fesstiwal słowa w piosence
--

Spotkanie z twórczością Adolfo Garcii Ortegi: „Kiedy czytam „Don Kichota", to właśnie czuję tą radość, ten przypływ radości".

[06.08.16]

Dzisiaj 20 lipca w środowe popołudnie naszym gościem będzie pisarz i tłumacz Adolfo Garcii Ortega. Urodził się w 1958 roku w Valladolid. Mieszka na stałe Madrycie i pokochał to miasto jak zdążył wcześniej opowiedzieć o tym tłumaczce i prowadzącej Małgorzacie Kolankowskiej.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Małgorzata  Kolankowska: Jest pisarzem, tłumaczem, eseistą, dziennikarzem, zajmuje się różnymi aspektami literatury. Do jego najważniejszych powieści należą
„Café Hugo" (1999; 2007,  Lobo (2000) czy „El mapa de la vida" (2009) czy fragment książki którą dzisiaj usłyszymy czyli „Pasajero  K" ( Pasażer K)
Historia której dzisiaj wysłuchamy wymaga krótkiego wstępu. Jest to powieść
pod tytułem nieco enigmatycznym „Pasażer K" i dotyczy podróży po współczesnej Europie, dzieje się we współczesnych nam czasach.

 

Adolfo Garcia Orega i prowadząca i tłumaczka Małgorzata Kolankowska

Jest luty dwa tysiące dziesiątego roku. Po śmierci swojej byłem żony, reżyser
filmowy, który ukrywa się pod tą tajemniczą literką  „K" postanawia wyruszyć w podróż po Europie. Do końca nie wie gdzie i dokąd chce dojechać, w jakim celu - chce zrobić film i też do końca nie wie co z tego wyjdzie. W czasie podróży poznaje niejaką Sidonię. Sidonia jest dziennikarką, która wyrusza do Hagi aby tam uczestniczyć w rozprawie byłego przywódcy Jugosławii Radovana Karadzicia. I tak zaczyna się ta przygoda. Nieco dziwna, bo obu bohaterów zaprowadzi w zupełnie nieoczekiwane rejony, w nieoczekiwane miejsca. W momencie w którym autor wprowadza nad dzisiaj do tej powieści pojawia się w niej jeszcze jedna postać Jergović. Nie będę o niej dużo mówić, bo już sam tekst ukazuje nam nieco tą postać, w jakim świetle sami państwo zobaczą. A więc jest to opowieść o dzisiejszej Europie, wcześniejszej Europie, o jej problemach i myślę, że poruszy jeszcze wiele kwestii, które nie należą do przyjemnych, ale należą do gatunku wielce interesujących.
Za chwilę przeniesiemy się w tajemniczy świat tej powieści, a później mam nadzieję będzie okazja żeby na ten temat porozmawiać.

 

Adolfo Garcia Ortega czyta „Pasażera K"


­Pasajero  K -  Pasażer K
Adolfo García Ortega
(Fragment powieści)
 
    Balmori nie mógł przestać myśleć o zwierzętach. O zwierzętach w rzeźniach. Widział je w internecie. Nigdy nie widział od środka miejsca, w którym filetowane są kurczaki, drób i króliki. Nie znał też żadnej zgwałconej kobiety. Jak się filetuje kurczaka albo królika? Jakiej siły musi użyć gwałciciel? Czuł świdrujący ból uszu w głowie, który momentami wywoływał ostre ukłucie, którego tak bardzo się obawiał. Słuchał, jak Goran Jergović mówił niskim, monotonnym głosem; przyglądał mu się uważnie, koncentrował się i starał się, aby oczy stały się nieco skośne, aby w ten sposób uniknąć wzruszenia, które sprawiłoby, że automatycznie zaczęłyby łzawić, jak u zwierząt.
    Wtedy zadawał sobie pytanie, gdyby nie to, że był w Rzymie, nigdy nie poznałby prawdy o Karadżiciu? Gdyby nie poznał Sidonie w tamtym pociągu, nigdy nie dotarłoby do niego, jaka jest rzeczywistość? Taki był jego tok myślenia, zdziwienie.
    Z góry tarasu Barberiniego, z dala od spojrzeń ciekawskich, widać było dachy Rzymu, a w głębi górującą nad wszystkim kopułę Świętego Piotra w Watykanie. Zmierzchało, nie było nikogo przy stolikach na tarasie, na dachu, tylko oni; temperatura już spadła i zaczęło wiać nieprzyjemnie.
    Wierzy pan w Boga? – zapytał Balmori.
    Żartuje pan? Jak mógłbym…
    Ani odrobiny wiary?
Jergović odwrócił wzrok. Widać było po nim zmęczenie. Kiedy mówił, dłoń Zany splotła się z jego dłonią na skrzyżowanych nogach. Czy to uległość, pocieszenie? Teraz pociągnął ją za rękaw. Informował w ten sposób, że zrobiło się późno. Zadzwoni jutro. O tej porze już potrzebował drinka.
 
