fesstiwal słowa w piosence
--
Więcej o
Autorze/Tłumaczu

Undergroundowy autor z Koszyc i pisarka-prawniczka z Kijowa

[27.07.15]

Agda Bavi Pain, undergroundowy pisarz o tureckich korzeniach pochodzący ze wschodniej Słowacji oraz autorka, prawniczka, działaczka na rzecz praw człowieka, Łarysa Denysenko gościli 25 lipca podczas Miesiąca Spotkań Autorskich we Wrocławiu.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Hardcorowa podróż

Słowacki pisarz tworzy nie tylko prozę, ale też poezję, a także pisze dla teatru lalek dla dorosłych. Jak mówi, w tej działalności może wykorzystywać pomysły, które nie sprawdziłyby się nigdzie indziej. Współpracuje z prywatną instytucja, produkcja spektaklu jest tam bardzo droga.

-Nawiązujemy do tradycji znanej z jarmarków, tylko ze współczesnymi tematami – opowiada Agda Bavi Pain.

Dla wrocławskiej publiczności przeczytał opowiadanie „Dziecko czasu”, sentymentalną dla niego historię z czasów komunistycznych z motywami nawiązującymi do obecności Romów na Słowacji, która jest dużym problemem w tym kraju.

Językowy koktail

-Wiele rodzin, które tu mieszka zupełnie nie jest przystosowane do życia w mieście, mam dużo ciepła i zrozumienia dla Romów, ale takie są fakty. Agda Bavi Pain wykorzystał w opowiadaniu wyjątkowość mieszanki językowej występującej w Koszycach: romskie, węgierskie naleciałości wynikające z historii regionu.

Było to już ostatnie spotkanie z pisarzem ze Słowacji na tegorocznym festiwalu Miesiąc Spotkań Autorskich.

Opowiadanie "Dziecko czasu" w tłumaczeniu Olgi Stawińskiej

Prawniczka-działaczka-pisarka

Łarysa Denysenko późno zaczęła karierę pisarską, bo dopiero w okolicach trzydziestki. Można zapytać po co osobie, która robi karierę w parlamencie i intensywnie działa na rzecz praw człowieka dodatkowa angażująca czasowo forma aktywności – pisarstwo?

Odskocznia od polityki

-Potrzebowałam czegoś, co oczyści ciało i umysł od pracy z politykami, to moja odskocznia – wyjaśnia Denysenko. W swoich utworach nie wykorzystuje inspiracji z sali sądowej, choć przyznaje, że jest tam dużo dramaturgii, uważa jednak, że byłby to jej koniec jako adwokata i jako pisarki. Książki ukraińskiej pisarki są pełne wyrazistego humoru i zabawnych sytuacji obyczajowych.

Początkowo teksty Denysenko brano za utwory autorstwa osoby dorastającej, a nie 30-letniej kobiety, którą była.

-Kiedy się długo milczy, to potem mówi się na początku w specyficzny sposób – tłumaczy Łarysa Denysenko.

Nauka ukraińskiego

Pisarka pochodzi z litewsko-greckiej rodziny. Mieszka w Kijowie. Co ciekawe, języka ukraińskiego zaczęła się uczyć się dopiero podczas pracy w ukraińskim Ministerstwie Sprawiedliwości w wieku 23 lat. Czytała Oksanę Zabużko, Jurija Andruchowycza, żeby nauczyć się języka i móc pisać.

-Nie wierzę w sumienie władz, ale wierzę w jej pragmatyzm – podsumowuje swoje spojrzenia na aktualną sytuację polityczną na Ukrainie Łarysa Denysenko. Działa na rzecz podnoszenia świadomości o prawach człowieka, prowadzi audycje radiowe, dyskusje z politykami w radiu, które powstało podczas wydarzeń na Majdanie, pisze teksty o reformach koniecznych na Ukrainie. Jej powieść „Korporacja idiotów” uderzała w skorumpowanych polityków, kilku bohaterów wzięła wprost z rzeczywistości. Teraz myśli o podobnej książce o ukraińskim sądownictwie.

 

 

Fragment opowiadania Łarysy Denysenko „Cywile i cywilizowani”

„Jesteśmy przecież cywilizowanymi ludźmi, może więc porozmawiamy?” „Ani myślę rozmawiać z tobą, czuję od ciebie woń innej kobiety.” „A ty cuchniesz władzą, obrzydliwymi korytarzami parlamentu, kotletami i spoconymi facetami! A przecież rozmawiam z tobą, zawsze z tobą rozmawiałem, ba, nawet z tobą spałem!” „Nie podoba ci się zapach demokracji? To idź do diabła, dzikusie, o cywilizacji będzie mi trzepał ozorem, zabieraj się, wymyśl coś innego!”

