fesstiwal słowa w piosence
--

Lluís-Anton Baulenas po stokroć różny

[22.07.16]

Piętnastego dnia Miesiąca Spotkań Autorskich późnym popołudniem mogliśmy spotkać się z Lluísem-Antonem Baulenas'em, pisarzem, dramaturgiem, scenarzystą, tłumaczem, językoznawcą, reżyserem teatralnym, aktorem, urodzonym w 1958 r. w Barcelonie. Spotkanie prowadziła Małgorzata Kolankowska.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Małgorzata Kolankowska: Najpierw studiował filologię, potem przez dłuższy czas zajmował się nauczaniem języka katalońskiego w szkołach średnich. W wieku dwudziestu dziewięciu lat porzucił dotychczasowe życie, aby oddać się literaturze.

Jest autorem szesnastu powieści, trzynastu dramatów, dwóch prac językoznawczych, wielu przekładów z języka angielskiego i francuskiego (np. Capote, Orwell, Camus, Cocteau). Reżyser Ventura Pons zrobił adaptacje filmowe kilku jego historii, które stały się popularne jak Anita no pierde el tren (Anicie nie ucieka pociąg, 2001) i Amor idiota (Głupia miłość, 2005). Zdaniem krytyczki literackiej Michèle Gazier, „ogromny talent Baulenasa polega na opowiadaniu historii o postaciach pozbawionych historii i na jego umiejętności nadania im ludzkich wymiarów”.

Na dzisiejszym spotkaniu Lluís-Anton Baulenas przeczyta nam fragment swojej ostatniej powieści i na początek tytułem wprowadzenia chciał nam o niej opowiedzieć.

Lluís-Anton Baulenas: To jest fragment powieści, którą teraz piszę. Mam nadzieję, że będzie się mogła ukazać w 2017 roku. To jest ten pierwszy raz kiedy można usłyszeć fragment mojej nowej powieści jeszcze przed jej wydaniem książkowym. Jestem katalończykiem, piszę po katalońsku. Tak że będą mieli Państwo szansę usłyszeć jak brzmi mój język.