 
    Następnego dnia nie było telefonu aż do południa. Ponownie umówił ich w Tre Scalini, ale nie na tym samym tarasie, co dzień wcześniej, lecz naprzeciwko.
Stamtąd wzięli taksówkę do trattoria Da Nino przy via Merulana, pod numerem 74. Była praktycznie pusta, nie licząc małżeństwa w bardzo zaawansowanym wieku siedzącego przy stoliku przy wejściu oraz mniej więcej pośrodku bladej turystki z blond włosami. Przeszli dalej, w głąb, tam będą mieli większy spokój. Sidonie w pewnej chwili zauważyła, że Zana została w tyle przy drzwiach i dyskretnie obserwowała. Jergović, zanim zaczął mówić, spróbował różowego wina, które zamówił, jak gdyby chciał oczyścić głos, nieznośny facet. Drugiego kwietnia 1992, François Mitterrand mianował Pierre’a Bérégovoya na stanowisko premiera. Trzy dni później zaczęło się oblężenie Sarajewa. Będzie trwało czterdzieści trzy miesiąca, a w tym czasie umrze 12.000 osób. Był to rodzaj laboratorium. Bérégovoy, który popełnił samobójstwo 1 maja 1993 z nigdy niewyjaśnionych powodów, uczynił swoją zaufaną osobą w gabinecie Ministerstwa Spraw Zewnętrznych profesor uniwersytetu, która nazywała się Martine Cormac. Miała mu redagować jego przemówienia dotyczące polityki międzynarodowej, których w rzeczywistości było bardzo niewiele. Dnia 21 kwietnia 1993 Martine Cormac była mimowolnym świadkiem rozmowy określonej jako „czysto informacyjna”, między człowiekiem Genschera, niemieckiego ministra spraw zagranicznych oraz człowiekiem Hurda, szefa brytyjskiego Foreign Office, obaj proserbscy, jak sam Mitterrand. Cormac, pomimo swojego niskiego stanowiska doradcy, uczestniczyła w tym spotkaniu w charakterze przedstawiciela rządu francuskiego i czuła się trochę nieswojo w swojej roli, dlatego uznała, że dobrze będzie zabrać ukryty dyktafon, żeby móc wiernie zapisać ten „informacyjny” dialog między zaprzyjaźnionymi państwami.
    Martine Cormac niechcący zdobyła wyjątkowy dokument: nagranie rozmowy między urzędnikami państwowymi od spraw zagranicznych, niemieckim i angielskim, dotyczącej szczegółowego raportu na temat handlu organami kobiet zgwałconych i zamordowanych, między innymi tych z Pale.
        Doszedłszy do tego punktu, Jergović zakończył. Wyjął z kieszeni papierek złożony na cztery i położył go na stole. W tym momencie w powietrzu zawisło niszczące poczucie, że mają w ręku klucze do historii. Powiedział, że zapisała najistotniejsze informacje, zanim dodał, że miał zamiar wysłać kopię do Heinza. To miało być jego zabezpieczenie. Chociaż nie chciał dać tego po sobie poznać, czuł się bardzo zawstydzony, jak ktoś, kto idzie na pogrzeb ofiary, będąc przyjacielem zabójcy.
    Sidonie rozłożyła papier. Z trudem mogła opanować niepokój. Najpierw sama przeczytała, później przekazała Balmoriemu.
    Niemiec: Nie podoba nam się tak, jak jest. Najlepiej temu zaprzeczyć, oskarżyć innych, którzy będą winnymi i niech ich spalą.
     Anglik: Jeśli są winni, niech nimi będą zgodnie z regułą podwójnego zapisu. Czy to masz na myśli? OK, masz rację, nie da się tego uniknąć. Niech Waszyngton to weźmie na siebie. Zresztą to nie do nas należy otwieranie kolejnych frontów. Prasa nie przepuści takiego łupu.
     Niemiec: Oczywiście, że nie należy do nas. Ale niejeden będzie miał wkurwa w ministerstwie. Na przykład ja. Ale przede wszystkim ci na górze. Bardzo wysoko.     Anglik: Muszę przyznać, że moi myślą to samo. Ale, niech to szlag, kurwa, kim oni są? Psychopatami, potworami? Robią interes na tych organach, a my udajemy, że nic się nie dzieje! OK, to nam odpowiada, ale czego jeszcze chcą?
     Niemiec: Kto to może wiedzieć! Może zobowiązań, deklaracji.
    Anglik: Myślę, że to może być nieprawda, nie wydaje ci się?
     Niemiec: Tutaj nie ma nic nieprawdziwego. Chociaż czasami popełniamy błędy. Ale tym razem jesteśmy pewni, że się nie mylimy.
    Anglik: A on? Jest, tak jak mówią, marionetką Milosevicia? Wygląda na to, że Miloseviciowie go nie znoszą. Żona Milosevicia nim gardzi. Sądzę, że bił swoją
pierwszą żonę.
    Niemiec: Jedno jest pewne, cały czas kłamie. Ale jest przywódcą, a w nowej republice, którą wytrzasnęli nie wiadomo skąd, ślepo w niego wierzą przez wzgląd na jego ojca, czetnika. Ma wspaniały plan. Będziemy mieli z głowy wiele problemów – islamistów pchających się drzwiami i oknami i niezdecydowanych Rosjan.
    Anglik: Zastanówmy się, kto zna treść raportu?
    Niemiec: Niewielu.
    Anglik: Kto go sporządził?
        Niemiec: Z tego, co nam wiadomo, tłumacz Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców lub Serb, który jest przyjacielem bądź znajomym Karadzica. Nazywa się Jergović.
    Anglik: Jest w nim mowa o wszystkim, co?
    Niemiec: Jest to, powiedzmy, raport, który ma udokumentować nazwiska, liczby, usuwanie organów, trasy, odpowiedzialnych. Czy ja wiem. Wszystko, co się robi z tymi ciałami. Wiesz, co mam na myśli.
     Anglik: I my mamy z tym coś wspólnego? Niech się tym lepiej zajmie ONZ.
    Niemiec: Cóż. Oczyśćmy teren i spokój. Reszta w rękach ONZ.
        Anglik: Kto jeszcze ma ten raport?
    Niemiec: Tego nie wiemy, ale to raczej niewiele osób.
    Anglik: Moi nie chcieli, żeby wpadł w ręce Rosjan, na razie.
    Niemiec: Może już go mają, ale co do tego nie ma pewności.
     Anglik:  A ten Jergović. Co o nim wiadomo?
    Niemiec: Pracuje z Philippe, tak więc można go uznać za naszego. Ale, oczywiście, jest Serbem, zadeklarowanym. Nie wpuściłbym go do mojego samochodu.
    Anglik: To żaden problem. Ideały nie są złe, na Boga. Ani ty, ani ja nie
powinniśmy o tym rozmawiać, nie sądzisz?
    Niemiec: Nie, na pewno nie. Co sądzi Francja?
    Martine Cormac: Nie wiem, o czym rozmawiacie.  Przekażę to, co będę mogła, nic poza tym.
