fesstiwal słowa w piosence
--

Vlado Janček i Lubko Deresz - Dwa końce tego samego świata

[23.07.15]

Piętnastego dnia 5.edycji Miesiąca Spotkań Autorskich mogliśmy poznać twórczość Vlado Jančeka, słowackiego poety i dramaturga, który pracuje obecnie teatru Disk w Trnawie. W turze drugiej jako gość wieczory wystąpił Lubko Deresz, ukraiński, pisarz i eseista.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Jak mówiła prowadząca spotkanie Katarzyna Dudzic Vlado Janček pisze krótkie wiersze, opowiadania, krótkie teatralne jednoaktówki oraz  słuchowiska radiowe, recenzje i wiele innych krótkich form literackich. Dwa razy wygrał konkurs literacki na opowiadanie (1997, 2000) i opublikował dwie krótkie książki - zbiór „Motyle"  (1999) i „Kot" (2009).

  


„Motyl" jest zbiorem osobliwych humorystycznych poetyckich półaforyzmów, często łatwych do zapamiętania, a nawet samowolnie odkładających się w naszej pamięci. Nie ma więc nic dziwnego, że niektóre z nich słyszeliśmy, a są i takie, o których najprawdopodobniej usłyszymy już niedługo.

Jego poezję wyróżnia błyskotliwy skrót myślowy, zaskakująca przenośnia, surrealistyczne zestawienia, poetycki obraz często opowiedziany à rebours.

 

Vlado Janček i Katarzyna Dudzic

 

Pisanie wiersza

Pisanie wiersza to najpiękniejsza rzecz na świecie

Huśtasz się cicho na własnym morzu

Pisanie wiersza to najtrudniejsza rzecz na świecie

Po środku nocy ugryzie cię ząb pazur

Pisanie wiersza to najcieńsza rzecz na świecie

Biegniesz po niej, w płucach świszczy

Pisanie wiersza to równina i drzewo na niej

Podchodzisz do niego, w płucach świszczy

Pisanie wiersza to błękitne obłoki

Te płuca nad tobą są ciągle przed tobą

Pisanie wiersza to nie pytać o drogę

Nikogo tu nie ma a ty jesteś spóźniony
Pisanie wiersza to najcichsza rzecz na świecie

Nikogo tu nie ma nikogo tu nie ma

Pisanie wiersza to pocałunki nad ranem

Na swoim nosie swędzą cię cudze włosy

Pisanie wiersza to jak nagły krzyk

Głos, który wybucha i wszędzie leżą odłamki

Pisanie wiersza to zbieranie tych odłamków

Nauczyciel krzyczy:

Pisanie wiersza to mycie swojego dziecka

Na lewej ręce ma bazgroły pisakiem

Pisanie wiersza to przeżegnanie się na siłę

Raz za innych zero za siebie

Pisanie wiersza to pożyczanie sobie ciała

Przejście z nim pół Europy zwracanie w kawałkach

Pisanie wiersza to wyleczenie się z anginy

Język już niespuchnięty herbata przez noc wystygła

Pisanie wiersza to skok i lądowanie

Potem płakaliśmy nad tym, co się skończyło

Pisanie wiersza to zepsucie sobie niedzieli

Chciałeś jechać na wycieczkę, ale ta pogoda

Pisanie wiersza to przypomnienie o sobie

Dawno temu to było chłopcze, dawno

Pisanie wiersza to odkładany obowiązek

Zrobię to jutro, jutro się zobaczy

Pisanie wiersza to przebranie się i pójście spać

Jutro się zobaczy, jutro się zobaczy

Pisanie wiersza to ruszyć się stanąć

I z głową opuszczoną

patrzeć w ziemię



ZWYKŁY DZIEŃ


To był taki zwykły dzień.

Ona płakała, ja nie płakałem.

To był taki zwykły dzień.

Ona krzyczała, ja nic nie rozumiałem.


To był taki zwykły dzień.

Więc zadzwoniłem do niej, a ona nie podniosła.

To był taki zwykły dzień.

To dzwonię jeszcze raz. I znowu nie podniosła.


To był taki zwykły dzień.

Potem zadzwoniła nagle,

Żeby wytłumaczyć, o co chodzi
To był taki zwykły dzień.

No, więc mówiłem,

a ona marudziła.


To był taki zwykły dzień.

Ona zadzwoniła i otworzyłem.
To był taki zwykły dzień.

Później na chwilę czas się zatrzymał.


To był taki zwykły dzień.

Szeptała:

„Wiedziałam, że mnie jeszcze ciągle chcesz”.
To był taki zwykły dzień.

A potem zasnęła

i ja też zasnąłem.


Jutro będzie taki sam dzień.



Na głos


W lesie tajemniczo cichym

I wśród jego groźnej ciszy

Nagle słychać szybkie kroki

Tego, który budzi lęk

Niszczącego ciszę leśną,

Pod nogami trzaski drzewa

Tych, które spadły z nieba.

Wtedy zaczął cicho śpiewać.

Piosnka ta się niesie

Niczym lament w gęstym lesie

Najpierw słów nie słychać było

Później jednak: „Gdziem ja, Boże?”

Suche słowa w suchych ustach

Suche liście spadają z nieba

Pod nogami trzaskają drzewa.
Śpiewa, żeby się nie bał.


Zabłądził w lesie.

Śpiewa na głos.

Żeby się nie bał.


Wtedy zaczął śpiewać,

jak zniknęło wszystko,

co chciał mieć na zawsze

śpiewa, że swoich przodków

nigdy nie spytał o kilka

bardzo ważnych rzeczy.
I znów śpiewa: „Gdziem ja, Boże?”

śpiewa także: „Gdzie są wszyscy?”


Idzie szybkim tempem,
śpiewa ile sił,

Suche liście spadają z nieba.

Las jest tu, jest tam, jest wszędzie.

Ciągle śpiewa: „Gdziem ja, Boże

Jak mam się wydostać z lasu?
Gdzie są wszyscy, gdzie są wszyscy?”
Śpiewa na głos, nie ogląda się wstecz.

Zabłądził w lesie.

Śpiewa na głos.

Żeby się nie bać.



Wiosna w mieście 


Wiosna tak nagle wyłoniła się zza rogu
tak, że niemal jej nie poznał

A ona niemal nie poznała jego.

Przecież minął prawie rok,

Odkąd się nie widzieli.

Podała mu rękę, była jeszcze chłodna

Tak jak zawsze, tylko na moment

Spojrzała na niego zdziwionymi oczami

I zapatrzyła się w coś za jego plecami,

uśmiechnęła się płochliwie

i wzruszyła ramionami

tak samo jak wtedy, gdy widzieli się ostatni raz,

nic nie powiedziała

i poszła dalej.


On został na miejscu

I zamruczał sam do siebie:

„Hmm, chyba trochę przytyła”.

Dyskretnie się odwrócił, ale ona już zniknęła

Za następnym rogiem.

Więc już tylko chrząknął: „Hmm”.

Zły był, że nie zdążył zauważyć,

Czy nie ma większego tyłka.


A wiosna w zamyśleniu zatrzymała się za rogiem:
„Hmm, to on jeszcze żyje?”


Podłóż mi dłonie


Podłóż mi dłonie

A ja w nie klęknę

I będę płakać, skakać, robić przysiady, tańczyć

Jak będę w stanie latać, to polecę, mam nadzieję


Powiedz mi ile, a ja ci dam tyle

Powiedz, że więcej – i dam ci więcej

Podłóż mi dłonie, ja się w nie zmieszczę

(trochę się muszę zmniejszyć prawdę mówiąc)


Jeśli zechcesz, pójdę do innego miasta

Pozwolę się stłuc pałami ulic.

Jeśli powiesz „zacznij” natychmiast zacznę

I skończę wtedy, gdy ty powiesz „przestań”.

Pytasz, co właściwie chcę w zamian.

Mam tylko jedno, jedno wielkie życzenie

Za to, że spełnię wszystko, co chcesz:
kiedy klęknę

Ty podłóż mi swoje dłonie.



