fesstiwal słowa w piosence
--

"SecondHand" Joanny Fabickiej

Nowości [08.02.13]

Realizm magiczny w popegeerowskiej scenerii. Brutalna rzeczywistość Polski B, świat odarty z sacrum i kruche ludzkie życie w konfrontacji ze złem przybierającym najrozmaitsze formy. Wyrazisty portret trzech pokoleń kobiet oraz galeria postaci, które spotykały na swojej drodze. A wszystko to przedstawione z niezwykłą energią i gorzkim poczuciem humoru.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Znajome polskie piekiełko, zapita, zabita dechami wieś, gdzie życie toczy się, jakby czas się zatrzymał, a inny świat nie istniał. Magiczną granicą przestrzeni jest Manhattan, jedyny dziesięciopiętrowy blok w okolicy. Miłość, czułość, troska o bliskich to puste pojęcia, ludzie nie potrafią się do siebie zbliżyć, bo nikt nigdy nie nauczył ich bliskości. W takim miejscu dorastają Femi i jej przyjaciółka Jovanka. Femi nie wie nic o swojej matce, wychowują ją dwie ciotki: karlica Edzia, alkoholiczka, i Cecylia – niedoszła śpiewaczka, niegdyś cudownie uleczona z gangreny przez czarownicę. W domu pełnym bolesnych tajemnic życie toczy się sennym rytmem, ale przeszłość jest ciągle obecna. Co się wydarzy, gdy strzeżone od lat sekrety ujrzą światło dzienne? Brutalna rzeczywistość Polski B, świat odarty z sacrum i kruche ludzkie życie w konfrontacji ze złem przybierającym najrozmaitsze postaci. Przejmujący portret trzech pokoleń kobiet oraz historie ludzi, których spotykały na swojej drodze. A wszystko to przedstawione nie tylko z nieprawdopodobną energią i gorzkim poczuciem humoru, lecz także z niezwykłą wrażliwością.

data premiery: 6.02.2013

kategoria: literatura piękna

seria: z miotłą

gatunek: powieść

wydanie: I

oprawa: miękka ze skrzydełkami

format: 12,3 x 19,5 cm

liczba stron: 304

ISBN: 978-83-7747-725-0

cena: 36,90

Ta książka to polski Almodovar. Niebywała gęstość, intensywność, kontrasty. Tragedia miesza się kiczem, naturalizm z oniryzmem, magiczny feministyczny realizm z pełną humoru groteską, a w tle głęboko przejmujące losy, wybory, cierpienie prawdziwych ludzi, polskie prowincjonalne fatum wiszące nad tymi kobietami…

AGNIESZKA HOLLAND

Chciałbym zobaczyć film oparty na tej książce, a nawet serial, bo Second hand aż pęka od różnorodności postaci i ich tragikomicznych losów.

MARCIN DOROCIŃSKI

O autorze:

Joanna Fabicka (ur. 1970) – pisarka i felietonistka z wykształceniem filmoznawcy oraz doświadczeniem montażystki. Pracując w łódzkiej Filmówce, montowała m.in. nominowaną do Oscara Męską sprawę w reżyserii męża, Sławomira Fabickiego. Debiutowała w 1993 roku tomikiem poezji Bardziej cierpki smak. Jest autorką bestsellerowego cyklu książek o dojrzewaniu Rudolfa Gąbczaka i jego dysfunkcyjnej rodzinie: Szalone życie Rudolfa (W.A.B. 2002), Świńskim truchtem (W.A.B. 2004), Seks i inne przykrości (W.A.B. 2005) i Tango ortodonto (W.A.B. 2006). W 2008 roku nakładem W.A.B. ukazała się jej powieść Idę w tango. Romans histeryczny.

Fragment:

