fesstiwal słowa w piosence
--

Zapraszamy do Rijksmuseum

Zapowiedzi [27.10.14]

Taka książka zdarza się bardzo rzadko – pięknie napisana, a jednocześnie emocjonująca. Pełna magii i niespodzianek. Z gatunku tych, które przypominają nam, dlaczego zakochaliśmy się w czytaniu - S. J. Watson, autor "Zanim zasnę".

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Zanim przeczytamy tę powieść, musimy udać się, choćby wirtualnie, do Rijksmuseum... Tu pośród innych cennych eksponatów znajdziemy przepiękny domek dla lalek Petronelli Oortman. Pozwoli nam na zapoznanie się z głównymi bohaterami powieści Jessie Burton i da wgląd w życie codzienne w siedemnastowiecznej Holandii. A był to czas jej złotego wieku...

Nota o książce:

PETRONELLA I JOHANNES Petronella Oortman była córką bogatego rusznikarza, który siedmiorgu swoich dzieci pozostawił w spadku po dwa tysiące guldenów. 28 marca 1686 roku Petronella wyszła za mąż za kupca jedwabnego, Johannesa Brandta. Z tego małżeństwa przyszło na świat troje dzieci: Hendrina, Jan Jacob i Olivier. Petronella i Johannes należeli do warstwy mieszczan płacących najwyższe podatki. Johannes był przedstawicielem nowej grupy amsterdamskich kupców. Bogaci, skłonni do ryzyka, z otwartym umysłem, stanowili elitę. Handlowali towarami, których nigdy nie widzieli, inwestowali śmiało w przedsięwzięcia, na których się do końca nie znali, brali udział w ekspedycjach do nieznanych zakątków świata i budowali okazałe domy w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy miasta. Te piękne kamienice usiane wzdłuż kanału swoim majestatem nie ustępowały weneckim palazzo. DOMY NAD KANAŁEM I DOMKI DLA LALEK W zamożnej XVII-wiecznej Holandii zapanowało kolekcjonerskie szaleństwo. Guldeny zarabiano, ale też i wydawano, w błyskawicznym tempie. Na statkach przywożono wspaniałe egzotyczne towary, na które od razu znajdowali się chętni. Rynek obrazów rozkwitał, podobnie jak tulipany, na które zapanowała istna gorączka. Wśród zamożnych mieszkanek Amsterdamu szerzyła się jeszcze inna moda: na meblowanie i kompletowanie domków dla lalek, zamykanych w specjalnych szafach. Nie była to zabawa, lecz poważne, a jednocześnie bardzo kosztowne, hobby służące także celom edukacyjnym: dzieci uczyły się, jak powinno wyglądać zadbane gospodarstwo domowe. Domek dla lalek – miniaturowa wersja świata holenderskiej gospodyni – wyobrażał jednak nie tylko idealny dom. Wyobrażał idealny świat. Te miniaturowe arcydzieła przechowywano z wielką pieczołowitością i przekazywano w spadku kolejnym pokoleniom. Domek Petronelli odziedziczyła jej wnuczka,  Alida Brandt. O jego wyjątkowości stanowią analogiczne względem ich rzeczywistych wzorów proporcje mebelków oraz wykorzystany materiał – ten sam, z jakiego wykonano meble w domu Brandtów. Petronella zamówiła również miniaturową porcelanę z Chin, a do ukończenia domku zatrudniła stolarzy, dmuchaczy szkła, złotników, wikliniarzy i artystów. Jej domek dla lalek kosztował około 20-30 tysięcy guldenów, czyli tyle samo co prawdziwy dom nad kanałem! Była z niego tak dumna, że zleciła namalowanie obrazu, którego był tematem i bohaterem. Autorem obrazu był Jacob Appel.



ŻYCIE CODZIENNE W XVII-WIECZNYM AMSTERDAMIE

Domy dla lalek – w Rijksmuseum można podziwiać jeszcze dwa podobne eksponaty – były drobiazgowym odzwierciedleniem wystrojów wnętrz w bogatych holenderskich domach. Dlatego oglądając domek Petronelli Oortman, możemy wiele dowiedzieć się o życiu codziennym ówczesnych Holendrów, ich zwyczajach, upodobaniach, a także o modach, jakim ulegali.

