fesstiwal słowa w piosence
--

Rozmowa z Davidem Lleonte: „Pisząc zdałem sobie sprawę, że kiedy piszę o tych prawdziwych faktach czy historiach, to ta moja powieść zamienia się w dystopię

[26.08.16]

Dwudziestego trzeciego dnia Miesiąca Spotkań Autorskich późnym popołudniem gościliśmy urodzonego 1973 roku w Madrycie powieściopisarza, dramaturga Davida Lleonte.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

David Llorente, Małgorzata Kolankowska, prowadząca i tłumaczka, oraz Justyna Nowicka również tłumaczka

Małgorzata Kolankowska:  Urodził się w 1973 r., dzieciństwo i młodość spędził w sercu Madrytu. Później wyjechał do Pragi. Tam zajmował się nauczaniem języka hiszpańskiego i kierował hiszpańską grupą teatralną, która później wystawiła wiele jego sztuk teatralnych. Swoją pierwszą powieść pt. „Kira" opublikował w wieku dwudziestu pięciu lat. Potem wydrukował kilka swoich kolejnych powieści i sześć sztuk teatralnych. Co ciekawe, mówi o sobie coś takiego, że: „Są dzieci, które zostaną pisarzami, czy tego chcą, czy nie. To te, które otwierają oczy i obserwują świat”. No cóż zobaczymy czy te słowa się nam tu sprawdzą i jak nam tu będzie David Lleonte o sobie opowiadał.

Jego pisarstwo jest bardzo różne, obejmuje różne ścieżki i różne tematy. A więc zmieniamy dzisiaj klimat, wracamy do Madrytu. Wczoraj była Lima, dzisiaj naszym bohaterem jest Madryt i nieco inna droga.

Pierwsza powieść, której fragment dzisiaj wysłuchamy nosi tytuł „Madrid: frontera". Tytuł nieco enigmatyczny. Może powiemy o nim parę słów zanim zacznie nam David go czytać.

David Llorente pokazuje swoją książkę, której fragment w tłumaczeniu Justyny Nowickiej mogliśmy wysłuchać w niedzielę, 24 lipca w Mediatece.

David Lleonte: Dobry wieczór Państwu! Chciałbym przy okazji bardzo podziękować za zaproszenie. W Polsce jest po raz pierwszy. Jeżeli chodzi o tytuł, to jest taka powieść czeskiego pisarza, która nosi tytuł „Moskwa. Granica", tak jak moja nosi podobną nazwę „Madryt. Granica". Ona mi się bardzo podobała i pomyślałem, żeby coś podobnego wykorzystać w tytule. Miałem oczywiście więcej propozycji tytułu i wszystkie wysłałem do swojego wydawcy, no i on zdecydował, że moja powieść będzie nosiła nazwę. Moja powieść odnosi się do kryzysu, który ma od kilku lat miejsce w Hiszpanii. Jest to powieść społeczna w której eksploruje dramat kryzysu, a jednocześnie chodzi o to, do jakiej granicy w nas  możemy dojść my sami?

Małgorzata Kolankowska:  W takim razie posłuchajmy?


David Lleonte: 
Przeczytam Państwu fragment zaczerpnięty z początku mojej powieści.