Kiedy Olga trzasnęła drzwiami, pozostawiając za nimi byłego, jej przyjaciółka Lerka patrzyła na nią sceptycznie.

„Ile razy mówiłam ci, że kobieta powinna być łagodniejsza, niczym morskie fale szlifować twarde kamienie wzajemnych stosunków, by stały się gładziutkie i nie zadrapały nikogo?” „Chcesz o tym porozmawiać? Idź rozmawiać z Tamtą, teraz to ona będzie go szlifować. Zdrajczyni.”

Albowiem Olga otoczona była przez zdrajców. Jeden z nich leżał właśnie na podłodze i merdał ogonem. Labrador Mason irytował ją najbardziej. Oblizywał Tamtego po rękach, całował jego krawat, ślinił podbródek. „Tamten” – tylko w ten sposób Olga nazywała obecnie swojego eks. „Pozbawiłam go imienia, gdyż nie mogę pozbawić go głowy” – objaśniła przyjaciółce definicyjne modyfikacje.

Mason nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, skowyczał, podskakiwał, cieszył się i zamartwiał osobą Tamtego. Zagarniał pod siebie jego koszulkę, wpychał w nią mordę i cieniutko zawodził. Olga nie wywaliła tej szmaty tylko dlatego, że pomyliła ją ze swoim ciuchem.

Olga kilka razy pokazywała psu fotografię byłego, powtarzając sugestywnie: „fe, fe, fe”. W odpowiedzi pies radośnie chwytał zdjęcie za róg, podgryzał je, by w końcu zeżreć z tak jaśniejącym wyrazem pyska, jakby właśnie poczęstowano go smakołykiem.

„Oto przyjaciel człowieka! Powinieneś być bardziej powściągliwy, więcej wymagać i nie ciągnąć tak do Tamtego paskudy. Zaraz wyszoruję ci paszczę mydłem!” – Olga groziła psu, a on – złocisty, potężny, wymachujący radośnie ogonem – zaglądał jej w oczy i łasił się, usiłując odgadnąć przyczynę niezadowolenia swojej pani. Ale czy pies może pojąć, czym jest nieszczęście człowieka, który przegrał własne życie? Świat doświadczyłby o wiele więcej małych katharsis, gdyby nie radosne merdanie psich ogonów.

„I czego się wściekasz? Musisz uratować ten związek i doskonale o tym wiesz.” „Znowu? To cośmy zbudowali zniszczył on, więc niech teraz sobie naprawia.” „Nie żyjesz w piaskownicy i nie jesteś dziewczynką, której ktoś rozwalił babkę.” „Właśnie, że moje życie jest piaskownicą i to w dodatku zaszczaną przez koty, sama jestem jak ta rozdeptana babka, przestań mnie dręczyć.”

„Czekaj, czekaj. Żyliście przecież w nieformalnym konkubinacie, cywilnym związku. Będziesz jeszcze musiała udowodnić przed sądem, że stanowiliście parę, która spędziła ze sobą piętnaście lat.” „Niby jak? Mam im puścić domowe porno, na którym kochamy się pod rodzinnym portretem? Piętnaście nagrań? Czy jedno na każdy rok wystarczy, by przekonać sąd? Rok 2010, ona nieco przytyła, a on wyłysiał. Najlepiej, żeby na filmach była także mała, proszę, a tutaj widzimy, jak tymczasem podrosła ich córeczka! A w celu uzyskania bardziej przekonywającego obrazu domowego zacisza, pokażmy również ewolucję naszego psa: bardzo proszę, tutaj był jeszcze szczeniakiem, a tutaj wyrosło zeń wielkie bydlę.” „Olu, przestań pieprzyć farmazony, wszyscy mają cię już dość. I to nie Masona należy co roku szczepić na wściekliznę, ale ciebie.”

Rzeczywiście, wściekłej Olgi wszyscy mieli powyżej uszu i właściwie można było się do tego przyzwyczaić. Za pierwszą wczesną zapowiedź tego zjawiska można uznać zniknięcie jej rodzonego ojca z radarów jej rodzonej matki, gdy tylko ta ostatnia zaszła w ciążę.

