fesstiwal słowa w piosence
--

Miesiąc Spotkań Autorskich - Lorenzo Silva - relacja z wydarzenia

[05.07.16]

W poniedziałek (4.07) we wrocławskiej Mediatece miały miejsce rozmowy w ramach Miesiąca Spotkań Autorskich, a pierwszym zaproszonym tego dnia gościem był – Lorenzo Silva.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Pomimo tego, że książki hiszpańskiego autora kryminałów nie zostały jak dotąd przetłumaczone na język polski  na spotkaniu znalazły się osoby zainteresowane twórczością pisarza. Lorenzo Silva rozpoczął od podziękowania za zaproszenie. Następnie przedstawiono samego autora oraz jego dorobek.


Lorenzo Silva jest niesamowicie płodnym pisarzem, ponieważ wydał już ok. 52 książki. W skład jego dorobku wchodzą zarówno powieści kryminalne, literatura non-fiction, a także książki dla dzieci. Jego twórczość została opisana w dwóch monografiach naukowych oraz kilku artykułach.

Pisarz zdecydował się na odczytanie fragmentu powieści „Strategia wody” (2010), która jest piątą częścią serii opowiadającej o dwójce funkcjonariuszy Gwardii Cywilnej oraz tym co ich spotyka podczas wykonywania codziennych obowiązków zawodowych.

Fragment książki „Strategia wody"