*

Z dziesięć lat temu to dopiero się działo! Nie było tygodnia, by nie podjeżdżała dyrektorska wołga i nie wypadali z niej szarzy panowie z nadciśnieniem i teczką ważnych spraw do ukrycia. Przyjęcia były jedno za drugim, aż Cecylia nie nadążała robić kogla-mogla na struny, bo wtedy co wieczór dawała recital. Goście byli z województwa i z powiatu, sami mężczyźni, to oficjalnie. Ale często przychodziły z nimi panie nie pierwszej świeżości i Cecylia trochę miała o nie żal, bo sama była wtedy jeszcze owszem, owszem. Najgorzej wspomina doroczne zjazdy myśliwych. Wódkę pili już od rana, a potem z całym oprzyrządowaniem, strzelbami, sztucerami, pudełkami naboi wsiadali do samochodów i jak weselny orszak gnali zygzakiem w puszczę. Gdy wyjeżdżali, siostry miały jedzenia na kilka miesięcy. Edzia całymi nocami oprawiała zające, sarny, jelenie. Raz trafił się nawet cały dzik, nie do końca jeszcze martwy. Co to się wtedy działo na podwórzu! Jeden przez drugiego celował na oślep, aż musiały w panice z Marleną i roczną Femi uciekać. Dzik był podziurawiony jak sito, ale wciąż jeszcze żył. Leżał na boku i błagalnie patrzył zaskorupiałymi od krwi ślepiami. Nie miał go kto dobić, bo spite towarzystwo przeniosło się na polanę i leżało wokół kotła z bigosem. Edzia zdjęła wtedy kuchenny fartuch i kazała Cecylii nakryć zwierzęciu łeb. Sama poszukała kamienia, przeżegnała się, a potem tak długo uderzała w dzika, aż miała zupełną pewność, że jego głowa nie będzie wisiała jako myśliwskie trofeum na ścianie u żadnego z tych zwyrodnialców.

Z biegiem czasu specjalni goście słani im przez władzę zaczęli się wykruszać. A z dawnych lat został tylko jeden profesor marksizmu-leninizmu i ten był wierny pensjonatowi do końca. Miał na imię Jan, dużo spał, mało jadł i nic nigdy nie mówił. Wydawać by się mogło, że w ogóle niewiele chciał od życia. Zawsze przyjeżdżał we wrześniu i zawsze brał pokój pod piątką, którego okna wychodziły na niewielki sosnowy zagajnik, niezmordowanie atakowany wciąż przez tego samego dzięcioła. Edzia dawała mu dodatkowy koc i stawiała na parapecie rubinowe wrzosy. Choć nie zamienili ze sobą nigdy ani słowa, miała wrażenie, że zna go tak dobrze, jak tylko karlica może znać innego ułomnego, oszpeconego wielkim garbem nieszczęśnika. Gdy przyjeżdżał, Edzia nigdy nie piła. Starała się w kuchni jeszcze bardziej i dbała o niego jak o własne dziecko, przysmakami rekompensując mu ciężki los i pustkę. Bo mimo że Jan nigdy o tym nie wspominał, było widać aż nadto, że jest samotny. Samotność wystawała mu z obsiepanych rękawów znoszonego płaszcza, sterczała zamiast odprutych guzików, rozsiadała się na pogniecionych kołnierzykach koszul, wreszcie kapała z zasznurowanych ust. Kiedy szedł od stacji, wpatrzony w czubki swoich butów, nawet Cecylia widziała, że dźwiga ją na ramionach i że to ciężar ponad jego siły. Wchodził do pokoju i siadał na łóżku, zatopiony w myślach, nieprzytomny, w płaszczu. Ożywiał się tylko wtedy, gdy Edzia przynosiła mu talerz pełen dopiero co usmażonych, połyskujących złoto naleśników z serem, posypanych jeżynami i cukrem pudrem. Czekał, aż biały puch całkiem się na nich rozpuści, a potem jadł je palcami szybko i łakomie, w płaszczu. Chyba nigdy go nie zdejmował. Pewnej jesieni nie przyjechał. Pojawił się dopiero następnego roku. Cóż to była za zmiana! Nie urósł ani nie utył, nie przybyło mu włosów, nie ubyło lat, ale jednak coś się zdarzyło. Szedł wyprostowany, ostrożnie i z wyraźną trudnością, lecz patrzył pewnie przed siebie i nawet z daleka pomachał stojącej w oknie Edzi. Przywitał się. Miał nowy, elegancki prochowiec i jak dawniej go nie zdjął. Edzia klaszcząc w ręce, obeszła go dookoła jak pies i nagle spostrzegła istotę cudownej przemiany. Nie miał garbu! Jan wyznał jej wtedy, że jest świeżo po operacji. Usunął na starość syjamskiego potwora, z tej samej przyczyny, dla której ludzie rodzą się i umierają, popełniają największe głupstwa i dokonują najwspanialszych odkryć, skaczą w przepaść, wspinają się na szczyty, ratują jednych, zabijają drugich, wzniecają wojny, pożary i rewolucje. Z miłości. Jan, już bez nadziei na choćby kapkę szczęścia, nieoczekiwanie się zakochał i postanowił złożyć ofiarę z tego, co mu najbliższe, z czym wzrastał całe życie, co było częścią i istotą jego samego. Zrobił to w tajemnicy przed wybranką i kiedy tylko wyszedł ze szpitala, przyjechał tutaj, by w czułym towarzystwie tak samo jak on przetrąconych kobiet przejść rekonwalescencję. Obie siostry, a nawet Marlena, choć wtedy nie w głowie jej byli inni, wszystkie cieszyły się na tę cudowną odmianę losu, która każdej z nich na osobności, pod osłoną nocy, niosła słodką nadzieję, że i je spotka może jeszcze w życiu coś dobrego.