Powrócił, gdy Olga ukończyła lat osiemnaście. Zwrócił uwagę, że wyhodowała „niezłe cycki, jest za co złapać”, a Olga pomyślała, że podrywa ją jakiś nawalony psychopata i uciekała co sił. Ojciec pobiegł za nią i w akompaniamencie jej wrzasków wparował do ich mieszkania, gdzie oczekiwała klasyczna matka z rękoma na biodrach. On opierał się o ściany przedpokoju (matka głosem lektora komunikacji miejskiej zagrzmiała: „nie opierać się”), był bliski upadku, zataczał się na boki i straszliwie trzęsły mu się ręce.

Uśmiechnął się wreszcie i rzekł, że chciał tylko zobaczyć, co też wyrosło z jego alimentów. Zadowolony z rezultatu, poprosił o „grosika na podleczenie kaca”. Zamiast tego matka udzieliła mu rady: „lepiej się zachlej na śmierć, pijany bydlaku, ja nawet na twój grób nie dam złamanego grosza”. Ojciec obraził się. „Co z ciebie za baba? Gdzie twoja delikatność? Gdzie współczuwanie?” Matka odparła, że zdążył już przepić – i „współczuwanie”, i wszelką łaskawość, przepił całą jej babską naturę. Rozczulił się wówczas nad sobą. „Wszak kiedyś kochałaś, kiedyś przyjmowałaś mnie”, a matka odrzekła na to rezolutnie, że owszem, i że nospę swego czasu również przyjmowała, ale potem jej przeszło, kamienie opuściły woreczek żółciowy i nastąpiła klimakteryjna starość.

Matki trudno było dosięgnąć, bo stała na wysokiej półce, tej samej, na której chowała przed Olgą słodycze, a ta zmuszona była stawiać krzesło na taborecie, bo drabiny w domu nie było, by dobrać się do cukierków. Wszystko zakończyło się tym, że Olga gruchnęła o ziemię i złamała sobie rękę. Już wtedy pojęła, że lepiej nie sięgać po pewnych ludzi i po pewne rzeczy, zadowalając się ich substytutami. Stali się nimi Tamten oraz przyjaciółka Lerka, oboje o pięć lat starsi od Olgi.

Życie z Tamtym nie było idealne, ale w istnienie życia idealnego Olga nie wierzyła nawet w dzieciństwie.

Było to życie znośne, syte i wesołe, z elementami entuzjazmu i rujnacji. Trochę „pieskie życie”, jak i labradora Masona – żartowała dziś gorzko.

Olga doskonale pamiętała siebie z czasów, gdy czuła się zakochana, ale niełatwo było jej sobie przypomnieć, kiedy uczucie to ją opuściło. Może przełknęła je w barszczu, może zmył je monotonny jesienny deszcz, gdy każde cichutko przewracało się na swoją stronę łóżka, zwijało w embrionalny kłębek i przesypiało calutką noc bez cielesnej bliskości, bez czułego posapywania do ucha, bez bezwstydnej ręki na piersiach, dotyku warg na szyi i nawet bez wymawianego szeptem „dobranoc”, bo mogli obudzić dziecko. Bowiem dziecko już się pojawiło, i pojawiło się ono wcześnie.

A przecież dawniej pieścił i hołubił, całował trzy razy: w pępek, w ramię, a potem w usta: „za mamę, za tatę, za siebie”, bo wiedział, że w dzieciństwie było Oldze zimno, choć zmieniały się pory roku, a kalendarz żył swoim normalnym życiem.

Długo zwlekał z oświadczynami, a kiedy się wreszcie odważył, Olga nie zgodziła się, na co odrzekł spokojnie, że dwukrotnie proponować nie będzie. Olga wzruszyła ramionami: „będziemy żyć w związku cywilnym, jesteśmy przecież cywilizowanymi ludźmi”, a on się na to zgodził, teraz już wie to na pewno, zgodził się, by móc spokojnie terroryzować nieformalną partnerkę – cywilną i cywilizowaną.

A potem pojawiła się Tamta. Asia. Doktorantka. Astronomka. Doktorantka Asia – jak z piosenek końca lat osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych. Śpiewali wtedy o praktykantce Katii, dlaczego nie mieliby śpiewać o doktorantce Asi?

Krótko mówiąc, permanentne ass. Zdaje się, że wtedy po raz pierwszy Olga rozbawiła swą czternastoletnią córkę, mającą fioła na punkcie amerykańskiego slangu i brytyjskiego rapu.

Tłumaczenie: Marcin Gaczkowski

 


Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.