­1. Matka wszystkich nieszczęść
 
Ojciec Symeon
 
   
Nazywasz się Igi W. Manchester. Masz trzydzieści lat i twoje życie jest niekończącym się deszczowym dniem. Nie wolno ci o tym nigdy zapomnieć. Utrata tożsamości (kiedy nie wiemy, kim jesteśmy) jest matką wszystkich nieszczęść. Rozumiesz?
    Tak.
    Dobrze.
    Możesz teraz otworzyć oczy. Na suficie twojego pokoju jest zdanie (które nie ty napisałeś): Śpij dalej. Nie zwracaj na nie uwagi. Wstań.
    Mimo że jeszcze jest ciemno?
    Nie daj się zwieść. Od wielu lat jest ciemno. Słońce (zapamiętaj to dobrze) musi zacząć świecić w tobie. To ty (Igi W. Manchester) masz sprawić, że pewnego dnia znowu wzejdzie nad Madrytem. Rozumiesz?
        Tak.
    Dobrze.
    Na korytarzu swojej kwatery spotykasz pana Nausíę. Przypomina ci, że jesteś mu winien za pięć miesięcy i pyta, kiedy zapłacisz.
    Co mu odpowiadam?
    Mówisz mu prawdę. Wtedy pan Nausía proponuje ci układ: Zwolnisz pokój i przeniesiesz się na fotel uszak w salonie.
    Przyjmuję?
        Patrzysz mu w oczy i mówisz tak: Nazywam się Igi W. Manchester. Mam trzydzieści lat. Całe moje życie jest niekończącym się deszczowym dniem. Utrata tożsamości (kiedy nie wiemy, kim jesteśmy) jest matką wszystkich nieszczęść.
    To coś daje?
    Nie.
    Pan Nausía mówi, że jeśli nie przyjmiesz jego ostatniej propozycji (tej z przeniesieniem się na fotel uszak w salonie), to lepiej będzie, żebyś się zwijał i więcej nie wracał.
        Co robię?
    Trzaskasz drzwiami. Winda nie działa. Stopnie są pełne żebraków. Musisz po nich deptać, żeby wyjść na ulicę.
    Na jaką ulicę?
    Ulice Madrytu już nie mają nazw. Ta ulica, po której idziesz (w rzeczywistości) jest aleją, która przecina miasto z jednego końca na drugi. Chcesz, żebyśmy nadali jej nazwę? Możemy ją nazwać Aleją Głodu. Może być?
    Tak.
    Trzeba było wziąć parasol. Woda spada na dachy, na latarnie, na kałuże.
    I na śmietniki?
    Też.
    Deszcz wydaje monotonny i usypiający dźwięk, jakby niebo modliło się (za nami) słowami litanii. Kiedy słucha się deszczu, można tylko przymknąć oczy i pozwolić się ogarnąć smutkowi.
    Ja też?
    Prawdę mówiąc, ty nie powinieneś.
    Idziesz Aleją Głodu i chodzisz po rumowisku muzeum Prado. W jego gruzach śpią żebracy. Jakaś ręka ciągnie cię za kostkę. Ktoś prosi o kawałek chleba. Ruszasz biegiem.
    Przestraszyłem się?
    Trochę.
    Chronisz się przed deszczem na przystanku. Przypominasz sobie, że autobusy już nie jeżdżą. Ludzie (mówiono) już nie muszą nigdzie jeździć. Ale lepiej, żebyś nie myślał o dawnych czasach (które, z drugiej strony, już ledwie pamiętasz).
Lepiej, żebyś wszystko ograniczył do podstawowych spraw: Jesteś głodny. Musisz znaleźć coś do jedzenia.
    Gdzie?
    Doszedłeś do dawnego Ogrodu Botanicznego. Krążą tu (teraz) bezrobotni. Zapach roślin (deszcz mimo wszystko wydobywa zapach ze wszystkiego, na co pada) przypomina ci tamte spacery pod wieczór, w towarzystwie kobiety. Ale powtarzam ci, nie ma sensu myśleć o dawnych czasach.
    Dlaczego?
    Bo nie.
    Dochodzisz do końca ulicy i stajesz przed kościołem hieronimitów. Jest otoczony drutami, żeby zatrzymać żebraków, którzy zapełniają (leżąc jak zwierzęta) wejściowe schody.
    Co tam robią?
    Ojciec Symeon otwiera okno zakrystii i rzuca worek na śmieci. Worek na śmieci (czarny, o pojemności dwudziestu litrów) leci ponad odrutowaniem i upada u podnóża schodów. Żebracy (którzy wydawali się tkwić w letargu) podnoszą się. Walka o śmieci (naucz się wreszcie) jest zaciekła i krwawa.
    Nie wiedziałem, że tak wygląda głód.