    Anglik: Cóż, jedyne, co należy powiedzieć to to, że trzeba komuś zamknąć dziób. To wszystko.
    Niemiec: Prawdopodobnie.
    Anglik: Niech się tym zajmie Philippe. Jest jednym z waszych, co?
    Martine Cormac: Morillon? Tak, jest jednym z naszych. W ONZ-cie.
        Anglik: Tak to jest na wojnie. Normalna rzecz. Generał musi to rozumieć.
    Niemiec: Oczywiście, że rozumie. Ale teraz trzeba pozwolić innym się wykazać. Działajmy. Co ty na to, żebyśmy porozmawiali z Karremansem? Jest Holendrem i zna ich wszystkich. Co o tym sądzisz?
     Martine Cormac: Nie sądzę, żeby Francja miała coś przeciwko temu. Karremans? Tak, jest OK. Błękitne hełmy, tak?
    Gwałcili prostytutki? - zapytał Balmori.
    Nie gwałcili prostytutek, a może tak; to, czego był absolutnie pewien to to, że prostytuowali te, które gwałcili. Robili to w mechaniczny sposób: jeden, trzech, pięciu mężczyzn na każdy gwałt. Niektóre zapewniały seks dużo większej liczbie mężczyzn. To nie było jego określenie, lecz Radovana. Zapewniać seks – wymawiał to w taki sposób, jak gdyby mówił: poruchaj sobie.
    A on? Czy on kiedykolwiek zgwałcił którąś z tych kobiet?
    Jergović milczał. To nie był żaden sąd, nie musiał odpowiadać. Kim był? Kochankiem? Za stary. Ojcem? Z drugiej strony przyjmował wyłącznie pytania
dziennikarki. Później spojrzał w stronę wejścia do Da Nino, gdzie stała Zana i zdecydował, że odpowie:
    Oczywiście, że nie.
    Fakty: zgodnie z tym, co powiedział sam Jergović, miał świadomość, że pojawił się na liście poszukiwanych przez pomyłkę. A dokładnie poszukiwanych w związku z gwałtem. Niektóre, nieliczne z kobiet, które przeżyły filetowanie kurczaków w Pale zeznały, że widziały go tam wiele razy. Nie mogły pojąć, że pełnił służbę tłumacza. Nie łatwo było mu przekonać Trybunał w Hadze.
     Dla Balmoriego to, co opowiadał Jergović mogło równie dobrze być fałszem, jak i prawdą. Okrutny, efekciarski, wyobrażał sobie, że światowa prasa wyróżni go na pierwszych stronach, ratując go z sieci pomyłek, w którą był wplątany od siedemnastu lat. Mógł to być handel organami, handel osoczem krwi, handel ludźmi, prostytucja za zgodą i współdzielona z błękitnymi hełmami, mogło być to wszystko albo nic jednocześnie. Na tym etapie mogło to być cokolwiek. Dowód z nagrania był również bardzo dwuznaczny. Mówił o raporcie sporządzonym przez Jergovicia. Dla kogo? Czyż dyplomaci i urzędnicy, bardziej wyjęci z powieści Le Carré niż prawdziwi, nie twierdzili, że ten Jergović był “przyjacielem lub znajomym” Karadżicia?
        Jergović tłumaczył się, mówiąc, że poprosili go o zredagowanie raportu, ponieważ tylko on znał obie strony, serbską i europejską, które przechodziły przez miejsca do filetowania, tak zwanych „pragmatyków”. Raportu, który ukazałby prawdę, o to go poprosili. Tylko tyle, dane. Raportu, który miał służyć do powszechnego szantażowania przeciwko całemu światu, jeżeli nadarzy się okazja, który koniec końców miał okazać się przydatnym tylko dla niego. 
    Czy był świadomy tego, jaki zasięg mają jego słowa? Dlaczego uciekał? Czego się obawiał?
    Bo chcieli go zabić. Nie miał wątpliwości, że wyślą jakiegoś ruskiego zabójcę, aby go usunął albo jakiegoś z Czarnogóry, z tej samej miejscowości, z której pochodził Radovan.
    Sidonie będzie musiała utorować sobie ścieżkę w lesie możliwych kłamstw, żeby dotrzeć do niepokojącej i może trochę przesadzonej prawdy. Ze względu na wiedzę, jaką deklarował i ze względu na raport kompromitujący nie wiadomo, kogo, Jergović mógłby już być trupem. Mężczyźni z pociągu byli dwoma zabójcami podążającymi jego tropem, był nawet przekonany, że śledzili Sidonie i Balmoriego, żeby dotrzeć do serbskiego zdrajcy. Z drugiej strony, Balmori mógłby przyrzec, że widział sobowtóra Sterlinga Haydena oraz tego o pospolitym wyglądzie na jakimś placu czy ulicy, przez które przechodzili. Ale co za idiotyzm, na pewno to jego paranoja. Mógłby również przyrzec, że kilka razy od przyjazdu do Rzymu czuł się obserwowany. Ponadto nie miał jasności, czy jeżeli zabiją Jergovicia, będzie to oznaczało, że mówił prawdę czy też, że ją ukrywał. Albo też zabiją go, bo w jakimś sensie istnieje sprawiedliwość na tym świecie, sprawiedliwość późna i głucha, a może również niesatysfakcjonująca, ale taka, która poprzez egzekucję ustala bezpośrednią i prywatną relację między oprawcą i ofiarą? Być może tych dwóch płatnych morderców, skądkolwiek by nie byli, stanowiło w rzeczywistości tę nienazwaną sprawiedliwość. Sprawiedliwość, której musiało stać się zadość, to właśnie dzwoniło w głowie Balmoriego.
    Fakty: były gwałty współdzielone czy akceptowane przez błękitne hełmy; były gwałcone, torturowane i mordowane kobiety, których ciał nigdy nie odnaleziono; były nieudowodnione oskarżenia dotyczące handlu organami między jednymi i drugimi krajami, pozbawione jednak wskazań, z jakich ciał pochodziły te organy; prowadzono politykę eksterminacji muzułmanów, aby wstrzymać  integryzm (ci wszyscy Algierczycy, Egipcjanie, Irańczycy, Katarczycy, Saudyjczycy, Bahrańczycy, Libańczycy, europejscy muzułmanie uczestniczący w  wojnie w Bośni), który zaczął się rozwijać, gdy postanowiono dokonać czystek etnicznych, które napawały obrzydzeniem całą Europę, ale nie jej rządy. O tym wszystkim była mowa w raporcie.
    Fakty: były ucięte głowy nabite na płoty. Były ciała unoszące się w niektórych rzekach. Bomby i moździerze wybuchały bez przerwy, rozrywając ciała tu i ówdzie. Proszę sprawdzić w raporcie, nalegał Jergović.
    Najgorsze było to, że nazajutrz przechodzono nad tym do porządku dziennego, jak gdyby nigdy nic, podsumowywał zgaszony. Ale zdaniem Balmoriego, powiedziałby cokolwiek, żeby tylko zapewnić sobie bezkarność. W końcu i tak zostanie rozliczony przez swoich, Serbów.     To też były fakty.