­Amics per sempre, Przyjaciele na zawsze, Lluís-Anton Baulenas

   
    Otwieram okno, niech się trochę przewietrzy. Powietrze w Barcelonie jest wilgotne, jakbyśmy byli na Filipinach. Duchota zupełnie niepasująca do pory roku, bo mamy dopiero maj. Leżę nagi na łóżku w pensjonacie Darnius. W prawej ręce trzymam liścik napisany przez mojego ojca, w lewej – podróbkę szwajcarskiego scyzoryka.
    Ugniatam scyzoryk, jakby był z gliny i dawał się modelować.
    Podarował mi go mój najlepszy przyjaciel, Joan-Jordi Torrent. Kupił go latem ubiegłego roku od ulicznej handlarki, na jednej z głównych ulic Lublany, w Słowenii. Było wczesne, jasne popołudnie i wygrzewaliśmy się w słońcu, siedząc na tarasie baru przy piwie. Kobieta rozpoznała od razu obcokrajowców i ruszyła prosto w naszym kierunku. Joan-Jordi kupił od niej podróbkę scyzoryka. Ostatni raz widziałem go kilka dni później, kiedy machał mi na pożegnanie z taksówki, która miała go zawieźć na lotnisko w Lublanie. Z oddali dobiegało dudnienie pierwszej wymiany ognia artyleryjskiego. Zanim pojazd ruszył, Joan-Jordi wyciągnął przez okienko rękę i podarował mi scyzoryk.
    Chowam go do szuflady nocnego stolika i ocieram pot.
    On wrócił do domu, a ja zostałem. Byłoby lepiej, gdybym tego nie zrobił.
    Wącham pot pod pachami i po raz kolejny czytam liścik od ojca. Zjawił się tu chwilę temu, kiedy mnie nie było. Napisał tak:
    „Joan-Jordi Torrent znów o ciebie pytał. Mówi, że chce się z tobą pilnie zobaczyć. Powtórzyłem mu, że nie wiem, gdzie jesteś. Zostawił ten numer
     telefonu…”
    I tu numer…
    Od jedenastu miesięcy nie odzywam się do Joana-Jordiego. Od tamtego dnia, kiedy się pożegnaliśmy w Lublanie.
    Dzwoni telefon. Odbieram. Słyszę rwący się niedorzecznie głos dorosłego mężczyzny, mojego ojca. Jako jedyny wie, że tu jestem. Nie daje mi spokoju:
    – Ferran?
    – Tak.
        – Powiedzieli ci, że byłem w pensjonacie?
    – Tak.
    – Dali ci mój liścik?
    – Tak.
    – Kiedy przyszedłem, złapał mnie Darnius i znowu się na ciebie skarżył.
    Darnius jest właścicielem pensjonatu Darnius. Ma pewnie z osiemdziesiąt lat. Należy do tych starców, którzy bez ustanku opowiadają, jak to się dobrze trzymają. Na przykład podkreśla, że nie stracił ani jednego zęba. Jakby zasługiwał na medal z urzędu miasta za zasługi na polu stomatologii, czy coś w tym guście.
    – A na co się skarżył? – pytam.
    – Na syf, który gromadzisz w pokoju.
    Nie mam pojęcia, jak ojcu udało się tym jego głosikiem oszukać i naciągnąć tylu ludzi. Mam ochotę mu to powiedzieć. Kiedyś to zrobię.
    – To nie jest syf, tylko gazety – odpowiadam.
    – Tak, ale masz ich całe stosy. Jak w jakimś magazynie. Zapchałeś cały pokój. Jeśli ich nie wywalisz i nie dasz mu posprzątać, wypieprzy cię na ulicę.
    Kiedy sprawy nie układają się po jego myśli, w Darniusu dokonują się pewne fizyczne zmiany. Nadyma się jak ropucha, żeby zrobić wrażenie. Nerwowa bladość i zimna furia przejmują władzę nad jego ciałem: zaciska zaskakująco dobrze uzębione szczęki, twarz mu kwadratowieje, rozszerza, deformuje i zaczyna pałać ogniem, aż wydaje się zupełnie kimś innym. Zwykła komedia. Może nabrać mojego ojca, ale mnie nie.
    – Nie może mnie wyrzucić dlatego, że zbieram gazety – mówię. – A poza tym nie mam dokąd pójść.
    – Możesz przyjść do mnie.
    – Jak trzy miesiące temu?
    Kiedy przyjechałem z Jugosławii, wolałem zatrzymać się na kilka dni u ojca. Po tym, co przeszedłem, należało mi się trochę spokoju. Poza tym nie doszedłem jeszcze do zdrowia. Nie miałem zamiaru zostawać tam długo, tyle tylko, żeby się zaaklimatyzować. Nie chciałem wracać do mojego domu, nie chciałem się spotkać z dziewczyną ani z żadnym z przyjaciół. Zadzwoniłem do niego zaraz po przyjeździe, żeby zapytać, czy mu to pasuje, i się zgodził. Kiedy dotarłem, okazało się, że mój dawny pokój podnajął jakiejś stewardesie ze Swiss Air, „Powiedziałeś, że mogę przyjść!”, wypomniałem mu. „Znam cię, i twoje mieszkanie zresztą też, myślałem, że robisz sobie żarty…”, odpowiedział, patrząc w podłogę.