        Pozbądź się złudzeń. Jeszcze nie wiesz, jak wygląda głód.
    Dwóch policjantów podchodzi do ciebie i prosi o okazanie dokumentów. J    eden z nich nazywa cię menelem.
    Odpowiadam mu?
    Nie.
    Głowa boli cię tak bardzo, że rozbiłbyś ją o ścianę. Powtarzam: Co myślałeś, że co to jest głód?
    Nie wiem.
        Na rogu ulicy jest sklep spożywczy.
    Wchodzę?
    Tak.
    Chodzisz przy półkach z owocami i kusi cię, żeby wyciągnąć rękę i schować do kieszeni jabłko.
    Nie robię tego?
    Nie. Nie tym razem.
    Ochroniarz (w co zmienia się człowiek, kiedy włożyć mu uniform?) idzie za tobą, w odległości mniejszej niż dwa metry. Wie, że chodzi ci po głowie myśl, żeby wyciągnąć rękę i schować do kieszeni jabłko. Co więcej, on chce, żebyś wyciągnął rękę i schował do kieszeni jabłko. Nic nie sprawiłoby mu większej przyjemności (nic nie wynagrodziłoby mu bardziej tych długich godzin nudy) niż powód, by wykręcić ci ramię na plecach i wyrzucić cię na ulicę kopniakiem w tyłek. Podchodzisz do lady. Mówisz do sprzedawcy, że nie masz pieniędzy. Chcesz tylko jabłko. Nic więcej. Deszcz (na ulicy) uderza w asfalt. Ochroniarz wykręca ci ramię na plecach i wyrzuca cię na ulicę kopniakiem w tyłek.
    Ziemia jest lodowata.
        Deszcz pada na ciebie. Stawiasz kolano na ziemi, potem drugie kolano, potem stopę, potem drugą stopę i mówisz (cicho, do siebie samego): Nazywam się Igi W. Manchester. Mam trzydzieści lat. Będzie im trzeba czegoś więcej niż kopniak w tyłek, żebym (po upadku) się nie podniósł.
    I wstaję?
    Tak.
    Źle się czujesz. Najpierw sikasz na jakieś ogrodzenie, a potem kucasz między dwoma samochodami i robisz kupę. Podnosisz oczy do nieba. Właśnie stałeś się (i wiesz o tym) jednym z tych ludzi, którzy srają między dwoma samochodami.
    Zimno mi.
    Doszedłeś do dawnej ulicy Alcalá. Ludzie czekają przed wejściem do supermarketu.
    Na co czekają?
    Wychodzi dwóch nocnych stróżów (w Madrycie już wszystko jest nocne). Taszczą (we dwójkę) sześć ogromnych worków ze śmieciami. Ciągną je w boczną uliczkę i wyrzucają do śmietnika. Potem wracają do supermarketu i zamykają drzwi. Ktoś popycha cię i przewraca na ziemię.
    Dlaczego?
    Podnosisz głowę. Ludzie wchodzą w uliczkę i wywracają śmietniki. Zobaczyłeś paczkę herbatników.
    Jestem jednym z nich?
    Pytasz, czy jesteś jednym z nich. Już zapomniałeś, że utrata tożsamości (kiedy nie wiemy, kim jesteśmy) jest matką wszystkich nieszczęść?
    Przepraszam.
    Wstajesz i wbiegasz w uliczkę. Rozpychasz się, torując sobie drogę. Dobiegasz do góry śmieci i zanurzasz ręce po łokcie. Ktoś cię popycha i odsuwa na bok. Musisz być bardziej agresywny. Inaczej nie będziesz jadł.
    Nie chcę tak.
    Widzisz, jak jakiś chłopiec chowa pod koszulką kawałek chleba. Wyrywasz mu go siłą i wybiegasz z uliczki.
    Dokąd?
    Odbiegasz w bok o sto metrów. Kucasz za drzewem i zaczynasz gryźć twardą kromkę. Czujesz ból w ustach. To tak jakby zaczynały ci znów rosnąć zęby.
    Idę po więcej?
    Lepiej zostań, gdzie jesteś.
    Dwaj policjanci (ci, co nazwali cię menelem) weszli w uliczkę. Mówią do żebraków, żeby przestali grzebać w śmieciach i wrócili do domu (nikt za bardzo nie wie, do jakiego domu mieliby wrócić). Potem chwytają chłopca, prowadzą do bramy i spuszczają mu lanie.
    Dlaczego?
        Nic nie zrobił (oprócz jedzenia ze śmietnika, to zabronione). To czysta gimnastyka. Policjanci chcieli porozciągać mięśnie. Jeden mówił do drugiego: Jestem zesztywniały i jakby przytępiały.
    Zatrzymują mnie?
    Nie.
 