­    Miałem niejasne podejrzenie, że tej nocy sen nie przyjdzie szybko i nie myliłem się. Po kolacji odprowadziłem Chamorro do miejsca, w którym zaparkowała swój samochód. Po rozstaniu z nią szedłem samotnie po Gran Vía, od Alcalá aż do Placu Hiszpanii. Zawsze lubiłem chodzić nią w nocy, kiedy zamyka się nieszkodliwa wystawa handlowa, w jaką zamienia się za dnia, i ulica wypuszcza kły, potwierdzając, że to serce niezwyciężonego miasta, do którego należy. Wśród wszystkich naiwności popełnianych przez rządzących niewiele było równie jałowych jak ta, na którą w swoim czasie pozwolili sobie smutni zwycięzcy owej ­smutnej wojny: uprzeć się, aby zmienić nazwę tej ulicy, należącej do wszystkich przechodniów, aby zawłaszczyć ją dla jedynej idei ojczyzny i tej całej reszty. Mieszkańcy Madrytu nigdy nie przestali używać jej pierwotnej nazwy i z czasem ulica zrzuciła z siebie sztuczne tabliczki, aby wdziać te prawdziwe. Próżny wysiłek tego, kto próbuje ujarzmić serce, wszystko jedno czy własne, czy cudze.
    Uwielbiałem błądzić wśród mętnych i delikatnych postaci, które zamieszkują Gran Vía po zamknięciu sklepów. Odgadywać pod jej surową twarzą łamliwą duszę, połataną pamięć, marzenia skazane na odwieczny post. To był  prawdziwy teatr, jak prawie wszędzie, ale gdybym miał wybierać, wolałem jej komedię odstawianą przez uczciwych, prawowiernych, sprawiedliwych. Tych, którzy w innych czasach, wśród fasad wybielonych dekretem, przybywali tam w chwilach mrocznej prawdy, by hasać w spelunach zatracenia, które dziś ledwie przechowują wspomnienie tego, czym były. Taki właśnie jest Madryt: ze swoim cwaniactwem i pośpiechem w pochłanianiu dni, nie znajduje czasu, by oddać hołd samemu sobie. Władze próbują tego, wspominając codzienne wydarzenia i wszelkiego rodzaju sentymentalne błahostki; ale twarda skorupa miasta odrzuca ich daremną napuszoność. Każdego dnia i każdej nocy rzuca się na siebie z pazurami i zaciśniętą szczęką. To miasto nigdy nie było domowym zwierzęciem, które mruczy z zadowolenia pieszczone przez pana, ale bestią, która ryczy na otwartym powietrzu, by uciszyć głód i strach.
    Nocne przechadzki po Gran Vía pomagały mi poczuć Madryt: właśnie taki, jakim w głębi duszy chciałem go widzieć, za jakim tęskniłem, kiedy byłem daleko, próbując rozwikłać tajemnicę czyjejś śmierci w miejscach bardziej kameralnych i przyjemnych. Teraz, wyjątkowo, węszyłem tam, we wnętrznościach mojego
własnego miasta, choć zwłoki zostały wydobyte kilka kilometrów dalej. Bo Madryt jest zbyt wyskokowy, by pomieścić się w granicach jednej gminy. I choćby nie wiem jak rozrosła się jego cementowa konstelacja, jego asfaltowe arterie utrzymują organizm zsynchronizowany w jeden puls aż po najdalsze krańce. Lubiłem odczuwać to połączenie, które biegnie od śródmieścia do Alcobendas czy Móstoles, do Getafe albo Coslady; tak madryckich jak sam plac Kybele czy fontanna Neptuna, tak niezrozumiałych bez niego jak ono bez nich. W pewnym sensie miasta są znacznie bardziej rzeczywiste niż kraje, czy w każdym razie ich realność jest mniej wątpliwa. Potwierdza je ciągłość fizyczna, a także nie mniej fizyczna ciągłość potu i oddechów jego mieszkańców, ponad sztucznie wytyczonymi granicami, nad którymi swoją czasową kontrolę próbują utrzymać ratusze. Można podzielić kraj, i rzeczywiście wielu się to udaje każdego dnia; ale nie ma sposobu, by podzielić miasto. Ktokolwiek tego próbował, skończył przegrany. Wszystko jedno, czy wzniesie się mur betonowy, ideologiczny czy językowy. Miasto przewróci go zawsze, by nadal wrzeć zgodnie ze swą pierwotną i zwierzęcą logiką. Być może dlatego jest jedną z najpotężniejszych ludzkich konstrukcji, od greckich polis aż po współczesne kosmopolis.
    Śmierć Óscara Santacruz, powiedziałem do siebie, mijając Callao i schodząc już w kierunku placu, to zbrodnia pasująca do mojego miasta jak ulał. Było jeszcze wiele faktów do wyjaśnienia, ale we wszystkich aspektach, jakie odkrywałem, miała ona związek z jego brutalnością. Począwszy od samego sposobu zabójstwa, aż po motywy i postawy, które wyczuwałem w tle tej zbrodni. Wszystko wskazywało na surowy pragmatyzm, brutalną dominację konieczności i interesów. Pomyślałem bez cienia dramatyzmu, że w oparciu o materiały tak zakorzenione w jego esencji, w jego duszy wykutej przez upór tylu zbiegów, karierowiczów i tułaczy, Madryt nigdy nie zbuduje romantycznego marzenia wokół swojej tożsamości, jak inne miasta; i wcale tego nie potrzebuje. Nie potrzebując tego, miasto nie potrzebowało nawet być kochane. A jednak nie ulegało wątpliwości, że wielu z nas, którzy chodziliśmy jego ulicami z rodzajem masochistycznej dumy, kochało je beznadziejnie.
    Być może dlatego, pośrodku całego swego nieokrzesania, Madryt potrafi całować jak mało kto. Tak niespodziewanie i słodko, jak całował mnie, kiedy dotarłem na Plac Hiszpanii i nagle wiatr przeczesał mi czoło, rozwiewając cienie.
Kusiło mnie, by przedłużyć spacer po placu, wykorzystując do cna to intensywne wrażenie, to drżenie spowodowane pewnością, że żyję. I nie oparłem się. Zszedłem, by przywitać się z moim dawnym przyjacielem z lancą i jego towarzyszem, którzy jechali konno w środku nocy z niezmiennym entuzjazmem. Nie potrafię wzruszyć się kawałkiem kolorowego płótna, ale przyznaję, że na widok tych dwóch gości poczułem naraz gęsią skórkę i pomyślałem, że jeśli gdziekolwiek istnieje moja flaga i moja odznaka, to oni reprezentują ją jak nikt inny.
    Wsiadłem do metra dokładnie tam, na stacji Plac Hiszpanii. Godzinę Kusiło mnie, by przedłużyć spacer po placu, wykorzystując do cna to intensywne wrażenie, to drżenie spowodowane pewnością, że żyję. I nie oparłem się. Zszedłem, by przywitać się z moim dawnym przyjacielem z lancą i jego towarzyszem, którzy jechali konno w środku nocy z niezmiennym entuzjazmem. Nie potrafię wzruszyć się kawałkiem kolorowego płótna, ale przyznaję, że na widok tych dwóch gości poczułem naraz gęsią skórkę i pomyślałem, że jeśli gdziekolwiek istnieje moja flaga i moja odznaka, to oni reprezentują ją jak nikt inny.
    Wsiadłem do metra dokładnie tam, na stacji Plac Hiszpanii. Godzinę później leżałem w łóżku z Epiktetem. Podejrzewam, że nie miałbym nic przeciwko temu, by zamienić go na kogoś innego, ale było, co było i nie żałowałem tego. Zacząłem czytać jego Podręcznik z obowiązku, który sam sobie narzuciłem, ponieważ była to książka, którą Óscar Santacruz miał na nocnym stoliku, a wyznaję przekonanie, że charakter ofiary odgrywa zawsze kluczową rolę w przypadku każdego zabójstwa. Jakie jednak było moje zdumienie, kiedy po kilku stronach zdałem sobie sprawę, że pochłaniam ją z prawdziwą rozkoszą i niemałą ciekawością. Chyba przed dwudziestu laty czytałem coś, pobieżnie i zdawkowo, o tym człowieku i jego filozofii. O ile sobie przypominałem, kiedyś zdarzyło mi się przekartkować Podręcznik, ale nie byłem pewien, czy dobrnąłem do końca i w pamięci zostało mi tylko powierzchowne i ogólne wrażenie: idea, że jak każdy stoik Epiktet radził, by nie podchodzić zbyt serio do przeciwności losu i nie przejmować się tym, co nie zależy od nas. I rzeczywiście to właśnie pozostało w jego pismach, ale także wiele innych rzeczy, spośród których nie mogłem nie przeczytać z wielkim zainteresowaniem fragmentów podkreślonych przez Óscara. Było ich wiele i nie tylko w tekście Podręcznika, lecz także w Diatrybach, obszernym zbiorze nauk filozofa, które potomni zawdzięczają jego uczniowi Arrianowi i w którym znajdują się jego najbardziej znane myśli. Jak jego metafora o duszy i jej przemianach:

     Dusza jest jak miednica z wodą; przedstawienia jak promień światła, który na nią pada. Kiedy woda się porusza, wydaje się, że porusza się także promień światła, choć tak nie jest. A kiedy ktoś traci siły, to nie sztuka ani cnota się mylą, ale duch, w którym zamieszkują. Kiedy wraca do siebie, wracają i one.
 
    Woda po raz drugi (za chwilę miał być i trzeci), choć sens tego ustępu był inny i bardziej intymny niż w przypadku rad chińskiego stratega. Czasem rzeczy, które jak sądzimy nam się przydarzają, w rzeczywistości nie zdarzają się nam, tylko nasza skrzywiona percepcja każe nam je widzieć. Dzięki pewnemu doświadczeniu na własnej skórze mogłem zrozumieć, jaką korzyść odnosił Óscar z rozumowania tego starego filozofa. Inne podkreślone przez niego fragmenty wpisywały się w bardziej konwencjonalny stoicyzm: Pamiętaj, że jesteś aktorem dramatu w roli, w której obsadził cię reżyser: jeśli chce, by była krótka, niech będzie krótka; jeśli chce długą, niech będzie długa; jeśli chce, byś przedstawił biedaka, przedstaw go z godnością: tak jak kalekę, rządcę, zwykłego człowieka. Po czym następowała taka przestroga: Jeśli przyjmiesz rolę ponad twoje siły, nie tylko uchybisz jej piękności, ale też pominiesz to, co mógłbyś osiągnąć. I żeby uzbroić się w cierpliwość, jakiej wymagała walka, którą podjął, Óscar musiał uciec się do tych słów: Nic ważnego nie zdarza się nagle, nawet winne grono czy figa. Gdybyś mi teraz rzekł: „Chcę figę”, odparłbym ci, że potrzeba czasu. Pozwól wpierw, by zakwitła, potem, by dała owoc, później, by dojrzała.
    Jeśli chcesz zachować ciałko, mająteczek i honorek, mówię ci: przygotuj się, jak możesz i ponadto obserwuj tak naturę sędziego, jak i twojego oponenta. Jeśli trzeba rzucić mu się do stóp, rzuć mu się do stóp; jeśli trzeba szlochać, szlochaj; jeśli trzeba jęczeć, jęcz. A kiedy poddasz, co twoje temu, co na zewnątrz, bądź odtąd niewolnikiem i nie zmieniaj zdania, raz chcąc być niewolnikiem, raz nie chcąc, ale zwyczajnie z całym rozróżnieniem albo jedno, albo drugie: albo wolność, albo niewola, albo uprawa, albo ugór, albo kogut rasowy, albo nie. Albo znoś ciosy aż do śmierci, albo poddaj się od razu. Nie może być tak, że wytrzymasz wiele z nich, a na koniec się poddasz.
    Czy to, co zaznaczył w rozdziale Jak należy walczyć z przeciwnościami (który podkreślił prawie w całości):
 
