fesstiwal słowa w piosence
--

Hałyna Petrosoniak - Czy można przetłumaczyć ludzką pamięć?

[25.07.15]

Wieczorem mogliśmy się spotkać z ukraińską poetka, tłumaczką Hałyną Petrosoniak.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Spotkanie prowadziła Jadwiga Skowron.

Jadwiga Skowron:
Mam dzisiaj zaszczyt prowadzić wieczór autorski  z bardzo szczególną postacią Panią Hałyną Petrosoniak, która jest poetką, eseistką, tłumaczką z języka czeskiego i niemieckiego. Prowadzi również kursy Creative writing w Iwano- Frankowsku, gdzie mieszka. Wydała do tej pory trzy tomy poezji oraz w tym roku zbiór zawierający wiersze jak u eseistykę. Wiersze czytane przez Panią Hałynę będą również z niego pochodziły.

Hałyna Petrosoniak, Jadwiga Skwron


Hałyna Petrosoniak: Dobry wieczór, witam Państwa i dziękuję bardzo za obecność i za to, że poświęciliście ten wieczór, żeby być na tym spotkaniu. Z przyjemnością przeczytam kilka wierszy z mojej najnowszej książki, a później odpowiem na Państwa pytania.


Lot balonem


O przedświcie ponad miastem o krzewach mirtu w starych podwórzach,

ze śladami szlachetnej woli ucieleśnionej w kamienicach,

rozkwitła w powietrzu kula balonu, jak rozkwita pradawny strach

bladym świtem w żyłach; myślałaś: jak upaja ta

zuchwała wolność. Płochliwa i lekkopióra,

zawsze wolałaś nie lecieć, a iść,

jako dorosła zawsze bałaś się wysokości.

A teraz leciałaś.


Miasto pozostawało z tyłu, w dole przepływały pola,

czuć było, jak mocno przyciąga ziemia,

jak stygnie gorący gaz nad głową

i zaczęłaś podejrzewać, że tak naprawdę kosz nie ma dna,

i powoli owijał cię lodowaty całun

może spokoju, a może letargu.


Pola zmieniły się w góry – nieznane, zupełnie obce,

skaliste; a ty stoisz w powietrzu, jesteś już prawie na granicy…


I, żeby nie rozbić się o skałę, wyrzucasz z iluzorycznego kosza

ostatni balast, nie licząc ledwie przytomnego ciała –

ciężar swojej szczęśliwej, jedynej miłości.

Ano leć teraz w górę – przecież było to twoim pragnieniem.


Ale lot dobiegł końca, na jawie widzisz, że balonu nie ma,

stoisz w powietrzu sama i dobrze wiesz, że nie sama,

bo czujesz, że Wszechobecny niewidzialnym ruchem

powstrzymuje grawitację, żeby ziemia nie wzywała tak szybko,

żeby przed czasem, Jemu tylko podwładnym, była dla ciebie

domem, a nie lekką ci była.


 

*******


Góry znaczą, że lato to niezupełnie lato, ale także śnieg na szczycie.

Że droga w rzeczywistości jest dwa razy dłuższa niż może się wydawać.

I że łudziłaś się, myśląc, że twoje rozpaczliwe „O, Boże!”

z tego miejsca szybciej dobiegnie uszu Wszechmogącego.


Góry znaczą, że grunt jest twardy, kwiat zbyt późny, a owoc niezdrowy,

że najczęściej masz do czynienia z wąwozami i jarami,

i że do Howerli nie jest wcale tak blisko, nie mówiąc już o górze Fuji.

A od otchłani zazwyczaj oddziela cię tylko pół kroku.


Góry znaczą, że z tym, z kim chciałoby się dzielić życie, znacznie trudniej

jest się spotkać niż minąć. Dlatego rozmawia się z samym sobą.

Lub nawet z takim bliźnim na twoim szlaku w górach,

jakim jest burzliwy potok bez kładki i nieprzebyte chaszcze.