Óliver
 

    Przechodzisz przez ulicę Acantilado i wchodzisz do parku Retiro. Na trawie pełno ludzi, którzy śpią (albo nie mają siły wstać).
    Jest miejsce dla mnie?
    Nie.
    Idziesz dalej. Zagłębiasz się w najdalszą część parku. Jakaś kobieta staje obok i pyta, czy zrobić ci laskę.
    Chcę?
    Odpowiadasz, że nie. Mówi, że musi wyżywić syna. Prawie jej radzisz, żeby poszła na śmietnik, ale nic nie mówisz (kobiety, które robią loda to pewnie zjadaczki śmieci, które postanowiły przestać je jeść). Pytasz, jak ma na imię.
    Jak ma na imię?
    Olivia. Pyta cię (widać, że nie masz pieniędzy), co robisz w tej części Retiro. Rozglądasz się. Kobiety urządziły mały plac zabaw na piasku, żeby zostawić dzieci na czas pracy. Mężczyźni (jak cienie wśród cieni) wchodzą i wychodzą z krzaków. Olivia zatrzymuje się na chwilę i podciąga pończochę. Pyta, czy czytałeś Te, które kochamy Aleksandra Tišmy.
    Czytałem to na studiach.
    Olivia bierze cię za rękę i prowadzi w inne miejsce Retiro, obok stawu. Pod klonem srebrzystym jest stara drewniana łódź. W łodzi jest jej syn. Widać po nim (po skórze na karku, po ukośnie osadzonych oczach, po jednej jedynej linii na wnętrzu dłoni) chorobę umysłową. Ma na imię Óliver. Pyta matkę, czy przyniosła coś do jedzenia. Ona odpowiada, że nie. Óliver nie płacze. Óliver (z przezroczystością zwierząt) smutnieje.     Zaprasza mnie do łodzi?
    Tak.
    Patrzycie na padający deszcz. Pod klonem srebrzystym nie mokniecie. Przypatrujecie się światłom miasta, które świecą (nie dając ciepła) poza ogrodzeniem Retiro. Olivia mówi ci, że życie w Madrycie zamieniło się w powieść Petera Handke. Wszystko jest proste i straszne. Przytakujesz. Deszcz pada na staw i tworzy na nim bańki i fale.
    Ładnie to wygląda?
    Nie.
    Olivia rozgląda się i wyjmuje książkę. Otwiera ją na przypadkowo wybranej stronie i przesuwa opuszkami palców po papierze. Mówi ci, że nigdy nie zapomni, jak pierwszy raz czytała Kenzaburō Ōe. Rodzice chorych dzieci. Dzieci bez wątroby, które wydalają białe odchody. Wkrótce przestaje mówić. Po co użalać się niebu? Niebo odpowiada tylko deszczem. A deszcz robi jedyne, co potrafi: Pada.
    Nadchodzą jacyś mężczyźni.
    Słychać głosy w ciemności (cienie poruszające się wśród cieni). Olivia chowa powieść, wysiada z łódki i idzie do pracy.
    Odprowadzam ją wzrokiem?
    Nie.
    Chłopiec cię obserwuje. Pyta, czy jesteś narzeczonym mamy. Odpowiadasz, że nie. Óliver (znowu smutnieje) bawi się liściem opadłym z klonu srebrzystego. Mówi, że mama miała wielu narzeczonych. Jemu (jednak) żaden nie przypadł do gustu. Wszyscy się od niego odsuwali. Jakby to mogło na nich przejść (mówi).
    Jest bardzo szczupły.
    Chwytasz chłopca za rękę i wyprowadzasz z łódki. Pyta, dokąd go prowadzisz. Mówisz, że poszukacie czegoś do jedzenia. Óliver podskakuje i mówi: Hurra.
    Gdzie mam znaleźć coś do jedzenia?
    W tej części Retiro nie ma żadnego oświetlenia. Óliver ściska cię za rękę. Mówisz, żeby się nie bał. Ty go obronisz przed dzikimi zwierzętami (obojętnie, jakie będą). Óliver mówi: Mama powiedziała, że wszystkie zwierzęta zniknęły.
    Zawstydziły się człowiekiem i odeszły. Niektóre dzieci nigdy nie widziały zwierzęcia. Nasze mamy opowiadają nam historie o psach i kotach, a my nie wiemy, co sobie wyobrazić.
    Są obrazki w książkach.
    Opowiadasz mu o ptakach. Óliver wybucha śmiechem i mówi, że w to to nie uwierzy. Latające zwierzęta! I wybucha śmiechem.
    Lubię, kiedy się śmieje.
    Dochodzicie do stawu i pytasz Ólivera, czy nie ma też już karpi pod wodą.
 Óliver patrzy na ciebie rozpłomienionymi oczyma. Jesteś taki zabawny. Zwierzęta pod wodą. Jak miałyby oddychać? Nie odpowiadasz.
    Wracamy na łódkę?
    Nie.
    Na szczęście znajdujesz śmietnik (średniej wielkości), który jeszcze nie został złupiony.
    Dlaczego?
    Podnosisz pokrywę (pomarańczowego koloru) i widzisz, że (faktycznie) jest pełen worków ze śmieciami. Chwytasz ten, który leży najwyżej i otwierasz go. Są w nim dwie połówki banana i karton soku gruszkowego. Kucasz obok Ólivera i mówisz, że znaleźliście coś do jedzenia. Óliver całuje cię w policzek i mówi: Hurra.
    Gdzie jemy?
    Wchodzicie do teatrzyku lalek i siadacie na widowni. Mówisz Óliverowi, żeby nie zjadł wszystkiego (trzeba zostawić coś dla mamy). Óliver uśmiecha się na dźwięk słowa „mama”. Jesteś jej narzeczonym? (pyta).
    Nie.
        Zjadacie połówki bananów i wypijacie połowę soku gruszkowego. Rozumiesz teraz, dlaczego nikt nie grzebał w tych śmieciach? Ktoś polał je chlorem (czasami tak robią, żeby odstraszyć żebraków).
    Kurwa.
    Nie możesz mówić. Język zgrubiał ci tak, że myślisz, że się udusisz. Otwierasz usta i próbujesz zwymiotować. Tracisz przytomność. Potem wszystko jest ciemnością.
    Chcę się ocknąć.
    No, wiem. Obojętne, co byś chciał.

