fesstiwal słowa w piosence
--

Miesiąc Spotkań Autorskich, Spotkanie z Haną Lundiakovą

[17.08.16]

Chcielibyśmy przedstawić Wam jednego z gości tegorocznego Miesiąca Spotkań Autorskich we wrocławskiej Mediatece.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Hana Lundiaková, muzyk, pisarka, redaktora, akordeonistka, piosenkarka, korektorka, pracuje w charakterze redaktorki, występuje solo pod pseudonimem Stinka. Autorka wielu opowiadań i powieści. Wydała 2 płyty, jedną o dość mocnym tytule Krrrva! Kolejna płyta Bído, čau. (Precz z biedą!).



Spotkanie było wyjątkowe i rozpoczęło się od małej niespodzianki, ponieważ artystka zabrała ze sobą akordeon i wykonała kilka utworów, które są integralną częścią jej twórczości.

Posłuchaj tutaj:
https://www.facebook.com/portalksiegarski/videos/10157399020705492/

 

 

Ania Wanik: Co ma pierwszeńśtwo? Pisanie czy muzyka?

H. Lundiaková: Nie jestem w stanie rozdzielić muzyki i pisania, bo kiedy piszę, to słyszę i dogłębnie pracuję z warstwą dźwiękową tekstu. Wychowywałam się w dużym, siedmioosobowym domu, w którym Mama karmiła nas ariami operowymi a Tato, ciężką muzyką undergroundową. W muzyce undergroundowej bardzo istotna jest warstwa tekstowa i ja od najmłodszych lat słuchałam takiej muzyki. To właśnie te skomplikowane teksty ukształtowały mnie i moją twórczość.

Oto fragment tekstu, który powstał w dość nietypowych okolicznościach. Co roku, na święta Bożego Narodzenia jedno z największych czasopism kulturowych w Czechach wydaje dodatek literacki, w którym publikuje wiele ciekawych tekstów. Zlecono mi napisanie opowiadania, które miało traktować o świętach, swoją tematyką poruszać tematykę świąt, ale odmówiłam, nie chciałam pisać o świętach. I właśnie wtedy powstało opowiadanie autobiograficzne, którego istotnym punktem były wszy, bo rzeczywiście opowiada o okresie, w którym cała nasza rodzina złapała wszy. W dodatku zaczęłam dorabiać w drukarni i poznałam przedziwnego człowieka i właśnie o nim jest ta opowieść."

­

DŻODŻO

„Spadały na papier. Gęsty grzebień przejeżdżał po pasmach od karku do ciemienia. Myślałam o wszystkich matkach, które popełniają ten sam grzech, w krótkich przebłyskach myśląc o swoich synach jako o obiektach tęsknoty. Spadały na papier. Zgniotłam piętnastą, kolejne pasma włosów przeczeszę za chwilę. Muszę się załatwić. Już nawet swędzi mnie skóra pod gęstymi włosami. Drapię się. Ledwo widzę te jajeczka. Gnidy pukają niemal na wesoło. Brzmią o ton wyżej niż te, które je złożyły. Nie mogę się nie zaśmiać, widząc, jak krawędź papieru laminowana jest niesmacznym ornamentem… w dodatku czuję, jak pachnie mój syn. Jak mój jedyny syn, jego ojciec i ja w jednym. Niezrozumiała woń, esencja moich dni; w dzisiejszym dniu – pełnym strachu – jeszcze bardziej niezrozumiałym.

Syn wybija mnie z rytmu spokojnie zadanym pytaniem.

– Mamo, co to jest sperma? To wytryśnie? Matyáš i Tomáš mówili, że ze spermy rodzi się jajeczko.

Wesz spada na stół.

– Poczekaj chwilę, narysuję ci to. Chłopakom wszystko się pomieszało.

Przerywam wyczesywanie, biorę czysty papier i zaczynam. Wieczorem, przed snem, stół w dużym pokoju pełny jest naszych obrazków, syn i mój mąż swoimi rysunkami zupełnie rozłożyli moją argumentację… i tańczą, ubrani w moje koszulki nocne, do etnicznych rytmów radia Color. Są roześmiani i rozbawieni jak już dawno nie byli, a ja zgrzytam zębami, ponieważ muszę wstać o wpół do szóstej.

Rano stoję przy sklejarce. Czekam, aż klej się dobrze rozgrzeje.

