fesstiwal słowa w piosence
--

Relacja zdjęciowa z czwartego dnia Miesiąca Spotkań Autorskich

Wydarzenia [06.07.16]

Dnia 5.07 (wtorek) w Mediatece we Wrocławiu miały miejsce kolejne dwa spotkania w ramach Miesiąca Spotkań Autorskich. Zaproszeni tego dnia zostali hiszpański pisarz i dziennikarz Ignacio Vidal-Folch oraz tworzący po rosyjsku ukraiński pisarz i autor scenariuszy Andrej Kurkov.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Ignacio Vidal-Folch

­Chińczyk ze zdjęcia
 
    Pozostałem przy życiu, powiedział konfidencjonalnym tonem. Miał bardzo krótkie włosy, siwe i przerzedzone. Twarz zdążyła mu się zaokrąglić, choć wciąż zachowywała ruchliwość i ekspresywność dziecka. Pozostało mu jeszcze imię i nazwisko: Bernardo Civil. W miarę opowieści stawał się coraz radośniejszy. Zator, powiedział. Ale i tak miałem szczęście, jestem z tych 25%, które miało taki atak i może o tym opowiedzieć. Muszę być wdzięczny życiu za tę drugą szansę. I tak, jestem wdzięczny. Moja żona była bardzo wyrozumiała. Dzieciaki też. Chociaż, jasne, trzeba borykać się z następstwami, nauczyć żyć z pewnym upośledzeniem. Mnie uszkodziło lewą półkulę, czyli tam, gdzie umiejscowiony jest zmysł węchu, smaku i pamięć krótkotrwała. Przez długi czas odczuwałem jedynie podstawowe smaki, słodki i słony, gorzki, kwaśny, ale z czasem odzyskiwałem niuanse smaków i zapachów, dzięki temu, że neurony z prawej półkuli zaczęły brać na siebie zadania, które mieli przypisane ich martwi koledzy z lewej półkuli. Czyż nie jest to niesamowite? Jeśli chodzi o pamięć, także miałem szczęście: zawsze miałem ją ponadprzeciętną, pamiętasz jak w szkole nigdy nie musiałem się uczuć, wystarczyło, że uważałem podczas lekcji? Także odliczając to, co utraciłem, wciąż mieszczę się, powiedzmy, w średniej… Jasne, że mam dziury, jeśli teraz ty i ja umówimy się na interes… jeśli wezmę na siebie, na przykład, odświeżenie systemu informatycznego w twoim biurze i nie zapiszę sobie tego w kalendarzu, przez wieki wieków pracowałbyś na tych samych komputerach. Niekiedy jest to krępujące, szczególnie jeśli chodzi o pracę, bo klienci się denerwują. W domu – nie. Moja obecna żona rozumie moje zapominalstwo. Nie ma to dla niej znaczenia. Jest bardzo cierpliwa. Mówię ci: jest fantastyczna. Bernardo Civil szczerze się uśmiechnął. Zdawało się, że wspominał o tych wszystkich okolicznościach, żeby wystarczyło, że uważałem podczas lekcji? Także odliczając to, co utraciłem, wciąż mieszczę się, powiedzmy, w średniej… Jasne, że mam dziury, jeśli teraz ty i ja umówimy się na interes… jeśli wezmę na siebie, na przykład, odświeżenie systemu informatycznego w twoim biurze i nie zapiszę sobie tego w kalendarzu, przez wieki wieków pracowałbyś na tych samych komputerach. Niekiedy jest to krępujące, szczególnie jeśli chodzi o pracę, bo klienci się denerwują. W domu – nie. Moja obecna żona rozumie moje zapominalstwo. Nie ma to dla niej znaczenia. Jest bardzo cierpliwa. Mówię ci: jest fantastyczna. Bernardo Civil szczerze się uśmiechnął. Zdawało się, że wspominał o tych wszystkich okolicznościach, żeby
dentysta właśnie wymienia most i jak teraz przejadę językiem po nagim dziąśle… – Przeniósł spojrzenie na zdjęcie. – Do diaska!
    – Prawda? Robi wrażenie, nie?