    Przez trzy dni spałem na sofie w jadalni, pokurczony, a mój pokój stał pusty, bo stewardesa się nie pojawiła. Czwartego dnia przeniosłem się do pensjonatu. Gdy wychodziłem, już w drzwiach ojciec poprosił: „Daj mi pięć tysięcy peseciaków!”. „Dlaczego? Za to, że kazałeś mi spać na sofie?”, zapytałem. A on mi odpowiedział: „Nie, dlatego, że potrzebuję”. Odwróciłem się na pięcie i zacząłem schodzić po schodach. Jeszcze teraz słyszę, jak na mnie bluzga i drze się ze swojego piętra. Za bardzo go przyzwyczaiłem do wygód.
    – Wiesz przecież, że mój dom jest twoim domem – mówi mi teraz, po drugiej stronie słuchawki. – Tamto ze stewardesą to było zwykłe nieporozumienie. Już o tym rozmawialiśmy.
    – Ty i ona, robiliście to?
    – Proszę cię, mam siedemdziesiąt cztery lata, a stewardesa dwadzieścia sześć! I nie w tym rzecz. Chciałbym ci pomóc – naciska.
        – Nie wydaje mi się. Prędzej ci wstyd, że twój przyjaciel, pan Darnius, skarży się na mnie. Chce ci wmówić, że egzystujemy tylko dlatego, że on tu jest i nami kieruje. Przypuszczam, tak w ogóle, że bardzo mu się taka postawa sprawdza. Ale nie ze mną. Chociaż zachowuje się, jakby był właścicielem Ritza, to przecież tyle tylko osiągnął, że w wieku osiemdziesięciu lat zarządza jedynie nędznym pensjonatem w Dzielnicy Gotyckiej. Nie robi na mnie żadnego wrażenia. Ni cholery.
I dodałbym: „Poza tym ja byłem w piekle, a on nie”. Ale nie sądzę, żeby ojciec mnie zrozumiał.
        – Mówi, że zadzwoni na policję, bo inni goście narzekają.
    – Czemu?
    – Bo hałasujesz w nocy.
    – Bez przesady, zwyczajnie przekładam gazety, żeby trochę uporządkować…
    – Hałasujesz i przeszkadzasz. Kiedy przyszedłem, Darnius wpuścił mnie do twojego pokoju. Tak się nie da żyć! W powietrzu jest pełno kurzu z gazet. To niezdrowe. Zachorujesz.
        – A ona, co powiedziała?
    – Ona? Kto niby?
    – Przyszedłeś tutaj z jakąś kobietą.
    – Coś ci się uroiło?
    – Nie, ja to wiem. Darniusowi się wymsknęło. Opowiadał o twoich odwiedzinach w liczbie mnogiej. Wspomniał o jakiejś „pani”.
    – Niech będzie, przyszedłem w towarzystwie. Co za różnica?
    – Masz nową lokatorkę? Z tą robisz to już, co?
        – Dosyć! To przyjaciółka. I ledwo weszła do twojego pokoju, od razu dostała mdłości. Tam nie ma czym oddychać. Wypadła biegiem.
    – Lubisz, kiedy budzę w ludziach niechęć, prawda?
    – Nieprawda.
    – Potrzebuję tych gazet.
    – Po co?
    – Lubię być na bieżąco.
    – Słuchaj, porozmawiam jeszcze raz z Darniusem, przekonam go, ale tylko
jeśli mi obiecasz, że dasz sobie pomóc.
    – Twoje pomaganie polega na przychodzeniu tutaj, kiedy mnie nie ma i przewracaniu mi rzeczy. Zawsze wchodzisz ludziom do domu w ten sposób?
    – Jak?
    – Potajemnie.
    – Ledwo wszedłem, zacząłem kichać. Miałem atak astmy.
    – Nie jesteś astmatykiem.
    – No nie jestem, ale miałem atak, jakbym był. Upadłbym, gdyby nie Elvira.
        – Ach, nazywa się Elvira.
    – Owszem. Wyrzuciliśmy cały stos spleśniałych gazet.
    Słysząc to, ściskam słuchawkę z taką siłą, że knykcie mi bieleją.
    – Miałeś czelność wyrzucić moje gazety? – pytam przez zaciśnięte zęby.
    – Sam widzisz, nawet nie zauważyłeś. A poza tym były w nich mysie bobki. Udało mi się…
    – Chciałeś powiedzieć „wam” się udało…
    – Niech będzie, udało się nam zrobić trochę miejsca wokół łóżka. Żebyś
mógł oddychać. Darnius we własnej osobie nawet pozamiatał. Ale pewien jestem, że nie minie osiem dni, a na nowo zakopiesz się po szyję w spleśniałych gazetach i mysich bobkach. Chcesz, żeby przysłał ludzi do odkażenia pokoju?
    – „Odkażenia”? Zgłupiałeś czy jak?
    – A myszy? Tu jest potrzebna dezynfekcja.
    – Nie widziałem żadnych myszy.
    – Żyjesz jak menel. Darnius zadzwoni na policję i na ciebie doniesie.
    – Jeśli na mnie doniesie, to ja doniosę na niego.
        – Ty? Na niego?
    – Zgadza się. Ten pokój nie spełnia norm prawnych. Nie ma stolika. Krzesło jest złamane.
    – Powiedział, że ty je złamałeś.