Tymczasem przygładzam poszczególne bloki, które zdjęłam z pieca, które wyrosły tu przez weekend. Za mną siedzi Dżodżo. Dziwny typ. Ma wygolone pół głowy, dokładnie w osi trzeciego oka, a na reszcie głowy poczochrany tapir. Nikt go nie myli z hipsterem, choć wąsy by mu pasowały, nikt go nie bierze za intelektualistę, ponieważ wygląda jak kopia Artauda. Wygląda tak, jakby podczas strzyżenia udusił fryzjera w kryminale lub w armii i uciekł. Ale wygląda tak ciągle, więc logicznym jest, że nikt nie wie, co o nim myśleć. A to mu zawsze wychodziło.

W wolnym czasie Dżodżo załatwia kokainę dla muzyków i sztabów filmowych, bez

względu na to, czy sam przy tym wciąga, czy nie – na tyle jest wierny swoim przekonaniom. Tutaj naostrzył mi siekierę. Permanentnym markerem rozpisał na całym toporku nazwiska znanych reżyserów, piosenkarzy i dziewczyn, z którymi się pieprzył, na ostrzu nakleił – chyba dlatego, żebym się nie pocięła – uśmiechniętą naklejkę z dwiema powiewającymi chorągwiami. Nie boję się go, policja owszem, oczywiście. Zadzwonili do nas, za gąszczem krzaków nie było ich kompletnie widać, takie dwa maluchy. Krzyknęłam z okna:

– Kto tam, nikogo nie widzę!

– Policja, potrzebujemy czegoś od pani.

Zatrzasnęłam okno w przekonaniu, że ktoś ze mnie żartuje. Zadzwonili znowu:

– Tu policja i nie mamy…

Ostatecznie pół godziny staliśmy przy furtce, ale niczego nie wyśpiewałam, nawet tego, że Dżodżo zaczął chodzić na krav magę, ani tego, że posiada ogromną kolekcję pasożytów.

Dżodżo siedzi przy stole rzemieślniczym, regularnie i rytmicznie ugniata

pakę i żłobkuje brzegi okładek. Milczy, zalatuje stęchlizną jego singiel-pieczary, jego długi, czarny, pięciorożny sweter spływa z krzesła i jednym z rogów zamiata o ziemię. Kiedy nie ma tu szefa, z wstrzymanym oddechem i zszargana twarzą drukuje ulotki i wlepki Antifa. Kierownik o tym oczywiście wie i jest mu wszystko jedno.

Sklejarka pracuje. Dżodżo podaje mi kilka sprawdzonych, gotowych okładek. Znowu ma piękne limo pod prawym niebieskim okiem. Wyrównuję do kreski i na maszynie usztywniam rozłożoną okładkę. Odłamuję bloczek, wkładam

do szyny, palcami delikatnie wyrównuję strony, wciskam przycisk, który mocno chwyta blok w sklejarce i już prześlizguje się do kleju, i z jego cieniutką warstewką do okładki. Szybko przesuwam się na drugi koniec, skąd właśnie wyjeżdża gotowa książka. Obracam ją na bok, wygładzam grzbiet, aby książka się nie rozczepiła, i w ten sposób będę postępować przez cały dzień. Śmieszna życiowa pewność.

Niemal przez cały czas stoję. Nogami powoli wrastam tu w ziemię. Szef i Dżodżo nieustannie siedzą na tyłkach. Szef podczas pracy permanentnie ogląda kanał BBC. Czasem sobie wyobraża, że krzesła są na kółkach, a oni poruszają się po

warsztacie jako niepełnosprawni na wózkach, wyłącznie dzięki rękom. Takie prawie maszyny. Szef jednak czasami się zatrzymuje. Rozmawia twarzą w twarz z klientem i dyskretnie wypycha go w stronę drzwi, żeby za długo nam nie przeszkadzał albo z pogardą przystępuje do krajarki i oburącz kroi papiery, i patrzy przy tym w skupieniu między piersi rozpustnej, cudnej kotki na naklejce.

– Mamy wszy – przemówiłam po raz pierwszy od rozpoczęcia pracy, która dzięki słuchaniu Einstrurzende Neubauten szła nam jak z płatka. Dżodżo zareagował natychmiast.

– Masz też jakieś żywe? Nie zniszcz wszystkich. Zabierz kilka dla mnie. Włożę je do pudełeczka. Potrzebuję nowych okazów.

– Wczoraj wyciągnęłam ich dwadzieścia jeden, ale myślę, że jakieś gnidy jeszcze zostały. Więc dopiero jak się wyklują nowe…

– Potrzebuje raczej wyrośniętych osobników.

– Jesteś zboczeńcem. Mam z twojego powodu przez tydzień trzymać w domu zawszonego chłopaka?