Czas na wiersz na czas

Tego wiersza jeszcze nie napisałem.

Zastanawiam się, jaki będzie temat.

Ile mam czasu? Dam sobie dziesięć minut.

To najpierw tytuł. Czas zaczyna płynąć.

Czas zaczyna płynąć. Ale na razie

Wysmażę wiersz. Jak na gazie,
na butli, pod namiotem, ugotuję leczo.
Leczo i lato. Ach, co bym dał za to!

Chodzę sobie w kółko, mam dziesięć minut,

Obok jest las. I blisko niego woda.


Wywczas, wywczas, wywczas

Mam czas i mam czas i mam czas i…


I tak ten wieczór spędzam z gracją

I tak tu błądzę… Och, kolacja!

Daj mi to… o to, to, to,

Słychać nastawione radio.

Śpiewa śmiesznie jak na odpuście

(brat mi opowiada o biuście!

Pewnej pani. Była rano. Wszyscy spali

Tylko on nie. Podobno jej zwisały.

Widział… a mnie nie obudził.)

I już po czasie. Głupi był pomysł

Myśleć, że wszystko pójdzie tak gładko.

Muszę napisać ponad sto wersów.
A ile mam teraz? Może trzydziesty!

Pierwotny plan jest nieaktualny.

Dodam do niego zatem coś jeszcze.


Kiedy dorosnę, napiszę wiersz.

Jest lato. To jest to.

Zmykam. Daj mi to i to i to i to.


Dodam jeszcze kilka minut spóźnienia.


Zwolnię trochę.

Tam stoi ta kobieta.

Gdybym wiedział, że się bez stanika

Kąpała rano… Podobno robią to z nudy.
Mama na nich mówi nawet, że są „nudyści”.

Ojciec mi przetrzepie skórę
miałem by

z godziną górę

Temu. Lecę. Jeszcze tylko kilka domów
(czy raczej namiotów) i jestem na miejscu.

I tak spóźniony. Jestem o szóstej.

„Tatku, jestem!” – mówimy na niego tatku.

„Gdzie byłeś, Vlado? Już ja ci pokażę!”

Brat się śmieje. Z przodu nie ma zęba.

Ojciec się pakuje. Wtedy był jeszcze wędkarzem.

Miał dobre wędki. Nazywały się „szekspiry”.

„Gdzie się włóczysz od za piętnaście czwarta?”
Brat się śmieje. Mówimy na niego Robino:

„Już dawno tu powinien być, z pół godziny temu!”
A siostra, Dana, chowa się za mamą.

„Gdzie, ośle, byłeś?”

„Nic takiego, kilku chłopaków…”

„Nie baw się z obcymi, zostaniesz na lodzie!”

„Ten jeden robił bańki z bąków w wodzie”

„Polecisz na ścianę, jak cię walnę w ucho!”

Śmieję się dość głośno. „W namiocie ściana? Hoho!”
Gdy nagle bach… nie czułem, że spadam.

„Kolacja!”

Mama. Leczo z obiada.


Dziś już wiem, że się mówi „z obiadu”

Dwadzieścia pięć minut. W dzisiejszych czasach
więcej to czasu zjada, pisanie wiersza na czas.


„Idziesz na ryby?”
„Sam! Mam was w nosie!”
Robino ma łzy na końcu nosa.

„Ale ja przecież…”

„Podaj mi ten kijek!”
Miał na myśli stojak na wędki.

A czas leci. Niczym IC.

Czas wciąż leci jak Intercity.


Robino płacze: „To Vlado zawinił,

Ja zostałem w domu… i byłem grzeczny”.

„Zjedz kolację i marsz do śpiwora!
Dziś biorę z sobą Danę, nie chcę z wami kłopotu!”
Gdy nagle słychać z wnętrza namiotu:

„Tatusiu, nie chcę, ja się po ciemku boję”.
Tak oto płaczę ja i rodzeństwo moje.

Świerszczy świerszcz, to owadów zew
Pełno jest komarów, piją naszą krew.


Nagle kończy się ten dramat

Kiedy wyjdzie mama. Mówimy na nią mama

I cicho szepcze coś ojcu.

I nagle stał się cud:
ojciec zmienił się w tatulka

Jest nas teraz znów pięcioro, czyli sporo
(a komarów milion dwieście.)

A później wąską zakurzoną drogą

Kroczą ojciec, Robino i Vlado,

Cieszą się w milczeniu

Jak zmrok nad jeziorem zapada

Dana została i się cieszy

Z mamy i namiotowych pieleszy…


Kończy się wiersz, który piszę na czas.

Pięćdziesiąt siedem! To już prawie godzina

Jak powstaje ta wspominka rodzinna

O dniu owym

Spędzonym na polu namiotowym,

Gdzie zewsząd słychać „to – to – to”

I tylko wędki świszczą,

Z przynętą na haczyku.

Rano golasów jest bez liku.


Odpływam z nimi w czasie.


Dlatego szybko skończę

Ten wiersz miał taki koncept
na 120 wersów.



Rozstanie


Dziś mi powiedziała,

Że nie jestem tym właściwym.

Jest czwartek dwunastego.

Zrobimy to jutro.


Aniołek stróż


A na ślubie siedział anioł

Od młodego ledwo kroczek.

Obcałował jego żonę

i poszczypał w boczek.


Bardzo delikatnie

Przygładził jej loczek.

A na ślubie siedział anioł,

Od młodego ledwo kroczek.


Młoda i piękna


Wciąż się boisz ludzi złych

A o kilku włoskach tych

które na brzuszku masz

wie na razie tylko wanna

ja mam czas.



Ocieplenie globalne


Chcemy wszyscy globalnie

Mieć ocieplony blok

Już słychać kur pianie

Ty też pomyśl o styropianie



Młodzież

Pytam się jakbym mógł

odmienić świata stan
Ale wie to tylko Bóg

I lokalny oddział PAN.



Po piół nocy


wpełniła się wola boska

Wywołałem w nocy pożar.

Płomienie tak jak skały

Skakały i trzaskały.

Teraz piszę w popiele

Jak spędziłem tę niedzielę.



Kusiciel 


Wczoraj w nocy odwiedził mnie diabeł.

Powiedział: „To wszystko będzie tylko twoje,

Jak odkurzysz.”

 







 

 Lubko Deresz i Anna Ursulenko

Lubko Deresz jak informowała nas prowadząca spotkanie Anna Ursulenko  został wschodzącą gwiazdą literatury ukraińskiej już w wieku osiemnastu lat, kiedy wydał powieść Культ (2002). Została ona przetłumaczona na język niemiecki, francuski i włoski. Od tego czasu napisał kolejne książki: Поклоніння ящірці (2002), Архе (2005), Трохи пітьми (2007), Остання любов Асури Махараджа (2013) czy Пісні про любов і вічність (2014). W swoich powieściach najczęściej pisze o współczesnych młodych ludziach i o historiach ich życia. Jego ulubionym tematem jest zażywanie substancji halucynogennych. Mówi: „Zgadzam się ze wszystkimi zarzutami, które zabrzmiały pod adresem moich dzieł: jest dokładnie tak jak twierdzą.”

Lubko Deresz

Usłyszeliśmy w jego wykonaniu fragment opowiadania:

I pies nie powróci na swoje wymiociny

(fragmenty)


(…)

– Widziałeś już śmaśanę, Jerry? – spokojnie, nie spiesząc się, ale i nie robiąc przerw, jakby jego życie było ułożone według tajemniczego grafiku, zapytał mnie Nandi. – Po śniadaniu zazwyczaj chodzę na ghaty Manikarniki. Chcesz iść ze mną?

Pomyślałem o słodkawym zaduchu, który panował w całym Waranasi i aż wykręciło mi trzewia. Jednak nie chciałem być postrzegany jako jakiś piesek pokojowy, który nie dorównuje miejscowym nieszczęśnikom.

– No pewnie. Chodźmy – zgodziłem się z entuzjazmem wartym pewnie lepszej sprawy.

