fesstiwal słowa w piosence
--

Miesiąc Spotkań Autorskich: Carlos Be

[06.08.16]

Dnia 31.07 (niedziela) w ramach Miesiąca Spotkań Autorskich do Mediateki zaproszony został artysta posługujący się pseudonimem Carlos Be. Spotkanie poprowadziła Małgorzata Kolankowska, a tłumaczyła Justyna Nowicka.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Carlos Be pochodzi z Barcelony. W jego tekstach odbiorcy poznają różne aspekty ludzkiego życia, ponieważ nie skupia się on na jednej tematyce, lecz stara się czerpać ze wszystkiego co go otacza.

Podczas spotkania, aby jeszcze lepiej wprowadzić uczestników w świat teatru i jego sztuk, autor zdecydował się na stworzenie odpowiedniego nastroju. Przygaszone zostały światła, zapalona świeca oraz ułożone na stoliku odpowiednie przedmioty, które również brały swój udział w sztuce.

Odczytany został dosyć długi fragment tekstu „Margerita”. W Polsce przetłumaczony został pod tytułem „Róża”, ponieważ tłumaczce zależało na zachowaniu powiązania imienia z kwiatem. Podczas czytania tekstu pojawiające się przed akapitami numery autor starał się odczytywać w języku polskim. Tekst opowiadał o samotnej kobiecie, która się dowiaduje o tym, że ma nowotwór i zostało jej pół roku życia.

Róży
Carlos Be

tłumaczenie z hiszpańskiego na polski
Ilona Narębska

Mojej mamie
Vilmie Cibulkovej
Franowi Arráezowi i Janowi Písaříkowi


Tekst A Margarita został napisany w listopadzie i w grudniu 2012 roku w Madrycie, Pradze i Pelhřimovie.

Moje podziękowania dla Amalii Barbero, Perta Kostki i Rafy Romera

    

                                                                                    EWA
                                                                                    Kochasz mnie?
                                                                                    ADAM
                                                                                    A jest ktoś jeszcze?

 

                                                        *


Otwieranie sklepu nocą zawsze ma w sobie coś tajemniczego.
Włączasz światło,
zapalają się wszystkie,
świeci pustkami,
pełno produktów,
ale pusto, bo nie ma ludzi.
Musiałam to zrobić tylko dwa razy,
raz z powodu fałszywego alarmu, a drugi, bo kręcili filmu.
Korytarze nie są straszne: to tak jak przebywać w miejscu, w którym się być nie powinno. Jakby ci ktoś powiedział, że umrzesz za życia. Co byś zrobiła?

Tylko lekarz pamiętał o moich urodzinach. Jako jedyny dał mi prezent, mój jedyny prezent urodzinowy! I to jaki prezent! Ostateczny. Taki, że przez całe życie będę go wspominać.

Mój ostatni prezent urodzinowy na moje ostatnie urodziny.
Przesadzam. Córka też pamiętała, właśnie zadzwoniła, ale tak przynudza, że nie wiem, po
co się wysila. Mówię jej:
- Dziękuję, że pamiętałaś, córko. Zaśpiewasz mi „sto lat”?
- Oj, nie wygłupiaj się, mamo. Na razie.
- Na razie, córko.
Zero iskry u tej mojej córki. A, przed odłożeniem słuchawki powiedziała, że zrobimy
urodziny w następny weekend, bo w ten ma pełne ręce roboty. Masz ci babo plan. Nie
sądzę, żebym się wtedy nadawała do gaszenia świeczek.
- Proszę nie liczyć na kolejny rok – powiedział mi lekarz. Najpierw składa mi życzenia, a
potem mówi: - Proszę nie liczyć na kolejny rok.
Co wy na to?
-Nadzieja w przypadkach takich jak twój, to pół roku.
- „Nadzieja” na co?
-Na przeżycie.
Pół roku. Nadzieja na przeżycie. Sześć miesięcy. Życia. Mojego życia. Sto osiemdziesiąt
dni.
                                                             *

     

