fesstiwal słowa w piosence
--

Nowość wydawnictwa Mag - Składany nóż - K.J. Parker

Nowości [06.02.13]

Wydawnictwo MAG poleca powieść fantasy K.J.Parkera zatytułowaną "Składany nóż":

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Basso Wspaniały. Basso Wielki, Bassi Mądry.

Pierwszy obywatel Republiki Wesańskiej to nadzwyczajny człowiek.

Jest bezlitosny, sprytny i przede wszystkim ma szczęście. Dał swemu ludowi bogactwo, potęgę oraz prestiż. Niestety, potęga przyciąga niepożądaną uwagę i Basso musi bronić siebie oraz swój kraj przed zagrożeniami zarówno zewnętrznymi, jak i wewnętrznymi. Przez całe życie podejmował decyzje o kluczowym znaczeniu i popełnił tylko jeden błąd. Ale jeden błąd niekiedy wystarcza.

 Zdarzało już mi się recenzować książki moim zdaniem kandydujące do wielkości. K.J. Parker raz po raz tworzy dzieła, które po prostu trzeba zaliczyć do tej kategorii. – Orson Scott Card

Powieść o morderstwie, obsesji i polityce, autorstwa jednego z czołowych głosów fantasy. – SFX

Fragment książki :

Czterdzieści lat później

Mężczyzna siedzi na dachu karety toczącej się powoli przez piaszczystą równinę. Jest odziany w drogi płaszcz, brudny i pełen plam, a na nogach ma porządne, lecz zniszczone buty. Obok niego, unikając konwersacji, spoczywają tragarz w liberii, uzbrojony człowiek oraz ponure indywiduum w nieco komicznym stroju lokaja. Przed sobą mają imponujący stos bagaży – skrzynie, kufry i pudła przywiązane mocnym sznurem do poręczy. Kareta podskakuje na kamieniu i czterej mężczyźni kołyszą się niebezpiecznie.
Ten w brudnym płaszczu spogląda na swe palce, zauważa skórkę przy paznokciu, sięga do kieszeni i wyjmuje z niej piękny składany nóż o złotej rękojeści. Trudno mu go otworzyć, coś jest nie w porządku z jego lewą ręką, palce są sztywne i dłoń nie funkcjonuje jak należy. Mężczyzna przycina paznokieć, ale w tej samej chwili kareta wpada na kolejny kamień i podskakuje gwałtownie. Składany nóż wysuwa mu się z palców. Mężczyzna próbuje jeszcze go pochwycić, dotyka noża dwoma palcami, ale nie jest w stanie go złapać. Nóż wysuwa mu się z dłoni, odbija się od poręczy i spada na ziemię.
Mężczyzna gapi się przez chwilę na pustą dłoń.
– Zatrzymajcie karetę! – krzyczy wreszcie.
Nikt nie reaguje.
– Zatrzymajcie tę cholerną karetę – powtarza mężczyzna.
Nikt nie reaguje.
Mężczyzna wstaje, kołysze się w rytm ruchu karety, traci równowagę i opada haniebnie na tyłek. Uzbrojony człowiek będący kimś w rodzaju strażnika, uśmiecha się do niego.