 
 
    Na całym świecie istniały mafie, które zajmowały się tymi sprawami. Tworzyły związek. A ten związek nigdy nie mógł być przerwany. Dlatego Jergović starał się o inną tożsamość, aby w ten sposób zerwać związek. Handel organami przynosił duże zyski. Ci, którzy pomogli go rozkręcić, byli ludźmi pozbawionymi skrupułów, z otoczenia Radovana i przywódców Serbskiej Partii Demokratycznej, a teraz byli u władzy, byli bogatymi przedsiębiorcami i szanowanymi serbskimi politykami, byli dobrymi serbskimi obywatelami, z dobrze prosperującymi interesami w Rosji i na Wschodzie, aż po same Chiny. Jergović był w posiadaniu danych i dowodów, które wikłały wiele osób, zdjęcia i kasety video przedstawiające ludzi, którzy od ponad piętnastu lat tworzyli podwaliny społeczeństwa serbskiego. I społeczeństwa rosyjskiego. Zabiją go, jeżeli przekaże ten materiał Sidonie. Albo Heinzowi. Albo prokuratorowi Brammertzowi, w Hadze. Ale nie ugnie się przed niczym, żeby zerwać związek. Chciał jedynie zerwać związek. Wiedział, że oni, jego wrogowie, zrobią wszystko, żeby tylko Radovan się nie wygadał (a tym już się zajęła BIA) oraz żeby nikt nie grzebał za głęboko. Niech się skupią na zbrodniarzach wojennych. Mieli już swoją zabawkę w Hadze; a ich niech zostawią w spokoju. Przygotowywali sobie czyściec legalności, kropkę nad i, a  Goran Jergović mógł wysadzić w powietrze ich plany.
    Co o tym wszystkim myślała sławna dziennikarska Sidonie Maudan? Mogłaby mu pomóc?
    Sidonie była zmęczona. Nawet nihilistyczna ironia, w którą uderzył Jergović nie zrobiła na niej wrażenia. Spojrzała kątem oka na Balmoriego, na którego twarzy odbijały się ślady walki stoczonej z Yurim. Podziwiała Balmoriego, Miłującego Sprawiedliwość. Odwróciła się do Jergovicia i powiedział, że aby przeżyć, musi koniecznie złożyć zeznania w Hadze. Nie było innej możliwości.
    Jergović zastanawiał się nad tym przy drugiej butelce różowego wina. Nie wziął ani kęsa swojej kolacji. W rzeczywistości żadne z nich nic nie tknęło. Upijał łyk, napełniał kieliszek i brał kolejny łyk. Na koniec stwierdził, że nie, że nie będzie zeznawał; póki co wystarczy, że ona wywlecze  w prasie to całe gówno na wierzch. O całej reszcie porozmawia z Heinzem. On będzie wiedział, jak postąpić. 
    I opowiedział historyjkę.
    Wiecie co? Radovan był pod wrażeniem pewnego paradoksu z czasów drugiej wojny światowej, epoki jego ojca: że Churchill i Roosevelt nie zbombardowali Oświęcimia, kiedy już mieli wystarczająco dużo informacji na temat tego, co się tam działo. Radovan nie mógł tego zrozumieć. Gdyby to zrobili, zdobyliby Pierwszą Nagrodę Historii, byłby to triumf sprawiedliwości, esencja wszelkich wartości, uznanie ludzkości, Dobro. Ale nie zrobili tego. Zrobili inne rzeczy, ale tego nie, nie zrzucili bomb na Oświęcim, zignorowali to. To dało Radovanowi, jeśli można tak powiedzieć, moralne prawo do usprawiedliwienia swoich czynów. Naprawdę mieli go osądzić? Jergović bardzo w to wątpił. Odegrają przedstawienie, cały świat się popłacze, a potem cały świat będzie spał spokojnie. I znowu westchnął we właściwy sobie sposób. Powtórzył, że jemu zależało jedynie na nowej tożsamości, aby zerwać z przeszłością.