Sto siedemdziesiąt dziewięć i pół. Jak ten film Osiem i pół kobiety. I pół kobiety.
Pierwsze pytanie, jakie sobie zadajesz to: „dlaczego ja?”. To pierwsze. A drugie, „dlaczego
nikt nie zna odpowiedzi?”. A potem na nowo „dlaczego ja?”.
-Dlaczego ja?
-Kwestia prawdopodobieństwa – mówi lekarz.
No i już znielubiłam chłopaka, uprzejmy i wychowany, z tych, co wstają, żeby otworzyć ci drzwi, przecież on mógłby być moim synem, ale tego przedpołudnia zasłużył sobie na małą moją antypatię. „Kwestia prawdopodobieństwa”. Że cierpi na to jedna kobieta na tysiąc. Jedna na tysiąc. Jak już coś mi się przytrafia, trzeba mieć pecha, mogło się innej przytrafić. Tobie albo tobie albo tobie… albo jakiemuś mężczyźnie. Lekarz mówi, że ten rodzaj raka jest częstszy u kobiet niż u mężczyzn, i nie chodzi o raka szyjki macicy, żeby było jasne, jakby na sali trafił się jakiś żartowniś. Od tego nikt się nie ustrzeże, ani kobiety,
ani mężczyźni. Mój prezent urodzinowy to rak organu tak nieistotnego, że jak zadzwoniła do mnie córka, nie wiedziałam, jak jej to wytłumaczyć. Wolałam, żeby zaśpiewała mi „sto lat”. Nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Bądź tu mądry i powiedz coś o pęcherzyku żółciowym. Własnej córce. To fakt, że z córką niewiele rozmawiam, ale żeby o pęcherzyku żółciowym? W życiu nie rozmawiałam z nikim o pęcherzyku żółciowym. Ani o swoim, ani o niczyim innym. Kto rozmawia o pęcherzyku żółciowym. Kto dziś rozmawiał o pęcherzyku
żółciowym? I o czym się mówi, jak się rozmawia o pęcherzyku żółciowym. Kiedy
rozmawiamy o pogodzie, wiemy, że nie rozmawiamy o niczym, ale przynajmniej
rozmawiamy o pogodzie. A o czym się mówi, jak się rozmawia o pęcherzyku żółciowym?
Mało tego, czy ktoś w ogóle wie, że ma pęcherzyk żółciowy? Teraz to tak, teraz wszyscy powiecie, że tak, bo wam powiedziałam, ale to tej pory nikt nie pamiętał o swoim pęcherzyku żółciowym, nikt. I do czego służy? Jaką pełni rolę w organizmie? Nie miałam o tym pojęcia i jak lekarz mi powiedział, że to pęcherzyk żółciowy, nie potrafiłam nawet wskazać, gdzie się znajduje. Do tego wypsnęło mi się, że ja czegoś takiego nie mam. A lekarz na to, że mam.
- Gdzie?
- O, tu.