Mężczyzna ogląda się za siebie. Kareta pokonała już jakieś trzydzieści, może czterdzieści jardów; nawet gdyby zdołał zeskoczyć na ziemię, nie łamiąc sobie nogi albo karku, szanse znalezienia noża są niewielkie. Utracił go i tyle. Uświadamia też sobie i przyznaje w myślach, że nie jest już tym, kim był kiedyś. Jeszcze bardzo niedawno każdy wydany przezeń rozkaz wykonano by bez pytania. Teraz nikt go nawet nie słyszy. Składany nóż zniknął z jego życia szybko, nagle i nieodwołalnie, jak ktoś, kto umarł.
Mężczyzna – gdyby ktoś z trzech towarzyszy podróży zapytał go o imię, skłamałby – zamyka oczy. Kiedy to robi, jego umysł wypełnia chwila z przeszłości. Zawsze tak się dzieje, ten sam obraz, ten sam moment, gdy tylko opadną mu powieki. Od dwudziestu lat.
Widzi łoże i pięknie umeblowany pokój. Na podłodze twarzą do dołu leży mężczyzna z ozdobnym teatralnym sztyletem w dłoni. Poderżnięto mu gardło. Na łożu spoczywa ciało kobiety. Ona ma również poderżnięte gardło, ale leży zwrócona twarzą ku górze. Jej usta jeszcze się poruszają, ale oczy nabierają już tego zimnego twardego wyrazu. Gdyby opadła na nie drobina pyłu albo wylądowała na nich mucha, kobieta by nie mrugnęła. Widzi ją przez czerwoną plamę, ponieważ krew z jej tętnicy szyjnej trysnęła mu w twarz. W prawej dłoni czuje rękojeść składanego noża.
(Zawsze ta sama chwila, wiecznie mu towarzyszy. Z pewnością powinien już się do niej przyzwyczaić, przestać ją dostrzegać. Kiedyś, gdy był niewiarygodnie bogaty, kupił sobie obraz namalowany przez jednego z wielkich mistrzów i powiesił go na ścianie, naprzeciwko łoża, by był pierwszym, co będzie widział po przebudzeniu. Mówiono mu, że patrzeniem na to dzieło nie można się było znudzić. Jego doskonałe, obejmujące całość linie, idealna sublimacja symetrii i asymetrii, zawierały w sobie wszelkie możliwości świata. Po tygodniu przestał zauważać obraz. Po miesiącu sprzedał go z zyskiem i powiesił na jego miejscu zwierciadło, w charakterze kary).
Kobieta przestaje poruszać ustami w połowie niewypowiedzianego słowa, a potem po prostu osuwa się na bok, jak przewrócony nieostrożnie mebel. Uderza głową o nogę łoża z drewnianym stukiem, jak kij trafiający w piłkę.
Słyszy swe imię; nie, nie imię, lecz inne słowo, równie znajome i oznaczające to samo. Och, myśli i odwraca się. W drzwiach stoją bliźniacy, mają po jakieś siedem lat. Patrzą na niego.
– Tato?
Z jakiegoś powodu składa nóż i chowa go do kieszeni.
– Wracajcie do pokoju. Natychmiast.
Żaden z nich nie rusza się z miejsca. Gapią się na niego. Przychodzi mu na myśl, że ich miny z pewnością bardzo przypominają jego minę w chwili, gdy wszedł do sypialni.
(Wciąż mi towarzyszy, mówi, i nadal wygląda tak samo. To ciekawe. Z pewnością w tej chwili to powinien być najmniej ważny z moich problemów).
Otwiera oczy.