– Tylko uważaj, bo to nie dla słabych duchem – Nandi spojrzał na mnie i wyczułem w jego słowach ironię.

– Wiem, czym jest śmierć – zacząłem, lecz Nandi, nie słuchając mnie już, ruszył swoim niespiesznym, równomiernym, a przede wszystkim nieubłaganym krokiem, wąskimi uliczkami starej części miasta. – Wszyscy moi krewniacy zmarli, Nandi, wszyscy rozdęli się na słońcu od żaru! Słyszysz mnie… – dreptałem za nim, nie mogąc jednocześnie nadawać swojej wypowiedzi odpowiedniego zabarwienia emocjonalnego oraz nadążać za dostojnym, pełnym spokoju krokiem towarzysza.

Nandi tylko się z tego śmiał, swoim zwyczajem zadzierając głowę ku niebu.

Zbliżając się do ghatów Manikarniki, poczułem obecność śmierci. Kilka razy byliśmy (tym razem już my!) zmuszeni przepuścić ludzi niosących na bambusowych marach nieboszczyków. Mężczyźni nieśli zmarłych, zawiniętych w kolorowe kawałki materiału, i zapach świeżej spalenizny czuć było nawet pomimo olejku sandałowego, którym, jak podpowiadał mi nos, namaszczono zwłoki. W pobliżu śmaśany poczułem zawroty głowy, spowodowane nieprzyzwoicie kuszącym zapachem pieczonego mięsa, i zaczęły nachodzić mnie myśli, które nie przystawały do tego miejsca, i prawdę mówiąc, przeraziły mnie samego. Przedzierając się przez nieczystości i odpadki, jakich w tej części Kaśi było szczególnie dużo, przeciskaliśmy się przez wąskie przejścia, w których trudno było wyminąć się nawet dwojgu ludzi, a co dopiero człowiekowi i bykowi. Nad sobą mogłem dostrzec skomplikowaną sieć rur i przewodów, po których skakały małpy. Uważnie się im przypatrywałem, próbując odszukać wśród nich Mani – do tej pory było mi jeszcze wstyd, że dałem się tak okpi

i w moim sercu wciąż płonęła żądza zemsty.

– Tutaj! – krzyknął do mnie Nandi i z trudem wskoczył na schodki, które miały nas poprowadzić dalej, do rzeki.

W końcu naszym oczom ponownie ukazał się brzeg, równie niespodziewanie co rano, jakby ktoś nagle otworzył na oścież drzwi i wpuścił światło do mojej wąskiej, zapyziałej budy.

Znów ujrzałem Ganges, którego wygląd rano zmusił mnie do łez, lecz tym razem w dole zauważyłem coś, przez co w moje serce wdarł się strach. Na chwilę zwątpiłem, czy rzeczywiście jestem gotów aż tak zbliżyć się do śmierci.

– Chodźmy – zmobilizował mnie Nandi, widząc moje niezdecydowanie, i zacząłem schodzić z podkulonym ogonem i spuszczonymi po sobie uszami po szerokich kamiennych schodach w kierunku rzeki.

– Wszyscy tu są wyrozumiali – zażartował Nandi, powoli przeciskając się przez tłum miejscowych, którzy zbili się w gęstą ciżbę wokół śmaśany. Wszystko, co na razie mogłem dostrzec, to kopyta Nandiego oraz bose, umazane błotem nogi ludzi – nogi, które się rozstępowały, robiąc miejsce dla byka. Ukradkiem zerkałem przez ramię na tubylców, którzy okupowali teren krematorium. Nieco dalej, przy murach zobaczyłem ogromne wagi, na których odmierzano drewno na stosy pogrzebowe, a po podniesieniu głowy do góry zdumiałem się na widok znajdującego się przede mną stosu drewna, który sięgał na wysokość pięciorga dorosłych ludzi. Nieco dalej siedziały miejscowe nieroby – palili tytoń, żuli betel, a po ich twarzach błąkały się uśmieszki i trudno było zrozumieć, czym jeszcze się zajmują, oprócz popijania herbaty z mlekiem, którą tu sprzedawano, oraz wymieniania się lokalnymi nowinami.

Dostrzegłem tu sporo turystów – białych mężczyzn i kobiet w jaskrawych koszulkach, z odkrytymi nogami ubranymi w szorty, nieprzyzwoicie pełnych i zadbanych w porównaniu z miejscową biedotą, która obrzucała ich wesołymi, lecz głodnymi spojrzeniami. Na twarzach turystów boleść mieszała się z odrazą. Do tego dochodziły jeszcze strach i pogarda, która niejako upewniała turystów w tym, że Manikarnika to nie jest ich droga, że to nie ich ostatni przystanek. U każdego z nich, niczym amulet chroniący przed widokiem palonych ciał, na piersi wisiał wielki aparat fotograficzny i widziałem, jak tubylcy początkowo nie pozwalali im robić zdjęć, ale później któryś ze sprytniejszych fotoamatorów wpadł na pomysł, by wręczyć miejscowym kilka dolarów i ci się wtedy zgadzali.

– Patrz, gdzie leziesz! – Solidnie nadziałem się na czyjąś nogę i poczułem, jak wszystkie otrzymane wczoraj razy na nowo odzywają się symfonią bólu.

W porę uskoczyłem przed mężczyznami, którzy z wysiłkiem nieśli jakieś wyjątkowo ciężkie mary, owinięte pomarańczowym materiałem i obsypane płatkami kwiatów. W tym momencie tłum przede mną i Nandim rozstąpił się i w końcu zobaczyłem ogień.

Ujrzałem kilka stosów – trzy z nich chyba płonęły – i wydawało mi się, że ktoś bardzo boleśnie ścisnął mnie za serce, tak że aż pisnąłem z zaskoczenia. „Ja też tam skończę”, przemówił mój wewnętrzny głos i nieodwracalność tej drogi zrobiła na mnie przytłaczające wrażenie. Od stosu walił gęsty dym, jaskrawe języki ognia wypełzały spomiędzy szczap, a ciężki, mdlący zapach płonącego ciała upajał i nęcił, choć również odrzucał, wywracał mi żołądek na lewą stronę, tak jakbym sam nie potrafił się do końca zdecydować, po czyjej stronie stoję w tej walce ognia i zwłok – po stronie żywiołu czy człowieka. Jak zaczarowany wpatrywałem się w ogień, próbując dojrzeć w nim zarysy ciała, spodziewając się, że gdy już raz uda mi się odkryć tę tajemnicę życia, będę mógł przeniknąć do jej potwornego wnętrza. Pokryci sadzą mężczyźni, aż czarni od ognia, z jakim tu byli na „ty”, chodzili wokół stosów z długimi kijami i poprawiali drwa, żeby te lepiej się paliły. W końcu jedno z polan obok mnie osunęło się i stoczyło na dół, ukazując moim oczom czyjąś głowę. Nie mogłem oderwać wzroku od tej obnażonej prawdy – dogorywającej czaski, białej, rozżarzonej, zionącej palonym ciałem. Zdawało mi się, że w tej czaszce skupiła się cała moja rzeczywistość – kiedyś także z moich oczodołów będzie wypełzał ogień i nie będzie tam niczego, niczego, niczego – tylko płomień.

Nad Ganges przyniesiono kolejne zwłoki i teraz, oprócz podziwiania ognisk, zacząłem także przyglądać się, co rodzina będzie robić z ciałem. Mężczyzna, który mnie wcześniej kopnął, był chyba synem zmarłego i teraz stał nad rzeką, i wrzucał do niej ryż, wypowiadając przy tym jakieś słowa. Następnie ciało zostało złożone na stercie drewna przygotowanej przez czarnych mężczyzn (wśród nich było kilku jeszcze zupełnie małych chłopców) i przykryte chrustem, a syn zaczął obchodzić stos wkoło, przykładając tu i ówdzie pochodnię, którą otrzymał w śmaśanie.

– Chodźmy tam – ryknął Nandi, wskazując miejsce po drugiej stronie stosu. – Stamtąd wszystko będzie dobrze widać.

