbyś nam przybliżyć kulisy tej sprawy, która zainspirowała cię do napisania „Twistu". Temat jest naprawdę kontrowersyjny politycznie, moralnie i formalnie trudny, bo dotyka bardzo bolesnych dla Basków spraw.

Harkaitz Cano: Ja myślę, że na tym polega rola pisarza, zejść do poziomu błota i się pobrudzić. Ubrudzić się tym, co społeczne, polityczne, intymne, ale czymś się pobrudzić. I rzeczywiście ja przez wiele lat zastanawiałem się jak ten temat napisać. Żeby było jasne, to jest historia o dwóch chłopakach, którzy mieli wówczas dwadzieścia lat, byli rzeczywiście członkami ETA, ale mieli po dwadzieścia lat. Byli członkami ETA w 1983 roku, a to jest zupełnie co innego niż być w 1993, 2003, 2013 czy 1970. Społeczeństwo baskijskie przez kilkadziesiąt lat było całkowicie podzielone. Albo byłeś z jednymi, albo z drugimi. I nie było żadnych półcieni.To wszystko było namalowane grubym pędzlem. Trzeba pamiętać, że źródła organizacji ETA mają podłoże polityczne. ETA powstała pod koniec lat pięćdziesiątych w okresie głębokiego frankizmu. I strategia ETA polegająca na użyciu przemocy, walki zbrojnej nie oznaczała tego samego do momentu śmierci Franco czyli do końca dyktatury, co oznaczała później. I na tym tle istnienia organizacji ETA w latach osiemdziesiątych rząd pod przywództwem ówczesnego premiera Felipe Gonzalesa podjął decyzję o stworzeniu zbrojnej  (nielegalnej) organizacji antyterrorystycznej, której celem było zwalczanie ETA. Te grupy były finansowane ze środków publicznych. Stąd moje wprowadzenie, żebyście Państwo poznali kontekst polityczny po jednej i po drugiej stronie. W 1983, ci dwaj chłopcy, którzy nazywali się Lasa i Zabala zostali porwali, poddani torturom, zamordowani i pochowani w nieznanym miejscu w dole z wapnem przez członków Gwardii Cywilnej. Przez ponad dziesięć lat uznani byli za zaginionych i w roku 1993-1994 ich ciała zostały odnalezione i zidentyfikowane. Właśnie wtedy studiowałem prawo i na zajęciach bardzo wiele mówiliśmy o tej sprawie ze wszystkich punktów widzenia: moralnego, etycznego, prawnego. Przez piętnaście lat miałem tą historię w głowie i wiedziałem, że muszę o niej napisać. Nie umiałem tego wcześniej zrobić i szukałem jakiejś literackiej formuły, aż w końcu ją znalazłem, którą krótko objaśnię. Problem polega na tym w jakich proporcjach pomieszać rzeczywistość z fikcją, tak, aby rzeczywistość wydawała się jeszcze bardziej rzeczywista niż jest. Zamieniłem więc nazwiska tych chłopców. Uczyniłem z nich postacie fikcyjne odbite w lustrze, ale w tych lustrach odbijały się zdarzenia, które naprawdę miały miejsce, ww 1983. Więc tamto pomieszanie pomiędzy zdarzeniami realnymi i fikcją pozwoliło mi zacząć pisać książkę. Z jednej strony miałem twarde fakty oparte na rzeczywistości, które dawały mi poczucie, że robię coś słusznego i jestem za to odpowiedzialny,a z drugiej strony miałem swobodę fikcji, która pozowała mi wejść w miejsca, w których nikt nigdy nie był. Albo wejść w miejsca, w których ktoś już był, ale nie chciał o tym mówić. Taka jest historia tej powieści „Twist", której w roku 1999 nikt by pewnie nie wydał, natomiast w roku 2013 owszem, bo zmieniła się koniunktura. Przez lata w kraju Basków mówiło się o prześladowaniach i torturach ze strony organów ścigania, ale mówiono to tylko w kraju Basków, w pozostałej części Hiszpanii to był temat tabu. A dzisiaj można o tym mówić i pisać otwarcie.