    Judyta odcinająca głowę Holofernesowi. Początek ścięcia. Balmori, parę kroków z tyłu, nagrywał Sidonie swoją kamerą, stała z torebką na ramieniu, w wełnianej czapce, z ramionami skrzyżowanymi na plecach, naprzeciwko obrazu w muzeum Barberiniego. To był moment, w którym trawiła wszystko to, co w ostatnich dniach opowiedział jej Goran Jergović.
    Ten obraz przemawiał do niej, wiedziała, że wyjaśniał, dlaczego zaszła tak daleko w sprawie zgwałconych kobiet. Nie było ucieczki, nie mogła mieć obiekcji, była uprzywilejowana, wreszcie była w posiadaniu informacji niezbędnych do  napisania artykułów, które znajdą się na pierwszych stronach światowych dzienników. Słynna dziennikarka Sidonie Maudan, jak ją ironicznie nazywał Jergović,  Sidou wieśniaczka z Auvers, stanie się naprawdę sławna. Frédéric będzie z niej dumny, i Madi i wielu innych. Z niepohamowanego zachwytu nad  Caravaggiem wyrwało ją wibrowanie telefonu.
    Dzwonił Heinz z Berlina. Chciał się dowiedzieć, jak szło. Wymamrotała, zaskoczona, że spotkania z Jergoviciem okazały się owocne, wręcz szokujące. Dodała, że przekaże mu wszystkie informacje i podziękowała; przepraszała, że w tej chwili nie może dłużej rozmawiać, teraz musiała się rozłączyć. Nie, nic się nie działo, potrzebowała tylko czasu, powietrza, kwaśnego smaku cytryny, życia, niczego więcej. Rozłączyła się, chociaż szef nie bardzo zrozumiał, co chciała mu przekazać.
    Jak mu wyjaśnić, że musiała wytłumaczyć sobie, jakież to intymne i niszczące pytanie wyzierało ze sceny przedstawionej na tym brutalnym obrazie, który miała przed oczami. Bała się rozpoznać to narastające w niej uczucie, nadać mu właściwą nazwę: to była radość.
    Czerwone światło mówiło, że to było coś nienormalnego, nieludzkiego.
    Dlaczego wspomniała mu o kwaśnym smaku cytryny? Ze względu na  wyraz twarzy Judyty?
    Obraz.
    Judyta, nienaganna wdowa, jedną ręką trzyma bułat, a drugą włosy butnego asyryjskiego generała.  Miecz wykonuje część zadania, wypływa mięso. Twarz służącej, starej i przywiędłej, wyraża oczekiwanie i pragnienie tego, na co patrzy, chociaż jej szeroko otwartym oczom trudno uwierzyć w to, co widzą. Rozpacz doprowadziła ją wreszcie do tego, czego tak bardzo pragnęła: Holofernes rozpłynie się w gęstej mgle zmarłych. To szczęśliwa godzina, godzina zemsty za wszystkie krzywdy, jakich doznała od Asyryjczyka, ale wcześniej Judyta musi dokończyć to, co zaczęła. Strumień krwi tryska z rany. Błędny wzrok Holofernesa, który już nie może krzyczeć, zdradza, że jest przytomny do samego końca. Na twarzy Judyty maluje się obrzydzenie i determinacja, które nadają moc jej wyciągniętym ramionom. Między Judytą a głową Holofernesa zachowana jest odległość, duża przerwa, która pozwala nie tylko manewrować ostrzem, ale także zachować dystans, być poza. Rozwiązanie Judyty jest rozwiązaniem kobiet zgwałconych w Bośni.
    Sidonie uczestniczyła w dekapitacji, stojąc w pierwszym rzędzie. To, co dojrzała w tym obrazie, to objawienie zemsty. Zrozumiała na chłodno, na czym polegała jej rola w tej historii – miała ją zinterepretować.  
    W kolejnych dniach nie było więcej spotkań z Goranem Jergoviciem. On także się z nimi nie skontaktował, ani Zana nie odbierała, kiedy Sidonie dzwoniła na zwykły numer. Raz za razem odzywała się poczta głosowa.


 
    Balmori  słyszał, jak, mówiąc o Radovanie Karadżiciu, Jergović zawsze wspominał jego szaroniebieskie garnitury, perfekcyjnie skrojone, trochę demode.  Były to garnitury psychiatry, mawiał, i tak traktował muzułmanów, jak pacjentów szpitala psychiatrycznego.  Tyle że psychiatrykiem był jego kraj. Żałował tego, co uważał za swój błąd, jak gdyby oni cierpieli na jakąś chorobę. Nie był żądnym krwi szaleńcem, ani psychopatą, ani nawet politykiem spragnionym władzy. Tak naprawdę, Karadżić ograniczał się do stosowania swojej wiedzy polegającej prowadzeni radykalnej terapii przeciwko traumie, traumie tych muzułmanów, którzy przeżywali ją, dlatego,  że przeszli na islam w czasach Imperium Osmańskiego, bez wątpienia na swoje nieszczęście i  wbrew własnej woli, ponieważ musieli się poddać biegowi Historii. Byli, w efekcie, ofiarami  potrzebującymi pomocy. W Historii należało zadziałać tak, jak gdyby przeprowadzało się operację na  ludzkim umyśle. Jego zdaniem wszystko sprowadzało się do tego, że trzeba było im pomóc poradzić sobie z tą traumą, ponieważ nie byli jej świadomi i pomóc im z niej wyjść, nawet jeśliby nie chcieli. Wojna była, prosto i szczerze rzecz ujmując, terapią. Jego plan polegał na zastosowaniu praktyki psychiatrycznej w polityce. Koniec końców, Karadżić był wojującym freudystą.
    Naturalnie dostał się na oddział psychiatrii w Szpitalu Kosowo, w Sarajewie prowadzony lekturą Freuda. Udało mu się, dzięki jego szefowi,  bośniackiemu muzułmaninowi Ismetowi Cericiowi, którego zawsze darzył wielkim szacunkiem i uczuciem. Nigdy nie wypowiadał się źle o muzułmanach w kontekście osobistym, nie żywił urazy do żadnego nich z osobna. Raz nawet wybrał się do Belgradu na jakiś czas i po powrocie powiedział swojemu szefowi, Cericiowi, że  nie rozumie Serbów, że są tacy pyszałkowaci, że on czuł się wyłącznie Czarnogórzaninem. Od czasu, kiedy spotykał się z kobietami, których istnienie ukrywał przed Deliliją, stał się wyrafinowanym kłamcą. O to zawsze go oskarżali rywale polityczni. Jego specjalnością nie były tymczasowe oszustwa. Rzeźbił kłamstwo, aż zmieniło się w las niepewności. Nauczył się sztuki kompulsywnego  kłamstwa od schizofreników, których leczył jako psychiatra. W 1968, na przykład, uczestniczył ze swoim przyjacielem Zdravkiem Grebo w manifestacjach młodzieżowych w Sarajewie. Potem, parę tygodni później, uczestniczył w spotkaniach tajnej policji i sypał przywódców manifestacji. Jeszcze później, ponieważ, nie wiadomo, po co wystąpił o stypendium na studia do Stanów Zjednoczonych, ta sama policja podejrzewała go o to, że był szpiegiem Zachodu. Wszystkie nieporozumienia były ukrywane pod jeszcze większymi kłamstwami albo też stawały się zbyt mętne i zniechęcające.
    Nie tylko mówił Bośniakom, że gardził Serbami, bo są Ruskimi drugiej klasy, ale też schlebiał Czarnogórcom, nazywając ich prawdziwymi, czystymi Serbami – a ultranacjonalistów – głoszących tę samą ideologię, co Vuko, jego ojciec, jego cień – oszukiwał z socjalistami, a tych z kolei ze zwolennikami z ruchu zielonych, a tych z ultraortodoksyjnymi, a tych, już na koniec, jako Dragan Dabić, z chińskimi buddystami z Nowego Belgradu. Była to strategia, której cel znał tylko on sam. Kiedy zarejestrowano biuro Dabicia, znaleziono dużo folderów Europejskiej Partii Zielonych i odkryto, że w artykułach zamieszczanych an portalu przyrodniczym w Internecie były żywcem przepisane całe fragmenty programów różnych partii zielonych i ekologicznych. Jego własne fragmenty na temat medycyny naturalnej i fitoterapii były ściągnięte z chińskich książek przetłumaczonych na serbski. Jergović nie miał wątpliwości, że Radovan nie powiedział w swoim życiu słowa prawdy.

