fesstiwal słowa w piosence
--

To nie jest stosowne, żeby autor opowiadał publicznie jak cierpi - rozmowa z Wojciechem Tochmanem

[06.08.14]

Gościem 29-ego wieczoru Miesiąca Spotkań Autorskich w Mediatece był Wojciech Tochman, ceniony pisarz non-fiction i współzałożyciel Instytutu Reportażu. Jak można było się spodziewać, spotkanie z reporterem przyciągnęło tłumy.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Rozmowę zainicjował prowadzący spotkanie prof. Leszek Pułka. Porównał Tochmana do aktora, który po odegraniu swojej roli musi otrząsnąć się z tego, co działo się na scenie.

 

Prof. Leszek Pułka i Wojciech Tochman

Ile czasu potrzebujesz, by wyjść z cudzego życia? – pytał.

Tochman odpowiedział, że reportaż opiera się na sztuce empatii. Tłumaczył, że

możemy poczuć tylko ułamek tego cierpienia, emocji. […] To nie jest stosowne, żeby autor opowiadał publicznie jak cierpi. To tak jakby pytać onkologa, jak przeżywa przypadki swoich pacjentów. […] Każdy zawód wymaga jakiejś ceny.

 



Prof. Leszek Pułka i Wojciech Tochman

Drugie pytanie wrocławskiego filozofa było bardzo niesztampowe. Poprosił reportera o wybranie jednego słowa: bezmiar, lęk, ból, pamięć – które najlepiej określa jego książki? Tochman skomentował wszystkie, bo każde towarzyszy mu w codziennej pracy, ale podkreślił wagę pamięci, odnosząc się do swojej pracy w Rwandzie:

Pamięć jest bardzo ważna. Jeśli nie potrafimy powiedzieć, co tam się stało, to stajemy po stronie katów. Intencją ludobójców jest wymazanie ofiar z naszej pamięci zbiorowej.



Sala Mediateki wypełniona publicznością, przyszło ponad siedemdziesiąt osób

Kolejne pytania płynęły z sali i coraz częściej dotyczyły warsztatu pisarza i obszarów jego zawodowych zainteresowań. Tochman tłumaczył, dlaczego nie pisze już o Polsce:

Dziś miałbym coś do powiedzenia o Polsce, ale tego nie zrobię, bo nie mam ochoty na „hate”. Dostałem taki „hate” za Filipiny… […] Ważne rzeczy dzieją się gdzie indziej. Nie będę się bił za Polskę, wolę się bić za Filipińczyków czy Rwandyjczyków. […] Ludzie w Polsce nie znoszą, jak im się wbija szpileczkę.

c

Rzut na salę z antresoli

Czytelnicy byli zainteresowani, skąd Tochman bierze swoje tematy.
Czy najpierw wie o czym chce pisać, a potem szuka ludzi, którzy do nich pasują? Reporter ze śmiechem zastrzegł, że żadnych castingów nie przeprowadza.

Autor musi współgrać z tematem, jakoś do niego pasować. To musi być moja sprawa – mówił.

Kiedy poruszony został wątek wrażliwości reportera, człowieka, który zadaje szereg trudnych pytań, Tochman wspominał cenną lekcję, którą dostał od Hanny Krall – „lepiej nie zadać pytania niż zadać o jedno za dużo”.

 

 

Reporter został poproszony o komentarz w sprawie kontrowersji wokół książki Jacka Hugo-Badera „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak”. Jego koledze po fachu zarzuca się mijanie z rzeczywistością i ubarwianie opisywanej historii. Co sądzi o tym Tochman?

Nie ma reportażu obiektywnego. Fakty są niepodważalne, święte, ale w reportażu jest miejsce na subiektywizm. […] Ja zawsze muszę być przekonany, że piszę prawdę.

Prof. Leszek Pułka pyta, a Wojciech Tochman odpowiada

Na koniec Tochman uchylił rąbka tajemnicy i opowiedział o swoich pomysłach na przyszłość. Razem z Katarzyną Boni oraz innymi absolwentami Polskiej Szkoły Reportażu chciałby stworzyć cykl „Migracje”, który byłby kontynuacją pracy zainicjowanej w „Kontenerze”. Reporterzy mieliby reagować na bieżące wydarzenia, działać szybko i doraźnie. W polu ich zainteresowania jest np. archipelag Kiribati, który za sprawą globalnego ocieplenia i rosnącego poziomu okalających wyspy wód może niedługo zniknąć z powierzchni Ziemi.


Wojciech Tochman dla Portalu Księgarskiego:

Czy Pan wraca do swoich bohaterów?