    Piętnastu chłopców rozmieszczonych w trzech rzędach na tyluż schodach, plecami do stawu i fasady szkoły. Klasa Humanistyczna. Ku własnemu zaskoczeniu natychmiast rozpoznał siebie w pierwszym rzędzie po prawej, ze skrzyżowanymi ramionami, w oficjalnej, choć wyzywającej pozie, która zapowiadała niezależność i alienację. Zdołał stanąć na skraju, był o krok, by wyjść z kadru i zniknąć z tego czarno-białego świata, choć nadal mu się to nie udawało, więc oto tam stał, Drago Sitjá, bojaźliwy chłopiec, nieustająco pielęgnujący ogród swych przyszłych niepowodzeń, uchwycony pewnego dawnego, wiosennego poranka, z wyglądu rozczarowująco podobny do swych czternastu kolegów. Kilka lat temu spotkaliśmy się na kolacji, powiedział Bernardo Civil, i pękaliśmy ze śmiechu przy wspominkach. Trochę o tobie rozmawialiśmy, ktoś powiedział, że ty najbardziej ze wszystkich chodziłeś własnymi ścieżkami…
    Rozmawialiście o mnie trochę? Tylko trochę? Drago przebiegł wzrokiem
po twarzach i rozpoznał chłopca Civila. Ach, tu jesteś, ale śmieszny, powiedział. Stał w drugim rzędzie, w tych wielkich okularach w czarnej, rogowej oprawie, których już nie potrzebował – pewnie zoperował sobie oczy, pomyślał Sitjá – i białym golfie, obok Jerónimo Harta. Z tym ostatnim, wspomniał Sitjá ze ściśniętym żołądkiem, łączyła jego samego bliska przyjaźń, którą uważał za czysto pragmatyczną, gdyż Jerónimo Hart (z ciemnym swetrem zarzuconym na koszulę typu Oxford, jakby go obejmował, z tymi swoimi długimi rzęsami rzucającymi ciepły cień na policzki, cień, który widoczny był także na delikatnym owłosieniu nad górną wargą i który tak bardzo kontrastował z bladymi policzkami z błyszczącej po twarzach i rozpoznał chłopca Civila. Ach, tu jesteś, ale śmieszny, powiedział. Stał w drugim rzędzie, w tych wielkich okularach w czarnej, rogowej oprawie, których już nie potrzebował – pewnie zoperował sobie oczy, pomyślał Sitjá – i białym golfie, obok Jerónimo Harta. Z tym ostatnim, wspomniał Sitjá ze ściśniętym żołądkiem, łączyła jego samego bliska przyjaźń, którą uważał za czysto pragmatyczną, gdyż Jerónimo Hart (z ciemnym swetrem zarzuconym na koszulę typu Oxford, jakby go obejmował, z tymi swoimi długimi rzęsami rzucającymi ciepły cień na policzki, cień, który widoczny był także na delikatnym owłosieniu nad górną wargą i który tak bardzo kontrastował z bladymi policzkami z błyszczącej  porcelany, gdzie wydawał się wyrastać ciemny owoc warg) był raczej nieprzewidywalny, byłeś kapryśny i humorzasty, powiedział do jego oblicza na fotografii. Dojrzał również kawałek spodni z jasnego płótna, jakie Jerónimo Hart miał w zwyczaju nosić, spodni o kroju i w stylu, które w szkole były nowością. Najwyraźniej przywiezione były z daleka. Podkreślały długość nóg poruszających się w zabawny, zwinny i kobiecy sposób. Jednak Jerónimo Hart mógł być dla swoich kolegów uroczy, po czym, nagle, napastliwy, przez co Sitjá, po próbach zdobycia jego przyjaźni za pomocą podstępnych i fałszywie przypadkowych zbliżeń, zrezygnował i zaczął „chodzić własnymi ścieżkami”, jak obrazowo wyraził się Bernardo Civil. Natomiast ten ostatni, jak sam teraz wyjaśniał, wciąż przyjaźni się z Jerónimo Hartem. Scedowali nawet tę przyjaźń na swoich synów, którzy byli w tym samym wieku i którzy też już zostali sfotografowani na tych samych schodach i w tej samej pozie, co ich ojcowie, gdyż ludzie z naszej klasy społecznej mają w zwyczaju robić te same rzeczy, do tego w tym samym czasie, więc prawdopodobnie synowie także dwa lub trzy razy zmienią pracę, dom i żonę, za każdym razem boleśnie – z poczuciem niezwłocznego zapobiegania niesprawiedliwie spadającej na nich katastrofie – przeorganizowując fundusz emerytalny, aż każdy z nich znajdzie ostateczny dom, żonę i zatrudnienie, jakże w tym podobny do swojego ojca.