    – Kłamstwo. I jeszcze okno jest za małe. Żaluzja zepsuta. Nie można jej do końca otworzyć, dlatego kurz się zbiera i zaduch. Bo się nie da wietrzyć. Zamiast mnie stąd wyrzucać, powinien naprawić żaluzję. I krzesło.
    – Proszę cię, wyrzuć te gazety do śmietnika.
        – Nie mam zamiaru. A ty co masz przeciwko gazetom?
    – Nic nie mam!
    – Powiedziałeś właśnie, żebym je wyrzucił.
    – Bo takie zbieractwo nie jest normalne! Jeśli tak bardzo chcesz być na bieżąco, możesz chodzić do biblioteki…
    – Chcę je mieć, fizycznie.
    – Staram się ci pomóc.
    – Czyli że przygarniesz mnie do domu?
        – Rozmawialiśmy o tym z Elvirą…
    – Ach, więc Elvira mieszka u ciebie?
    – Nie do końca…
    – Powiedz jej, że jeśli się wprowadzę, będę potrzebować dużo miejsca na gazety. Nie wiem, czy się zmieścimy całą trójką…
    – Dosyć! Tak dalej nie można. Darnius…
    – Jesteś moim ojcem! Kogo bronisz, Darniusa czy swojego syna? Wiesz co? Nie musi mnie wyrzucać, sam pójdę. Tak naprawdę to cały ten pokój jest gówno wart.
    – I dokąd pójdziesz?
    – Do innego pensjonatu. A poza tym doniosę, że ma myszy.
    – Teraz zaczęły ci przeszkadzać? Wstydziłbyś się… Mam już tego dość, rób, co chcesz. Kiedy zadzwoni Joan-Jordi Torrent, co mam mu powiedzieć?
    – Nic. Do widzenia.
    Odkładam słuchawkę, nie czekając na odpowiedź.
    Minął już prawie rok, od kiedy pojechałem do byłej Jugosławii. I trzy miesiące od powrotu. Ciągle nie sypiam w domu. Zmieniłem dzielnicę. Hipoteka i rachunki muszą płacić się same, z oszczędności. Nie byłem też w banku ani nie ruszałem moich pieniędzy. Jakby należały do kogoś innego. Z Clàudią zerwałem przez telefon, niczym tchórzliwy szczur. Wiele mnie to nie kosztowało. Po tylu miesiącach milczenia myślała, że odszedłem do innej. Nie miała pojęcia, co się ze mną działo. Z przyjaciółmi po prostu nie odnowiłem kontaktu. Zmieniłem też zwyczaje. Na przykład przestałem dawać ojcu pieniądze. Tak jakbym przyjął nową tożsamość. Doprowadziłem też do tego, że mnie wyrzucili z firmy. Żyję nędznie z odprawy, gotówki, która niebawem się skończy. Minęły trzy puste miesiące, a ja czekam, nie wiadomo na co. Rozpamiętuję strach, strach z dowolnego dnia wśród setek dni pełnych strachu, jakbyś powiedział, proszę, wybierz jedną kartę z talii. Łatwo byłoby ją odgadnąć, bo to zawsze ta sama karta:
    Porządek zdarzeń w celi nigdy się nie zmieniał. Nowi na mnie patrzyli, podchodzili, bo jestem cudzoziemcem, próbowali rozmawiać, odpowiadałem, że ich nie rozumiem i, przypominając o nakazie zachowania absolutnej ciszy, dawałem do zrozumienia, że lepiej, żeby zamilkli. To oni byli bohaterami, ja nie.
Pewien chłopak w mundurze – nie potrafiłem go zidentyfikować, może był Słoweńcem – jako jedyny zaczął płakać, kiedy go zabierali. Najpierw się zapierał. Rękami, na podłodze, uczepił się futryny drzwiowej i na chwilę udało mu się zatrzymać marsz. Wlokący go strażnik wściekł się, ciągnął, chciał go oderwać jednym szarpnięciem. Ale chłopak wczepił się mocno. Drugi strażnik wyciągnął wtedy z kieszeni, bez pośpiechu, zapalniczkę, zapalił ją i zaczął przypalać mu dłonie. Chłopak puścił drzwi z okropnym, przeszywającym krzykiem. Wyszli, a drzwi się zamknęły. Słyszeliśmy jego płacz aż do chwili poprzedzającej, tam, na zewnątrz, na dziedzińcu, salwę z karabinów i lot kuli. Wyobraziłem sobie trajektorię jednego z pocisków, jak wbija się przez czoło aż do mózgu i wychodzi górną częścią głowy, ciągnąc za sobą zwoje mózgowe, fragmenty czaszki i skórę.
    Teraz mieszkam w pensjonacie Darnius. Spędzam czas, czytając w gazetach wiadomości o wojnie na Bałkanach. Z chorobliwej ciekawości. Szukam w nich jakieś znajomej twarzy. Specjalista powiedziałby mi pewnie, że to, co przeżyłem w Jugosławii, zniszczyło mnie. Nie trzeba mi żadnego specjalisty, bo sam to umiem dostrzec, bez niczyjej pomocy. Tak naprawdę nie czytam wiadomości,
a raczej je odczytuję, raz za razem. Uczę się ich. Byłem tam. Nie ma w nich nic nowego. Zanurzam się w tym, nasiąkam. Oto moja terapia.