    Przeciwności pokazują prawdę o ludziach. Kiedy napotykasz jedną z nich, pamiętaj, że bogowie poddają cię próbie, wystawiając na starcie z trudnym rywalem. Ale pamiętaj, że drzwi są otwarte. Nie bądź bardziej lękliwy niż dzieci, ale tak jak one, kiedy coś im się nie podoba, mówią: „Nie bawię się”, ty także, kiedy wyda ci się, że sprawy nie idą dobrze, powiedz „nie bawię się” i odejdź. A jeśli zostaniesz, nie skarż się. kto może pomyśleć to wszystko i ujrzeć słońce, księżyc i gwiazdy, i cieszyć wzrok ziemią i morzem, jest samotny?
    Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, kiedy zauważyłem w przedostatnim zdaniu ukryty cytat z Talesa z Miletu, filozofa presokratejskiego, który wśród czterech żywiołów wskazywał na wodę jako na źródło pozostałych i najważniejszy z nich. Wodą jesteś i w wodę się obrócisz, razem z twoimi bliskimi i w ostatecznym pokoju. Kolejny raz ta powracająca idea. Uczepiony jej i swoich książek Óscar Santacruz odebrał sobie prawo do kapitulacji i strachu.
        Była chyba trzecia nad ranem, kiedy w końcu zgasiłem światło. I przez dobre pół godziny nie mogłem pozbyć się tych pradawnych słów, które przetrwały przez tyle stuleci ignorancji i barbarzyństwa, by teraz fruwać pomiędzy zwojami mojego mózgu. Przypomniałem sobie, że Epiktet był niewolnikiem, którego po wyzwoleniu wypędzono z Rzymu (wraz ze wszystkimi filozofami w mieście) i że przeżył resztę swoich dni w Nikopolis, wiosce drugiego sortu na rubieżach Imperium, szanowany za swoją mądrość, ale w absolutnej nędzy. W kontekście jego życia owa refleksja o bogach odległych od każdego z miejsc nabierała  niemałego znaczenia. Podobnie jak mogła je mieć dla Óscara Santacruz, w świetle jego własnych przeżyć. Albo dla mnie samego, owym świtem, pośrodku owego życia, które nie było raczej tym, jakie pewnego dnia sobie zaplanowałem.
    Skromne trzy godziny snu przyniosły mi tylko częściowe wytchnienie. Rzeczywiście, mój umysł nie zaczął rejestrować skutecznie wrażeń z otoczenia do chwili, kiedy nie wypiłem drugiej kawy. Wtedy zdałem sobie sprawę, że jestem już w biurze, i choć Chamorro i Arnaua nie było, leżały tam ich rzeczy, a ekrany ich komputerów były włączone. Kiedy czekałem aż włączy się mój, weszła sierżant.