Zdawało mi się, że nad ulicą zamiast oślepiającego słońca zawisła ciemna pokrywa chmur. Dopiero gdy zacząłem się przemieszczać, całun opadł i zobaczyłem, że świat wokół mnie wciąż żyje i mieszkają w nim żywi ludzie, a świat zmarłych, który ukazał mi się na moment, jest nieco dalej, nie tak zupełnie pod nosem.

Nandi wyszedł na niewielki placyk koło sterczącej z wody, częściowo zawalonej kopuły. Stanąłem obok niego i poczułem się bezpieczniej, chroniony przez starszego kolegę.

Rzuciłem okiem na byka, lecz Nandi, nie zwracając na mnie uwagi, skierował swe nieprzeniknione spojrzenie na Manikarnikę. Jego morda nie zdradzała żadnych emocji – być może jedynie spokój, odrobinę powagi i współczucia oraz ewentualnie szczyptę uroczystości. Ogólnie patrzył na wszystko, co działo się na ghatach, tak jakby było to dla niego czymś najzwyklejszym w świecie.

Tymczasem do jednego ze stosów podszedł któryś z członków rodziny zmarłego. Stos, wypalony już do połowy, znajdował się teraz w pewnej odległości ode mnie, ale jego żar wciąż buchał mi w mordę niezdrowym ogniem. Obserwowałem tę czaszkę, która wywołała u mnie tyle mistycznych przeżyć, i wydawało mi się, że ona – ta czaszka – służy jako pewnego rodzaju pomost pomiędzy tym a tamtym światem. Nad Manikarniką wisiało poczucie świętości oraz śmierci, gęstego brudu, jaki przemienia się w popiół, i nagle zobaczyłem wszystko, co się tu odbywało, z innej strony. Miałem wrażenie, że wszystko to jest sednem świata – tą granicą poznania, gdzie rzeczywistość styka się ze światem niewidzialnym, po którym wędruje śmierć, a wszystko jest tajemnicze i niepodobne do siebie – całe te bebechy materii, zazwyczaj schowane przed wścibskimi spojrzeniami, tutaj były odkryte, bezwstydnie rozbebeszone. I wszystko tu jaśniało. I wszystko, co było skażone bezwstydnością, rozpustą i ostentacyjnością, nagle ulegało oczyszczeniu i przycichało, nabierając takiego wyrazu, jaki dostrzegałem na mordzie Nandiego – spokoju, godności i nieco uroczystości. Ogólnie rzecz biorąc – bezpośredniego wyrazu wieczności.

Ktoś z rodziny podszedł z drewnianym kijkiem do ognia, w który znów się wpatrywałem, i jednym uderzeniem tegoż kijka rozłupał pobielałą czaszkę. I coś we mnie odetchnęło z ulgą – poczułem się lżej.

Nandi spojrzał na mnie z zainteresowaniem.

Milczałem.

– Syn uczynił to dla swojego ojca – powiedział Nandi. – A kiedyś jego syn zrobi to samo jemu… I tak dalej…

Nadal milczałem, usiłując zrozumieć tę jasność, tę ciszę, która nastała we mnie – tę uroczystą, podniosłą chwilę.

– To złota girlanda, Jerry. Rozciąga się z przeszłości i znika w przyszłości. To wieczność.

– W tym momencie poczułem, że nie istnieje ani przeszłość, ani przyszłość, że jest tylko ta chwila, w której razem z Nandim leżymy na murach starego, częściowo zrujnowanego, lecz mimo to wiecznie żywego miasta. I to miasto żyje, żyje tą chwilą, istnieje jedynie jako króciutki okres, wystarczający, by pomieścić w sobie wszystkie te żywe istoty, jakie się w nim na sekundę pojawiają, żeby przeżyć koszmary i rozkosze wszechświata, a potem znikają, powracają do wiecznej teraźniejszości. Rozejrzałem się wokół i zobaczyłem, że tę mądrość poznali wszyscy – znali ją Ganges i Manikarnika, znali Nandi oraz to niebo, pod którym tak spokojnie, niczego się nie bojąc, rozłożył się on na kamieniu, znały ją te nieroby, które pobłyskując zębami, usiłowały wyprosić od turystów kilka dolarów na herbatę, betel i papierosy. Znali ci, którzy szykowali stosy do kremacji. Znały ją też rodziny, które przychodziły tu, by wyprawić swoich zmarłych w daleką podróż – znały i dlatego nie czuły ani strachu, ani rozpaczy, lecz robiły, co do nich należało, ze spokojem, a nawet z radością. Jedynie turyści, którzy z obrzydzeniem chowali nosy w koszulkach i chustach, broniąc się przed bijącym ich po nozdrzach zapachem, nie chcieli tego pojąć. W tym momencie znajdowałem się w najwyższym punkcie swojego życia i wydawało mi się, że znam odpowiedzi na wszystkie pytania, które mnie kiedykolwiek dręczyły. Zrozumiałem wtedy, że wszyscy moi krewniacy bynajmniej nie są biedni ani godni pożałowania, mają szczęście, że mogą przebywać w tym mieście, mieście światła, właśnie tak, mieście wewnętrznej światłości, która rozpędza ciemne chmury żalu. I wszyscy ci żebracy, kalecy, wszyscy ci wykolejeni nieszczęśnicy, od których roiło się w starym Kaśi, wszyscy mieli szczęście, bo wiedzieli, że wszystko to jest tylko chwilowe, później zaś będzie spokojnie i lekko.

Spoglądając na to w ten sposób, poczułem, że ta chwila uniosła mnie niczym grzbiet fali, po czym znów opuściła na ziemię i nagle wszystko stało się takie, jakim zawsze je widziałem. Znowu ujrzałem błoto ugniatane przez bose stopy robotników, którzy taszczyli drewno na stosy; ujrzałem popiół po ogniskach; niedopalone girlandy kwiatów oraz klatkę piersiową, pozostałą po oczyszczającym ogniu na popielisku. Ujrzałem, jak resztki niedopalonych ciał są wrzucane do Gangesu, w którym tak beztrosko kąpałem się dziś rano. Ujrzałem pot na ciałach i błysk w oczach wystraszonych turystów i znów odczułem lęk. Niepokój ogarnął moje serce, otulił je całunem utkanym z kłującego, dusznego futra jakiegoś nieczystego stworzenia. I nagle bardzo silnie, bardzo boleśnie poczułem, jakbym był pokryty kłakami, śmierdzący, chudy, jakbym musiał iść i walczyć o życie. I w tym momencie dotarła do mnie zupełnie inna fala, fala rozpaczy. Wydawało mi się, że nie ma stąd żadnego wyjścia. Zdałem sobie sprawę, że zostałem schwytany, jakby wtłoczony do metalowej puszki i zmuszony działać zgodnie z regułami tego świata. Szczególnie wyraźnie poczułem, jakie ze mnie plugawe zwierzę, cuchnące moczem i łajnem, dla którego nie ma różnicy, gdzie leży – na czystym prześcieradle czy na kupie kości ze śmaśany. To wrażenie sytuacji bez wyjścia ogarnęło mnie tak silnie, że miałem ochotę bezzwłocznie ruszyć gdzieś dalej – uciec. Zaszyć się w jakimś kącie, wleźć do nory, do ciemnego barłogu i przespać tam resztę swoich dni, by nie mieć styczności z tymi potwornościami, z odrażającym, pokrytym wrzodami, ohydnym uśmieszkiem tego świata. Wpadłem w panikę – w końcu dotarło do mnie, że zostałem przez to miasto pojmany. I że Nandi wcale nie jest lepszy niż Mani, skoro przyprowadził mnie w to miejsce, i że spotkanie z nim jest tysiąc razy bardziej gorzkie niż podstępne spychanie z gzymsu na dachu budynku.