Następnego ranka, gdy Edzia przyniosła mu kawę z mlekiem i ociekające masłem grzanki, znalazła go na brzegu łóżka. Martwego i w płaszczu.

Dziś mają już innych gości, ale „piątka” zawsze stoi pusta. Bodzio ciągle ma na nią zakusy, bo w małym składziku ze swoim wielkim ego nijak nie może się zmieścić, nawet jak podkurczy nogi. A o tym, by Marlena wzięła go do siebie pod kołdrę, może tylko pomarzyć. Każdego dnia z rozpaczą obserwuje, jak ona przestaje go kochać, co jest strasznym niefartem, bo u niego – to akurat odwrotnie.

Sam nie wie, kiedy to się zaczęło, kiedy gwiezdny pył zaczął opadać z każdym mrugnięciem powieki. Przyjechał ją odwiedzić pierwszy raz i już wtedy wiedział, że zostanie na zawsze. Nie miał zamiaru wracać do domu, do ciasnej klatki raniącej mu skrzydła. Potrzebował większego miasta i wpatrzonych w niego oczu. Na początku spał trochę na dworcu, szwendał się tu i ówdzie, po klatkach schodowych, po strychach i piwnicach. Raz na dole, raz na górze, aż wreszcie zaczepił się w podupadającym kinie. Po krótkim przyuczeniu miał obsługiwać projektor, ale właściwie robił tam wszystko. Przedzierał bilety, sprzątał prezerwatywy z widowni, szorował kible, przywoził i odwoził kopie. Powiedział Marlenie, że jest głównym doradcą kierownika do spraw artystycznych, bo to była jedyna funkcja, do której mógł się przed nią przyznać.

To były dla nich złote czasy! Nocami potajemnie otwierał kino, puszczał Marlenie, co tylko chciała, a ona jak królowa siadała w samym środku siódmego rzędu. Podobno takie miejsce na pokazach swoich filmów zawsze wybierał Akira Kurosawa, bo stamtąd najlepiej widać ekran. Tuż po założeniu szpuli z drugim aktem Bodzio schodził do niej na widownię, siadał dwa krzesła dalej i napawał się jej słodkim profilem, delikatną linią podbródka i karku, zarysem piersi. Ale najbardziej podniecało go to, że w wielkim pomieszczeniu są teraz zupełnie sami i właściwie mógłby z nią zrobić, co tylko zechce.

Tej nocy ma dla niej coś specjalnego. Jest podekscytowany tym bardziej, że Marlena jest ostatnio trochę nieobecna, nie słucha go z dawną uwagą. Bodzio drży z niepokoju za każdym razem, gdy jej myśli zaprząta coś, do czego nie ma dostępu. Wtedy prawie dostaje zawału i musi kłaść się na ziemi, z nogami uniesionymi lekko do góry. Oddycha miarowo, póki światu nie wrócą właściwe proporcje.

Marlena zajęła już swoje stałe miejsce, ale nie daje się nawet choć trochę popieścić. Chłopak próbuje jej dotykać tak, jak lubi, stara się wstrzymać podczas całowania oddech, bo wie, że doprowadza ją do szału, gdy oddycha. Nie jest to łatwe z jego polipami w nosie, ale robi wszystko, by ją uszczęśliwić. Na próżno. Marlena siedzi sztywno i mechanicznie zjada rodzynki. Bodzio wzdycha, wraca do pokoiku kinooperatora – czas na gwóźdź programu. Kosztował go dużo nerwów, musiał nawet podrobić podpis kierownika, ale kiedy wracał z wypożyczonym z Filmoteki Narodowej skarbem, czuł, że dla miłości gotów jest na znacznie więcej. Przewija taśmę do właściwego fragmentu i oto na ekranie Lola Lola wyznaje „jestem tylko po to, aby kochać mnie”. Bodzio patrzy na swoją Marlenę i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Nie mija chwila, a kotłują się na podłodze w seksualnym amoku. Lola już dawno przestała śpiewać, profesor Rath w upokorzeniu wrócił do swojego życia, a Bodzio wciąż pieści piersi dziewczyny. Rozpędzona taśma kręci się na projektorze jeszcze ponad godzinę, uderzając końcówką o obudowę. Gdy chłopak wreszcie sobie o niej przypomni i pobiegnie ją zatrzymać, całe pomieszczenie jest pokryte maciupeńkim confetti z doszczętnie zniszczonej kopii.

 

AG.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.