Pod pachą niosła teczkę, a na jej twarzy rysowała się energia, która prawie mnie miażdżyła, tak daleka była od mojej apatii.
    – Dzień dobry, brygado – powiedziała wesołym głosem, który przybrał poważny ton, kiedy spojrzała mi w twarz. – Boże święty. Niezłą maskę sobie dziś ubrałeś. Wyglądasz jakbyś uczestniczył we własnym pogrzebie.
    – Czytałem do późna – powiedziałem.
    – Nie wiem, czy pytać co. Sądząc po tym, jak wyglądasz, nie jestem pewna, czy prosić cię o pożyczenie.
        – Jedną z książek Óscara. Epiktet.
    – A co to za jeden?
    – Filozof stoicki, I i II wiek po Chrystusie. Interesujący typ, interesujące jest też to, co dawał Óscarowi.
    Chamorro zmierzyła mnie z powątpiewaniem, które wyrażała zwykle wobec moich inklinacji tak obcych jej analitycznemu umysłowi.
    – Wyjaśnisz mi, co w tym takiego ciekawego? – zapytała mimo wszystko.
    – Epiktet, gdzie nie spojrzysz. Był niewolnikiem wyzwoleńca Nerona, który
też go wyzwolił. Wygnano go z Rzymu za myślenie, które wówczas, tak jak dzisiaj, nie było mile widziane, więc zamieszkał i nauczał w pewnym mieście w Grecji, w którym już pozostał. Miał tam brudną norę, a jedyną wartościową rzeczą, jaką posiadał, była metalowa lampka. Kiedy mu ją ukradli – daleki od tego, by się skarżyć – powiedział sobie, że jego winą było posiadać coś tak luksusowego i sprawił sobie lampkę z palonej gliny. Stąd wzięło się jedno z jego najsłynniejszych zdań: Oskarżać pozostałych o własne niepowodzenia to oznaka złego wychowania; oskarżać siebie to oznaka, że wychowanie się rozpoczęło. Sformułował też smakowitą teorię o tym, że ludzie, którzy zależą od czegoś obcego, zawsze są na sprzedaż, co nieźle stosuje się też do naszej roboty. I dużo więcej rzeczy, którymi nie chcę cię zanudzić. Ale niczego nie napisał. O jego naukach wiemy jedynie z zapisków jego uczniów.
    Chamorro zamyśliła się. Choćby nie wiem jak wydawała się obojętna, nigdy nie przestawała wszystkiego notować.
    – Dobrze, już widzę, dlaczego nie mogłeś zasnąć. A w związku z Óscarem?
    – Różne rzeczy. Na przykład, wiesz jak Epiktet opisuje duszę?
        – Przecież wiesz, że nie wiem.
    – Jako miskę z wodą.
    – To bardzo konkretna i przydatna informacja.
    – Nie bądź głupia, Vir. Wysil się. Nasz Epiktet był stoikiem. To znaczy kimś, kto uczył, jak pogardzać cierpieniem, które przychodzi z zewnątrz i jak oddać życie bez mrugnięcia okiem, kiedy chodzi o obronę tego, co dyktuje sama świadomość. Stoik nie obawia się śmierci, o ile zachowuje integralność swojej duszy.
    – Sugerujesz, że…?
    – Wnoszę, że Óscar znał ryzyko, jakie ponosił. I że zgadzał się na to. Grał swoimi kartami inteligentnie, słuchając sprytnych nauk Sunziego, dostosowując się do terenu i szukając słabych punktów u przeciwnika. Ale nauczył się rezygnować ze wszystkiego i kiedy sprawy szły źle, był nawet gotów zrezygnować z samego siebie. Ale nie był gotowy, by pozwolić się złamać.

Przybliżona uczestnikom spotkania część książki była refleksją na temat Madrytu, który został w nietuzinkowy sposób (co zostało również podkreślone przez słuchaczy) opisany jako silne i piękne miasto. W odczytanym fragmencie przedstawiona została również próba stworzenia profilu psychologicznego przytaczając metaforę o duszy i jej pragnieniach Epikteta. Ze względu na brak polskiego tłumaczenia powieści tego autora fragment książki został wysłuchany z wielką uwagą i skupieniem.
W roku 1997 Lorenzo Silva napisał książkę „Pewnego dnia kiedy będę mógł cię zabrać do Warszawy”, która opowiada o polskich emigrantach. Na pytanie o to skąd wziął się pomysł na taki tekst Lorenzo Silva odpowiada: „To bardzo długa historia, zaczyna się w 1974 roku, kiedy miałem 8 lat. Trwały Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Dzieci wtedy nie miały tyle gadżetów elektronicznych co teraz, bawiliśmy się w proste zabawy, jak np. gry kapslami, które były oznaczone krajami uczestniczącym w Mundialu. Każdy chciał być Hiszpanią lub jakąś silną drużyną. Ja wybrałem reprezentację Polski. Do dziś pamiętam ustawienie i od wtedy zaczęła się moja ciekawość tym krajem, przeczytałem wtedy o nim wszystko. W połowie lat 90. jechałem kolejką podmiejską. Dookoła mnie byli sami blondyni, mówiący w języku, którego nie rozumiałem. To byli Polacy. Wtedy przyszło mi do głowy, że napiszę powieść o imigracji w zamkniętym kraju (jakim była Hiszpania) i wybrałem właśnie Polskę”.