– Bardzo proszę… sprawisz mi ogromną radość.

– Cholera… to wszystko, Dżodżo, czego używasz jest naprawdę bardzo dziwne – trochę daję sobie ulżyć.

Pod sufitem wisi ciężka chmura oparów ze sklejarki, wszyscy troje się tego nawdychaliśmy. W krótkim czasie to poprawia humor. Odwrotnie. Szef kupił maszynę od wdowy po przedwcześnie zmarłym drukarzu. Miał przeżarte płuca. Może wpuścimy tu tlen?

Żadna odpowiedź nie nadchodzi, dlatego wychodzę na offset i otwieram na oścież górne okna, co sprawia, że Dżodżo jeszcze bardziej garbi się nad stołem.

Nie znosi pobytu na świeżym powietrzu, pośrodku żylastej metropolii, jak sam mówi o tym dostojnie: na oczach Brata i w godzinach Nienawiści. Od razu lepiej mi się oddycha i wyobrażenie śmierci przez zatrucie jest zażegnane.

– Wiecie, dlaczego ciągle są epidemie wszy? A tak na marginesie, w tym roku jest nasilenie, ale w wiadomościach o tym nie powiedzą – zadaje pytanie Dżodżo. Trzymam język za zębami.

– Co dekadę przychodzi nasilenie. Powstaje olbrzymia ilość insektycydów, przeciwko którym wszy momentalnie budują sobie odporność. Zanim chemikalia

się wyprzedadzą i na rynku pojawiają się nowe, bardziej skuteczne, wybucha epidemia. Biznes.

– No tak, Dżodżo, nie martw się, nie kupię tego – wyrzucam z buzi słowa i natychmiast tego żałuję, może nie mówił tak ze swojego powodu. Przez resztę szychty Dżodżo się nie odzywa. Gryzę się w cyniczną wargę.

W domu po pracy nawet się nie zagrzeję, a już ktoś dzwoni do furtki.

– Policja! Chcemy z panią porozmawiać. I nie mamy na to całej wieczności!

– Przecież niedawno tu byliście! Co się dzieje?

Oczywiście znowu Dżodżo. Nic nie powiedziałam. Tylko mu wspomniałam o ich wizycie.

Potem cały tydzień w warsztacie Dżodżo milczy, a ja wieczorami bacznie kontroluję, jak wszy zmieniają się w coraz bardziej dorodne i silniejsze osobniki, żeby szóstego dnia przekazać mu siedem wyjątkowych piękności w szklance po jakimś pokarmie. Radośnie odbiega i wraca z czerwonym bukietem, nad którym przez chwilę pręży się dumnie, a szef marszczy nos.

– Co to za jeden, ten Dżodżo, chętnie się dowiem! – żąda informacji mój mąż, kiedy przychodzę z pracy z kwiatami.

Przecież Dżodżo nie może być złym człowiekiem... Odkrywam, jak mało mi przeszkadza, że prawie nic nie wiem i polegam na intuicji. A co będzie, jeśli jest naprawdę niebezpieczny? Jak to możliwe, że jestem taka obojętna? Jak to możliwe, że wierzę Dżodżowi?

Rano znowu wrastam w podłogę przy sklejarce, obłok dymu nad naszymi głowami – cicha megaśmierć. Dżodżo pakuje okładki aż do obiadu. Tuż przed

dwunastą obraca się w moją stronę, mocno drapie się po czuprynie i zadaje pytanie.

– Czy byłabyś tak dobra i zajrzała mi we włosy, chyba niektóre silniejsze osobniki mi pouciekały.

Szef na nas patrzy, zmienia kanały i dalej ze stoickim spokojem ogląda na ekranie kryzys migracyjny z prawej strony i dudniące zaproszenia na Design-szok! z lewej strony.

Dżodżo kładzie ogoloną połowę głowy na stole i nastawia mi poczochraną

połowę głowy. Wstydzę się, ostrożnie zaglądam mu we włosy. Dżodżo kaszle. Ja również kaszlę. Szef znowu przekręca kanały.

– No co… – chichocę idiotycznie, Dżodżo jeszcze bardziej.