Przed napisaniem książki wracam do swoich bohaterów wielokrotnie. Nawet jeżeli wydaje mi się, że już wszystko wiem, że wszystkiego się od nich dowiedziałem i znam tą taką warstwę faktograficzną. Kiedy przychodzę do nich po raz kolejny, bez takiej „napinki” – całą opowieść już mam, mam zamknięte naczynie – to dopiero wtedy dają mi te szczegóły, o których nie powiedzieli wcześniej. Dopiero to ożywia i uplastycznia tę historię. W tym sensie przed napisaniem książki wracam do swoich bohaterów wielokrotnie. Natomiast po napisaniu książki generalnie nie wracam. Poza wyjątkami. No bo te relacje trzeba przeciąć.


A oni wracają?

Zwykle bohaterowie rozumieją, że jest to relacja intensywna, bliska, ale krótkotrwała (chociaż oczywiście dostaję jakieś tam SMS-y na święta itd.). Jest kilka osób z którymi utrzymuję kontakt, a są nawet takie osoby, z którymi się zaprzyjaźniłem i z którymi nadal się przyjaźnię. Nawet będę jechał za trzy tygodnie do Sarajewa odwiedzić moich przyjaciół, w tym dr Ewę Klonowski. Przyjaźnię się z również z Leonardem, bohaterem „Dzisiaj narysujemy śmierć” ( w rzeczywistości ma inaczej na imię). Ale to są wyjątki. Nie jestem w stanie dźwigać tego wszystkiego. Znowu użyję tego porównania, którego użyłem na spotkaniu – lekarz, chociaż przejmuje się swoimi pacjentami i chce dla nich jak najlepiej, kiedy już nie ma powodu, żeby istniała między nimi relacja, bo np. pacjent jest zdrowy, nie jest w stanie utrzymywać kontaktu z tym pacjentem.


Powiedział Pan, że do kolejnych tematów pcha pana ciekawość, brak odpowiedzi i istnienie luk, które trzeba wypełnić. A jest w tym potrzeba „zbawiania świata”?

W ogóle nie ma czegoś takiego. W ogóle nie mam takiej chęci, nie mam takiej misji i boję się słowa „misja”. Moją jedyną misją jest napisać ważny tekst, który nie będzie nudny. Napisać tak, żeby czytelnik chciał dobrnąć do końca mojego tekstu. A jeszcze jak sobie o nim trochę pomyśli i coś z tego wyniknie, to będzie dla mnie tylko dodatkowa satysfakcja. Satysfakcja, której zwykle nie mam, bo nie jestem przy czytelniku i czytelnik mi tego nie mówi. Ale nie ma we mnie żadnej potrzeby „zbawiania świata”, choćby dlatego, że nie przeceniam swoich możliwości. Jestem tylko skromnym autorem.


A czy istnieje zbiorowa odpowiedzialność? Bywa, że podczas lektury Pana książek rodzi się poczucie winy – dzisiaj niektórzy mówili na ten temat.

Co ja mogę z tym zrobić? Jeżeli się budzi w czytelniku poczucie winy po przeczytaniu mojej książki, to mogę tylko powiedzieć, że strasznie mi przykro.


Chodzi mi raczej o konstruktywne uczucie.

Pytanie, co czytelnik z tym zrobi. Czy odwróci to poczucie winy, to ostrze, przeciwko autorowi – co niektórzy czytelnicy robią w internecie, a do czego jestem przyzwyczajony – czy coś tym zrobi, czy nie zrobi nic? To już jest sprawa czytelnika, to, że czytelnik ma poczucie winy to jego problem. Co ja mogę z tym zrobić? Jak ktoś się czuje winny, to niech się zastanowi: czy słusznie się czuje winny? Może niesłusznie, a jeżeli słusznie, to czy ta wina jest jakaś taka straszna, czy niestraszna? Co z nią można zrobić, czy można ją jakoś przekuć w konstruktywne działanie?


Czy pisząc reportaże mówi się za swoich bohaterów czy oddaje się im głos?

Jednak oddaje się im głos. Natomiast rolą autora jest ubrać to w jakąś formę, bo bez formy głosu by nie było, bo nie mógłby być usłyszany. W związku z tym czasem może być wrażenie, że to autor mówi za swoich bohaterów, ale ja mogę mówić tylko za siebie. Ja jestem mądry ich mądrością i wydaje mi się, że nawet jeśli nie cytują ich wprost, od myślnika, tylko jakąś mową zależną, to myślę, że czytelnik wie, kiedy ja mówię od siebie, a kiedy moi bohaterowie mówią przeze mnie. Ja jestem ich medium.



Kalina Lubicz-Stabińska

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.