 

 

Barbara Stawicka-Pirecka: A czy w czasie pisania książki kontaktowałeś się z rodzinami tych chłopców? Czy wiesz jakie są ich reakcje na twoją historię?

Harkaitz Cano: To jest pewnie najciekawsza część tej historii. Kraj Basków jest bardzo mały. Jako żart opowiadamy sobie, iż u nas nie da się nakręcić filmu drogi, bo od razu wyjechalibyśmy z mapy, dlatego szczerze wierzymy w Europę. Żeby kręcić filmy drogi potrzebujemy dłuższych dróg. U nas wszyscy się znają więc dość łatwo było się skontaktować z rodzicami tych chłopców. Ja tego nie zrobiłem z jednego powodu. Po pierwsze, gdybym się kontaktował z rodziną musiałbym napisać powieść non fiction, a ja nie jestem z powodu mojego sposobu pisania, nie jestem w stanie napisać powieści non-fiction. Jak książka wyszła i miała swoją promocję,, to jedna dziennikarka zapytała mnie, czy nie uważasz, że zbyt mało czasu minęło od tych wydarzeń żebyś mógł sobie pozwolić na napisanie na tych motywach książki fikcyjnej? Ja rzeczywiście na tak postawione pytanie nie mam odpowiedzi. Natomiast wiem, że terytorium cudzego bólu jest święte i trzeba stąpać bardzo ostrożnie. Ale z drugiej strony powiedziałem sobie - minęło trzydzieści lat. oczywiście osoby zamieszane w te sprawy i rodziny nadal żyją. Trzydzieści lat to być może jest niewiele dla historii kraju, ale mówiąc egoistycznie w życiu psiarza, to już jest wystarczająco dużo. Nie mogę czekać kolejnych trzydziestu lat. Więc przyznaję, że moja odpowiedź jest odrobinę egoistyczna i oparta jest na imperatywie biologii. Oczywiście wracając do twojego pytania rodziny tych zamordowanych przeczytały moją książkę. Obaj ci chłopcy mieli całą masę braci oprócz rodziców, którzy też nadal żyją. I może rzeczywiście być może dla mnie najlepszą  rzeczą jaka mi się przydarzyła było to, iż po wydaniu książki poznałem tych ludzi. Zdałem sobie sprawę, że my będąc ludźmi obcymi wobec jakichś przypadków czasami mamy znacznie więcej skrupułów żeby tą historię opowiedzieć niż osoby bliższe tej sprawie jak rodzina. Oni rozumieli to od początku  i uznali, że jest to hołd złożony tamtym zamordowanym i byli bardzo wdzięczni. Tymczasem jak miałem spotkania z czytelnikami, to ludzie byli znacznie bardziej ostrożni i każdy mnie pytał, co myśli o tym rodzina. Odpowiedź jest bardzo prosta: rodziny tych zamordowanych zaprosiły mnie i wydawcę do winnicy. Oczywiście historia się nie wyczerpała tylko dlatego, że ja o niej napisałem powieść. Może niebawem przyjdą inni, którzy popatrzą na to lepiej, z innej perspektywy. Zresztą jak jak publikowałem o tym książkę, to o tej sprawie nikt nie mówił. A po dwóch latach powstał film. I film się nazywał tak jak oni „Lasa i Zabala". To była wierna kronika, nie było takiej książki, ale był film. 

 

 

Barbara Stawicka-Pirecka: No i w międzyczasie zapomnieliśmy o wierszach, ale za to przeczytamy teraz dwa. Poproszę Marcina żeby je przeczytał, bo robi to bardzo dobrze:

12 gnijących sardynek do natychmiastowej konsumpcji

Dobra książka wierszy powinna być
jak skrzynka ryb.

Kaloryczna i świeża, źródło fosforu i wapnia

Albo też jak buchnięcie smrodu,
co budzi w nas
paniczną chęć ucieczki.

skrzynka zgniłych ryb i cuchnących łbów
o ostrych zębach i zimnych źrenicach

.Jedno z dwóch

I takie właśnie powinno być
jak dobra książka wierszy,

nasze życie.