Spadają na papier. Zabiłam siódmą. Przejeżdżam pojedyncze pasma od tyłu do góry. Paznokciem środkowego palca przejeżdżam po włosach i przyglądam się białej skórze wystawionej na cudze spojrzenie. Spadają na papier. Zabiłam siódmą. Myślę o wszystkich matkach, które dopuszczają się grzechu niewiedzy, życia z odwagą, życia z intuicją. A jednocześnie czuję, jak Dżodżo pachnie… jak

dziewczyna, jak pobite dziewczę, wrzucone w krzaki. Dżodżo przecież nie może być zły… Zgniotłam trzynastą. Dżodżo szczęśliwie się uśmiecha i patrzy jak szczenię. Skąd ich tyle nabrał? Przecież dałam mu ich wczoraj tylko siedem?! Coraz bardziej się chmurzę, koniec papieru jest laminowany rozgniecionymi wszami. Żarciki, durne żarciki...

– Dżodżo, masz ich strasznie dużo w stosunku do liczby, którą ci podarowałam! – próbuję naśladować sposób jego mówienia, żeby wiedział, że jestem zdenerwowana.

– Widocznie wszystkie się pojawiły… przepraszam, nie miałem pojęcia – odpowiada niepewnie.

– To wszystko jest bardzo dziwne, Dżodżo! Sam popatrz!

Zmianę w drukarni kończymy tak szybko, jak zaczęliśmy. Dżodżo jeszcze stale się uśmiecha, dopiero teraz zauważyłam, że ma nowe limo pod drugim niebieskim okiem i zgrzytam zębami, bo wiem o dużym, okrągłym… o Dżodżu i szefie… który ogląda zboczone losy ludzi na całej kuli ziemskiej i zna jeszcze większe głupoty ode mnie… Do jasnej cholery! Nie, nie zacznę przecież się przez

tych dwóch bać. Do cholery! Obydwaj już mnie ostro wkurzają, po szychcie idę do domu z uwagą, że pewnie jutro złożę wypowiedzenie. Tak, od razu jutro! Choćby nie było na chleb! Mąż z synem znowu węszą głupoty! Przecież my nawet telewizji nie mamy! Od razu jutro!

Tylko że jutro… Co jutro… wczoraj, nie dzisiaj, nie jutro… tylko że dzisiaj, o szóstej rano znowu do nas dzwoniła policja.

– Proszę nigdzie nie wychodzić!

– Co takiego?

– Dżodżo wsadził głowę do krajalnicy.

– Co takiego?

– Nic nie wiemy… tylko… wskazał na kolekcję owadów i podpisy celebrytów… Więc albo powiesz nam wszystko, co wiesz, od razu, albo proszę iść z nami… Proszę wybierać!“

&nb

Przekład: Anna Wanik

 

 

To opowiadanie jest jednym które znajdzie się w książce „Dzieci normalizacji“ nad którą obecnie pracuję. Staram się w niej poruszać aktualne tematy. Książka ma dość nietypową konstrukcje, każde z opowiadań zawiera w sobie pasożyta – roślinnego, bądź zwierzęcego i ludzkiego. Pasożytem ludzkim, czyli takim bohaterem jest np. bezdomny, imigrant, lub agent ubezpieczeniowy. A przyszło to z tego, że pisałam tekst w czasie fali imigracyjnej, która zalewa Europę.

 

H. Lundiaková: „Teraz zagram piosenkę która jest w pewnym sensie koncentratem tego co znajduje się w mojej książce. Wyrażam tam swój sprzeciw technologii i sieciom społecznościowych, uważam że to nie jest najlepsze dla przyszłych pokoleń a okres cyfryzacji jednocześnie przynosi ze sobą demencję cyfrową, prowadzi do degradacji cyfrowej.“

Posłuchaj tutaj:https://www.facebook.com/portalksiegarski/videos/10157398963120492/

 

Ania Wanik: Twoja piosenka jest anty społecznościowa, ale tak naprawdę ktoś kto jest pisarzem, muzykiem musi się w jakiś sposób komunikować z odbiorcami. Jak to wygląda w Pani przypadku?

H. Lundiaková: Jeżeli chodzi o scenę muzyki alternatywnej w Czechach jest bardzo mała i wszyscy się ze wszystkimi znają i są na facebooku. To jest takie miejsce spotkań wirtualnych, w których wymieniamy się twórczością i inspiracjami, ale z drugiej strony sieci społecznościowe dają takie złudne wrażenie, że ktoś jest np. sławny, a jeszcze większy problem kiedy próbuje w to wierzyć. <śmiech>

Ja jestem w takim momencie swojej drogi zawodowej, że muszę być ciągle online, ale odmówiłam posiadania smartfona, bo nie podoba mi się to, że ludzie są przyklejeni do telefonów. Ta obawa wynika z tego co się dzieje w Japonii, tam cyfryzacja doszła do takich rozmiarów, że ludzie uprawiają seks z telefonem.

 

 

Maciej Kamiński

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.