    Gdy tylko dojrzał na zdjęciu widmo Jerónimo Harta i wyrzucił mu – w myślach, z czystej sentymentalnej inercji – jego dziecięcą nieżyczliwość, wyrzucił mu również, jakby Jerónimo Hart był za to odpowiedzialny, daremny i pełen zdarzeń czas, dłuższy niż całe życie Chrystusa, czas, jaki upłynął od momentu, gdy szkolny fotograf, na rozstawionych nogach pochylony nad aparatem, pokazał im spodnią stronę lewej dłoni i krzyknął „Uśmiech!”, do tej właśnie chwili, w której siedział z Civilem przy restauracyjnym stole i oglądał zdjęcie, już mógłby je odłożyć, nie patrzeć na nie więcej i dalej jeść, tak samo jak nie powracał myślami do szkoły i kolegów z klasy, oprócz chwil, w których jakiś mężczyzna, raz o takiej, a raz o innej fizjonomii i tuszy, zaczepiał go na ulicy lub w sklepie, podczas oczekiwania aż ich obsłużą: „Pamiętasz mnie?”. Sitjá obracał się, a obok niego stał nieznany mu człowiek z pełną wyczekiwania, radosną twarzą. W takich przypadkach nie pozostawało mu nic innego, jak powiedzieć: „Chłopie, przykro mi, nie przypominam sobie”, gdyż po co było udawać, a nieuniknienie trzeba było stawić czoła serii pytań, dać krótkie i skromne podsumowanie swojego życia: „Ponieważ nic nie potrafię i jestem beznadziejny, zarządzam korporacją”. Do takich przypadkowych i kłopotliwych spotkań dochodziło przynajmniej raz w roku i za każdym razem okazywało się, że ten drugi, nieznajomy, zapomniany, przechowywał szkolne wspomnienia jak najcenniejszy skarb swego życia i nie przejmował się ani nie obrażał za to, że nie został zapamiętany; przeciwnie, to zapomnienie zdawało się potwierdzać mu zabawne wyobrażenie, jakie miał o swoim koledze ze szkoły, i wciąż go o coś pytał, i przywoływał fakty, imiona i nazwy, które odnosiły się do miejsc i osób…
    Ostatnie z tych spotkań, do którego doszło pewnej niedzieli w kolejce w cukierni, doprowadziło do tego obiadu. Teraz to Sitjá był gotów, by zainteresować się perypetiami kolegi, szczegółami rozwodu, liczbą i wiekiem dzieci oraz by dowiedzieć się, czy zgromadził jakiś majątek. Jednak Bernardo Civil skierował palec wskazujący na jednego z chłopców na zdjęciu – dojrzała, przytępiona twarz o przedwcześnie dorosłym wyglądzie, z miną znużonego urzędnika lub ułożonego notariusza: „Pamiętasz go?”. Drago Sitjá niespodziewanie poczuł, jak w ustach tworzą się dwa słowa:
    – Leopoldo Panuza.
    Gdzie ukrywały się przez cały ten czas słowa „Leopoldo” i „Panuza”? Blisko, tam na zdjęciu: pośród jasnych i delikatnych cieni gąszczu gałęzi nad piętnastoma głowami, w stawie za ich plecami, lub powyżej, pośród kół i karoserii dwóch… nie, trzech samochodów. Tam wyczekiwał „Leopoldo Panuza” o ospałej i przyciężkawej aparycji. Jedyne co mógł zrobić, to cierpliwie stać na zdjęciu i mieć nadzieję, że zdarzą się tryliony możliwych implozji i eksplozji oraz na nowo utworzy się wszechświat i prawidłowo ułoży każdy z jego atomów, aż w końcu nastąpi to, czego uparcie wypatrywał: Sitjá i Civil ponownie wypowiedzą jego imię i nazwisko.
    – Z Poldo także się spotykałem – Civil z czułością spoglądał na Panuzę. – Ale po moim ataku zaczęliśmy się od siebie oddalać. To dobry człowiek, ale… szczerze, trochę nudny.
    Drago Sitjá utkwił wzrok w innym chłopcu z pierwszego rzędu, przysadzistym i pulchnym, z rękoma wyzywająco wsuniętymi w tylne kieszenie  dżinsów. Oznajmił:
    – Spotkałem Garrido na ulicy w zeszłym roku albo w poprzednim. Rozmawialiśmy.
    Powiedział o tym jak o czymś godnym podziwu.
    – Pracuje w biurze handlowym Newpool – poinformował Bernardo Civil. – Bardzo blisko miejsca, w którym wcześniej mieszkałem, z moją pierwszą żoną…