Chemioterapia


Jedna tylko rzecz przygnębia bardziej,
aniżeli szpitale;nie są to cmentarze.
Myślę o autobusach miejskich pełnych ludzi
jadących do szpitali.
Ze zdjęciem rentgenowskim w kopercie
pod pachą, spojrzenia zatopione
w głębokiej studni.jakiej ani ty, ani ja nie zdołamy przejrzeć.
Porusza nas uśmiech dziecka o zaokrąglonych ząbkach,
ma sześć lat i główkę zgoloną do skóry.
Starcy zbliżają swoje klisze do okien
i oznajmiają zgodnie:
- Spójrz na ten biały punkt, o tu:
ale przede wszystkim te dwie kobiety, co rozmawiają, gestykulując
a kiedy mówią, to jakby każde ich zdanie otwierało kufer:
- Zobaczysz, mówię do męża,
sam zobaczysz, jakie spacery będziemy robili, ty i ja,
kiedy przywiozą nam wózek na kółkach.
Będą nazywać nas, Ismaelu
Kojotem i Obieżyświatem.Kojot

Obieżyświat
Dreszcz przenika ciało.
A tamta kobieta, taka odważna, dodaje,
że Ismaelowi paraliż odebrał już, nie pamiętam dokładnie,
lewą, a może prawą rękę.

Każdy z nich pod pachą ściska
swoją kliszę.
Cenę swojego raka, swoje opuszczenie,
swoje szklane oko lub ortopedyczną dłoń
Niech nas ukrzyżują, jeżeli to nie poruszy czegoś w naszym wnętrzu.
Możemy to sobie jeszcze wyobrazić - Ismael,
być może niewiele czasu mu już zostało i on o tym wie.
Ismael gra w szachy na kocu w szkocka kratę,
co okrywa jego bezwładne kolana.
Ismael przestawia figury ręką, która jeszcze mu pozostała,
raz wzdycha, a raz się uśmiecha,
zdarza się nawet, że czasami pokonuje go w bitwie nieruchoma ręka:
nadal ktoś - Ismael,
animowany,ale rysunek - Ismael,
bez animuszu chwilami,
nie epitafium, choć mógłby nim być.

- Obieżyświacie, Kojocie, módlcie się, jak umiecie,
zobaczycie, kto tutaj rządzi,
kiedy przywiozą nam
wózek na kółkach.

Barbara Stawicka-Pirecka:Zostawmy na chwile te,maty baskijskie. Nasuwa mi się takie pytanie, uprawiasz tyle gatunków: jesteś poetą, powieściopisarzem, piszesz sztuki, opowiadania, komiksy, teksty piosenek, graffiti. Jako to jest, czy temat narzuca ci formę gatunkową, czy myślisz sobie, „z tego lepsza powieść niż wiersz". Kiedy i co decyduje o wyborze gatunku?

Harkaitz Cano: To nie jest takie proste. Wydawało mi się, że to miało być opowiadanie, a tymczasem należało z tego zrobić wiersz. A czasem decydują przyjaciele, że jakiś tekst staje się zaczynem graffiti. Czasami mam w zeszycie zapiski do filmu krótkometrażowego, a ktoś akurat prosi cię o opowiadanie dla dzieci, wtedy przerzucam te zapiski i mówię: myślałem, że zrobię z tego krótki metraż, ale może faktycznie będzie z tego dobre opowiadanie dla dzieci. W tym sensie trzeba zachować otwartą, twórczą czujną postawę.
Gdy byłem mały, to mnie fascynowali w cyrku, tacy sztukmistrze, którzy potrafili kręcić talerzami na patykach; taki najzdolniejszy z nich potrafił kręci nawet dwudziestoma talerzami naraz. To się nazywało bodaj „chińskie talerze". Pamiętam, że to mi się najbardziej w nim podobało, a nie na przykład klowni. Pamiętam o tym numerze, bo sam teraz czuję się jak ten kręcący talerzami - kręcę wieloma talerzami i robię wszystko żeby nie spadły na ziemię. To ma równe wytłumaczenia, z jednej strony, a tak jest w moim przypadku, gdy ktoś jest taki niespokojny i rozkojarzony. A z drugiej strony wyjaśnienie jest znacznie bardziej praktycznie i codzienne, żeby móc się utrzymać z pisania trzeba robić bardzo wiele rzeczy, nawet z pogranicza literatury. Kultura baskijska ma tą cechę, że ponieważ jest nas bardzo niewielu, to właściwie wszyscy i pieśniarze, i tancerze, zespoły rockowe i pisarze wszyscy się znają. Dzwonimy do siebie i prosimy się na wzajem o coś. Dzwoni ktoś i mówi": mam piosenkę, ale nie mam do niej słów". Zdaje sobie sprawę, iż oni pracują całkiem inaczej i  mają straszny problem z napisaniem tekstu do piosenki, podobnie jak jak w życiu nie skomponowałbym żadnej melodii.