Ale przed świtem na progu, kiedy widzisz olbrzymie niebo

w pierwszym świetle, słyszysz głos cudem uratowanego ptaszęcia,

rozumiesz: góry znaczą, że zostały stworzone. I stworzono je dla ciebie.

A wszystko inne – to cel, którego nie pozwolono ci osiągnąć.


 

****


Ptaszęcy szczebiot działa co najmniej jak salwa

na bębenek przywykły do innych dźwięków.

Mój upadek zaprawdę jest upadkiem w Boże ręce,

w bawarskie lato w willi w świetle Alp.


To, co widzę z tarasu – obraz choć nie nowy,

ale piękny. W liniach dostrzegam aluzję do topografii domu.

Bez strachu przed popadnięciem w banał – znów ta sama trawa

i lipa kwitnie tak samo, jak tysiąc lat temu.


I woda, choć inna, jednak gdy ją poznać: ta sama.

I my jak zawsze jesteśmy panami swoich wód, a więc i tego, co z nami będzie.

Powtarzalność, błogosławiona, nie ma poza nią

harmonii. Dziękuję za repetycje Mistrzowi nad mistrzami.


Willa „Waldberta”, 2011


 

GRAZ


Ten bluszcz, ten mirt, tych czarnych drozdów,

Rododendrony w kwieciu i róże pośród skał,

Niegasnące ognisko swoich czerwonych dachów

Miasto zostawia mi na zawsze, jak flesz

Aparatu – odbicie chwili, którą chciałoby się zatrzymać.


Ten zachwyt, ta pasja, nieśpieszny tan

Nad turniami dzikiego ptaka, alpejską krajką,

Co przepasa miasta stan pełen gracji.

Źródła na placach, rajski bezruch.

Bliskość Włoch, morza, groźnych Bałkanów.


Tę wieżę, tę rzekę, pałace u podnóża góry,

Dzwony, które od stuleci czerpią ciszę z doliny,

Miodową kawę, gorzkie pomarańcze i wilgotne wieczory

Niby perły do muszli serca Niewidzialny

Spakuje ci na drogę, jeśli tylko odejdziesz we właściwym momencie.

14.06.2013

 


Hałyna Petrosoniak: Ten cykl wierszy nosi tytuł Nasi hebrajczycy, ale posiada też inny tytuł  „Most z papieru". Zaczerpnęłam ten tytuł z powieści Manysa Schwerbera pt. „Pańscy nosiciele wody". Schwerber był niemieckojęzycznym autorem żydowskiegop pochodzenia, z wykształcenia był psychiatrów i kontynuował szkołę Zygmunta Freuda. Urodził się w małym miasteczku o nazwie Zabołotiw, po polsku Zabołotów. Schwerber w powieści wspomina swoje dzieciństwo, młodzieńcze lata spędzone w tej miejscowości. Mój wiersz jest taką aluzją do tego co on napisał w swojej powieści.


Z cyklu „Nasi Hebrajczycy”


***


Wysoka szkoła

zabołotowska bożnica

z białymi gołębiami na dachu

mały Munio Szperber

monotonnie śpiewa modlitwę

w niezrozumiałym

ale nie obcym języku

we dwoje chodzimy nad Prut

wyglądać Mesjasza

u mnie w domu twierdzą

że Mesjasz przyjdzie

po raz drugi

a Munio jest pewien

że po raz pierwszy

Ale te rozbieżności

nie są na tyle istotne

żeby zagłuszyć naszą

dziecięcą przyjaźń

najważniejsze przecież

że oboje wierzymy

w most z papieru

którym ludzie dobrej woli

przekroczą Prut

zmierzając do szczęśliwego

i wiecznego życia


***

Tylko Rebeka Nojman

została w Rachiniu

za to nie ma już w Bolechowie

ani Dyzi Lew

ani Miriam Adler

ani Dory Grunszlag

ani doktora Blumenfelda

ani doktora Rajfajzena

nikogo z moich znajomych

którzy stali mi się drodzy

bo utwierdzili mnie

w przekonaniu

że permanentna modlitwa

świadczy nie o słabości

a o sile

nie o ignorancji

a o wiedzy

Ułożone z mocew chodniki

uciekają spod nóg

w ślad za moimi znajomymi

z Bolechowa

odeszła przeszłość

a przyszłość

i tak nie nadeszła.