Chciałem stąd pójść i nigdy więcej nie wracać na Manikarnikę. Miałem już dość śmaśany, dość tego mdlącego zapachu pieczonego ludzkiego ciała. Nie chciałem już iść do Puri, nad ocean. Nagle wszystko utraciło znaczenie. Zerwałem się na równe łapy, choć sam nie wiedziałem, dokąd mam się teraz udać. Chciałem, by wszystko wróciło do punktu wyjścia, żeby było jak wcześniej, kiedy byłem zwyczajnym psem, kiedy mogłem po prostu wylegiwać się w cieniu, obgryzać kość albo, jeszcze lepiej, leżeć w futrze maminych fałd, pośród jej słodkich sutków, z których każdy mógłby wypełnić mi usta, mnie całego, gorącą, gęstą radością.

Ogarnęła mnie złość na wszystko, wszystko, co się tu odbywało.

Nerwowo machałem ogonem, ledwie się powstrzymując przed szczeknięciem.

Nandi, jakby przeczuwając mój nastrój, patrzył się na mnie swoimi głębokimi niebieskimi, niemal czarnymi ślepiami, ale w tej chwili nie dostrzegałem w jego spojrzeniu owej życzliwości, miłości, która rano tak mnie rozgrzewała. Widziałem, że teraz tego brakuje. Spojrzenie – czym jest spojrzenie? Kiedy przed nami jest to życie, to bagno. Zmieszane ze zgnilizną i popiołem, z rzecznym mokradłem, do którego wrzucają zmarłych.

– Wybierasz się dokądś? – zapytał Nandi.

– Tak – odpowiedziałem ostro. – Mam już dosyć. Chcę stąd iść.

– No dobrze – odparł Nandi i, z trudem przebierając nogami, zaczął się podnosić. – Ja też się z tobą przejdę, jeśli nie masz nic przeciwko.

Milczałem. Było mi ciężko na sercu.

Nie patrząc więcej na stosy pogrzebowe, śmiało ruszyłem przez tłum, przeciskając się między ludźmi. Ktoś nadepnął mi na łapę, ktoś mnie szturchnął, potrącił, lecz ja na to nie zważałem – musiałem szybko odejść jak najdalej od tego miejsca.

– Jerry, zaczekaj – ryknął do mnie Nandi, ledwie za mną nadążając.

– Nie mogę tu dłużej przebywać, wybacz – krzyknąłem do niego, nie oglądając się.

W końcu przedarłem się przez tłum na ghaty i powoli podreptałem naprzód po starych płytach. Tam, gdzie było więcej świeżego powietrza. Ale nawet tutaj powietrze cuchnęło spalenizną. Kręciło mi się w głowie i nie opuszczało mnie wrażenie, że zostałem schwytany przez to miasto i że ono mnie już nie wypuści, dopóki sam nie znajdę się na jednym z takich stosów.

Rozeźlony wybiegłem na jeden z występów, coś na kształt placyku pozostałego po starej wieży wznoszącej się ponad Gangesem, aby się nieco rozchmurzyć. Słońce wisiało wysoko, prażyło nie gorzej niż u nas w domu i zaczęło mnie ciągnąć do wody, lecz szczere obrzydzenie jakoś nie pozwalało mi się teraz zanurzyć w wodzie, w której, jak już wiedziałem, pływały ciała nieboszczyków. Spuściłem mordę do ziemi, udając, że nie widzę, jak Nandi usiłuje mnie dogonić, ciężko człapiąc w palącym słońcu.

Mój wzrok mimowolnie opuścił się niżej, w kierunku wody, która chlupała na stopniach ghatów, i tam, między łódkami, dostrzegłem dwóch swoich krewniaków, miejscowe kudłate psy, które pochyliły mordy nad ciałem jednego z nieboszczyków i coś tam sobie przeżuwały. „One go tylko obwąchują. Nie to, żeby go…” – zacząłem sam siebie uspokajać, ale zobaczyłem, że psy odrywają kawałki mięsa od obrzmiałego ciała, żują je i przełykają.

Tego było już zbyt wiele. Tego miejsca było już zbyt wiele.

– Chcę do domu – powiedziałem do Nandiego, odwracając się od wody i nie patrząc w jego stronę.

Nic mu nie powiedziałem o tym, co widziałem. Usiłowałem zapomnieć, wyrzucić z pamięci okropny obraz swoich braci przy posiłku. Nie chciałem być jednym z nich, pokrytym parchem waranaskim psem, którego życie zmusza do obgryzania nogi nieboszczyka. Dziękuję. Wracam. Chcę do domu.

Zacząłem wspinać się w górę po schodach, jak najdalej od Gangesu.

– A ty dokąd, Jerry? – ryknął mi za plecami Nandi.

– Do domu – odparłem. – Dziękuję ci za towarzystwo, ale mam już tego wszystkiego dosyć. Na razie, trzymaj się. Salam alejkum.

– Alaikum as-salam wa rahmatullahi wa barakatuh – wyrecytował Nandi, tak że aż odwróciłem się zdziwiony. – Muzułmanów u nas póki co nie brakuje – odpowiedział na moje spojrzenie i znowu poczułem w jego słowach lekkie szyderstwo.

Zawisła cisza.

Ta cisza momentalnie mnie ochłodziła i znowu poczułem sympatię do towarzysza.

Zatrzymałem się na schodach i zapytałem:

– To co, idziesz, wodzu? Pokażesz mi, co jeszcze tu macie oprócz rozdętych i podsmażonych nieboszczyków?

Nandi lekko się uśmiechnął i powoli, nie tracąc godności, zaczął wspinać się po schodach ghatów za mną, swoim niespokojnym kompanem.

Posililiśmy się u pewnego dobrego człowieka, którego znał Nandi, i strach, jaki mnie ogarnął w śmaśanie ustąpił. Nie, nie znikł, po prostu się przyczaił – do czasu następnego spaceru do śmaśany, do wieczora, do pierwszej lepszej ciemnej uliczki. Teraz już wiedziałem, że on gdzieś tam siedzi i czeka na odpowiedni moment, by znów mnie zaatakować. Pojąłem, że to nie ja sobą kieruję, lecz robi to on – instynkt.

Wybrałem nagrzany przez przebijające się przez dachy słońce zaułek, w którym walały się odpadki, Nandi położył się prosto na kupie śmieci i z zadowoleniem przymknął powieki.

– Opowiedz mi coś o sobie – poprosił Nandi. – Dziwny z ciebie gość. Różni mieszkają w tym mieście, ale nawet wśród nich wydajesz mi się dziwny. Może naprawdę wołają na ciebie Pies, który spadł z nieba?

Zacząłem się niespokojnie wiercić. Trapiło mnie poczucie, że z mojego serca uleciało dokądś całe uznanie, którym darzyłem swojego wielkiego białego towarzysza. Zaczęło we mnie wzbierać uczucie lekkiej protekcjonalności, słabej, ale kłującej, i nie traktowałem go już jak swojego obrońcy oraz przewodnika, lecz jak równego sobie, a nawet, prawdę mówiąc, jak kogoś prostszego i stojącego niżej ode mnie.

– Ja już sam nic nie wiem, Nandi – odpowiedziałem, starając się, by ta protekcjonalność nie przejawiła się w moim głosie. – Sądziłem, że jestem psem i że życie powinno mi zlecieć na samotnej walce o pożywienie. Kiedy omal się nie utopiłem w Jamunie, zrozumiałem, że jestem czymś więcej niż zwykłym psem, że mam dokąd iść… W głowie mi się przejaśniło, zacząłem więcej myśleć i się zastanawiać… Postanowiłem, że przyjdę do Puri i niech się dzieje, co chce… Słyszałeś o nim? Tam na brzegu oceanu, gdzie wschodzi słońce, leży wielkie miasto Puri!

– Wiem – pokiwał głową Nandi. – To miasto Boga.

– Byłeś tam?

– Nie byłem. Ale wiele o nim słyszałem. Mówią, że to miasto nie ma sobie równych – powiedział Nandi.

– To może wybierzemy się tam razem? – zapytałem niepewnie, przeklinając się w duchu za nieszczerość, która z każdym słowem rozrastała się we mnie niczym perz i kłuła język oraz uszy. Tak naprawdę nie chciałem się więcej spotykać z Nandim, chciałem jak najszybciej o nim zapomnieć, wyrzucić ze swojego życia i zapomnieć o wszystkim, co dziś przeżyłem. Spojrzałem na Nandiego niemal z wrogością.