    Oglądam też telewizję w barze na dole. Albo spaceruję. Staram się nie myśleć za wiele. Ogrom jałowego czasu, jaki się przede mną otwiera, wywołuje mdłości. Zwłaszcza jeśli żyjesz w mieście będącym przez dwadzieścia cztery godziny na dobę w stanie euforii, spowodowanej nadzieją na puchar Europy dla Barçy, Olimpiadą… To, co było tylko daleką groźbą burzy, mamy tuż, tuż, zaraz eksploduje: olimpijska radość. Niczym biblijna plaga, ludzie, którzy przez rok nie
odezwali się do ciebie nawet słowem, teraz się uśmiechają i życzą ci dobrego dnia, i wszystkiego dobrego na prawo i lewo. Wielu musi się cieszyć, że wiosna i zbliżające się lato przypominają boże narodzenie. Ale ja tego nienawidzę.
    I to prawda. Nie wyrzucam ani jednej gazety.
    Układam je w stosy.
    Wiele stosów.
    Bardzo wiele stosów.
    Na razie ojciec jest filtrem oddzielającym mnie od mojego poprzedniego
świata. Nie zrobił w całym swoim życiu niczego dobrego ani ze szczerej chęci. Jeśli robi coś teraz, to raczej dlatego, że jest skonfundowany. Nie wie, co się ze mną dzieje i to go dezorientuje. Nie rozumie, dlaczego żyję tak, jak żyję. Wierzy pewnie, że robiąc mi tę małą przysługę, znów będzie mógł ciągnąć ze mnie pieniądze, kiedy wreszcie odzyskam zdrowy rozsądek.
    O niczym nie ma pojęcia.
    Przez te trzy miesiące nie zebrałem się jeszcze na odwagę, żeby porozmawiać z moim najlepszym przyjacielem, Joanem-Jordim Torrentem, chociaż to on, widząc, że nie odpowiadam na jego listy ani nie odbieram telefonów, zgłosił hiszpańskim władzom moje zaginięcie w jugosłowiańskim chaosie.
    Jestem inżynierem przemysłowym. Rok temu pracowałem z Joanem-Jordim w firmie CALFREDSA (Calor i Fred, SA), specjalizującej się w systemach klimatyzacyjnych dla dużych obiektów, jak hale sportowe, kina, teatry, hale przemysłowe, hotele i budynki użyteczności publicznej (biblioteki, ośrodki kultury, ambulatoria). Z CALFREDSA związałem się jakieś cztery lata temu, kiedy przejęła firmę, w której pracowałem wcześniej. Przejęcie oznaczało dla mnie degradację w hierarchii i obniżenie pensji, odpowiednio w stosunku do poprzedniego stanowiska. Nowe szefostwo przyjęło za pewnik, że się na to nie zgodzę. Ale ja im powiedziałem tak. Nie chcieli uwierzyć. Nikt, zwłaszcza tak młody (miałem wtedy dwadzieścia dziewięć lat), nie zechce pracować w gorszych warunkach. Ale ja nie chciałem żadnych wstrząsów. Obserwowałem z bliska życie mojego ojca, przypominające kolejkę górską, pełne wstrząsów. I zdawałem sobie sprawę, że im jestem starszy, im więcej mam pieniędzy, tym bardziej go przypominam. A nie chciałem tak skończyć.
        Odkryłem, że mogę równie dobrze żyć z mniejszą ilością pieniędzy. Zatrzymałem apartament w Vallvidrera, związek z Clàudią trwał, wciąż dawałem ojcu pieniądze, żeby zupełnie nie zatonął w chaosie swojego życia… Jeśli zaś chodzi o moje nowe obowiązki pracownika średniego szczebla, polegały one, w ogólnym zarysie, na dążeniu do osiągnięcia maksymalnej wydajności procesu selekcji i nabywania materiałów. Zajęcie zdawałoby się nudne i bez wielkich perspektyw, ale było mi wszystko jedno. Dawało mi spokój ducha. Byłem umiarkowanie szczęśliwy.
Kiedy firma zdobyła kontrakt w Jugosławii, otrzymałem stanowisko dyrektora
zarządzającego projektu. Moja odmowa wywołała takie samo zaskoczenie jak w dniu, gdy zgodziłem się zostać z nimi, choć na niższym stanowisku. Tym razem okazali się nieustępliwi. Kontrakt był ważny nie tylko z powodu konkretnego zysku, lecz także dlatego, że mógł pozwolić na penetrację zupełnie nowego, dziewiczego rynku. W ten sposób dostałem wybór – albo zgodzę się zarządzać pracami w Jugosławii, albo mnie wywalą. Poza tym jako jedyny w firmie znałem niemiecki, o wiele przydatniejszy od angielskiego w Słowenii, czyli tam, dokąd trzeba się było wybrać. Wobec takiego ultimatum miałem zamiar zostawić ich na lodzie, ale ponieważ Joan-Jordi, z którym zdążyłem się już zaprzyjaźnić, postanowił jechać, zgodziłem się…
    A teraz Joan-Jordi Torrent nalega na rozmowę. Już czas coś mu powiedzieć. Jutro do niego zadzwonię.