    – Tak, widziałem go niedawno – podkreśli Drago Sitjá. Szedł ulicą, a Garrido kroczył w przeciwnym kierunku… W czasie gdy go opisywał, znów mógł ujrzeć tego mężczyznę w garniturze, o niebieskawej twarzy małpy, która goli się codziennie rano bez przekonujących rezultatów. A w tej twarzy małe i niespokojne oczy, które go rozpoznawały. Mężczyznę jakby zawstydzało to, że Sitjá go widzi, a może między nimi wciąż był jakiś niespłacony dług albo raczej – pomyślał po tym, jak zatrzymali się, by się przywitać i wymienić kilka słów, po czym usprawiedliwiając się, że ktoś na nich czeka, prędko się pożegnać – jakby nie po raz pierwszy spotykał go w tej dzielnicy, jakby już nie raz zwrócił na niego uwagę, gdy Sitjá szedł lub wracał z obiadu u swojej matki, lecz dotychczas udawało mu się umknąć niepostrzeżenie w kierunku białych ścian oraz równie białych i błyszczących lodówek w sklepie oficjalnego przedstawiciela Newpool.
        – Widziałem Garrido, wiesz?
    Przyszła kelnerka i wymieniła talerze. Przerwa wystarczyła, by zapytać samego siebie, po co się tak upierał, by wyjaśnić Civilowi gdzie, kiedy i dokładnie w jakich okolicznościach doszło do tego krótkiego spotkania. Nie znajdował wyjaśnienia. Nie łączyła go z Garrido żadna zażyłość, jedynie wspomnienie pewnego dnia, gdy wracając ze szkoły z teczkami w rękach, ten objaśniał mu drobiazgowo świństwa, jakich nie można wytrzeć z pamięci. Mijały dekady, zacierali się we wspomnieniach przyjaciele i miłości, a ta nieprzyjemna rozmowa wciąż umykała niepamięci. Ale tego nie chciał opowiedzieć. Bernardo Civil powiedział: „A ci tutaj…”. I wtedy pojawiły się nazwiska chłopców z górnego rzędu, wystających niczym zahaczone czereśnie: Álvaro de Llanos i Esteban García-Valdés. Byli wyżsi od pozostałych, chodzili i siadali zawsze razem, a teraz Sitjá widział, jak szli razem z nim przez górny dziedziniec w kierunku lasku i wchodząc pomiędzy sosny mógł usłyszeć tajemnice, którymi postanowili się z nim podzielić, o motocyklach, samochodach i narciarstwie… Karolek Casas, niezdarny chuderlak na lewym krańcu środkowego rzędu, naznaczony grzechem pierworodnym „skromnego pochodzenia” – Drago prędko dowiedział się, że jedne dzieci są „skromnego pochodzenia”, a inne „z dobrej rodziny” – i jego zamiłowanie do plebejskiego sportu, jakim jest piłka nożna. Szyderstwa potęgował fakt, że był wielbicielem drużyny drugoligowej, niezdolnej do zdobycia żadnego tytułu. Teraz pisze o piłce w jednym z periodyków. Czasem Sitjá, przeglądając gazetę, natrafia na jego nazwisko pod nagłówkiem „Nie udało się” lub „Mistrzowie!”, bądź „DEKLASUJĄ”, uśmiecha się, wyobrażając sobie jego życie na stadionach piłkarskich i w redakcjach, życie w szaliku i nieprzemakalnej kurtce, które toczy się tylko w niedzielne popołudnia. A ten tutaj to Valero, nie do pomylenia Jorge Valero, który miał trzystopniowy nos, a do tego dołek na jego bulwiastym końcu, jakby wbili mu tam szpilkę, estetyczny pech tak widoczny, niczym maska z commedia dell’Arte, co, swoją drogą, nie przeszkadzało mu przechadzać się wokół szkoły pod rękę z najśliczniejszymi dziewczętami z żeńskich szkół z dzielnicy. W tamtym czasie Sitjá nie potrafił znaleźć wyjaśnienia dla tego powodzenia, lecz teraz, patrząc na zdjęcie, było to zrozumiałe, gdyż Valero prezentował kilka z atrybutów młodzieńczej męskości: wysoko zaczesane włosy, klatka piersiowa szeroka jak u byka i coś atrakcyjnie tragicznego w wykroju ust… Teraz to rozumiał. Jednak wtedy nie pojmował. Zdawało się, że człowiek rozumie wtedy, gdyż już nie ma to znaczenia.
    – A ten tutaj, kto to jest? – zapytał. „Héctor Gueles, Meksykanin”, powiedział Civil. I z radosną niecierpliwością wskazywał po kolei każdego z piętnastu, mówiąc:
    – Carlos Casas.
José Cienfuegos. Wiesz, że odziedziczył po swoim ojcu hotel w miasteczku i tam mieszka, w hotelu.
Fernando Escoda.
José María Foz-Berasategui. Zdaje się, że ma świetną posadę w przedsiębiorstwie gazowym.
Álvaro de Llanos.Esteban García-Valdés.
Tomás Garrido. Ten wydawał się tępawy, ale się dorobił. Ma firmę budowlaną. No, teraz, w czasie kryzysu, pewnie nie jest mu lekko.
Héctor Gueles.
Chińczyk. Ej! Wiesz, że nie pamiętam, jak nazywał się Chińczyk?
Jerónimo Hart.
Ja.
Leopoldo Panuza.
Luis Ribas de Villamediana. Jest prawnikiem.
Ty. Ponieważ nic nie potrafisz robić, kierujesz firmami.
Jorge Valero. Właśnie, wiesz czym zajmuje się Jorge Valero? Potem ci powiem.
 