Jeden
Rankiem w dniu, gdy Basso (Bassianus Sewer, przyszły pierwszy obywatel) przyszedł na świat, jego matka po przebudzeniu zobaczyła nieznajomą kobietę siedzącą w nogach łoża.
Mąż wyjechał gdzieś w interesach, a służba spała na dole. Kobieta była brudna i obdarta. W ręce trzymała mały nóż.
– Cześć – odezwała się matka Bassa. – Czego chcesz?
Spojrzała za plecy nieznajomej i zauważyła, że wyłamano świetlik. Była wstrząśnięta. Nie przyszło jej do głowy, że kobieta mogła się tu wdrapać po rynnie.
– Pieniędzy – odpowiedziała nieznajoma.
Matka Bassa przyjrzała się jej z uwagą. Kobieta była mniej więcej w jej wieku, choć wyglądała znacznie starzej. Była cudzoziemką, najpewniej Mawortynką (blond włosy, perkaty nos, niebieskie oczy). O tej porze roku w mieście zawsze roiło się od sezonowych robotników z Mawortyny. Miała na sobie strzępy męskiego płaszcza, o kilka rozmiarów za dużego na nią.
– Okropnie mi przykro, ale nie mam pieniędzy – odpowiedziała matka Bassa. – Mąż nigdy mi ich nie daje. Sam załatwia wszystkie...
Kobieta chrząknęła dziwnie. Ów dźwięk wyrażał frustrację połączoną z irytacją. Tyle roboty na nic.
– Przykro mi – powtórzyła matka Bassa. – Nie mam pieniędzy. Dałabym ci, gdybym je miała. – Przerwała na chwilę. – Mam wrażenie, że bardzo by ci się przydały.
Nieznajoma łypnęła na nią ze złością.
– A na dole?
Matka Bassa pokręciła ze smutkiem głową.
– Wszystkie pieniądze w domu są w żelaznym kuferku mojego męża – wyjaśniła. – Zamknięto go na siedem kłódek i mąż zawsze nosi klucze ze sobą. Służący mogą mieć trochę miedziaków, ale zbliża się koniec miesiąca, więc raczej w to wątpię.
Kobieta trzymała nóż w ręce, zamiast go unosić. Matka Bassa doszła do wniosku, że z pewnością otworzyła nim haczyk świetlika. To był drogi składany nóż o wąskim ostrzu i złotej rękojeści. Bogaty urzędnik mógłby używać takiego do ostrzenia piór.
– Jeśli jest ci tak ciężko, mogłabyś sprzedać nóż – poradziła matka Bassa. – Na pewno jest sporo wart.
Kobieta zerknęła na nóż, a potem znowu przeniosła wzrok na nią.
– To niemożliwe – wyjaśniła. – Gdybym poszła z nim do sklepu, domyśliliby się, że go ukradłam. Aresztowaliby mnie.
Wciągnęła nagle powietrze, a potem dopadł ją głośny atak kaszlu, który trwał kilka chwil.
Matka Bassa pokiwała głową.
– To znaczy, że biżuteria również raczej ci się nie przyda – stwierdziła. – Poczuła mdłości, ale zdołała tego nie okazać. – Mogę ci tylko poradzić, żebyś wzięła sobie jakieś porządne ubranie. Garderoba jest obok, znajdź coś dla siebie.
Kobieta patrzyła na nią, rozważając taktyczne implikacje tej propozycji.
– Buty – odezwała się.
Matka Bassa nie widziała jej stóp.
– Och, mam ich mnóstwo – zapewniła. – Chyba najlepsza byłaby para solidnych butów podróżnych, dobra?
Kobieta chciała odpowiedzieć, ale znowu się rozkasłała. Matka Bassa zaczekała, aż atak minie.
– Przykro mi z powodu pieniędzy, ale może przynajmniej dam ci coś na ten kaszel? Jak długo już ci dokucza?
Nieznajoma nie odpowiedziała, ale w jej oczach rozbłysło zainteresowanie. W jej życiu medycyna najwyraźniej nie odgrywała żadnej roli. Matka Bassa odsunęła narzutę i ostrożnie wstała z łóżka, nie zawracając sobie głowy wkładaniem pantofelków.
– Najlepszy będzie syrop z owoców dzikiej róży – stwierdziła, człapiąc do stołu, na którym stała jej apteczka. Wyjęła kluczyk z małej lakierowanej szkatułki i otworzyła skrzynkę. – Na stoliku przy łożu stoi dzbanek wody. Mogłabyś mi go podać?
Kobieta zawahała się, a potem przyniosła jej dzbanek. Bose stopy miała czerwone, prawie fioletowe. Wyglądały odrażająco.
– Kiedy będę przyrządzała syrop, zajrzyj do szafki z butami. Jest tu, po lewej.
Nieznajoma z pewnością nie potrafiła przeczytać etykiet na buteleczkach. Matka Bassa nalała do szklanki odrobinę ciemnobrązowego syropu, a potem dodała wody.
– Proszę. Wypij to.
Kobieta wyjęła już z szafki dwie pary butów i trzymała je w lewej ręce. W prawej nadal ściskała nóż. Zawahała się, a potem rzuciła buty na łoże i wzięła w rękę szklankę.