                                                               *

Miał lodowate ręce, a przecież nie pali.- I do czego służy? Oprócz tego, że stwarza problemy.Włożył ręce w kieszenie fartucha i poruszył ramionami.- Raczej nie ma istotnych funkcji, szczerze mówiąc.„Raczej nie ma istotnych funkcji”. „Raczej nie ma istotnych funkcji” . Przecież to się w głowie nie mieści.Chce mi pan powiedzieć, że umrę przez coś, co „raczej nie ma istotnych funkcji”? Nie mogę umrzeć przez coś, co „raczej nie ma istotnych funkcji”. Jak już mam umrzeć, to niech to będzie przez coś, co spełnia „niesłychanie ważne funkcje” albo „wiele ważnych funkcji”... Coś jak serce albo mózg, ale pęcherzyk żółciowy... Albo płuca, mógłby to być rak płuc, chociaż pan nie pali, i ja też nie: rak płuc spowodowany samochodami, zanieczyszczeniem, czymkolwiek, ale czymś spowodowane! Wtedy byłabym spokojniejsza, już nie chodzi o to, czy służy do czegoś czy nie, potrzebuję jakiegoś powodu... A przy raku płuc to pestka wskazać jakąś przyczynę. Albo macicy, oby to był rak szyjki macicy, jak ten co wykryli u mojej znajomej dentystki pięć lat temu. Zoperowali ją od razu po postawieniu diagnozy, i prawdę powiedziawszy, fatalnie to zniosła. Na szczęście nie chciała mieć więcej dzieci –ma dwoje-, ale wszystkie myślałyśmy, trudno było tej myśli uniknąć, że kobieta bez macicy nie może byc dalej kobietą –jak mężczyzna bez penisa, no tak... no dobra, facet bez penisa ma trudniej-, ale od operacji minęło już pięć lat, a ona z każdym dniem jest młodsza, i bardziej zoperowana również, tak nawiasem mówiąc. Wygląda na to, że dzięki operacji przestała się bać ogólnej anestezji.Dentystka! Anestezji! Mało tego: wydaje nam się, że się uzależniła od od maski; od tamtej pory nie przepuściła okazji, żeby oddać się w ręce chirurga: a to tu jakieś zmarszczki, a to tam...O czym to ja... A, że gdyby to był rak macicy albo piersi, to bym przynajmniej miała poczucie, że moja kobiecość jest zagrożona, a przy tym, no nie wiem, wzięłabym udział w jakiejś kampanii uświadamiającej, już sama nie wiem, co wygaduję, no ale jaki sens ma pęcherzyk żółciowy. Z czym się wiąże? A no z niczym. Taka macica wiemy, o co walczy: o kobietę i o jej prawa, równe pensje i wszystko inne. A pierś tak samo, pierś też ma swoje żądania: więcej miesięcy na urlop macierzyński, więcej pomocy na pieluchy. Nawet mózg!Ale pęcherzyk żółciowy. Co za nieodpowiedzialny organ! Nieodpowiedzialny sam wobec siebie, żeby się tak wobec niczego nie zobowiązywać. I  nieodpowiedzialnie wobec mnie postąpił.-Przykro mi- mówi lekarz.Odprowadza mnie nie tylko do drzwi, wychodzi ze mną na ulicę. Mówi do pielęgniarki, że zaraz wraca. Na ulicy wyciąga paczkę papierosów z fartucha i zapala jednego. Nie wiedziałam, że pali. Mówię mu to:-Nie wiedziałam, że pan pali. -Przykro mi.-Ja jeszcze nie wiem –mówię bezmyślnie-, ja jeszcze nie wiem, jak bardzo będzie mi przykro.Maria, jedna z kasjerek w supermarkecie, pyta mnie czy wszystko dobrze u lekarza. -Tak, tak.I zamknęłam się w biurze.Rak pęcherzyka żółciowego.To już wiecie.Rak pęcherzyka żółciowego i sto osiemdziesiąt dni.To fakt, że życie przesuwa ci się przed oczami. Przypominasz sobie to, o czym chcesz pamiętać, i to, czego nie chcesz wspominać, też. To taki sposób, który wynalazło sobie życie, żeby zrekompensować ci brak przyszłości: zaczyna wypełniać cię wspomnieniami. Zaledwie się rozpoznajęw biurze, siedzącą w foteluze spojrzeniem wstecz, spoglądając na to, co zostawiłamzapomniane, nawet siebie samą. Jeśli mogę wam coś wyznać, jedyne, czego chcę, jedyne, o czym marzę, mając przed sobą sto osiemdziesiąt dni, jedyna rzecz, której pragnę, to pokochać kogoś i, ponad wszystko, żeby ktoś mnie pokochał. Mniejsza o to, czy ja się zakocham, nie ma czasu do stracenia: ale żeby ktoś mnie pokochał.Rak pęcherzyka żółciowego i sto osiemdziesiąt dni,ostatnie sto osiemdziesiąt dni mojego życiai nie przychodzi mi nic lepszego do głowyna rozpoczęcie końcamojego życiajak zadzwonić do mojego byłego.Czasem człowiek jest tak zdesperowany, że sam siebie nie poznaje.-Albert?Mój były ma na imię Albert. To jego prawdziwe imię. Kiedy zdecydowałam się naopowiedzenie wam tej historii, tej małej historii bez tytułu, wszystkim tym, który chcieli jej wysłuchać, postanowiłam podać fałszywe imiona, głównie z powodu mężczyzn, żeby zachować ich intymność, ale potem pomyślałam, po cholerę mam chronić ich dane osobowe, skoro w życiu nie poznałam porządnego mężczyzny, oczytanego, o chodzeniudo teatru nie mówiąc. Albert, tak się nazywa ten typ.