fesstiwal słowa w piosence
--
Pusta przestrzeń, Michael John Harrison, MAG
Więcej o
Autorze/Tłumaczu
Wydawnictwie

Recenzja: "Pusta przestrzeń" Michael John Harrison

Recenzje [06.09.13]

Spotkanie z trylogią Traktu Kefahuchiego autorstwa niemal 70-letniego M. Johna Harrisona rozpoczęłam od Pustej przestrzeni, ostatniej części sagi. Nie ma to jednak znaczenia, gdyż ten wybitny cykl – brnąc w niuanse mechaniki kwantowej – skutecznie wymyka się prawom chronologii.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Światło, Nova Swing i Pusta przestrzeń to połączenie lekkiego stylu Neila Gaimana z nasyconymi treścią zdaniami niemalże wprost wyciągniętymi z trylogii Ciągu Gibsona. Niczym wyrwani z Neuromancera dżokeje przewodów, operatory-cienie, K-statki i K-kod, który sprawi, że jako K-kapitan z wyboru „łączysz się z pokładową matematyką. Wkrótce będziesz mogła przetwarzać piętnaście petabajtów danych na sekundę, ale nigdy już nie będziesz chodzić. Nigdy nikogo nie dotkniesz ani nikt nie dotknie ciebie. Nigdy nie będziesz się pierdolić. Niczego nie będziesz mogła robić sama. Nawet srać sama nie będziesz”, sącząca się z ust obiektu biała pasta z nanomaszyn, szlajające się ulicach b-dziewczyny, Czaszkowe Radio w kształcie płodu, Obserwatorium i Hodowla Wrodzonej Karmy Sandry Shen. Nie musiałam czytać, skąd autor czerpał inspirację – stworzył bowiem wybitną opowieść, która już na poziomie języka i konstruowania postaci oddaje wyraźny hołd klasykom science fiction. Przy okazji Światła brytyjski pisarz Stephen Baxter swój zachwyt pierwszą częścią trylogii wyraził następująco: „piękno pomysłów Harrisona, zwięzłych jak Hemingway, inteligentnych do szpiku kości i dziwnie krzepiących, dąży do nieskończoności”. To samo mogę powiedzieć o tomie wieńczącym sagę.

Fabuła Pustej przestrzeni to trzy równoległe – choć ostatecznie z racji zabiegów Harrisona trudno umiejscowić je względem siebie w czasie – wątki: nieumiejącej poradzić sobie z własnym życiem, mieszkającej w Londynie Anny Waterman, trzyosobowej załogi statku kosmicznego Nova Swing, którym podróżują Gruby Antoyne, Liv Hula i naiwna Irene, a także bezimiennej, pracującej w policji asystentki o ciele po brzegi wypełnionym modyfikacjami. Wdowa po Timie Watermanie (a jeszcze wcześniej po fizyku Michaelu Kearneyu) regularnie uczęszczająca na konsultacje psychologiczne do doktor Helen Alpert śni o pochwie wystającej ze ściany i pięknej sukni od Givenchy, innym razem jej altana staje w ogniu, przypominając wieżę z tarota. Ekipa Nova Swing na zmianę uprawia seks, przeprowadza półlegalne, a przynajmniej lekko podejrzane transakcje i popija „Black Heart” pomiędzy odwiedzaniem kolejnych planet i miast oraz przewożeniem Trupich Klatek. Okazuje się, że Alef – mający co najmniej milion lat artefakt zawierający w sobie Trakt Kefahuchiego – wypytuje o nieznaną szerzej asystentkę, funkcjonariuszkę bez imienia. Ze świata wykreowanego przez Harrisona wręcz wylewają się obiekty, osoby i różnej wagi zdarzenia – tu wszystko jest charakterystyczne, plastyczne, dopracowane i przemawiające do wyobraźni. Na potrzeby trylogii „mistrz zen prozy” powołał do życia żywe, nieustannie zmieniające się uniwersum, gdzie na tle osobistych przeżyć bohaterów – warto napomknąć, że pisarz wyjątkowo umiejętnie wplótł w tę lekko absurdalną fabułę sceny symboliczne – a także w umysłach niektórych osób, toczy się wojna.

Pamiętam, że wiele lat temu trudno było mi przebrnąć przez Neuromancera – z książką Harrisona było podobnie. Pustą przestrzeń musiałam najpierw oswoić, pozwolić nazwom miast, planet, maszyn, technologii, górze neologizmów i czasami nieprzystępnych zdań na przedarcie się przez moją czytelniczą, nieufną skorupę, by dopiero później móc docenić oszałamiający warsztat autora. Chciałabym powiedzieć, że wtedy pochłonęłam ją w jeden wieczór, ale prawda jest taka, iż dzieło wciąż przyswajalne było dla mnie jedynie w małych dawkach. To literatura trudna, szalenie inteligentna, wyzwanie, inspiracja do zagłębienia się w meandrach mechaniki kwantowej, poszukiwań dodatkowych znaczeń oraz kolejnych powrotów. Niemal trzysta dobrze napisanych stron wgniatających w podłogę złożonością, ogromem wiedzy i doświadczeniem autora, które mogą motywować do rozwoju bądź całkowicie zniechęcić początkujących pisarzy. Zwięzłość narracji, dopieszczone zdania, mrowie pozamykanych wątków i interesujący bohaterowie sprawiają, że to jednocześnie świetna i niepozbawiona czarnego humoru powieść przygodowa. W rzeczywistości fabuła schodzi na drugi plan, ustępując miejsca wybornemu warsztatowi. Choć nie zagrała na moich emocjach – wątpię zresztą, by taki był zamiar autora – technicznie to jedna z najdoskonalszych pozycji science fiction, jakie kiedykolwiek przewinęły się przez moje regały.

Izabela Pogiernicka

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.