 

 

Hałyna Petrosoniak: To zdjęcie pochodzi z miejscowości Horodenko. Znajduje się niedaleko Kołomyi i tu w pobliżu narodził się Jerzy Kawalerowicz. W Horodenku narodził się również bardzo sławny później aktor narodowości żydowskiej. który w latach dwudziestych wyemigrował do Berlina, gdzie zaczął grać w filmach, ale ze względu na rozwijający się w Niemczech antysemityzm ostatecznie wyjechał do Stanów i rozpoczął karierę w Hollywood. Osiągnął wiele sukcesów. grał między innymi z Gretą Garbo w słynnym filmie „Ninoczka". Jego nazwisko brzmi Alexander Granach. Napisał po niemiecku autobiograficzną książkę, jej oryginalny tytuł brzmiał Da geht ein Mensch. Roman eines Leben. Hałyna Petrosoniak przetłumaczyła ją na ukraiński, a jej polski tytuł brzmiałby „I oto przyszedł człowiek". Jest to wspaniała książka. Nie wiem czy ukazała się w polskim przekładzie, ale jeżeli uda się Państwu w jakiś sposób do tej książki dotrzeć, bardzo ją polecam. Na każdym czytelniku wywiera bardzo silne wrażenie. O tej miejscowości Horodenko jest mowa w moim kolejnym wierszu.



***


W niektórych oknach ikony

w innych gwiazdy Dawida

Śmierć stawia znaki w Horodence

żeby tych z gwiazdami

zegnać do bożnicy

z której nie było im sądzone wyjść

Ich ciała

jak snopy

zwożą wozami do dołów

woźnice

połykając łzy udają obojętność

Myślę o chłopczyku Jessai

który został Alexandrem Granachem

i przyprowadził mnie

do swojej magicznej Horodenki

Tutaj szczęśliwie rozminął się ze śmiercią

żeby trzy lata później

fatalnie

zderzyć się z nią

w Nowym Jorku

ale ostatecznie na zawsze

pozostać

żywym



 

***


W przedwojennym Stanisławowie

kolegowałam się z córką doktora Horna

który mieszkał na ulicy Kopernika

przyjaźniłam się z dziećmi Szulima Sussmana

prawie się zakochałam w Horowitzu młodszym

Chodziłam na nabożeństwa pastora Zöcklera

do kościoła ewangelikalnego

w Knihininie Wsi

ale ze swojego okna nie raz słyszałam

boski śpiew kantora

Postępowej synagogi


Wymyśliłam sobie przeszłość

ale na ulicy Kopernika

naprawdę

do dziś stoi dom Hornów

nieopodal dołów na poboczu Kolejowej

leży płyta nagrobna Szulima Sussmana

a kamienica Horowitzów nadal jest ozdobą mojego miasta

Kamień okazał się trwalszy

od porządku świata

od ciał

Ale jest nadzieja

że nie będzie trwalszy od dusz.


 

***


Paryżanka pani M.

całe życie marzyła

o podróży do Kołomyi

o której jako dziecko

wiele słyszała od ojca

Maurycego Szrajta

który był synem

kołomyjskiego kuśnierza

Herszele Szrajta

w latach dwudziestych wyemigrował do Leipzig

a w trzydziestych do Paryża

Razem z panią M.

wędrujemy po Kołomyi

jak gdyby we śnie

po raz pierwszy w życiu

śnią mi się mezuzy na futrynach

starych budynków

stare ogrodzenia z motywem minor

naprzeciwko dawnego gimnazjum

maleńka bożnica na Piekarskiej

i wiolonczela Emanuiła Fojermana

Jestem wdzięczna paryżance

że podarowała mi

tak niespodziewany sen

o naszej Kołomyi

 

tłumaczenie: Jadwiga Skowron

 

 

 

Opr. GLK.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.