– Moje miejsce jest tutaj – odezwał się byk, tak po prostu, nie odwracając się nawet w moją stronę i nie widząc malującego się na moim pysku bólu.

– Czy nie masz ochoty porzucić tego cmentarza, odetchnąć świeżym powietrzem, pozbyć się tych wszystkich myśli o śmierci? – wstałem i podszedłem do jego wielkiej mordy.

– Jestem tu szczęśliwy, Jerry. Mam obowiązki, których nie mogę porzucić.

– I cóż to za obowiązki?

– Być bykiem w Waranasi. Chodzić do Sanjeeva po sałatę. Ganiać skąpego Lalitha Sunila. Kąpać się w Gangesie. Przesiadywać na ghatach. Spać tutaj, pośród tych wszystkich odpadków. To są moje obowiązki.

Jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że między mną a Nandim jest przepaść, której nie sposób przeskoczyć. Byliśmy różni i niestety nie mieliśmy już o czym rozmawiać. Tak przynajmniej tłumaczyłem sobie te uczucia, które bezustannie szturmowały moje serce: gniew i pretensję, pogardę i protekcjonalność.

– Sam już nie wiem, czego chcę… Nie mam już ochoty iść do Puri, zrozumiałem, że wszystkie te pragnienia były tylko moim wymysłem. Najbardziej to bym teraz chciał, żeby wszystko było jak dawniej. Chciałbym, żeby wrócił Charlie, żebym znów mógł być jego psem i niczym się nie przejmować. Wtedy byłbym szczęśliwy! Chodzilibyśmy razem z nim na ghaty, podróżowalibyśmy po Indiach i kto wie co jeszcze… Charlie to mój najlepszy przyjaciel! – powiedziałem Nandiemu z zapałem, tak że ten aż podniósł głowę z ziemi. – Zawsze się o mnie troszczył, karmił mnie, zawsze ze mną rozmawiał… – Kiedy to mówiłem, mimochodem przypomniałem sobie, w jakich okolicznościach rozstaliśmy się z Charliem we Vrindavanie. Przecież wtedy niemal uciekłem od niego, gdy zrobił się nieprzyjemny i obcy. Teraz, wśród brudu i nieczystości Waranasi, wśród smrodu krematoriów, Charlie wydawał mi się najbliższą istotą w całym świecie. W tym momencie niczego nie pragnąłem tak mocno, jak jeszcze raz spotkać swojego pana.

– W Kaśi spełniają się wszystkie życzenia, Jerry – odezwał się Nandi. – Być może twój towarzysz już tu jest, skoro tak bardzo chcesz go spotkać.

– Jasne – westchnąłem, czując, że napływ emocji mocno mnie pobudził. Obróciłem się w koło i położyłem obok kopyt Nandiego. W sercu wciąż pulsowało mi uczucie pogardy dla (teraz już byłego?) towarzysza i poczułem szczególną gorycz rozczarowania, jakby coś pięknego i jasnego się nie ziściło, i życie zrobiło się przez to bardziej szare.

Zmęczony przeżyciami, sam nie wiem kiedy zasnąłem i miałem płytki, niedorzeczny sen. Raz po raz widziałem przed sobą wybałuszone, przekrwione oczy Mani; majaczyły kostropate psy, pozbawione sierści, szare od łuszczycy; ukazywały się trupy, nabrzmiałe i sine, spalone i gnijące; śniły mi się te dwa psy, które na brzegu obgryzały nogę nieboszczyka.

Obudziłem się rozgorączkowany i poczułem, że dłużej w tym miejscu nie wytrzymam. W milczeniu czekałem, aż Nandi się obudzi, a gdy zrozumiałem, że nie stanie się to zbyt prędko, stanąłem przed nim i jakby dla porządku powiedziałem:

– Nandi, idę… Muszę natychmiast się gdzieś przejść…

Ogromny bok byka, na którym rysowały się żebra, miarowo podnosił się i opadał. Nandi spał głęboko.

– Wybacz, byłeś dobrym kompanem. Ale wzywa mnie droga. Nie mogę tu z tobą dłużej zostać…

Oddech Nandiego stał się płytszy.

– Żegnaj, Nandi. – Pośpiesznie zakończyłem swoje pożegnanie, bojąc się, że w końcu się obudzi, i niepewnie drepcząc w miejscu, jakbym robił coś złego, dodałem: – Na razie, idę. Bywaj. Wszystkiego dobrego.

Nandi zastrzygł uszami, lecz się nie obudził, a ja, czując się winowajcą lub co najmniej niewdzięcznikiem, szybko skryłem się za rogiem.

Nareszcie mogłem odetchnąć z ulgą. Rozejrzałem się dokoła i nagle poczułem, że życie znów jest barwne i interesujące. Pstrokate tkaniny na ulicznych straganach mamiły mój wzrok, a odkryte kociołki, w których wprost na ulicy skwierczały i bulgotały przeróżne smakołyki, zniewalały mój węch niezwykłymi aromatami. Nadchodził wieczór i elektryczne lampy świeciły coraz jaśniej w szybko postępującym zmroku.

Czułem się lekko, nie mając żadnych zobowiązań. Nie chciałem już iść do Puri, odnalazłem wreszcie swoje miejsce i było mi z tym dobrze, jakbym zrzucił z siebie jakiś ciężar. Z zadowoleniem wywiesiłem język i uśmiechałem się do wszystkich, których napotykałem na drodze, a oni zapewne uśmiechaliby się też do mnie – jeśliby tylko, oczywiście, zechcieli spojrzeć pod nogi. Tak oto nie zważając na fakt, że nikt nie zwracał na mnie szczególnej uwagi, szczęśliwy wałęsałem się po uliczkach Waranasi, pomału wydostając się z gąszczu starej miejskiej zabudowy, z jej ponurymi świątyniami i ciemnymi zakątkami, w kierunku dzielnic turystycznych, w których było więcej światła, więcej muzyki. Były tam zapachy, jakie znałem – zapachy innych krajów. Bogatych, zamożnych domów, z jakich przyjeżdżali ci gładcy, bladzi, jeszcze nieogorzali na słońcu turyści, przeważnie w młodym wieku. Rozkoszowałem się gwarem rozmów, zapachem papierosów, piwa i haszyszu – tak pachniało nabrzeże w Dahabi, tak pachniało też tutaj i przez moment poczułem się jak w domu, jakby w moim życiu jednak nic się nie zmieniło, jakbym wciąż był tym samym Jerrym i biegał po moim nabrzeżu, przy którym stał „Lighthouse”, i dopraszał się od turystów skórki albo tłuściutkiej kosteczki. Zapach treściwej kolacji wywoływał we mnie odświętny nastrój, wydawało mi się, że za chwilę zdarzy się cud i stanę się jednym z nich – tych wesołych, beztroskich ludzi w pachnących podróżą i chemiczną czystością ubraniach, też będę tak siedział w barze, palił papierosa, pił piwo i jadł coś smacznego, spowitego gęstą, aromatyczną parą.

Nagle wśród dźwięków, jakie dobiegały z otwartych okien restauracji, usłyszałem znajomy ton. Tak mówił Charlie, mógłbym przysiąc, że to był jego głos!

Po raz drugi usłyszałem ten głos i niespodziewana nadzieja jeszcze silniej zapłonęła w moim sercu. Usiłowałem ją zdusić, mało co bowiem boli tak mocno, jak nadzieja, która okazuje się prowadzić do rozczarowania, jednak zmysły już ciągnęły mnie do baru z czerwonymi lampkami, gdzie w kłębach dymu wesoło i głośno spędzała czas przyjezdna młodzież.

– Charlie? – spytałem bardziej sam siebie, patrząc na mężczyznę, którego sylwetka nagle pojawiła się w oknie. Taka sama broda, takie same włosy, ten sam kapelusz. To nie mógł nie być on!