    Po tylu miesiącach, pomimo długiego milczenia, Joan-Jordi odbiera telefon i wita mnie ciepło. Mógłby posłać mnie do diabła. Na szczęście tego nie robi. Nie rozumie, co się ze mną działo. Dlaczego zniknąłem z mapy na tak długo.
Dlaczego gadam jak nieprzytomny. Dlaczego nic mu nie powiedziałem, chociaż tyle zabiegał u władz, aby mnie odnaleziono. A jeszcze mniej, dlaczego właśnie teraz zdecydowałem się z nim skontaktować. Ja także nie jestem zbyt pewien dlaczego. Nie znajduję żadnej jasnej ani przekonywującej odpowiedzi, a on w trakcie rozmowy jest na tyle delikatny, że nie pyta. Na koniec zaprasza mnie do siebie na obiad:
    – Nie przyjmę żadnej odmowy. Spędzimy razem dzień. Jak za starych czasów, zrobimy w ogrodzie paellę i pogadamy.
        Jest poniedziałek. Umawiamy się, że wpadnie po mnie w sobotę.
    W połowie kwietnia ubiegłego roku wyruszyliśmy w kierunku jugosłowiańskiej Republiki Słowenii czarterowym lotem wynajętym przez firmę Calfredsa. Podróżowało z nami jeszcze piętnastu kolegów z pracy oraz kilka ton materiałów. Wybieraliśmy się do państwowego przedsiębiorstwa zajmującego się produkcją i eksportem urządzeń przemysłowych, znajdującego się na obrzeżach miejscowości Novo Mesto, jakieś sto kilometrów od stolicy. Rozlokowaliśmy się w tym starym, średniowiecznym mieście, pięknie odnowionym, w którym były i dostojne budynki odziedziczone po wszystkich przeszłych panach tego miejsca, i rzeka, i zabytki, a także nowa część, smętna i wątpliwej urody, wzniesiona zgodnie z zasadami titowskiego socjalizmu. W tamtym okresie w mieście aż wrzało. Wszędzie pojawiało się słowo „samostojna”, które oznacza „niezależna”, czyli, w konsekwencji, niepodległość: w gazetach, na ścianach, wydrukowane na koszulkach… Słoweński parlament proklamował pod koniec poprzedniego roku niezawisłość od federalnych instytucji jugosłowiańskich. Rząd federacji odpowiedział, ostrzegając, że nie pozwoli na niepodległościowe mrzonki. Podczas  tej przepychanki wykonywaliśmy swoją robotę we względnej normalności przez kilka miesięcy. Gorąc w tej części fabryki, w której pracowaliśmy, był nie do zniesienia, gorzej niż w saunie. Gryzący żar wydobywający się z grzejników oblepiał nas i dusił. Unosił w górę żelazisty odór łożysk kulkowych i pras, wypełniając nim powietrze. Wszyscy wachlowaliśmy się rękami, odganiając od twarzy nieprzyjemny zapach cząstek żelaza drgających w atmosferze. Przez otwarte okna nie wpadał najmniejszy podmuch… Pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że prócz hałasu, którego źródłem byliśmy my sami, Katalończycy, nawleczeni wysoko w górze, jak  na nitkę, walcownia stanęła. Pod nami wszystko opustoszało, pochłonięte przez ciszę wręcz absolutną. Wagoniki, taśmy, walcownice… Wszystko stanęło i nikt się nie zjawił. Cisza. A było dopiero wpół do piątej po południu. Zmiana kończyła pracę dużo później. Nagle hałas dochodzący od strony pieców, znajdujących się jakieś sto metrów dalej, zaczął się wzmagać. Tłum pracowników huty przeszedł przed nami, pod oknem. Szli pełni zapału, śpiewając i krzycząc, podekscytowani, maszerując długim, regularnym i energicznym krokiem. Kierowali się w stronę miasta… Joan-Jordi zapytał mnie: „Dokąd idą?”, „Nie wiem, ale widać, że są bardzo zdecydowani”.
    W rzeczywistości szli na wojnę.
    Albo to wojna szła na nich.
    Dzień po ogłoszeniu niepodległości napięta cisza zawładnęła ulicami, nie było słychać najmniejszej wrzawy. Słoweńcy wydawali się zadowoleni. Niepodległość proklamowano we wtorek i zdecydowano się odłożyć świętowanie do dnia następnego. Wiele to mówi o ich pokojowym charakterze. Zaryzykowałem rozmowę z recepcjonistą w hotelu. Nazywał się Willy i był sympatycznym, młodym Słoweńcem o ciepłym spojrzeniu szarych oczu i brązowych, połyskliwych włosach okalających głowę niczym kask. Miał dwadzieścia lat, był technikiem dentystycznym i zamierzał rozpocząć w październiku studia na wydziale stomatologii. Porozumiewaliśmy się po niemiecku, chociaż z trudem. „My, Słoweńcy, jesteśmy właśnie tacy, spokojni, ale zdecydowani. A wy?”, zapytał. „Czy ja wiem”, odparłem, „Każdy Katalończyk jest inny…”. Tamtego lata, dziewięćdziesiątego pierwszego roku, trzy republiki bałtyckie ogłosiły niepodległość, odrywając się od ZSRR. W Katalonii dużo się o tym mówiło, ale
zrezygnowano z bałtyckiej drogi z bardzo prostego powodu: nic nie jest warte życia choćby jednego człowieka. A my, Katalończycy, zbytnio cenimy życie w ogóle, a szczególnie nasze własne. Podobnie jak Europejczycy z zachodu. Dobrobyt nie współgra z wojną ani bezmyślnym podkładaniem bomb. Jak w garnizonie Guardii Civil w Vic parę tygodni wcześniej, gdzie ETA zrobiła prawdziwą rzeź. Nic, czułem się skonfundowany, tak jak wielu Katalończyków. Dlatego nigdy nie wygralibyśmy żadnej wojny. Teraz, rok później, nasi krajowi terroryści dostrzegli to wyraźnie i złożyli broń. „Niepodległość Katalonii, jeśli ma nadejść, nadejdzie nie dzięki walce,  ale za sprawą pokojowego oporu i porozumienia politycznego. A jeśli nie będzie to możliwe, w wyniku nieposłuszeństwa obywatelskiego”, powiedziałem. Willy wzruszył ramionami i rzucił mi po prostu: „My się tyle nie zastanawiamy, ruszamy na wojnę”. Następnego dnia Joan-Jordi Torrent i pozostali pracownicy firmy wrócili do Barcelony, a ja zostałem. Willy mnie oczarował. Nigdy jeszcze nie spotkałem nikogo, kto by z takim spokojem i prostotą stwierdzał, że idzie właśnie na wojnę. Tchórzliwe europejskie państwa i Stany Zjednoczone dawały dowody otwartej wrogości wobec Słowenii. Ale oni nic sobie z tego nie robili. „Nie postawimy na naszych granicach murów ani zasieków: Otworzymy je dla przyjaciół”, ogłosił Kučan, prezydent Słowenii. Naiwnie wierzyłem, że życzenie wyrażone przez ponad dziewięćdziesiąt procent społeczności zostanie uszanowane. Jednak jugosłowiański rząd uznał proklamację za nielegalną. Podobnie jak secesję Chorwacji. I wysłał wojsko. Słoweńskie siły obrony narodowej odpowiedziały. Willy dotrzymał obietnicy. Pozwolił, bym mu towarzyszył do punktu mobilizacyjnego Obrony Terytorialnej. Bardziej niż wojsko przypominał firmę ochroniarską. Żadnych mundurów ani wojskowych salutów, żadnych zewnętrznych oznak hierarchii,  a rozkazy wydawano, dodając proszę, jakby zamawiano piwo w barze. Ci ludzie stworzyli sobie wojsko z dnia na dzień! Powiedzieli mu, żeby zostawił swoje dane i że zawiadomią go, gdy już będą mieć broń dla wszystkich. „Nie ma potrzeby – odpowiedział Willy – w domu mam nowy pistolet i karabin.” Nikt go nie zapytał, gdzie je zdobył. Nagle usłyszeliśmy syreny alarmowe. Kiedy biegliśmy, dwa samoloty bojowe federalnych sił zbrojnych przeleciały lotem koszącym. Najbliższe schronienie znaleźliśmy w piwnicy pobliskiego budynku. Ludzie zbierali się w niej, przerażeni, targając torby z jedzeniem, koce i dzieci…
Alarm powietrzny trwał dwie godziny. Nie spadła ani jedna bomba. Chcieli tylko nastraszyć ludność cywilną. Gdy już opuściliśmy schron, w drodze do domu spytałem, czy boi się śmierci. „Czasami tak”, odpowiedział. Dwa dni później zniknął z hotelu. Pytałem o niego nowego recepcjonistę: „Willy pojechał na wakacje?”, „Wakacje? Poszedł na wojnę, proszę pana…”. Nigdy już go nie zobaczyłem.
 