Tłumaczenie: Małgorzata Kolankowska

Adolfo Garcia Ortega

 
Małgorzata Kolankowska:
Ta książka opowiadająca o podróży kojarzy mi się z „Jądrem ciemności" Conrada? Czy jest coś wspólnego między tymi dwiema historiami?

Adolfo Garcii Ortega: 
Chciałbym bardzo by tak było. Nie było to moim zamiarem. Ale muszę przyznać, że Józef Conrad jest postacią bardzo obecną w mojej twórczości. „Jądro ciemności: to już rodzaj mitu jak „Odyseja". W pewnym sensie jest to oszukiwanie tego złego człowieka i w trakcie tej podróży dokonuje się pewna zmiana. W mojej powieści główny bohater Balmori podróżuje w poszukiwaniu własnej tożsamości, ale również w poszukiwaniu tożsamości Europy. Właściwie nie maił pojęcia o tym kim był Karadzić, jego wiedza bowiem opierała się tylko na tym co zdołał wyczytać w prasie. I poznaje przypadkowo młodą dziennikarkę Sidoni. Wybiera się ona do Hagi aby uczestniczyć w procesie Kradzicia poszukiwanego przez trzynaście lat i ma za zdanie zdać z tego procesu dziennikarską relację. W tym momencie główny bohater postanawia towarzyszyć jej w tej podróży do Hagi ponieważ jest to miasto w którym został poczęty, gdyż jego matka miała romans z Holendrem, o którym potem niewiele wiedział. W czasie tej podróży dziennikarka będzie opowiadała mu o tym czego dowiedziała się na temat kobie zgwałconych w Pale.

Podróżują przez wiele miejsc. Odwiedzają Rzym, Paryż, Zurych, Berlin i w czasie tej podróży stopniowo Balmori , coraz więcej dowiaduje się faktów, co działo się w czasie wojny na Bałkanach. Opowiadam o tym wszystkim, żeby pokazać jaki jest tu związek z Conradem.

To jest również powieść o macierzyństwie ponieważ główna bohaterka młoda dziennikarka Sidoni jest w ciąży, oczekuje dziecka, ale tak naprawdę nie wie czy
będzie dalej w ciąży czy ją usunie. Przeżywa ten sam dylemat, który wcześniej przeżywała jej matka.  W momencie w którym docierają do Hagi, Balmori, który używa skrótu „K", od nazwiska swojego ojca, który też używał wcześniej podobnego skrótu powoli odkrywa czym jest zło. Widzi, że ludzie tacy jak Karadzić są uosobieniem zła. I w końcowej scenie powieści, tutaj zdradzę co dzieje się na końcu, Balmori nie wytrzymuje tego napięcia i będąc już w Hadze, w trakcie procesu wyrywa policjantowi broń i strzela do Karadzicia. Ale jest tak, że tam w Hadze cele są przeszklone szybami pancernymi i kula odbija się od jednej z nich. I właśnie w tym momencie odkryłem, że jest to rzeczywiście „Jądro ciemności", na sto procent.

Małgorzata Kolankowska: Porusza Pan bardzo trudny temat, który dotyczy wojny na Bałkanach i rozliczenia z przeszłością. Czy to jest tematyka ci bliska w ogóle w literaturze, w twoim pisarstwie?

Adolfo Garcii Ortega: Tak faktycznie, jest to temat mi bliski i rzeczywiście pojawia się w moim pisaniu właściwie w sposób taki niezamierzony, podświadomie. Moja pierwsza powieść „Mampaso", to historia mojego wujka, który w 1943 roku już po wojnie domowej w Hiszpanii zabił kobietę zęby ją okraść i został wraz ze swoim towarzyszem zabity. I moja matka całe życie powtarzała mi: „słuchaj, musisz o tym napisać, Musisz napisać historię mojego brata". Zacząłem tą sprawę badać, zacząłem się temu przyglądać i przy okazji tworzyć pewną fabułę, dodawać elementy fikcji, bo siłą rzeczy tak się dzieje, kiedy człowiek przystępuje do pisania. Po napisaniu tej powieści powiedziałem mojej matce: „słuchaj, wiesz co prawdą jest, że on naprawdę zabił tą kobietę, a ponad to był homoseksualistą". Moja matka zachęciła mnie, żebym ją opublikował, a moje wujostwo przestało mi się kłaniać ponieważ byli przedstawicielami radykalnej prawicy. Tak że chcę przez to powiedzieć, że gdzieś zalążkiem tego mojego pisania czy też początek mojego pisania wynika
z potrzeby walczenia z niesprawiedliwością i pooszukiwaniem prawdy. Oczywiście piszę w sposób sfabularyzowany ponieważ czuję się powieściopisarzem a nie historykiem czy badaczem. Jest wśród polskich pisarzy, którego szczególnie cenię Adam Zagajewski i wszystko jego co jest tłumaczone na język hiszpański od razu czytam, jest bardzo znany w Hiszpanii. W jednej z jego książek, która ma tytuł „Dwa miasta", którą państwo zapewne znają lepiej ode mnie jest tam mowa o dwóch błędach pisarza. Pierwszy - patrzenie w głąb siebie i opowiadanie o sobie w życiu. Drugi błąd polega na tym, że piszesz tym o tym co widzisz,nie patrząc w głąb siebie. Według niego i ja się też z tym zgadzam pisarz powinien łączyć te dwie cechy.

