fesstiwal słowa w piosence
--
Joyland, Stephen King, Prószyński i S-ka
Więcej o
Autorze/Tłumaczu
Wydawnictwie

Recenzja: "Joyland" Stephen King

Recenzje [19.06.13]

Czytanie Kinga urosło w moim życiu do rangi rytuału. Zawsze przy ścieżce dźwiękowej z pierwszego BioShocka, zawsze wieczorem bądź nocą, zawsze za zamkniętymi drzwiami. Przez lata tak bardzo zżyłam się ze stylem autora, że kupuję jego książki w ciemno – i z przyjemnością, w zastraszającym tempie chłonę każdą, nawet jeśli lata świetności amerykańskiego pisarza już się skończyły.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Choć wolę starego Kinga – To z 1986 roku stanowi moim zdaniem jego dzieło życia – wydane w ostatnich latach Dallas '63 czy Ręka mistrza (poza zakończeniem) udowodniły, że mimo prawie 70 lat na karku oraz czterech dekad od debiutu talent króla horroru jeszcze się nie wyczerpał, a kolejne pozycje na rynku nie są jedynie odcinaniem kuponów. Charakterystyczne miejsca, do których czytelnicy zdążyli już przywyknąć – Castle Rock, toczone podskórną zarazą Derry – a także równie charakterystyczny styl pisarza oparty na obszernej i wiarygodnej ekspozycji bohaterów oraz umiejętność budowania napięcia zjednały mu rzesze oddanych fanów. Sięgając po Joyland, mogą się oni jednak rozczarować, gdyż nie występuje w nim żaden z tych elementów.

Od dawna uważam, że Stephen King to mistrz długich form. Choć w Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika zdradzał, iż pracując nad powieścią, nigdy nie wie, dokąd zmierza fabuła, poszczególne postaci są tak wyraźne i spójne, że trudno w to uwierzyć. Każde z przedstawionych zdarzeń wydaje się istotne, jak gdyby autor spędzał dziesiątki godzin na planowaniu akcji, a wątki z różnych książek często w subtelny sposób się łączą. Co najważniejsze, fikcyjne miejsca i osoby są tak plastyczne, że łatwo wyobrazić sobie wzorowanie ich na tych istniejących. Innymi słowy: budowany słowem świat jest tak wiarygodny, że niemal rzeczywisty. Niełatwo osiągnąć to w krótszych formach, ale też nie ma takiej potrzeby – opowiadania nastawione są głównie na akcję, podaje się w nich zazwyczaj minimum informacji. Najgorzej jest ze średnio długimi powieściami, do których niestety należy Joyland, co plasuje go – zarówno jeśli chodzi o liczbę stron, jak i przesunięcie ciężaru z horroru w kierunku kryminału (choć z wątkiem paranormalnym) – gdzieś w okolicy Dolores Claiborne.

Skromne gabaryty książki, niewiele ponad 300 stron sporą czcionką, to na tle najlepszych książek Kinga zaledwie nowelka. Nic dziwnego, że ucierpiał na tym element, jaki najbardziej cenię w jego powieściach – obszerna ekspozycja bohaterów. Czytelnik nie dostaje możliwości poznania wszystkich postaci na wskroś, choć tych jest zaledwie kilka. Odnoszę wrażenie, że pisarz bardziej skupił się na tytułowej Krainie Radości – wesołym miasteczku, do jakiego trafia student Devin Jones, by dorobić sobie w wakacje. Szybko dowiadujemy się, co w kuglarskiej gwarze, w dużej mierze powstałej zresztą na potrzeby powieści, oznaczają sformułowania w rodzaju dzióbków, ćwoków czy szaraczków oraz kim jest ajent pal-budy. Nietrudno wyobrazić sobie panujący wśród pracowników klimat, palące letnie słońce, Wirujące Filiżanki oraz kolejne pomieszczenia nawiedzonego Strasznego Dworu, zwłaszcza że obserwacji towarzyszy pierwszoosobowa perspektywa. Ograniczenie akcji do jednego miejsca zbliża do niego, lecz trudno wejść w fabułę, w której w głównych rolach osadzono raczej niewystarczająco wypełnione treścią szablony postaci niż wielopłaszczyznowych bohaterów z krwi i kości – zwłaszcza że ta rozwija się naprawdę powoli, a potem nagle się kończy.

King najwyraźniej zdaje sobie sprawę z faktu, że nie jest u szczytu formy. O ile w świetnym Dallas '63 mógł pozwolić sobie na szaleństwo nawiązań, niejednokrotnie puszczając oko do czujnych czytelników, o tyle w Joyland postępuje bardzo ostrożnie. Faktycznie w jego nowym dziele pojawia się niewielki (i średnio udany) ukłonik wobec Edgara Allana Allana Poe, a co za tym idzie również do Lśnienia, lecz autor nie przesadza z takimi zabiegami – zaufanie fanów na pewno zostałoby nadwyrężone, gdyby w tej krótkiej i bardzo przeciętnej powieści próbował żerować na popularności swoich poprzednich publikacji. O raczej „bezpiecznej ścieżce” świadczy także wybór tematyki – nawiedzony lunapark to sprawdzony motyw, który z jednej strony zapowiada szaloną, straszną przejażdżkę, a z drugiej nie każe oczekiwać innowacji w gatunku. Tych ostatnich czytelnik rzeczywiście nie uświadczy – niezbyt zajmująca intryga nie trzyma w napięciu do końca, jako że da się ją rozwiązać wiele stron wcześniej, a główny czarny charakter zbyt mocno przypomina George'a Starka z Mrocznej połowy, by miał zaskoczyć ciekawą kreacją.

Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że Joyland czytałam bez przyjemności – odkładając nowelę na półkę po kilku godzinach pochłaniania lektury (dobrze po drugiej w nocy), czułam niemałą satysfakcję z miło spędzonego wieczoru. Pryzmat wysokich oczekiwań, przez jaki patrzę na kolejne powieści pisarza, wynika prawdopodobnie z tego, że bardzo cenię jego warsztat. Mimo lekkiego rozczarowania nowym dziełem, bezproblemowo wsiąknęłam w wykreowany w Joyland świat diabelskich młynów – nawet przeciętna książka Kinga stanowi kawał przyzwoitej literatury.

Izabela Pogiernicka

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.