Przekład: Justyna Nowicka

Małgorzata Kolankowska: Rozmawiamy tutaj każdego dnia o miastach. Mamy już jakiś obraz Barcelony, obraz Madrytu, wczoraj Limy. Dzisiaj ten Madryt Llorente, który poznaliśmy dzięki fragmentowi jego powieści niezbyt zachęca aby go odwiedzić. Bardzo mroczna jest ta wizja, którą przekazał nam David. Ma się wrażenie, iż musiałeś spędził dużo czasu (tu tłumaczka zwraca się do pisarza) spacerując, obserwując miejsca,ludzi mieszkających w Madrycie,. Czy rzeczywiście, to są twoje własne doświadczenia?David Lleonte: W tytule powieści jest Madryt, ale tak naprawdę nie chciałem konkretnie pisać o Madrycie. Tak naprawdę chodzi mi o jakiś duże miasto, właściwie o jakiekolwiek duże miasto czy stolicę, w której dochodzi do kryzysu. Ale oczywiście,kiedy zaczynam pisać potrzebuję w głowie jakiegoś punktu odniesienia, w postaci konkretnego miasta, które znam, tak żebym mógł swoim umysłem podążać za tym znanym mi obrazem, a nie wymyślać go od początku. To znaczy potrzebuję jakichkolwiek znanych sobie dzielnic czy elementów miasta. A jeżeli chodzi o moje własne doświadczenia w tej książce, to na początku tak, chciałem napisać o rzeczach, które sam widziałem sam przeżyłem albo o których mi opowiedziano. Natomiast pisząc zdałem sobie sprawę, że kiedy piszę, o tych prawdziwych faktach, prawdziwych historiach, to ta moja powieść zamienia się w dystopię, w coś zupełnie innego niż utopia. I że wszystko staje się jeszcze bardziej niesamowite i niewiarygodne niż książki science-fiction. Małgorzata Kolankowska:  Jest to tak bardzo prawdziwe, iż wydaje się nam, że to nas przenika, przytłacza i że niemożliwe byłoby tego nie widzieć...