Małgorzata Kolankowska: Skoro jesteśmy przy pisarzach, to może powiedzmy o tych, którzy przewijają się przez twoje książki, właściwie niektórzy spacerują po twoich książkach, jak np. Kafka, Pesoa, Verne i wspomniany tu Conrad?

Adolfo Garcii Ortega: Mówi się, że jestem pisarzem, który ma bardzo silny komponent literacki. Być może dlatego, iż bardzo lubię czytać i przez całe moje życie przeczytałem całe mnóstwo książek. Kiedy byłem mały nie zdawałem sobie sprawy z tego, że całe moje życie będzie krążyło wokół książek. Czytam, piszę, publikuję, wydaję, bo jestem też tłumaczem, ale również wydawcą.
Czytam praktycznie cały czas, co wcale nie znaczy, że nie robię innych rzeczy Potrafię oglądać mecz piłki nożnej i jednocześnie czytać i jeszcze wiem co się dzieje na boisku. Mogę powiedzieć, iż mam w sobie wiele książek i one jakby wychodzą ze mnie.

Małgorzata Kolankowska: Skoro mowa o książkach, które ważne są w twoim życiu chciałam nawiązać do wydania Borgesa jest to opowiadanie o „Księdze piasku". Nie wiem czy państwo znają akurat to opowiadanie. Do bibliofila przychodzi kiedyś mężczyzna i pokazuje mu niezwykłą księgę. Ten zaciekawiony przygląda się, co takiego niezwykłego jest w tej księdze. Wygląda rzeczywiście na starą, patrzy i mówi: obejrzyj. Otwiera tą księgę, spogląda na strony i chce wrócić na tą stronę nas której już był, ale okazuje się, że się nie da. Nie wie jak to jest możliwe, Bierze jeszcze raz do ręki księgę i przegląda i zaznaczył sobie jakby palcem ten punkt i chce wrócić i nie może. Jak to jest możliwe pyta. No widzisz, bo to jest  niezwykła księga. No ale jak niezwykła. Ja mam tutaj tyle książek, całe moje życie, to są książki. Bo to jest książka niezwykła, to jest księga piasku. Ona nie ma ani początku, ani końca. I w końcu dobijają targu i ów bibliofil zostaje z tą księgą. I już nie może przestać się nią zachwycać. Całe jego życie, to jest ta książka. Otwiera ją, zamyka, przegląda, wącha. Próbuje rozłożyć ją na części, ale  oczywiście się nie da i staje się więźniem książki.Nie powiem państwu  jak się kończy ta opowieść. Ale chciałabym właśnie zapytać czy nasz autor ma taką swoją „Księgę piasku", której stał się niewolnikiem w czasie tej pracy i obcowania z książkami?

Adolfo Garcii Ortega: Jednej nie, ale wielu tak. Bardzo dużo o literaturze nauczyłem dzięki  literaturze francuskiej. Jestem frankofilem. Jest takich dwóch autorów do których wracam, jednym z nich jest Flaubert i właściwie uważam, ale to nie moja słowa. ale jakiegoś innego pisarza, że jeżeli nie możesz pisać, to zajrzyj do Flauberta, to na pewno przyjdą ci do głowy jakieś pomysły.
Drugim jest Diderot. Z drugiej strony, kiedy mam zły nastrój, jest mi źle słucham piosenki i lubię do niej wracać, to jest „Singin' in the Rain" czyli „Śpiewam w deszczu". Kiedy czytam „Don Kichota", to właśnie czuję tą radość, ten przypływ radości.

Małgorzata Kolankowska: W swoich powieściach oprócz pisarzy przywołujesz różnych artystów i dzieła sztuki, tak jak w tym przypadku. W których epokach czy okresach znajdujesz inspirację?

Adolfo Garcii Ortega:
Najbardziej lubię sztukę barokową. Przede wszystkim Caravaggia, koniec XVI wieku, XVII wiek. To nie jest chyba tak, że mnie to inspiruje, to raczej tak jak z muzyką, to jest świat, który jest dla mnie nie do przeniknięcia. Nie mam niestety żadnych zdolności do malowania czy do muzyki, ale są to fascynujące światy, których nie mogę sobie do końca przyswoić.

Małgorzata Kolankowska: Z tematów, które poruszasz, a jest ich całe mnóstwo, który jest dla ciebie najważniejszy: miłość, śmierć, zbrodnia, polityka, czy sprawiedliwość? Który z tych tematów jest ci bliższy i do którego najczęściej powracasz?