Petronella zapewne była doskonałą panią domu. We wszystkich pomieszczeniach panuje idealny porządek. W pokoju dla służby miniaturowe żelazka czekają, aż miniaturowe pranie wyschnie. W szafkach służąca właśnie poukładała maleńkie ubrania i pościel. W salonie na gości czeka zestaw do verkeerspel – ówcześni Holendrzy z zapałem oddawali się grze w tryktraka (grali na pieniądze!), lubili też obrazy z tym motywem. Na płótnach z epoki scena gry symbolizuje zwykle zmianę, zapowiada jej nadejście. W kuchni paradnej lśnią naczynia z chińskiej porcelany, a w roboczej w maleńkich miseczkach wyłożono do degustacji kandyzowane owoce i inne słodkości. Bo Holendrzy kochali słodycze. Nazywano ich „pożeraczami ciastek”. Mogli folgować temu łakomstwu dzięki importowi cukru z trzciny cukrowej. Holenderskie statki przywoziły go z terytoriów zamorskich. Cukier rafinowano w Amsterdamie, a potem eksportowano do innych krajów w Europie. Pośród rozmaitych sprzętów w kuchni paradnej możemy ujrzeć także klatkę dla ptaka. Powieściowa Petronella trzymała w niej swoją papużkę Peebo. Czy siedemnastowieczni Holendrzy lubili zwierzęta? Malarze chętnie przedstawiali je na obrazach, zwłaszcza psy, które symbolizowały wierność, a czasem także pożądanie. W domach trzymano ptaki, zwłaszcza zięby, z uwagi na ich piękny śpiew. Zdarzało się, że dzieci jako zabawkę dostawały w prezencie ptaszka ze sznureczkiem przywiązanym do jednej nóżki. Ale tak naprawdę nie traktowano zwierząt z wielkim szacunkiem. Bywało, że ówcześni anatomowie przeprowadzali sekcje na żywych zwierzętach, a do historii przeszły okrutne ludowe zabawy w „ciągnij węgorza”. W tym samym pomieszczeniu widzimy także czerwone krzesełko z otworem w wyściełanym poduszką siedzisku. Było to krzesło dla dzieci, które jeszcze nie umiały siadać na nocniku. Jeśli były chore, robiono nasiadówki. Do miski znajdującej się w głębi krzesła wlewano mleko, a para wyciągała robaki. Dziecięcy temat każe nam wspiąć się małymi schodkami piętro wyżej, do pokoju rodzącej. Porody w XVII wieku były nie tylko obarczone dużym wskaźnikiem śmiertelności (14 na 1000 kobiet umierało przy porodzie). Były też bardzo niewygodne, gdyż dostęp do łóżka był tylko z jednej strony. Dlatego korzystano ze specjalnego krzesła lub improwizowano łóżko z krzeseł i materaca. Po zawinięciu noworodka w pieluszki, dziecko podawano ojcu, który, biorąc je w ramiona, uznawał za swoje. Położna dostawała wtedy hojny napiwek, a matka – alkoholowy napój wzmacniający. Goście przybywali powitać matkę i dziecko. Wszystkich częstowano słodyczami, a dom rozbrzmiewał  tańcem i muzyką. Na ten hałas tuż po narodzinach dziecka oburzali się kaznodzieje. Mieli jednak i poważniejsze powody do zmartwień. Przede wszystkim zbytki. Grzmieli z ambony, wzywając do opamiętania się w wydawaniu pieniędzy i gromadzeniu dóbr materialnych. A te Holendrzy uwielbiali. Ich domy – co doskonale odzwierciedla domek dla lalek Petronelli Oortman – zdobiły drogie tkaniny, kosztowne weneckie lustra, wyroby z japońskiej laki, tureckie dywany, ekstrawagancko rzeźbione meble inspirowane wzornikami Hansa Vredemana de Vriesa. Wnętrza zamożnych holenderskich domów łączyły styl flamandzki z włoskim. Przykładem tego ostatniego były popularne w owych czasach obrazy malowane techniką en grisaille. W hallu domku Petronelli na jednej ze ścian kobieta wyobrażająca Mądrość albo Rozwagę trzyma lustro, na drugiej kobieca alegoria Mądrości została przedstawiona z lampą i książką. Jak wyglądali ludzie, którzy zbiegali i wbiegali tymi schodami? Znamy ich dobrze postaci z obrazów Vermeera, Halsa czy Rembrandta. Kątem wyjaśnienia dodajmy kilka uwag o ówczesnej modzie. Ulubionym kolorem kaznodziejów, urzędników i starszych ludzi była czerń, której symbolicznie przypisywano takie walory jak wiarygodność, solidność i roztropność. By czerń na tkaninach była prawdziwie głęboka i wysycona, potrzebny był barwnik sprowadzany z Indii – indygo. Nie każdego było stać na farbione nim ubrania, dlatego biedni ludzie nosili ubrania w kolorze spranej szarości lub brązowym. Co zaskakujące, służba domowa ubierała się w bardziej kolorowe szaty. Być może wynikało to z faktu, że pochodzące z prowincji, gdzie nadal noszono tradycyjne stroje, służące, przyjechawszy do miasta, chciały być bardziej frywolne. I czasem przebierały miarę. Dochodziło do tego, że panie musiały zabraniać swoim podwładnym noszenia jedwabiu i aksamitu! Moda na barwne i kosztowne stroje zaczęła szerzyć się także w bogatszych warstwach, szczególnie wśród młodych ludzi. Kobiety zakładały drogie jedwabne suknie, mężczyźni nie stronili od wstążek, piór oraz haftowanych rękawów i rękawiczek. I wbrew napomnieniom ze strony duchownych, zapuszczali włosy. Jaka szkoda, że nie zachował się żaden portret Petronelli i Johannesa! Czy amsterdamski kupiec też nosił długie włosy? Jakie suknie zakładała Petronella? Nie dowiemy się nigdy, ale możemy dać szansę Jessie Burton. Niech nam opowie o Johannesie, Petronelli i życiu w złotym wieku Holandii.

Tekst opracowany na podstawie książki The Dolls’ House of Petronella Oortman Karin Braamhorst i Marlies Visser (Luitingh-Sijthoff, 2014).

Miniaturzystka Jessie Burton w przekładzie ukaże się 6 listopada.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.