David Llorente na stoisku ze swoimi książkami

David Lleonte: Rzeczywiście, to co przedstawiam w tej powieści jest takie bardzo twarde i ciężkie. I rzeczywiście, ostatnio byłem na spotkaniu w Klubie Książki w Hiszpanii i jeden z czytelników obecnych na sami powiedział, że właściwie był zły na mnie o to, iż w tej powieści nie ma nadziei. Ja mu na to odpowiedziałem, że być może nadzieja jest gdzie indziej niż on jej szuka, dlatego, że wszystkie moje postacie walczą. I tak właśnie chciałem je przedstawić, narysować jako postacie walczące mimo iż przeważnie te ich potyczki i ich walki, to są walki przegrane. I tak samo ten aktywny narrator, który występuje w tej powieści, pokazuje miejsca, które powinny inaczej funkcjonować, nie jest to narrator, który milczy, tylko zabiera głos. Według mnie jest w tym też zawarta pewna nadzieja.

Małgorzata Kolankowska: To jest tak trochę, że jakbyś próbował rozbić mit Madrytu, tego miasta o którym się mówi, że „z Madrytu prosto do nieba", a tu nagle taka przygnębiająca, smutna i mroczna wizja. Jeżeli rozmawiało się tutaj dużo o literaturze, to często pojawiało się pytanie do autorów: „a co z kryzysem w Hiszpanii?" Czy kryzys został jakoś napisany? Bo do tej pory lektury, których fragmenty zostały nam odczytane właściwie omijały ten temat. Albo była to jakaś historia z przeszłości, albo historia zupełnie nie związana z teraźniejszością. I czuło się tutaj taki niedosyt u Państwa, naszych czytelników. Co z tym kryzysem?

David Lleonte: Nie pisze się na ten temat, a ja uważam że to duży błąd. Ale nie tylko w literaturze, tak samo w innych dziedzinach sztuki; malarze, rzeźbiarze, twórcy komiksów, reżyserzy filmowi, muzycy powinni zając się tematem kryzysu i jak się dziwię, że tak się nie dzieje. Ja tutaj, w swojej powieści mówię o ludziach, którzy zostali pozbawieni domu, którzy zostali po prostu wyrzuceni na ulicę. Piszę o ludziach, którzy stracili pracę, o ludziach, którzy muszą mieszkać w kartonach. I mówię też oczywiście o studentach, którzy by dokończyć studia muszą wyjechać do innego kraju ponieważ w Hiszpanii nie znajdują, tego, co jest im do tego potrzebne. Są też naukowcy hiszpańscy, którzy otrzymali nagrody zagraniczne, podczas gdy w Hiszpanii nie dostali żadnej subwencji lub stypendium.Jeśli chodzi o ten fragment, który teraz przeczytałem, o śmieciach, to jest taka prawdziwa anegdota mianowicie, kiedy pojechałem do Hiszpanii na wakacje zobaczyłem, że niektórzy z moich sąsiadów wynoszą śmieci w dwóch workach; w jednym worku były śmieci, które były już zupełnie bezużyteczne i nie można było przeprowadzić na mnich żadnego recyklingu, a drugi worek pozostał taki półotwarty i inni sąsiedzi z tego miejsca, gdzie mieszkam, którzy no owszem mieli dom, ale pracy już nie mieli, potem schodzili i w tych śmieciach szukali czegoś do zjedzenia: kawałek chleba, jakieś owoce, czuli się przy tym zawstydzeni.

Małgorzata Kolankowska:  Z twoimi doświadczeniami związana jest taka potrzeba mówienia o tym, co jest trochę takie zamiecione pod dywan, bo między słowami mówisz o misji pisarza, żeby podnieść ten dywan i pokazać co jest pod nim ukryte. Właściwie jesteś pierwszym z pisarzy tutaj, który tak bardzo otwarcie mówi akurat o tej wstydliwej kwestii jaką jest bezdomność czy bezrobocie. bo wielu z nich przed tobą spotkaliśmy, ale mówili głównie o różnych innych historiach i problemach społecznych omijając jakby te związane z kryzysem.

David Lleonte: Moje zdanie jest takie, iż pisarze zostali zdeaktywowani. Jest tak, że wielu pisarzy w tej chwili pisze pod kątem popularności, tzn. piszą bo chcą pojechać na jakiś festiwal, piszą, bo jest moda na takie, a nie inne ujęcie danego tematu, piszą bo chcą coś wydać i chcą być zaproszeni w jakieś miejsce. No i żeby tak się stało, to muszą żyć dobrze z wydawcami, z krytykami. W takiej sytuacji nie można mówić prawdy wprost, ani poruszać niewygodnych tematów. Ale prawdziwa praca pisarza polega na tym, „że choćbyś miał dostać w pysk, choćby ci mieli wyłamać któregoś dnia zęby, to musisz powiedzieć prawdę". Nie możesz zamilknąć. Na tym polega praca współczesnego pisarza.