    – Ja też nie pamiętam jak nazywa się Chińczyk…
    – Ktoś mi powiedział, że…
    – Álvaro de Llanos to był dopiero luzak!
 
    Dokładnie przyjrzeli się fizjonomii Álvaro de Llanosa, jego twarzy marzyciela i palacza trawki, która zapowiadała, powiedzieli, jego zamiar przedostania się na skróty, jakie najszybciej prowadziłyby ze szkoły do bohemy. Następnie Bernardo Civil chciał się dowiedzieć dlaczego Sitjá nie skończył z nimi szkoły, a ten wyjaśnił jak ściągnął na siebie gniew ojca Carlosa Artúsa. I po tylu latach, w czasie których o nim nie myślał, znów widział ojca Artúsa, jak idzie – sprężystym i żwawym krokiem, z rozjaśnioną twarzą, wcięty w pasie clergyman – szkolnymi korytarzami o wielkich oknach, wychodząc naprzeciw melancholii. Spośród nauczycieli to on był najnowocześniejszy i najmłodszy, a także najbardziej obdarzony werwą. Reformował struktury i kazania, co zauważalne było już w
nazwie przedmiotu, którego uczył, wcześniej nazywanego „Religia”, a z jego inicjatywy – „Teodycea”. W odróżnieniu od innych księży i nauczycieli – ojca Basa, pana Falcóna – miał imię. Był „Carlosem Artúsem”, a dla niektórych wręcz po prostu „Carlosem”. Swą arogancją Sitjá zranił jego próżność; postanowił i zdołał się od niego uwolnić. Lata później Artús porzucił bycie clergymanem, żeby się ożenić… Podobnie jak zrobił to ojciec prefekt, jakże podobny do Humphreya Bogarta, zatwardziały palacz o przeszywającym spojrzeniu, którego pewnego razu jeden z uczniów nazwał „ojcem perfektem”; wtedy Bogart, wypuściwszy kłąb dymu, z melancholią odpowiedział:
    – Chłopcze, nie ma perfekcyjnych ojców…
    Obaj byli uczniowie z wesołością wyrazili aprobatę dla tych dezercji księży, do których doszło niewątpliwie po długiej udręce i walce z pożądaniem, jaka toczyła się w celach i pośród labiryntów korytarzy tej części szkoły, do której uczniowie nie mieli wstępu. Przywołali wspomnienie starego ojca Rovirosy i kul, za pomocą których wdrapywał się na podium. Rovirosa o twarzy nieboszczyka i wielkich, owłosionych uszach, udręczony chorobami kości, zgorzkniały i odgrodzony od świata zasłoną cierpienia. Ojciec Quena, kuzyn lub wujek piosenkarza o tym samym nazwisku, wyśmienity znawca greki, wciąż poprawiający swój opadający tupecik, który przypominał martwe zwierzę. Ujrzeli wśród korytarzy także ojca Basa, który dużo później został usunięty ze szkoły i z zakonu wskutek skandalu pedofilskiego, komentowanego również w prasie.

    Wtedy Sitjá opowiedział Civilowi, że któregoś razu, musiało to być kilka lat przed zrobieniem zdjęcia, gdy byli jeszcze mniejsi – doskonale pamiętał, że miał na sobie krótkie spodenki, a w czasach ze zdjęcia nikt z nich nie założyłby tak nieprzyzwoitego ubrania – ojciec Bas wezwał go do swojego gabinetu i ku zaskoczeniu i zmieszaniu chłopca poprosił, by usiadł mu na kolanach, co też zrobił, choć wydawało mu się to niepokojące, przede wszystkim dlatego, że Bas był apodyktycznym i surowym księdzem, i w przeciwieństwie do innych, bardziej otwartych nauczycieli, zdolnych do śmiechu lub zagniewania, nigdy publicznie nie okazał ciepłego gestu ani nie wyraził szczególnej sympatii do nikogo, przez co to żądanie intymności i bliskości w gabinecie było podwójnie niepokojące, choć on, nie podejrzewając seksualnego podtekstu, nie rozumiał przyczyny tych pieszczot.
    Bernardo Civil żywo zainteresował się tym zwierzeniem. Ze sporym naciskiem i wzruszeniem – tak dużym naciskiem i wzruszeniem, że Sitjá pomyślał, że być może Civil przeżył podobne doświadczenie – chciał dowiedzieć się, czy podczas tych pieszczot ojciec Bas doszedł do końca. Ale molestował cię naprawdę?
Zdołał cię molestować czy nie? Drago Sitjá odpowiedział, że sprawy nie wykroczyły poza głaskanie nogi i kolana, do niczego więcej nie doszło, przynajmniej on sobie tego nie przypomina. Choć prawdą jest, że nie pamiętał tego na pewno.
    Jak mógł nie pamiętać na pewno czegoś takiego? – zdumiał się Civil, wytrzeszczając oczy, sugerując, że tego rodzaju trauma pozostawiłaby w nim na całe życie głęboką ranę, a przynajmniej wyraźne wspomnienie. Sitjá z przyjemnością spełniłby jego życzenie i przedstawił mu zatrważającą wersję historii. Ale nie pamiętał, czy pieszczoty przerodziły się w coś więcej czy nie, czy jego dziecięca rączka została poprowadzona ze zdrożnym zamiarem w stronę
podbrzusza ojca Basa, bądź też czy dłoń tego ostatniego wsunęła się nieco pod krótką nogawkę spodenek, aż po majtki, ani czy odsunęła materiał, by obmacać niepokryte jeszcze włosami miejsce, o które ojciec Beneito – profil drapieżnego ptaka za kratą konfesjonału – zawsze pytał, dociekając, czy nie było grzesznie dotykane. Natomiast ojciec Poncela – rozczochrany, korpulentny, niewyobrażalny poza laboratorium przyrodniczym, niewyobrażalny bez scenografii spreparowanych zwierząt, czaszek, szkieletów i innych kuriozów, spośród których szczególną uwagę przyciągał buszmeński wojownik o czarnej skórze, naprężonej niczym na bębnie, z opaską na biodrach, przytrzymujący w wojowniczej postawie włócznię, z wypełnieniem z siana wystającym z łokcia – tenże ojciec zalecał myć to miejsce codziennie, pocierając bez rozpamiętywania czy krygowania się, podczas porannej kąpieli, która według tego higienicznego i odrzucającego tabu i wstecznictwo nauczyciela, jednego z wielu księży zaprzysiężonych dla sprawy pogodzenia nauki i wiary, powinna zaczynać się bardzo gorącą wodą, a kończyć wodą lodowatą, dzięki czemu prysznic jest prawdziwie pobudzający. Zawieszony pod sufitem krokodyl z otwartą paszczą asystował tym pogawędkom.
 