Przekład z języka katalońskiego Rozalya Sasor

Małgorzata Kolankowska: Jest to powieść, która łączy niejako Hiszpanię i Słowenię. Skąd właśnie takie połączenie?

Lluís-Anton Baulenas: W rzeczywistości jest to powieść, która mówi o wojnie, mogliście tu Państwo posłuchać jej krótkiego fragmentu. Bardziej niż o Słowenii i Hiszpanii jest to powieść przeciwko wojnie. W 1992 roku, gdy trwała wojna na Bałkanach odbywały się Igrzyska Olimpijskie. Bardzo mnie bolała ignorancja rządów w Europie przeciwko tej wojnie w Jugosławii. To był szczególny rodzaj hipokryzji, hipokryzji, która była związana z tym, że ludzie nie chcieli wiedzieć o tym, co działa się tak blisko nich i stąd pomysł na tą właśnie powieść.

Małgorzata Kolankowska: Bohater, którego tu poznajemy jest człowiekiem złamanym przez wojnę, nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Czy to jest tak że w Hiszpanii są jeszcze ludzie, którzy nie potrafią się odnaleźć po wojnie domowej?

Lluís-Anton Baulenas: To jest powieść o wojnie w ogóle. W Hiszpanii temat wojny domowej jest wciąż bardzo obecny i aktualny. To historia o człowieku , który tak naprawdę był człowiekiem spokojnym, nie szukał problemów i nigdy sam dobrowolnie nie wszedłby w kontakt z wojną. Nigdy nie chciał uczestniczyć w wojnie.


Małgorzata Kolankowska: Tutaj pojawia się jeszcze jeden ważny wątek, ostatnio bardzo dyskutowany, wątek niepodległości. Czy to miało być poniekąd trochę o Katalonii?


Lluís-Anton Baulenas:
Tak oczywiście. W tej chwili Katalonia przeżywa bardzo szczególny moment To jest tak że pytanie,  do jakiego momentu w społeczności zachodniej  jesteśmy w stanie dojść, co jesteśmy w stanie osiągnąć. I co jesteśmy w stanie zrobić, żeby coś uzyskać. Pojawia się w tej powieści również refleksja na ten temat.

Małgorzata Kolankowska: Co Pan sądzi osobiście na ten temat sytuacji w Katalonii, jak Pan to odbiera? Czy sądzi Pan, że niepodległość Katalonii jest potrzebna?


Lluís-Anton Baulenas: To pytanie polityczne, nie literackie. To jest bardzo skomplikowany temat, nie da się o tego omówić w trzy minuty. Wiemy, że w Hiszpanii jest to sprawa bardzo istotna, że w Katalonii jest wiele osób, które łączą się w wielomilionowy ruch społeczny chcąc osiągnąć ten cel. To jest fakt.
W Barcelonie odbywają się manifestacje, uczestniczy w nich półtora miliona mieszkańców, to chyba najwyższa liczba w Europie. Problem polega na tym, czy chcemy tel niepodległości czy nie, problemem jest pozycja rządu hiszpańskiego w tej sprawie. Rząd nie chce na ten temat rozmawiać. To wywołuje oczywiście reakcję: jeśli nie chcesz rozmawiać musisz działać. I to właśnie w tej chwili obserwujemy. My Katalończycy należymy do kultury łacińskiej, ale jesteśmy też częścią kultury śródziemnomorskiej, jesteśmy nastawieni pokojowo do życia.
Dlatego też chcemy dążyć do porozumienia, ale jeżeli nikt nie chce z nami rozmawiać, to jak możemy mówić o porozumieniu. Trzeba też powiedzieć, iż nie wszyscy myślą tak samo. Stąd obserwujemy i patrzymy, po której stronie jest większość. W ostatnich wyborach, we wrześniu 2015 roku, Partia Niepodległościowa otrzymała 48% głosów poparcia, czekamy aż będzie 51%.


Małgorzata Kolankowska: Czy w tej powieści są jakieś paralele związane z Pana własnymi osobistymi doświadczeniami?

Lluís-Anton Baulenas: Wydałem do tej pory jakieś piętnaście, szesnaście powieści, nie pamiętam dokładnie. Nigdy nie starałem się pisać o sobie, ani o swojej sytuacji osobistej, ale jest w nich  obecny mój punkt widzenia. Moje powieści nie są neutralne, zawierają mój punkt widzenia i w tym sensie jestem w nich obecny. To jest powieść krytyczna wobec władzy i hipokryzji. wobec tego co nas drażni danego dnia. W szczególności właśnie ta sytuacja rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy, wojna w Jugosławii, a w międzyczasie odbywały się igrzyska olimpijskie, jakby się nic wokół nie działo. A działy się rzeczy straszne i okrutne i nikt na to nie zważał.