Barbara Stawicka-Pirecka: Powiedzmy teraz o twoich inspiracjach literackich. Czyta się twoje utwory; wiele jest w nich inspiracji literackich, ale też sporo muzycznych., myślę tu o tytułach muzycznych. Czy możesz nam powiedzieć jakcy są twoi idole muzyczni czy literaccy, a może są wśród nich Polacy.

Harkaitz Cano:  Ja jestem niespełnionym muzykiem, przed dwa lata grałem na trąbce w zespole, ale mnie wyrzucili. Powiedzieli mi coś bardzo brutalnego, a miałem wtedy dwanaście lat: byłeś w tym zespole do tego dnia, bo nie było nikogo innego. Włożyłem trąbkę do pokrowca, pokrowiec do szafy i przez następne trzydzieści lat nie więcej jej nie wyjąłem Tak, że ja w tej chwili jestem melomanem, muzyka towarzyszy mi przez całe życie i mam taką osobistą zemstę, że piszę teksty muzyczne, a muzyka pojawia się w moich tekstach/. A także wykorzystuję muzykę, jako pewną technikę opartą na obserwacjach Pawłowa i jego psów. Wyszedłem z założenia, że jakiej muzyki słucham pisząc, to zmienia się mój styl pisania. Kiedy słucham jazzu zdania się wydłużają, stają się wielokrotnie  złożone, a jak słucham death metalu, to piszę krótkie zdania, po trzy słowa. Tak, że efekty mojego pisania zależą od tego jakiej muzyki słucham. Moim ulubionym gatunkiem jest jazz, który bardzo polubiłem. Najbardziej odpowiada mi forma tria jak i epoka, np. Miles Davis, Bill Evans. Rzeczywiście  należę do pokolenia wychowanego na muzyce amerykańskiej: Lou Reed, Tom Waits. „Morfina", to jest zespół który uwielbiam. Niech będą pochwalone zasady metryczne i rymy, które zmuszają nas do tego abyśmy się zastanowili dwa razy zanim coś napiszemy.
Jeżeli chodzi o polskich pisarzy, to w śród moich ulubionych pisarzy króluje Sławomir Mrożek, głównie jako autor krótkich opowiadań. Przetłumaczyłem nawet sporo jego opowiadań z hiszpańskiego na język baskijski. Tadeusz Kantor ma też wielu wielbicieli w naszym środowisku teatralnym. Reżyserzy baskijscy patrzą na sztukę teatralną w podobny sposób.

Marcin Kurek: Czy przetłumaczył Pan opowiadanie Mrożka „Rewolucja"?

Harkaitz Cano: Tak właśnie to jego opowiadanie przetłumaczyłem na baskijski.

Głos z sali:
Co tkwiło u genezy wiersza „Chemioterapia"?

Harkaitz Cano: Nie pamiętam muzyki, ale pamiętam źródło skąd ten wiersz się wziął. Pracowałem w radiu baskijskim i żeby do niego dojechać musiałem wsiąść w autobus, a radio znajduje się obok szpitala onkologicznego. Tworzy go duży kompleks budynków. Codziennie widziałem ludzi wysiadających przystanek przede mną.