    Nie pamiętasz? Jak to możliwe, byś nie pamiętał? – nalegał Civil. Nie tylko
nie pamiętam, pomyślał Sitjá, ale nawet nie jestem pewien, czy ta sekwencja z filmu z mojego życia – filmu, przyznaję, niezbyt interesującego, zupełnie niewyjątkowego, wręcz przeciwnie, który, poza tym, będzie miał zupełnie przewidywalne zakończenie, raczej pospolite, widziane milion razy – czy ona w ogóle się zdarzyła. Być może została podsunięta świadomości z powodu silnie rozpowszechnionego uprzedzenia do celibatu księży, a także wskutek chęci, by komuś przydarzyło się, teraz bądź w przeszłości, coś, co wyjaśniłoby i uzasadniło to, co nie ma wyjaśnienia ani uzasadnienia, chęci, które skrystalizowały się wiele lat po tym, jak miotająca płomienie szpada ojca Carlosa Artúsa wyrzuciła go ze szkoły, a jeszcze zanim po raz pierwszy zmienił dom, żonę i pracę, dokładnie w tej samej chwili, gdy przeczytał w gazecie wiadomość o hańbiącym wydaleniu ojca Basa, winnego popełnienia pedofilii…
    Być może jestem jednym z tych, pomyślał Sitjá, którzy, aby dociec prawdziwej przyczyny niemożności odnalezienia się w świecie i nieuleczanego, jak się zdaje, niezadowolenia, poddają się psychoanalizie i podczas wyjątkowo poruszającej i dogłębnej sesji odkrywają w sobie wspomnienie zwyrodniałego dorosłego pochylającego się nad nimi i traktującego ich ciała jak żywe zabawki.
Jednak wspomnienie jest nieprawdziwe i odrażający tata w rzeczywistości był
nader kochającym i szlachetnym ojcem, a upośledzony wuj biednym nieszczęśnikiem, entuzjastycznym członkiem przykościelnego chóru, ze słabością niewykraczającą poza pewną skłonność do piwa i dziewczyn z lap dancing na obrzeżach miasteczka.
    Tak czy owak, winny bądź nie, ojciec Bas został już zniszczony, wyrzucony z zakonu, szkoły i społeczeństwa. Niekiedy Sitjá, czytając wiadomość o zatrzymaniu jakiegoś pedofila lub mordercy dzieci, wyobrażał go sobie zanurzonego w dramatyczną, gorącą i duszną atmosferę, właściwą upadłemu aniołowi, i widział, jak kulejąc (ciekawe dlaczego przypisywał mu to utykanie), krąży po krętych uliczkach dzielnicy czerwonych latarni, podczas rozgrzanych wieczorów, od miejsca do miejsca, dźwigając swą winę i przekleństwo haniebnego imienia.
    Po raz ostatni patrząc na zdjęcie, Sitjá na próżno starał się odczuć empatię do samego siebie, do tego chłopca z lokiem na czole i bladą twarzą, chłopca w zamszowych mokasynach, których zupełnie nie pamiętał, nie pasujących do jego stylu. Spojrzał na pozostałych chłopców stojących w złudnym blasku dawnego wiosennego poranka i ostatecznie powiedział „żegnaj” przeszłości, która nigdy nie zdołała wywołać w nim zaciekawienia i w żaden sposób na niego nie wpłynęła. Wszystko dzieje się jak gdyby od niechcenia, pomyślał. Wtedy jego uwagę przyciągnął chłopiec o wschodnich rysach, którego nazywali „Chińczykiem”. Stał pośrodku pierwszego rzędu, o dwie osoby od niego, pomiędzy Garrido a Meksykaninem Héctorem Guelesem. Tak jak pozostali, mrużył podrażnione słońcem oczy. Na ustach malował mu się grymas zamyślenia i zmartwienia, można by rzec, lekkiego zniecierpliwienia, jakby trzymano go tam ku jego niezadowoleniu. Miał na sobie jasną akrylową bluzę we wzory, dopasowaną do jego wątłego ciała. Co mówiłeś wcześniej o Chińczyku? Jak on się nazywał? – zapytał. Bernardo Civil odpowiedział: Naprawdę, nie pamiętam. Dotknął skroni z wyrazem rezygnacji, obwiniając o tę niepamięć wewnętrzny firmament martwych gwiazd i zerwanych synaps. Chcesz deser albo kawę? Jednak Sitjá musiał wracać do biura i poprosił o rachunek. Po Chińczyku pozostało mu jedynie wrażenie nerwowego poruszenia, bezładnej mowy, pośpiesznej szorstkości, braku szczególnego uroku czy wdzięku. Ach, i te wielkie zęby, i dziąsła widoczne, gdy się uśmiechał. Pewnego razu, w narożniku dziedzińca, coś mu powiedział, coś mówił, coś ważnego, co też powiedział? Bernardo Civil rzekł: Zdaje się, że nie żyje, ale nie wiem gdzie to słyszałem, tak naprawdę nie jestem pewien czy żyje, czy też nie. Nie żyje? – zapytał Sitjá oniemiały. Być może źle mnie poinformowano, powiedział Civil. Nie zwracaj na to uwagi. Może mi się przyśniło.
        Dlaczego akurat miał umrzeć Chińczyk, Chińczyk, a nie kto inny, Chińczyk i nikt więcej. Ani nudny Leopoldo Panuza, ani Jerónimo Hart, który na pewno tak bardzo się zmienił, ani żaden z nas pozostałych, obdarzonych dziećmi i protezami dentystycznymi, nas, którzy wciąż jesteśmy żywi, aby móc uczestniczyć w ślubach i chrzcinach, i oglądać zdjęcia takie jak to. Nawet Bernardo Civil przeżył zator, a zadania, jakie wcześniej wykonywały obumarłe podczas ataku neurony z lewej półkuli mózgu przeszły na sprawne neurony z prawej półkuli. Teraz Drago Sitjá mógł dodać do wymówek, jakie czynił sobie, gdy podsumowywał własne życie, kolejną: w latach szkolnych tyle uwagi i uczucia poświęcał Jerónimo Hartowi oraz własnej dumie i duchowym przygotowaniom do niemożliwych ucieczek, a nie dostrzegał – choć wyraźnie ukazywało to zdjęcie, na którym Chińczyk był bardziej zatarty i przezroczysty niż pozostali – że bohaterem klasy humanistycznej był właśnie on, pilniejszy i dojrzalszy od wszystkich innych. Niczego nie rozumiem, pomyślał.
    Ciekawe, że zmarł akurat ten, którego imienia nie możemy sobie przypomnieć – powiedział, gdy zapinali płaszcze w drzwiach restauracji. Bernardo Civil powtórzył, że nie był tego pewien. Jednak Drago Sitjá, po oswojeniu się z nowiną, bawił się wspomnieniem Chińczyka: wyobrażał go sobie w laboratorium
ojca Ponceli, wysuszonego, ubranego w wybladłe kimono, z kitką i wąsami mandaryna, w pełnej poszanowania pozie, w parze z buszmeńskim wojownikiem. Rasy człowieka. W tym momencie – wyszli już na ulicę i mieli się rozdzielić, zapewne na zawsze, choć Bernardo Civil mówił, że muszą się spotykać – przypomniał sobie jego imię i nazwisko.
    – Reinaldo Suán.
    – Nie, Raimundo Suán – poprawił go Civil.
    – Ale jasne, z tą jego twarzą, to wszyscy nazywaliśmy go po przezwisku.
    – Raimundo Suán – powiedział Civil. – Muszę się dowiedzieć, co mu się
stało. Zapytam Jerónimo…
    – Nie trzeba, byś czegokolwiek się dowiadywał czy wypytywał – powiedział Sitjá szorstkim tonem. Nie ma wątpliwości. Chińczyk nie żyje.
 