Małgorzata Kolankowska: Jeszcze na sekundę chciałabym wrócić do tego fragmentu. Przewija się tutaj wątek tożsamości. W pewnym momencie mówisz, że ulice nie mają już nazw. Później mówisz, że matką wszystkich nieszczęść jest utrata tożsamości. Czy należy zrozumieć to tak, że miasto utraciło swoją tożsamość.

David Lleonte: Niektóre rzeczy są pisane pod wpływem intuicji po to, żeby stworzyć wrażenie opuszczenia, smutku czy bezbronności. Pisarz czasami szuka własnej intuicji, no i jednym z takich sposobów, które podpowiedziała mi moja intuicja było usunięcie nazw ulic. Ale jak widać na okładce książki Madryt jest położony nad morzem i odmywa wybrzeże madryckie. W tym morzu żyją na przykład syreny i niektórzy ludzie, kiedy ich słuchają, bo nie wszyscy ich słuchają, ale ci którzy tak, przerywają swoje zajęcia i idą za głosem tych syren. Wychodzą na ulicę, przechadzają się po mieście, dochodzą do wzgórza Kantirado i stamtąd rzucają się w toń. Jest bardzo smutna rzecz związana z kryzysem mianowicie jego konsekwencją jest wzrost samobójstw. O tym oczywiście się nie mówi otwarcie. Nie usłyszy się o tym w wiadomościach telewizyjnych. Chciałem dotknąć tego tematu w taki metaforyczny niebezpośredni sposób; to przywołanie syren, morza, rzucanie się w jego toń itp. Jak chwycimy tą książkę, jak zaczynamy o niej opowiadać, to wydaje się, że będzie jeden wielki płacz i lament aż do samego końca. Ale to tak nie jest. O tej powieści powiedziano, że jest powieścią społeczną, albo, że jest powieścią noir. Ja w czasie jej pisania do skonstruowania mojej wizji wykorzystałem też elementy science-fictio, co może być, co może się zdarzyć. Dlatego bardzo ważna jest współpraca z czytelnikiem. Czytelnik musi zobaczyć, że rzeczywiście jest tu trochę science-fiction, ale to jest pewna rama, a pod tą ramą kryje się powieść o tematyce społecznej.


Małgorzata Kolankowska:  Skoro jesteśmy przy czerni chciałam zapytać o tą fascynację właśnie takim rodzajem powieści mrocznej ciemnej. W Hiszpanii słowo novela negra, czyli czarna powieść, to jest zwykle powieść kryminalna osnuta wokół jakieś zbrodni. I mam pytanie: czy żeby pisać tą powieść trzeba mieć tą czerń w sobie?