 

Pośród literatury non-fiction pisarza znajdziemy książkę dotyczącą Franza Kafki. Pisarz opowiedział uczestnikom historię powstania tej powieści. „Miałem 22 lata i studiowałem prawo. Miałem przedmiot, który nazywał się filozofia prawa, w ramach którego czytaliśmy o różnych koncepcjach prac. Aby podwyższyć sobie ocenę miałem napisać tekst, zaproponowałem, że napisze o prawie w tekstach Kafki, które wtedy namiętnie czytałem. Po latach pewien wydawca zaproponował mi, że chciałby  tą książkę wydać. Wyszła prawie taka sama jaką napisałem mając 22 lata”. Pozostałe książki non-fiction autora opowiadają o wojnach w Iraku oraz Maroku, pokazując obecnie żyjącą tam społeczność lub historie sprzed 80 lat, które jak mówi autor „są ważne, żeby zrozumieć świat w jakim teraz żyjemy, a były to tematy, którymi nie interesowali się inni autorzy hiszpańscy”.


Lorenzo Silva często rozpoznawany jest głównie przez jego serię powieści kryminalnych, w której występuje dwóch bohaterów – funkcjonariusz i funkcjonariuszka Gwardii Cywilnej. Na pytanie co ma wspólnego z głównym bohaterem serii odpowiedział – „Prawdę mówiąc nic. Literatura służy czasami do tego, aby pobawić się w świat całkiem inny niż ten pisarza”. Pisarz przyznał, że popularność powieści kryminalnych może bazować na kilku filarach. Po pierwsze wzbudza ona po prostu zainteresowanie czytelnika, po drugie część ludzi lubi historię podszyte grozą, straszne, ale ważne jest także to, że ma ona wydźwięk społeczny i wyjaśnia to co się dzieje dookoła nas. Podczas pisania pierwszej powieści kryminalnej Lorenzo Silva siadł do niej mając wiedzę prawnika, który kilkanaście lat pracował w zawodzie. W miarę kontynuacji serii potrzebował dodatkowych informacji, które uzyskiwał od swoich czytelników, którzy zawodowo byli policjantami, czy lekarzami sądowymi. Autor podkreśla, że jego książki kryminalne są fikcyjne. „Istnieje coś takiego jak true crime, ja czasami to robię jako dziennikarz, ale w Hiszpanii trzeba uważać, bo często pisze się o przypadkach jeszcze bez wyroku (ze względu na wolny przebieg postępowania sądowego) i nie można wszystkich informacji potwierdzić. Mnie kiedyś pozwał zabójca. Fikcja daje swobodę, fikcyjny bohater nie może cię pozwać.” Autor przyznaje jednak, ze pewne elementy w jego twórczości są prawdziwe, jak np. postać mężczyzny toczącego wojnę ze swoją byłą żoną o prawo do córki, który został zabity przez płatnego zabójcę na polecenie byłej małżonki.

Literatura dla dzieci i młodzieży tego autora często inspirowana jest historiami jakie usłyszał od swoich dzieci. Na pytanie czy ciężko pisze się dla dzieci autor odpowiada żartem „jedyna różnica jest taka, że [moje] książki młodzieżowe są obowiązkowymi lekturami szkolnymi”.

Spotkanie z Lorenzo Silvą dostarczyło uczestnikom wiele cennym informacji o tym pomimo wszystko mało znanym w Polsce pisarzu, a rozmowy podszyte były dużą dawką humoru, którego nie brakuje autorowi.

 

Patrycja Jarosz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.