tłum. Anna Araszkiewicz

Poszukiwany towarzysz dalekiej podróży
 
    Inżynier Jones jest oryginalnym typem. Miewa ciekawe pomysły, choć nieco niedorzeczne. Choćby w zeszły piątek. Tak jak w każdy inny piątek, spędzaliśmy wieczór w fotelach, w kącie kominkowym. Zielone drwa przyjemnie chrzęściły i spalały się pośród delikatnego trzasku tradycyjnego dobrobytu. Naprawdę, jeśli nie mielibyśmy pewnego i komfortowego schronienia w klubie, nie wiem, gdzie byśmy byli ani co robili. Bo poza klubem niewiele jest do robienia po zmroku.
    Kto tam był? Jak zawsze inżynier, najstarszy członek klubu, któremu wszyscy trochę zazdrościliśmy karty klubowej numer 2, w przyszłości karty numer 1, gdy umrze jej obecny właściciel. Był też adwokat Smith (numer 16), doktor Brown (numer 140), chemik Moore (numer 12) i ja; poza tym James, rentier i członek numer 665, ględziarz, który nie wiadomo jak się do nas przyczepił. Pomimo że wciąż – w jego wieku! – użala się nad swoim sieroctwem, co jest żałosne – „Nigdy nie otrząsnąłem się ze śmierci mamy”... „Jak zawsze mawiała mama”… „Była taka dobra i tak dobrze gotowała”… „Gdybyście zdążyli poznać mamę, zakochalibyście się w niej bez pamięci”… „Nie było i nie będzie drugiej
takiej, jak ona”, itd. – przyzwyczailiśmy się do jego obecności, ponieważ jest dobrym człowiekiem.
    Rozmawialiśmy, o ile dobrze pamiętam, o statku, który parę dni temu wybuchł w czasie lotu. W wyniku zdarzenia zginęła załoga i pasażerowie, ponad tysiąc kolonizatorów, którzy teraz są kawałkami młodych ciał bezładnie unoszących się w przestrzeni. Wtedy doktor Brown, który jest bardzo uczony i lubi przytaczać sentencje, przywołał najsłynniejszą maksymę Pascala:
    – Tout le malheur des hommes vient d’une seule chose, qui est de ne pas savoir demeurer au repos dans une chambre.*
* Wszystkie ludzkie nieszczęścia biorą się stąd, że człowiek nie potrafi usiedzieć cicho sam w pokoju.
takiej, jak ona”, itd. – przyzwyczailiśmy się do jego obecności, ponieważ jest dobrym człowiekiem.
    Rozmawialiśmy, o ile dobrze pamiętam, o statku, który parę dni temu wybuchł w czasie lotu. W wyniku zdarzenia zginęła załoga i pasażerowie, ponad tysiąc kolonizatorów, którzy teraz są kawałkami młodych ciał bezładnie unoszących się w przestrzeni. Wtedy doktor Brown, który jest bardzo uczony i lubi przytaczać sentencje, przywołał najsłynniejszą maksymę Pascala:
    – Tout le malheur des hommes vient d’une seule chose, qui est de ne pas savoir demeurer au repos dans une chambre.*
* Wszystkie ludzkie nieszczęścia biorą się stąd, że człowiek nie potrafi usiedzieć cicho sam w pokoju.
    – To bardzo proste – powiedziałem. – Przejść z trybu monologu do trybu konwersacji.
    – Tak, możliwe, że masz rację – powiedział rentier James. – Gdy ktoś zostaje sierotą, całymi dniami przemawia do ściany, aż ma dosyć.
    – A my, cierpiący na przeklętą bezsenność, także nocami rozmawiamy sami ze sobą – powiedział Smith. – Wewnętrzny głos jest szmerem z głębin, przeklętym szumem w uszach.
    Wtedy James powiedział, że jego sekretarz właśnie poprosił go o pożyczkę. Zdaje się, że ten sekretarz, stosunkowo młody i bardzo przystojny mężczyzna oraz zatwardziały kobieciarz, znużył się już rozczarowaniami, jakie od dwudziestu lat przynoszą mu kontakty z kobietami. Odkąd zaczął pracować dla Jamesa, ten widział, jak zakochuje się w młodych dziewczętach i dojrzałych kobietach; w tych flegmatycznych i w energicznych; w wysokich, okazałych blondynach i w przyjemnie poręcznych malutkich brunetkach; w wesołych dziewczętach i tajemniczych wampirzycach; w typach orientalnych o wąskich oczach i w błękitnookich Skandynawkach; w inteligentnych i w głupich. Jakiekolwiek by one nie były, romanse niezmiennie prowadziły do Morza Rozczarowania. Zdaje się, że w niektórych przypadkach kobiety w końcu mu się sprzykrzały, a w innych to one odwracały się do niego plecami.
    – Ma już dość daremnych nadziei, poszukiwania swej drugiej połówki i kolejnych niepowodzeń – wyjaśnił James. – Uważam, że mój sekretarz jest idealistą i romantykiem. Nie postrzega ludzi takimi, jacy faktycznie są, wierzy w możliwość współdzielenia życia. I jasna rzecz, przeżywa straszliwe zawody.
    – A ten twój sekretarz nie może żyć sam, jak inni ludzie? – zapytał chemik Moore.
    – Nie, jest to dla niego nie do zniesienia. Mówi, że czuje wielką „nadwyżkę miłości”, którą musi komuś przekazać. Powiada, że potrzebuje obiektu, naczynia na cały ten ogrom miłości, jaki odczuwa. No i sprawy mają się tak, że odkłada pieniądze na zduplikowanie się, a że procedura nie jest tania, poprosił mnie o pomoc.
    – I co zrobisz, sfinansujesz mu klona? Jesteś tak dobrotliwy, że czasem wydajesz się durny!
    James wzruszył ramionami:
    – Może mi się przydać – powiedział – posiadanie równocześnie dwóch sekretarzy do mej dyspozycji, do tego takich, którzy są mi winni przysługę.
    – Ja osobiście uważam, że jest to wynaturzenie – powiedział Moore, marszcząc brwi. Moore’owi wszystko wydaje się złe.
    Nikt nie zechciał zaoponować ani się spierać. Przyglądaliśmy się tańcowi płomieni (uwielbiam odblaski ognia na morsko-zielonych żyłkach kominka z czarnego marmuru) i rozmyślaliśmy o sekretarzu.
    – Mój sąsiad, ten z piętra niżej, żyje ze swoim klonem – oznajmił Smith. – Gdy spotykam jednego czy drugiego w windzie, zawsze ich mylę. Bo klon nie tylko jest dokładnie taki sam jeśli chodzi o wygląd. Wdrukowane jest w nim także mnóstwo wspomnień oraz dokładna kopia ekspresywności. Zatem, są identyczni. Lub tacy się wydają. Zupełnie tak samo mówią, że jest ładna pogoda albo że pada.