– Jak już wypijesz syrop – ciągnęła matka Bassa – zadzwonię po służbę i każę przynieść posiłek. Kiedy ostatnio coś jadłaś?
Kobieta gapiła się na nią z głupią miną. Matka Bassa zaczęła liczyć pod nosem. Gdy doszła do pięciu, kobieta zachwiała się na nogach, a przy siedmiu runęła na podłogę. Z reguły trzeba było czekać do dziesięciu, nim skutki dadzą się odczuć.
Później matka Bassa zdecydowała, że podała jej za dużą dawkę (co w tej sytuacji było zrozumiałe). Co więcej, zmarła z pewnością miała słabe serce albo inną podobną dolegliwość. To było smutne, oczywiście, ale tak to już jest. Matka Bassa zapłaciła za trumnę i miejsce na cmentarzu. Uważała, że może zrobić przynajmniej tyle.
Lekarze nie potrafili określić, czy to szok doprowadził do przedwczesnego porodu. Obeszło się bez komplikacji i dziecko przyszło na świat zdrowe, choć ważyło nieco za mało. Ojciec Bassa kazał wprawić kraty w świetlik. Lepszy haczyk w zupełności by wystarczył, ale to był tego rodzaju człowiek. Matka Bassa starała się nie zauważać krat, ale zawsze odtąd towarzyszyły jej w myślach.
Padając na podłogę, kobieta najwyraźniej wypuściła z ręki nóż, który wpadł pod łóżko. Służąca znalazła go i włożyła do szuflady. Matka Bassa odkryła go tam po pewnym czasie i postanowiła zachować. Trudno go było uznać za wartościowe trofeum, lecz również nie był czymś, co można po prostu wyrzucić. Co więcej, znakomicie go wykonano. Kiedy Basso skończył dziesięć lat, matka podarowała mu nóż. Oczywiście, znał jego historię.
***
W domu posługiwał się siedmiosylabowym nazwiskiem, ale tutaj, w armii Republiki Wesańskiej, był Aeliuszem z Siedemnastego Legionu Pomocniczego, najmłodszym kapitanem w armii, i obijał się w koszarach w Mieście, podczas gdy ludziom o połowę mniej zdolnym od niego powierzano bataliony i wysyłano ich na wojnę. Pewnego dnia, gdy sprawdzał zamówienia w swym gabinecie, spokój zakłócił mu wyraźnie podenerwowany sierżant.
– Aresztowaliśmy chłopaka, kapitanie – poinformował go.
Aeliusz uniósł wzrok.
– I? – zapytał.
– Pobił wartownika.
Zwyczaje panujące w armii wymagały, by niżsi stopniem żołnierze rozmawiali z oficerami tak rzadko i krótko, jak to tylko możliwe. Aeliusz uważał, że to głupia zasada, lecz mimo to, przestrzegał jej rygorystycznie.
– Lepiej go przyprowadź – rozkazał.
To faktycznie chłopak, pomyślał Aeliusz. Raczej czternaście niż piętnaście lat, sądząc po twarzy, ale wysoki, jak na swój wiek. Niemniej, to tylko młokos.
– To dziecko zaatakowało wartownika?
Sierżant skinął głową.
– Złamana ręka i żuchwa, dwa pęknięte żebra i parę wybitych zębów, kapitanie. Rzucił się na niego bez powodu. Jest dwóch świadków.
Na ciele chłopaka nie było żadnych śladów. Wróć: zdarł sobie skórę z kostek lewej dłoni.
– Ten dzieciak zaatakował dorosłego mężczyznę bez widocznych powodów i złamał mu szczękę – skonkludował Aeliusz.
Chłopak nie patrzył na niego, lecz gapił się na ścianę za jego plecami.
– Słucham? – warknął kapitan.
Aresztowany milczał.
– Mówię do ciebie.
Chłopak wzruszył ramionami.
– Uderzyłem go, jeśli o to pytasz.
Aeliusz skinął z namysłem głową.
– Dlaczego?
– Odezwał się do mojej siostry.
– I?
Młodzieniec zmarszczył brwi.
– Zrobił jej nieprzystojną propozycję.
– I dlatego go pobiłeś?
– Tak.
Aeliusz zerknął w bok, opuszczając wzrok ku podłodze. Wniesienie oskarżenia nie wchodziło w grę. Żołnierz Siedemnastego Legionu zbity na kwaśne jabłko przez dziecko? Nigdy by się od tego nie uwolnili. Znał skądś twarz chłopaka. Nie wyglądała zbyt ładnie: krótki perkaty nos i mięsista dolna warga zasłaniająca górną.
– Jak się nazywasz?
– Arkadiusz Sewer.
Aeliusz zmarszczył brwi. Chłopak nie był ubrany jak syn szlachcica, ale nosił oficjalne nazwisko. Jego głos nie wyróżniał się niczym szczególnym, a Aeliusz spędził w Republice zbyt mało czasu, by był w stanie wyczuwać w czyimś akcencie klasowe subtelności. Zadanie utrudniał mu jeszcze fakt, że zatrzymany miał tendencję do mamrotania.