Ja już jestem człowiekiem w pewnym wieku i pamiętam, że kiedy zaczynałem pisać moją książkę, to mówiono nam, że jesteśmy świadkami, że powinniśmy dawać świadectwo. I właśnie ta powieść jest takim świadectwem, tego co zobaczyłem. Mówię, że tak było w przeszłości i tego od nas oczekiwano. Teraz to nie my pisarze mamy to zadanie, lecz telewizja, współczesne media dyktują
opinię społeczną, mówią nam co mamy myśleć i co mówić.


Małgorzata Kolankowska:  Na język polski została przetłumaczona jedna z Pana powieści, przetłumaczyła ją Anna Sawicka, a jej tytuł brzmi „Za worek kości". To jest wersja tłumaczona z języka katalońskiego.

Jest to historia żułana Joan Aleu, który jest byłym żołnierzem Republiki, a także więźniem frankistowskiego obozu koncentracyjnego. Prosi swego syna o wypełnienie pewnej misji: ekshumacji i godnego pogrzebania szczątków swego towarzysza, który ocalił mu niegdyś życie. To jest historia skomplikowana i trudna i nawiązuje do jednego z bardzo delikatnych tematów w Hiszpanii jakim jest problem obozów koncentracyjnych. Chciałam Państwu przytoczyć tu obraz takiej sytuacji: na wyspach kanaryjskich, które uznawane są rajskie miejsca  zlokalizowane były obozy koncentracyjne. Byłam tam kilka lat temu, okazało się, a rozmawiałam o tym z młodą debiutującą autorką hiszpańską da Costę, że firma Fajfes, która zajmuje się produkcją bananów, że w pierwszych latach po wojnie domowej w Hiszpanii udostępniła swoje zabudowania fabryczne na rzecz budowy obozów koncentracyjnych, w okolicach Santa Cruz na Teneryfie.
Co ciekawe zapytałam też innych znajomych, z uniwersytetu na Teneryfie o  te obozy na wyspie i okazuje się, że oni nic o tym nie wiedzieli. Pokazuje to sytuację wyciszenia wokół tych spraw; nie ma tam już tych zabudowań, nie ma żadnej wskazówki, czy tablicy, że był tu kiedyś obóz koncentracyjny. Jest to temat bardzo trudny, o którym w Hiszpanii unika się oficjalnych rozmów, jest to temat, który brzmi jak otwarta rana. Mówię o tym dlatego, iż chciałam tu pana Baulenasa o to zapytać?



Lluís-Anton Baulenas: Po wojnie domowej w Hiszpanii rozpoczął się okres
dyktatury, była to dyktatura można powiedzieć katolicka. Dyktaturę tą popierał kościół katolicki, ale trzeba powiedzieć tu, że była to dyktatura bardzo okrutna.
Okrucieństwo było widoczne tuż po wojnie, kiedy budowano obozy koncentracyjne. Były to obozy, które funkcjonowały zarówno w czasie wojny
jak i parę lat później. Jest to w Hiszpanii tematu tabu, ale nie można tego ukryć, gdyż przez te obozy przeszło setki tysięcy ludzi. W Hiszpanii stan wojenny trwał dwadzieścia pięć lat, do tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego roku. Niesprawiedliwość była rzeczywistością  codzienną. Jednym z tematów, które zostały wyciszone jest temat tych, którzy umarli bądź w nich zginęli. Kiedy nadeszła demokracja, wielu myślało, że to się skończy. Ale tak się nie stało,
jest bardzo wiele rodzin dotkniętych tym problemem i toczy się wokół tych spraw obecnie bardzo wiele dyskusji, co zrobić z tymi zmarłymi? Jest wiele zborowych anonimowych grobów i temat jest wciąż żywy i otwarty.
To jest temat bardzo trudny i delikatny, ale dopóki wszystkie zaginione osoby nie zostaną znalezione, a zmarli zidentyfikowani, nie będzie można zamknąć tej strony. Politycy, którzy rządzą w tej chwili w Hiszpanii, są bardzo mocno powiązani z poprzednią epoką. Mówią, że musimy patrzeć w przyszłości  i zamknąć tą bolesną kartę. Ale żeby zamknąć tą księgę, trzeba dokonać społecznej sprawiedliwości. I właśnie na ten temat jest moja powieść „Za worek kości", która została bardzo dobrze odebrana w Polsce. 

Rozmawiam z Lluísem-Antonem Baulenas'em, obok tłumaczka p. Małgorzata Kolankowsk.

Gabriel Leonard Kamiński: Mamy teraz od przynajmniej dziesięciu lat do czynjienia z boomem na literaturę hiszpańską. Pisarze z pańskiego kraju okupują europejskie, polskie listy bestsellerów. Co stoi za tym zjawiskiem?


Lluís-Anton Baulenas: Wydaje się, że jedno to nowe twórcze pokolenie, które dojrzewało w czasach pofrankistowskich, już bez cenzury, a po drugie język hiszpański niesie w sobie niesamowitą żywotność, siłę i uniwersalizm. Trzeba oczywiście wspomnieć jeszcze o ciekawych programach dla tłumaczy i rezydencjach, które przyczyniły się do wzmożenia zainteresowania młodą współczesną literaturą iberyjską.

Opr. GLK.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.