Adolfo Garcii Ortega:
Prawdopodobnie będzie to koktajl złożony ze wszystkich tych tematów. Ale miłość jest prawie w 90% procentach powieści. Oczywiście nie będę stanowił tutaj mniejszości. Ale co ciekawe, to jest tak, że np. krytycy dostrzegają coś w mojej powieści, a to wcale nie jest to, co ja chciałem w tym ukryć czyli ja dostrzegam coś zupełnie innego i często bywa, że czytelnicy też to dostrzegają. Na przykład w tej powieści wspomniany przeze mnie temat macierzyństwa jest takim tematem drugorzędnym. Niektórym udało się go dostrzec, ale została skatalogowana jako powieść polityczna. „El mapa de la vida" czyli „Mapa życia" o zamachach z 11 marca w Madrycie jest to historia dżihadysty opowiedziana po tych zamachach. Jest zarazem powieścią o intymności. I wychodzi na to, że powieści w momencie, kiedy wychodzą z rąk autora są zdane na łaskę wydawców i zostają ukryte pod jakaś etykietką. No i my autorzy nie mamy na to zbyt dużego wpływu. A więc moje książki, to są często jak dzieci, które w pewnym momencie wychodzą z domu i nie wiadomo tak naprawdę co z nich wyrośnie: czy staną się lekarzami, czy nauczycielami lub czymkolwiek innym.

Małgorzata Kolankowska:
Oprócz tego, że jak już powiedziałeś obcujesz na co dzień z książkami, bo jednocześnie piszesz, ale również tłumaczysz. I jest to ważny wątek w twojej pracy. I też bardzo dużo jak mówiłeś w takiej rozmowie kuluarowej nauczyłeś się w czasie tłumaczenia?

 

 

 Adolfo Garcii Ortega: Tak, bo bardzo lubię tłumaczyć, już od wczesnej młodości. Przede wszystkim dlatego, że to wspaniałe uczucie móc tak pływać  czy też zanurzać się w zupełnie innym tekście, w innym języku. Z drugiej strony jest to temat znany, tłumacz tworzy na nowo ten tekst. Tak więc musisz zmierzyć się z takimi samymi problemami z którymi musiał zmierzyć się sam autor. Przy czym jest tak, że on ci już daje to rozwiązanie. Miałem to szczęście, że mogłem tłumaczyć autorów, których lubię albo których sam wybrałem. Rozmawiam z nimi, prowadzę z nimi dialog, ale z drugiej strony to też jest dużo takich ćwiczeń. Najbardziej chciałbym ponownie móc przetłumaczyć kogoś z klasyków. Bardzo długo pracowałem nad „Nędznikami" Wiktora Hugo, to było koło tysiąc trzysta pięćdziesiąt stron. Kiedy miałem już przetłumaczonych pięćset stron ukazało się nowe tłumaczenie.

Małgorzata Kolankowska: Chciałabym cię jeszcze spytać o twoje związki z Polską ponieważ jedna z twoich powieści nawiązuje do jednego z miejsc w Polsce chociaż historia ma charakter bardziej uniwersalny.

Adolfo Garcii Ortega: Tak to historia dziecka które umiera w Auschwitz. Jego tytuł brzmi „El comprador de aniversarios". Jest to historia dziecka, które było w Oświęcimiu. Jest to dziecko o którym pisze też w swojej powieści Primo Levi. Przeczytałem ją jakieś dwadzieścia osiem klat temu i pamiętam napisał o tym dziecku na trzech stronach powieści i zamieścił tam takie zdanie: „To co pozostanie z historii tego chłopca, to jest właśnie to, co ja w tej chwili piszę".
I to tak bardzo mnie poruszyło, że nagle przyszła mi do głowy cała historia.
Co stałoby się z tym dzieckiem, gdyby przeżyło. Oczywiście mogłyby być to bardzo różne losy. Tak więc ta powieść ukazuje możliwe rozwiązania, ale przyszło mi też do głowy opisanie losów jego rodziców. Miała to być też historia o miłości. To czego chciałem uniknąć, to bardzo mocno wejść w temat Oświęcimia i badać ten temat, ale było to nieuniknione. Zbierałem przez lata o tym materiały, oglądałem filmy dokumentalne, czytałem różne dokumenty i relacje i w końcu odwiedziłem Oświęcim. Bohater tej powieści wyrusza do Oświęcimia, ale po drodze na autostradzie w Niemczech ma wypadek i w końcu tam nie dojeżdża. W związku z tym jest w szpitalu i wyobraża sobie losy tego chłopca. co mogło mu się wydarzyć. Nie wspomniałem wcześniej, że ten mój bohater jest pisarzem i jedzie do Oświęcimia, aby o tym opowiedzieć.


Małgorzata Kolankowska: Spytałam teraz Ortegę, czy ten bohater książki o Auschwitz jest jego alter ego? Ale odpowiedział, że nie nie jest, ale ma książkę o ojcostwie, gdzie bohaterkami są dwie córki. Pisarz ma właśnie dwie córki, ale one zawsze podkreślają, że to nie jest książka o nich.

Adolfo Garcii Ortega: I wtedy ja odpowiadam: „skoro one to nie wy, to on, to nie ja".

Małgorzata Kolankowska: Na koniec chciałabym zadać pytania o miejsca. Czy miejsca są ważne, czy powracają w twoich powieściach. Ponieważ do tej pory mieliśmy autorów którzy nas przenosili gdzieś w okolice Barcelony. Wczoraj autorka i bohaterka przeniosła nas do Nowego Jorku. Czy ty też masz takie swoje miejsce? Czy byłoby nim Valladolid czy też nie?

Adolfo Garcii Ortega: Napisałem dwie powieści o Valladolid z mojego dzieciństwa. To był czas bardzo ciemny i ponury - czasy frankistowskie. Tak że nie jest to doby obraz mego miasta w powieści. Jest też historia mojego wujka, tego wspomnianego już mordercy. I powieść „Cafe Hugo" (Kawiarnia Hugo), która również dotyczy  Valladolid. Ale moja powieść „El mapa de la vida" (Mapa życia), która jest o Madrycie, w tej powieści jest wyraźnie zaznaczona moja ogromna miłość do Madrytu. Poznałem go w wieku ośmiu lat i od tego czasu stał się moim drugim miastem, właściwie ożeniłem się z Madrytem. Mieszkałem również przez siedem lat w Barcelonie. Ale to nie był mój świat. 

Na koniec Adolfo Garcii Ortega rozdawał autografy.

 

 

Opr. GLK

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.