– To poważne nazwisko dla takiego chłopaka – stwierdził. – Kto jest twoim ojcem?
Chłopak wydobył z kieszeni miedziaka i położył go na otwartej dłoni, awersem ku górze.
– On.
Nic dziwnego, że kapitan znał jego twarz.
– Sierżancie, zostaw nas – rozkazał.
Gdy tylko drzwi się zamknęły, pochylił się i oparł o blat. Chłopak przyglądał mu się z uwagą, czekając, co wydarzy się później. Nie bał się, ale nie okazywał też zadufania. To wystarczało, by potwierdzić, że rzeczywiście jest tym, za kogo się podaje.
– A co to była za propozycja? – zapytał Aeliusz.
– Nie twój interes.
Kapitan wzruszył ramionami.
– Jak sobie życzysz – odparł. – W porządku, możesz odejść.
Chłopak zwrócił się ku drzwiom. Aeliusz wstał z krzesła, złapał leżącą na biurku laseczkę oficerską i zdzielił go nią w skroń, tuż nad lewym uchem. Młodzieniec padł na podłogę, spróbował się podnieść, zachwiał się, po czym odzyskał równowagę i wstał na nogi.
– Czy teraz mogę już iść? – zapytał.
Aeliusz skinął głową.
– Uważam, że jesteśmy kwita – odparł. – Zgadzasz się?
– Tak – potwierdził chłopak. – Tak, to sprawiedliwe.
Sprawiedliwe, pomyślał Aeliusz. Sam nie użyłby tego słowa, ale wydawało się zaskakująco odpowiednie.
– Wracaj do domu – polecił. – I może zastanów się nad wzajemnymi relacjami między władzą cywilną a wojskową. Zapytaj tatę, on ci to wyjaśni.
Siostra chłopaka czekała na niego na dworze. Po obu jej bokach stali wartownicy. Nie przytrzymali jej, ale była unieruchomiona jak figura szachowa, która nie może wykonać ruchu i uniknąć zbicia.
– Wszystko w porządku – oznajmił jej chłopak. – Wypuścili mnie.
Powiedziała mu coś, kiedy się oddalali. Chłopak nie zrozumiał słów – w uszach nadal mu dzwoniło po uderzeniu w głowę – ale właściwie nie musiał. Jego siostra nie była zadowolona.
– Nie mów nic ojcu – zażądał.
Skrzywiła się i pokręciła głową.
– Powinnam mu powiedzieć.
– Załatwiłem sprawę z kapitanem – zapewnił. – Tylko byś narobiła kłopotów.
Dziewczyna cmoknęła, jak matka karcąca małe dziecko.
– Kiedy zobaczą cię w takim stanie, domyślą się, że coś się stało.
– Spadłem z drzewa.
Obrzuciła go wzgardliwym spojrzeniem.
– Nigdy się nie wdrapujesz na drzewa.
– Właśnie dlatego spadłem – odparł z uśmiechem. – Z braku doświadczenia.
– Mam już po dziurki w nosie ukrywania twoich wyskoków – burknęła, przyśpieszając kroku. Kosztowało ją to nieproporcjonalnie wiele wysiłku, bo oczywiście włożyła te śmieszne buty. – Ciągle muszę dla ciebie kłamać. Mam już tego dość. Następnym razem...
– Och, cudownie – przerwał jej chłopak. – To wszystko była twoja wina. Gdybyś tak nie zerkała na tego żołnierza.
(Wiedział, że to kłamstwo, ale mógł udawać, że w nie wierzy, i w ten sposób zepchnąć siostrę do defensywy).
– Bzdury – odgryzła się. – Jesteś głupi. Uważam, że powinnam opowiedzieć o wszystkim ojcu. To by ci dało nauczkę.
Nie zrobiła tego, rzecz jasna. Zresztą, okazało się, że nikt nie musiał nic mówić. Wieczorem pierwszy obywatel udał się z żoną na przyjęcie, a wczesnym rankiem następnego dnia pojechał na uroczyste otwarcie Zgromadzenia. Służący z pewnością zauważyli strupy na dłoni chłopaka, a gdy dzwonienie w uszach nie ustępowało, szybko nauczyli się mówić do jego prawego ucha albo nieco podnosić głos. Ze zrozumieniem ojca nie miał kłopotów, jako że pierwszy obywatel nawet w domu przemawiał bardzo donośnie, a matka właściwie nigdy nie miała nic do powiedzenia od siebie...

Tytuł: Składany nóży
Autor:  K.J. Parker
Przekład: Michał Jakuszewski
Redakcja: Urszula Okrzeja
Korekta: Magdalena Górnicka
Ilustracja na okładce: Irek Konior
Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński
Wydawca: wydawnictwo MAG
Miejsce i rok wydania: Warszawa, premiera: 6 lutego 2013
Wydanie: I
Objętość:
Format: 135x202 cm
Oprawa: miękka
ISBN:  978-83-7480-285-7
Cena detaliczna:  39,00 zł

Podoba mi się, kupuję:

GLK. Informacja nadesłana

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.