Ta sama modulacja głosu, ten sam ton, to samo westchnięcie na końcu. Mają nawet taki sam tik, spazmatyczne mruganie lewego oka.
    – Mój kuzyn też zrobił sobie replikę…
    – …no i – przerwał mi Smith – obaj mówią, że są zadowoleni ze swojego losu, a ja potwierdzam, że żyją w pełnej harmonii. Rozumieją się i cenią! Ich wspólne spacery o zmroku po parku obok domu, w objęciach, z przystawaniem pośród kwiatów i pocałunkami w usta, są prawdziwym widowiskiem…
    – Jakiego rodzaju widowiskiem? Ujmującym? Niepokojącym? Ładnym?
    – Cóż… widowiskiem, które odbieram jako niezwykłe…    – A mi wydaje się to zboczonym narcyzmem – powtórzył Moore. Jest to mało elastyczny i tolerancyjny osobnik.
    W tej chwili zbliżył się do nas kamerdyner, by rozniecić ogień i zapytać, czy czegoś nie potrzebujemy. Ten kamerdyner jest sprawny, oczywista rzecz, nie mamy mu nic do zarzucenia. Jednak woleliśmy poprzedniego, który miał w sobie serdeczność, radość ze służenia i bardzo przyjemną naturalność, podczas gdy w tym jest jakieś odrętwienie, nie wiem, jakaś sztywność, mechaniczność…
    – Mój kuzyn także się zduplikował – powtórzyłem. – Jednak jego przypadek był szczególny. Musiał wybrać się w daleką podróż, nie wiem do której z kolonii lata świetlne stąd, i choć wszędzie zamieścił ogłoszenia, nie mógł znaleźć nikogo, kto zechciałby mu towarzyszyć. Na koniec zdecydował się na takie właśnie rozwiązanie.
    – Prawda jest taka, że nikt już nie wytrzymuje towarzystwa innych ludzi – powiedział inżynier Jones. – Wyobrażacie sobie, czym muszą być te wielomiesięczne podróże, czym jest zamknięcie z drugą osobą w jednej kapsule? Musi to być piekło. A samemu? Podróżowanie samemu musi być jeszcze gorsze niż z drugim człowiekiem. Nuda nie do zniesienia. Ja rozumiem twojego kuzyna.
    Nie uznałem za stosowne, by wyjaśnić, że mój kuzyn, który jest osobą
typu nowoczesnego, czyli nie jest w żaden sposób kontemplacyjny ani uczuciowy, zamierza wyrzucić swojego klona tuż przed wylądowaniem na docelowym aerodromie. Chce go tylko na podróż. Obawia się, że później stałby się zawadą.
    – A mnie, teoretycznie, to duplikowanie się – ziewnął doktor Brown – nie wydaje się żadnym głupstwem, w takich przypadkach uważam, że jest to wręcz rozsądne i słuszne rozwiązanie. Teoretycznie. Bo jak się dobrze zastanowić, to kto zrozumie cię lepiej od ciebie samego? Kogo bardziej pokochasz? Kto będzie bardziej wyrozumiały dla twoich słabości?
    – Istnieją także ludzie, którzy nie cierpią samych siebie – przeciwstawił się
James – choć może wydawać się to dziwne.
    – Do tego są terapie – powiedział Brown.
    – A w ekstremalnych przypadkach, czy nie wydają nam się nieco skandaliczne – chciał dowiedzieć się Moore – przypadki panów tak w sobie zaślepionych, że sklonowali się dziesięć, a nawet dwanaście razy i ze wszystkimi swoimi replikami mieszkają razem, tak jak żyli ludzie w czasach hord, plemion lub rodzin wielodzietnych?
    – Niektórzy nawet duplikują koty i psy! Uważam, że jest to niezdrowe! A panowie?
        – Wie pan, dla mnie koty i psy, no cóż mam powiedzieć, dla mnie zwierzęta… – Brown nawet nie zechciał dokończyć zdania.
    James obstawał:
    – Proszę o szczerość: zduplikowaliby się panowie?
    Adwokat Smith odpowiedział:
    – Proszę pana. „Teoretycznie”, jak mawia pan doktor, tak, zduplikowałbym się, o ile tylko moja kopia miałaby czterdzieści lat mniej niż ja mam teraz. Bo ja, kiedy byłem młody, szedłem przez życie bardzo zagubiony, choć byłem wrażliwy, miałem plany, fantazje, marzenia, byłem godny pokochania, pełen pasji… Ech, bez fałszywej skromności, uważam, że byłem uroczy!
    Brown pamiętał go z tamtych czasów i potwierdził, że Smith był bardzo złożonym i wyrazistym młodzieńcem.
    – A ja chcę, by mój duplikat miał moje lata, by był dokładnie taki sam, jak ja teraz. Co ciekawego może być w ciągłym oglądaniu kogoś, kto przypomina ci, jaki byłeś za młodu i jaki już nie jesteś – powiedziałem. – Natomiast wspaniale byłoby wrócić do domu i spotkać kogoś takiego samego, jak ja, z kim można byłoby współdzielić zwierzenia i tytoń do fajki. Ale, jednak, niech będzie niewielkich rozmiarów. „Ja” w pomniejszonym formacie. Świetnie byłoby, gdyby w drzwiach witał mnie malec dokładnie taki, jak ja.
    – Klon-syn, chce pan powiedzieć? – oburzył się Moore.
    – Nie, nie mówię o synu! Synowie rosną, przywiązujesz się do nich, a oni odchodzą i pozostaje tylko przykrość. Nie, podkreślam, ja chciałbym mieć moje drugie „ja”, ale karzełka. Nie więcej niż metr piętnaście wysokości. Łysy, starawy, taki samiutki, jak ja. I niech wciąż powtarza to, co mówię, jak echo.
    – I niech wciąż powtarza to, co mówię, jak echo. I niech wciąż powtarza to, co mówię, jak echo. I niech wciąż powtarza to, co mówię, jak echo – powiedział drwiącym tonem inżynier Jones, po czym podniósł głos i zaczął nam czynić
wymówki: – Czy panowie nie zdają sobie sprawy, na jakim świecie żyją? Przychodzą z domu do klubu, z klubu idą do domu, muszą od czasu do czasu przejść ulicą i zobaczyć, co się dzieje. Nie czytają panowie prasy? Nie wiedzą, że wszyscy się klonują? To jest jakaś gorączka, jakaś epidemia. Lub, co gorsze: to moda. A panu, panie James, radzę przyjrzeć się temu pańskiemu sekretarzowi-naciągaczowi. To bardzo dziwne, że prosi o pieniądze, gdyż teraz wszystkie laboratoria mają bardzo korzystne oferty, dzięki którym klonowanie jest w zasięgu kieszeni każdego człowieka.
    – Ale uwaga – skontrował Moore – nie wszystko złoto, co się świeci. Co
pewien czas dochodzi do przypadków „przemocy domowej”, której dopuszczają się kopie wobec swoich pierwowzorów, a także pierwowzory, które zabijają swoje klony. Zazdrość! Słyszeli o tym panowie? Zdaje się, że w niektórych przypadkach zazdrość jest straszliwa!
    – Zazdrość o samego siebie? – z niedowierzaniem rzekł Brown. – To absurdalne.
    – Wspólne życie jest absurdalne – powiedział Smith, który po opróżnieniu drugiego kieliszka porto popadał w senność. – Rozumiem zatem, że często wspólne życie z samym sobą okazuje się nie do zniesienia.
    – To powiedział już przed chwilą pan James – z wyrzutem odezwał się doktor. – Nie słuchasz, zawsze myślisz o swoich sprawach.
    A pod nosem zamruczał: „Nie wiem po co on przychodzi do klubu”. W tym momencie ponownie zjawił się kamerdyner, aby pogrzebać w kominku i dorzucić kolejny pniak do ognia. Wszyscy skorzystaliśmy z okazji, by zamówić następną kolejkę, a naszemu kochanemu Jonesowi, który wpadł w figlarny nastrój, przyszło do głowy zapytać go – było to impertynenckie – czy w piersiach miał prawdziwe serce, czy tylko puszkę.
    – Puszkę, proszę pana, puszkę – obruszył się kamerdyner. I poszedł sobie,
wzruszając ramionami i powtarzając: „Puszkę, na miłość boską, puszkę!”.
    Wszyscy się zaśmialiśmy.
    – Przy tak długich podróżach, kto wytrzyma z kimkolwiek? – westchnął adwokat, w poszukiwaniu odpowiedzi przyglądając się swemu złotemu kieliszkowi, który kamerdyner napełnił po brzegi.
    Wtedy pan Jones rzekł z ożywieniem:
    – Czy mogę się wam zwierzyć? Odpowiadając na pytanie, które przed chwilą postawił pan James: ja się zduplikuję. Ja. Tak. Naprawdę. Wszcząłem już procedurę. Chcę wiedzieć, jak to jest widzieć samego siebie w moim ubraniu,
patrzeć, jak gotuję, widzieć, jak w nudne popołudnia siedzę w oknie, drapię się po głowie i wpatruję w okno naprzeciwko, widzieć, jak rozmawiam przez telefon i od czasu do czasu wybucham śmiechem, przyłapać się podczas mycia w łazience, podczas ubierania się i zdejmowania ubrania.
    – Nie spodoba się to panu! – uprzedziłem.
    Ogień w kominku palił się zachwycająco i ochoczo. Wszystkim nam było tak przyjemnie… Przyglądałem się twarzom Browna, Smitha, Moore’a, Jamesa, Jonesa i bawiłem się we własnych myślach – wiem, że to absurdalne – pytaniami, czy byli pierwowzorami, czy replikami.
    Mówię, że to absurdalne, ponieważ – oprócz innych powodów – jakie to ma znaczenie?

tłum. Anna Araszkiewicz
   

 

 

 

 

 

Andrej Kurkov

 

P.J Informacja znaleziona

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.