– Charlie! – huknąłem i, zapominając o swoich obolałych kościach, natychmiast rzuciłem się w kierunku kawiarni, o mało nie przewróciwszy w locie kelnera, jak strzała pomknąłem pod stół i przypadłem do nóg swojego pana.

– Charlie! Charlie! – szczekałem i wiłem się jak piskorz wokół jego nóg, łasząc się do znajomych rąk.

To był on. Charlie nachylił się pod stołem.

– Mój Boże! To niemożliwe! – wymamrotał i zaczął miąć moje uszy, tak jak to zawsze robił, kiedy miał dobry nastrój. – To mój pies – wyjaśnił ludziom przy stole. – Razem przyjechaliśmy do Indii, ale zgubił się we Vrindavanie.

– Wow! Nieźle, stary! – dało się słyszeć zachwycone okrzyki młodych ludzi, którzy siedzieli przy stole razem z Charliem. Ja nadal wiłem się wokół Charliego i łasiłem się, kołysząc całym ciałem – czułem na sobie dziesiątki spojrzeń ludzi, którzy siedzieli w knajpce i robiło mi się ciepło na myśl, że wszyscy widzą, jaki jestem szczęśliwy, zazdroszczą mi sukcesu, jakiego sami nie osiągnęli.

Charlie, czując chyba, że cała uwaga skupiła się na nim, zaczął wyliczać:

– Mathura, Agra, Kanpur, Allahabad, Waranasi… Osiemset kilometrów. I odnalazł mnie! – powiedział Charlie ze swoim niewyraźnym akcentem. – Tak, to mój pies! – i znów pogłaskał mnie po głowie.


(…)


Była już późna noc, gdy wyszliśmy na ulicę, mrok Waranasi uderzył mnie po oczach, podobnie jak czyni to silne światło, gdy wychodzi się z ciemnego pomieszczenia. Miasto wciąż żyło, a to jego nocne życie było przerażające.

Czułem, że gdy tylko opuściliśmy świetlistą wysepkę kawiarni, od razu otoczyły nas duchy. W moich uszach zabrzmiały nieznajome głosy i nie potrafiłem już odróżnić, czy to moje własne myśli kołaczą mi się po głowie, czy to myśli tych, którzy przebywają gdzieś nieopodal, odbierane przeze mnie na tyle wyraźnie, że ledwie odróżniam je od własnych.

Pojedyncze latarnie, które oświetlały tylko parę metrów drogi, a potem wypluwały przechodniów w jeszcze większą niż przedtem ciemność, niewiele pomagały. Na szczęście Zavier miał latarkę i, prowadząc za sobą dosyć pijaną Maritzę (teraz widziałem, że to dość odważnie ubrana – czy może raczej rozebrana – smagła dziewczyna z krótkimi kręconymi włosami, mało podobna do wysokiego, chudego i mającego jasnobrązowe włosy Zaviera, w którym mieściły się chyba wszystkie moje wyobrażenia o Tamtym Świecie – uczonym i zamożnym kraju, skąd przyjeżdżają turyści w czystych ubraniach, z kamerami i wypchanymi portfelami), był naszym przewodnikiem. Maritza, dziwnie się podśmiechując i uśmiechając to do Louisa, to do Charliego, usiłowała o czymś opowiedzieć w trakcie naszego marszu, ale zaraz zaczynała się śmiać i gubiła wątek. Louis, który szedł zaraz za parą, powtarzał dziwnym słodkim głosikiem: „Maritza, ha, Maritza?”, jakby próbował się czegoś od niej dowiedzieć, lecz ona, pijana, tylko się śmiała. Kiedy mijaliśmy szczególnie ciemny zaułek, Louis zaczynał krzyczeć „Om Namah Śiwaja!”, płosząc śpiące małpy i psy, i samemu śmiejąc się z własnych wygłupów. „Słuchaj, trochę ciszej, bo inaczej mogą być problemy”, próbował wyjaśnić mu Zavier, lecz Louis machnął na to ręką: „Jakie znowu problemy, stary? Ja już rozwiązałem wszystkie swoje problemy! Jestem Śiwą! Jakie mogą być jeszcze problemy?”.

Charlie, idąc na końcu, wysłuchiwał Bobo, który ni stąd, ni zowąd postanowił wylać wszystkie swoje żale. Bobo, porzuciwszy nagle wizerunek wyluzowanego muzyka, zaczął się żalić Charliemu, że ma problemy z dziewczyną, dlatego pojechał do Indii bez niej, chociaż dzwonią do siebie i rozmawiają. Od tematu relacji Bobo niepostrzeżenie przeszedł do tematu swojego honoru – mówił, że ciężko mu jest z Louisem, dlatego że Louis zawsze musi być najważniejszy, a tak naprawdę prawie wszystkie pieniądze w ich wspólnej podróży należą do niego i że tak w ogóle to on jest frontmanen w zespole „Niesamowite małpy”, to on ma talent i charyzmę, ale w obecności Louisa nie może rozwinąć skrzydeł…

– Co tak odstajecie? – dało się słyszeć wołanie Louisa gdzieś daleko z przodu. – To nasz zakręt, tram-tararam! Nasz „Om Rest House”!

Charlie tylko skinął głową i nic nie powiedział, wiedziałem, że ciężko mu było dotrzymać im kroku, a jeszcze ciężej przy tym rozmawiać, dlatego po prostu milczał i tylko sapał. Ja zaś człapałem za wszystkimi, senny i zmęczony dniem. Niekiedy zerkałem na Charliego i znowu robiło mi się na sercu ciepło od tego, że w końcu jesteśmy razem i że Charlie wybaczył mi moją ucieczkę we Vrindavanie.

Zauważyłem, że się zmienił. Dojrzał. Stał się twardszy, przybyło mu brutalnej siły. Oczywiście w tym nowym Charliem też było coś atrakcyjnego. Jednak nie umiałem do końca zgłębić tych zmian, jakie w nim nastąpiły, odkąd widzieliśmy się ostatni raz.

Podeszliśmy do guesthouse’u i młodzi ludzie, śmiejąc się, zaczęli w środku nocy dzwonić do drzwi, aż w końcu zaspany chłopak z recepcji im otworzył.

– On jest z nami – powiedział Louis, wskazując na mnie i poczułem do niego przypływ miłości i wdzięczności. Z pyłu i mgły ulic znaleźć się w ciepłym hoteliku było szczytem moich oczekiwań. Sam nie zauważyłem kiedy w Waranasi krok po kroku naprawdę zaczęły się spełniać wszystkie moje najskrytsze marzenia: spotkałem Charliego, znalazłem jedzenie i schronienie i znów przebywałem wśród znanych mi, normalnych ludzi, do jakich przywykłem i jakich rozumiałem.

Jeszcze nie wiedziałem jak długa okaże się ta noc w guesthousie. Weszliśmy na trzecie piętro ciasnego domu gościnnego. Rzeczywiście, jak powiedział dzisiaj Louis, nie ma przypadków – wszystkie pokoje były obok siebie: 26 Zaviera i Maritzy, 27 Louisa i Bobo i nasz 28.

– To co, spotykamy się za pięć minut u nas, na małe co nieco na lepszy sen – zaproponował Louis.

– Ja pas – wymawiał się Zavier, ale Louis i Bobo tak na niego naskoczyli, że dał się w końcu namówić na parę papierosów. Na naszym piętrze był dogodny balkon ze stołem, przy którym można było usiąść większą grupą. Podczas gdy chłopaki byli zajęci głośnymi przygotowaniami, Maritza stała przy poręczy balkonu, paliła i rozmawiała z Charliem.

– Niedobrze się między nami układa – żaliła się. Straszna droga przez gąszcz zabudowań Waranasi ją otrzeźwiła. – Zavier wiecznie czegoś ode mnie chce, nic mu się nie podoba. Powtarzam mu: może taniej ci wyjdzie kupić sobie dziwkę, jeśli jestem ci potrzebna tylko do seksu?

– Mhm – przytakiwał Charlie.