David Llronte i tłumaczka jego tekstów Justyna Nowicka

David Lleonte: Nie. Na innym spotkaniu z czytelnikami w Hiszpanii zdarzyło mi się, coś bardzo ciekawego. W poprzedniej powieści opowiadam o swojej madryckiej dzielnicy, która w pewnym momencie przeżywała rozkwit narkotyków, przede wszystkim heroiny. I to jest taka bardzo twarda powieść z powodu tych wszystkich tematów, których dotykam, czyli właśnie narkotyków, handel nimi, prostytucja, przestępczość, mafie itd. I zdarzyło mi się na tym wspomnianym spotkaniu coś takiego, były tam takie panie, które patrzyły na mnie i dosyć uważnie mnie obserwowały. Po spotkaniu podeszły do mnie i mówią: „No trochę uspokoiłyśmy się, bo myślałyśmy, że jesteś potworem". Zawsze zanim zacznie się pisać jakąś historię, trzeba coś o tym przeczytać, zdobyć na ten temat jakąś dokumentację. Trzeba się tak naprawdę dowiedzieć o czym piszemy. W czasie tego procesu dokumentowania powieści rzeczywiście pisarz może się dużo nacierpieć, dlatego, że musi się zapoznać chociaż by ze światem przestępczości, czyta o psychopatach i różnych innych towarzyszących temu problemach. Jeżeli to trwa rok lub kilka lat, no to rzeczywiście nie pozostaje to bez wpływu na psychikę autora. Jeżeli czytelnik też się męczy i odczuwa przykrość w czasie czytania no to, o ileż bardziej przeżywa to sam pisarz? Małgorzata Kolankowska:  No tak, ale to jest jego wybór. Wybierasz to cierpienie sam i sam prowadzisz je ścieżkami przestępczości, morderstw. Mógłbyś przecież wybrać kwiaty, słońce, romantyczne spotkanie, a z jakiegoś powoduwybierasz zupełnie coś innego. Co tak bardzo fascynuje cię w zbrodni, w umyśle np. seryjnego mordercy, że postanawiasz się zanurzyć w tą rzeczywistość? David Lleonte: W powieści kryminalnej czy detektywistycznej jest wiele warstw. Mamy tam aspekt zbrodni, rozwiązywania zbrodni i jej kulis, uwarunkowań społecznych. I jest tam sam temat zła. Zło jako przedmiot zainteresowania. Bardzo łatwo jest tak naprawdę czynić zło, zło jest proste. Trudniej jest czynić dobro. Natomiast jeżeli w postaci mamy walkę między dobrem i złem, stroną jasną i ciemną jego osobowości, to to się staje bardzo ciekawe od strony literackiej. W moich powieściach sprawca, główny bohater często jest typem psychopatycznym. Dzieje się tak dlatego, że psychopaci są w stanie kreować taką osobowość fasadową na użytek rodziny, znajomych, przyjaciół, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że żyją razem np. z zabójcą. Natomiast w środku jest takie piekło, które się w nim kotłuje.Mnie to zawsze bardzo interesowało. Jest to rzeczywiście odwieczny temat, który znajdujemy we „Władcy Pierścieni" w Harrym Potterze, w „Gwiezdnych Wojnach" i od zawsze w literaturze i sztuce.

Małgorzata Kolankowska: No tak, to zło, o którym wspomniałeś jest też widoczne w „Gwiezdnych wojnach", Harry Potterze, to zło potrafi bardzo mocno pociągnąć nas na drugą stronę mocy, na tą ciemną stronę mocy. Czy nie boisz się, że pisząc takie rzeczy , w pewnym momencie też przejdziesz na „drugą stronę mocy" albo sprawisz, ze ktoś zacznie przechodzi na tamtą stronę? Na przykład, że ta powieść okaże się rzeczywistością?

David Lleonte: Ja jestem z gruntu dobry. Musimy jednak pamiętać, że czytamy powieść i że pozostaje to tylko powieścią. Natomiast możliwe że czytelnicy, którzy
czytają tego rodzaju książki są w jakiś sposób zafascynowani tematem zła. Ale ja myślę, że tutaj ten komponent społeczny jest ważniejszy i bardziej nośny niż intryga kryminalna.Ale moja pierwsza powieść była bardzo ładna. Opowiadała o miłości.

Małgorzata Kolankowska:  I przyszło rozczarowanie i zacząłeś pisać o czymś innym?

David Lleonte: Napisałem pierwszą powieść jak miałem dwadzieścia trzy lata. I zawsze pisze się o tym, co się zna. Ja wtedy wiedziałem bardzo mało o życiu. Napisałem o rzeczach, które mnie się wydarzyły. Byłem w takim małym miasteczku i pamiętam, że wieczorem gdzieś w okolicy wył pies i bardzo mi się to podobało jak on siedział w świetle księżyca i wył w jego kierunku. Pytałem okolicznych ludzi, dlatego ten pies tak wyje, a oni nie chcieli mi nic na ten temat powiedzieć. I w końcu taki starszy pan powiedział: „Kiedy pies wyje, to ktoś umrze". W tym zdaniu
wyczułem już pomysł na powieść. Jak usłyszałem to zdanie, to pobiegłem do domu, żeby zacząć pisać. W tej powieści oprócz wyjącego psa jest też miłość dlatego, że tak jak mówię, każdy pisze o tym co zna, a ja w tamtych czasach znałem to miasteczko i miałem w nim jakieś swoje przeżycia, więc o tym pisałem.

Opr. GLK.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.