Głos z sali: Ma Pan swoich wielbicieli i fanów za granicą?

Harkaitz Cano: Państwo jesteście moimi fanami. Ja jestem zdania, że czytelników zdobywa się pojedynczo, jeden po drugim. Dzisiaj jest taka opinia, że trzeba napisać pierwszą powieść, przetłumaczyć ją na trzydzieści języków i sprzedać w nakładzie miliona egzemplarzy. Jeżeli to się nie udaje to klęska.
Literatura mnie nauczyła, że jest to praca na bardzo długi dystans. Ta książka, która teraz wyszła w Polsce, z której czytaliśmy tu wiersze napisałem w 1999 roku. Minęło siedemnaście  lat, żeby dotarła do Państwa.

Na zakończenie przeczytamy Państwu dwa wiersze:

Nigdy nie wysłuchane modlitwy

Córka, której nigdy nie miałem, trzyma tak samo
łyżeczkę i ołówek,
i zajada i jednocześnie maluje
zielone kruki w trakcie obiadu,
z radością tego,
komu jeszcze nie wybrano ziemi
z uszu.

Córka, której nigdy nie miałem, wsuwa się do mojego łózka wieczorem,
mówi mi dobranoc i całuje w policzek.
Kiedy pewna jest, że śpię,
zamyka się w swoim pokoju i zwołuje
wszystkie swoje lalki, których nigdy nie miała.
Przywołuje także samoloty,
które teraz mogłaby zaliczać, jeden po drugim.
Ja przywołuję w snach oczy deszczu
i łagodne dni marcowe.


Kiedy się budzę,
córka, której nigdy nie miałem, wyszła już
do szkół zmienionych w popioły,
jakie ona niesie na ramieniu, nie widząc o tym -
wymieszane z książkami do arytmetyki
w plecaku, którego nigdy nie mogłem jej kupić

A kiedy Boris Vian przegląda szafy, szukając
czegoś do wypicia, ja trwam skupiony w tym pokoju
z nic nie wzruszoną pociechą -
że nigdy nie istniałem.

Przypis

Zdjęcie bez triku. Dziewczyna
przechodzi przez rzekę z pomocą anioła.
Dziewczyna wesoła, z warkoczami, śmieje się
z czegoś, o czym nie będzie pamiętać, kiedy
odzyska zdjęcie i nawet nie może sobie wyobrazić
wszystkiego, co ją teraz czeka.
Mimo wszystko pamięta, że była wesołą dziewczyną
z warkoczykami na zdjęciu i że wolałaby płakać na zdjęciu,
pod warunkiem, że to przyniosłoby jej szczęście,
wynikające z powodów, które człowiek pamięta
w przyszłości bez zdjęć.

 

Od lewej: Harkaitz Cano, Barbara Stawicka-Pirecka, Gabriel Leonard Kamiński

Gabriel Leonard Kamiński: Chciałbym spytać o taką sprawę. Czy jest jakaś odrębna charakterystyczna cecha, oprócz oczywiście języka wyróżniająca się od literatury hiszpańskiej?

Harkaitz Cano: Literatura baskijska jest całkowicie nowa, nie istniała jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Były tylko teksty religijne, klasyczne. I nagle dostała taki znak tożsamości, własną tożsamość miejską. Według mnie tematyką nie różni się od francuskiej, czy jakiejś innej literatury narodowej. Natomiast takim królewskim gatunkiem jest krótkie opowiadanie. A to się bierze stąd, że sytuacja polityczno-społeczna kraju Basków jest ciągle wstrząsana różnymi wydarzeniami, to znaczy, że nigdy nie było tyle czasu i spokoju, żeby zająć się takim dłuższym epickim, powieściowym tematem. Natomiast krótkie opowiadanie da się napisać będąc nawet w środku huraganu. Być może to jest właśnie charakterystyka naszej baskijskiej literatury.

Opr. Gabriel Leonard Kamiński

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.