Maritza zerkała na Charliego, sprawdzając, czy ten ją rozumie, i opowiadała mu długą historię swoich relacji z Zavierem, zaczynając od tego, jak poznali się na imprezie u wspólnego przyjaciela i jak to się rozstawali, i znowu schodzili już od ośmiu lat, a i tak nie było wiadomo, czy coś z tego w ogóle będzie. Zavier nie chciał zakładać rodziny, skupiał się na pracy i podróżach, a Maritza mówiła, że gotowa jest się przespać z kimś obcym, byle mieć dziecko, bo ma to we krwi. I bez dziecka ani rusz.

Długo tak stali, aż otuliła ich mgła znad rzeki, przenikając mnie do szpiku kości, lecz mimo to nie odważyłem się odsunąć od Charliego, żeby ten się nie rozpłynął jak senna mara.

– Masz takiego wiernego psa – zwróciła na mnie uwagę Maritza. – Nie odstępuje cię ani na krok!

Na balkonie pojawił się Louis.

– No to co, ludziska? Walniemy? Wszystko już przygotowane. – Louis filuternie poruszał brwiami w stronę Maritzy. – Cholera, przeklęte komary. – Ubił na sobie kilku małych krwiopijców, którzy obsiedli go, gdy tylko wyszedł na wilgotne powietrze.

– Jak tam Zavier? – Maritza odpowiedziała pytaniem na pytanie.

– Gotowy, teraz twoja kolej, dziecinko…

– Ja odpadam – Maritza wystawiła przed siebie ręce i bransolety zadzwoniły na jej przegubach. – Grzybki, znaczki – nie ma sprawy, ale tego paskudztwa nie zamierzam próbować.

– Guru? – zwrócił się do Charliego.

– Nie – Charlie wyglądał na strapionego.

– No okej, gołąbeczki. W takim razie trzymajcie za nas kciuki, trzy pieczone kurczaki lecą już do świątyni Kaśi Wiśwanatha! Om Namah Śiwaja! – po tych słowach Louis znikł w korytarzu i wąskie przejście znowu ucichło, jakby ktoś zebrał w nocnej ciszy wszystkie dźwięki i niczego nie zostawił. Jeszcze raz poczułem obecność duchów – były wokół nas i bezskutecznie starały się zwrócić na siebie naszą uwagę, ja natomiast mogłem tylko słyszeć ich głosy i nienasycony szept. Czułem, że były głodne. Wystraszyłem się, a poza tym chciałem zobaczyć, co chłopcy robią w pokoju. Zostawili otwarte drzwi, ratując się przed duchotą utrudniającą oddychanie. Wilgotne zapachy pogorzelisk stały się już niemal stałą atrakcją podczas pobytu w Waranasi. Powlokłem się po linoleum w korytarzu i zajrzałem do środka. Louis siedział przy zapalonej świeczce. Na łyżce zagotowywał jakąś substancję, trzymając ją nad płomieniem. Bobo leżał w poprzek dwóch łóżek, zajmujących niemal cały pokój, i popalał fajkę, wypuszczając ustami kłęby gryzącego dymu. Nad łóżkami wisiał obraz – Śiwa z trójzębem w rękach jedzie wierzchem na białym byku.

Cały pokój przesiąkł dymem z marihuany. Bobo tak się rozkaszlał, że aż poleciały mu łzy.

– Ale mocna. – Podniósł się z łóżka i nachylił do Louisa. – Słuchaj, dla mnie pół.

Włosy opadały Louisowi na twarz. Przyglądałem się, jak bardzo był skupiony i uważny podczas nabierania do strzykawki brązowego płynu.

– Dobra – powiedział, wyciskając ze strzykawki ostatnie bąbelki powietrza – tobie pół. A co powie nasz dostojny gość? Masz jeszcze kontakt z bazą?

– Dla mnie cała – odciął się Zavier. Spojrzenie miał nieobecne, ni to spał, jakby przebywał w jakimś transie. Wodził wzrokiem za wykonywanymi przez Louisa ruchami, pocierając przy tym jedną rękę drugą, tak jakby było mu chłodno. Na jego twarzy malowała się zaduma.

– Jak sobie mister superstar życzy – wesoło odrzekł Louis. – Bobo, daj no bucha! Dawaj rękę!

– Ja sam – odpowiedział Zavier i wziąwszy do ręki strzykawkę, wkłuł się gdzieś w brzuch poniżej pasa.

Zaskomlałem i Zavier zdążył na mnie spojrzeć. Zobaczyłem, że w tym momencie zrozumiał, że ja też patrzę i zdaję sobie sprawę z tego, co robi, i w jego oczach pojawiło się jakieś błaganie, a może i wstyd. A potem jego wzrok zasnuła miękka, słodka, senna żądza, jaką zazwyczaj można obserwować u ludzi bezmyślnych, zajętych robieniem czegoś nikczemnego i przywykłych do ukrywania tego. Wyciągnął strzykawkę i powiedział tylko:

– Och… – i strzykawka wyleciała mu z rąk na podłogę, a głowa opadła na pierś.

Zaskomlałem drugi raz, przeczuwając coś złego.

– Teraz ty, bracie – Louis zwrócił się do Bobo, ten zaś wyciągnął rękę i odwrócił się.

– No co ty?! Boisz się?

– Dalej, no zrób to już – odrzekł Bobo, nie patrząc.

Tłok strzykawki znów opuścił się do końca i Bobo opadł na łóżko.

– Tak więc… Posłuchaj…

– Chwila – powiedział Louis, szykując sobie trzecią działkę. Gdy była gotowa, spojrzał na nią z zadowoleniem, ostatni raz zaciągnął się haszem i zrobił sobie dożylny zastrzyk.

Zaskomlałem po raz trzeci, z bólu i strachu, Louis, który siedział w fotelu, osunął się na nim, nawet nie wyciągnąwszy strzykawki z żyły. Jego ciało zaczęło miotać się w konwulsjach, a z ust poszła mu piana.

Wyskoczyłem z pokoju na korytarz i wybiegłem na balkon. Maritza i Charlie jeszcze tam stali.

– Nie chcę mieć do czynienia z takimi facetami jak Zavier, rozumiesz, Charlie? Wszyscy oni są jak dzieci. Wydają się dorośli, ale zachowują się jak smarkacze. Nie mam ochoty być dla nich matką albo siostrą. Chcę mieć przy sobie dojrzałego mężczyznę, który wie, co to życie, Charlie! Rozumiesz? – Maritza nadal wylewała Charliemu swoje żale, a ten stał tak samo nienaturalny, przygarbiony i znieruchomiały jak zawsze, wyraźnie cierpiąc z powodu przebywania tak długo w jednej pozycji, lecz nie śmiał jej zmienić w obecności Maritzy.

Zaszczekałem parę razy, ale z mojego gardła wydobywał się suchy charkot, jak zawsze, gdy usiłowałem wydawać z siebie dźwięki. Spróbowałem jeszcze raz i w końcu mnie usłyszeli.

– Nie teraz, Jerry – skarcił mnie Charlie, gdy zaszczekałem po raz trzeci.

Pobiegłem z powrotem do pokoju, w którym przebywali mężczyźni.

W pokoju unosił się ciężki zapach marihuany i tytoniu, a także jakiś trzeci, nieznany mi, gorzki i niepokojący zapach czegoś niebezpiecznego. Sierść zjeżyła mi się na karku i warknąłem. To był zapach śmierci. Podszedłem do Zaviera – leżał, jego oddech był ledwie słyszalny, a wokół ust zasychała piana. Bobo leżał na łóżku i szeptał: „O Boże… o Boże” – było mu niedobrze i wymiotował wprost na prześcieradła.

Najbardziej jednak niepokoił mnie Louis. Na wpół leżał w fotelu, z wyciągniętymi nogami, bez ruchu. Nie słyszałem, by jego klatka piersiowa się poruszała. Trąciłem nosem jego rękę zwisającą z fotela, była zimna. Pojąłem, że Louis nie żyje.


 

Lubko Deresz rozdaje autografy

Opr. GLK.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.