-Albert? / Halo…/ Jak to, czego chcę?Albert Garcia Pedregal. Jakby coś, uprzedziłam. Nieszczęśnik. Dzwonię do niego, bo to pierwsze imię, jakie pojawia się na liście w telefonie, nie ma innego wytłumaczenia. Poza tym, że jest moim byłym i ojcem moich trojga dzieci, żebym przypadkiem nie zapomniała, to, pomijając inne jego osiągnięcia, zwyczajny skurwysyn, niech mi teściowa wybaczy, co też jest moją byłą teściową. Żeby było jaśniej, możemy nazywać ją teściową, bo po niej nie miałam chęci na żadną inną. Jak wolicie, moja była teściowa, moja teściowa, albo po prostu pieprzona baba. Jakby nie było, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Nie wyobrażaciesobie, co ja musiałam znosić przy tej… kobiecie, i mówię kobiecie, wysilając się na odrobinę czułości. Na początku, jak na dobrą synową przystało okazywałam jej szacunek, przyznawałam rację, żeby uniknąć bezpodstawnych sprzeczek, jak pokorne cielę przyjmowałam jej rady, ja, co nigdy nie byłam z tych, co radzą albo szukają rady. A ta, patrząc na swojego jedynaka, tak mi tłumaczyła:-Dziecinko moja, nic nie daje takiego poczucia bezpieczeństwa jak dobre zamążpójście.Świętą rację miała, babsko wstrętne, bo poczucie złego zamążpójścia nie opuszczało mnie przez dziesięć lat. Na szczęście, czas leczy wszystkie rany... Z teściowymi włącznie. (Oddycham głęboko.) No ale, zostawiłam Alberta przy słuchawce. Albert, chciałam ci powiedzieć, że dziś rano byłam u lekarza, żeby odebrać wyniki badań, rutynowych, no wiesz, z tych, co się robi co ileś tam lat, i nagle moje życie wywróciło się do góry nogami.O sto osiemdziesiąt dni.–Albert, dzwonię, bo dziś byłam u lekarza, żeby odebrać wyniki badań,rutynowych…/Poczekaj… /Albert…/ Mogę coś powiedzieć? / Albert, mówiłam ci to nie wiem ile razy, przez telefon.../ Lepiej./ Że co? / No pewnie, że mam się dobrze…/ Ale… /Proszę?/ Że co? Albert!/ Albert, na Boga! / Co?/ Że cię kocham!(Odkłada słuchawkę.) Ja pieprzę! Dlaczego my, kobiety zawsze musimy spieprzyć sprawę pod wpływem pierwszego impulsu? Kobiety pod wpływem pierwszego, a mężyczyźni pod wpływem pierwszego i drugiego, i tak w kółko, ale oni tak mają. Boże, dlaczego?Dlaczego? Szlag mnie przy nim trafia! I co ja mu powiem, jak…? Nie, nie oddzwoni, nie jest  taki ciemny. Oddzwoni. A przecież tyle rzeczy można zrobić przez sześć miesięcy! Zaszyć się na bezludnej wyspie! To właśnie powinnam zrobić, zaszyć się na jakiejś bezludnej wyspie! Ale nie, pierwsze co robię, wygłup stulecia, dzwonię do mojego eksa, bo go mam na A, a przed A nie ma nikogo, zawsze to samo, nie mogę się oduczyć, mógłby się nazywać... Zygmunt. Na zet. Albo Zwierzak. Bo ja wiem! Yeti!(Dzwoni telefon.) Teraz to najchętniej zapadłabym się pod ziemię. “Słuchaj, Albert, to, cochciałam ci powiedzieć, to nie to, co ci chciałam powiedzieć… To znaczy, to nie to, co… A może tak…” Nie… “Jesteś pewien, że twój telefon nie wydaje dziwnych dźwięków?Jesteś przekonany? Brrrrrz, brrrrrz, brrrrrz... Słyszysz! Twój też?”- Albert, słuchaj, jesteś pewien, że twój telefon nie robi…/ Co mówisz? / Że copowiedziałam? / Nie nooo... Aaalbert.... Weź przestań, przez dziesięć lat naszego małżeństwa nie powiedziałeś nic równie zabawnego.Masz ci los. Odłożył słuchawkę. I załatwione.I komu teraz się wygadam? Komuś muszę o tym opowiedzieć. Znajduję się wpodbramkowej sytuacji i czuję potrzebę, żeby komuś o tym opowiedzieć. Nie wiem, ile godzin minęło i wciąż nikomu się nie zwierzyłam, zauważyliście.Dentystka. Moja dobra znajoma. (Dzwonię przez telefon.) Nie odbiera, pewnie przyjmuje jakiegoś pacjenta. Zadzwonię do jej sekretarki, Ania to złota dziewczyna, ma taki ładny głos.Jak tylko słyszę jej głos rozklejam sięwybucham płaczę.Pytam kto mówinie odpowiadam.- Dobrze się pani czuje? Proszę się uspokoić. Przepraszam… Proszę?(Odkładam słuchawkę.) To już nie jest sto osiemdziesiąt dni.                                                      *

Co jesteśmy w stanie zrobić, żeby żyć? Żeby przeżyć całe życie, które uważamy, że nam się należy, tyle, ile uważamy, żeby trwało. Trudno dać jakąś rozsądną odpowiedź tak z miejsca? Jeśli mogę być z wami szczera –a mogę, bo inna rzeczywistość dla mnie, niestety, nie istnieje-, powiem, że nie wiem. Skończyłam szkołę, ale nie mam specjalnie zainteresowań, i nie żeby mi się nie chciało, oby! Jak człowiek ma być ciekawa świata, skoro nie mam czasu? Podróże, agroturystyka, szachy… Gdzie tam! Nigdy nie miałam na to czasu, moje życie to nic nadzwyczajnego: od lat pracuję w sklepie, ogólnie jestem spokojna, bez jakichś specjalnych uniesień. Mogę wyjść i wrócić, kiedy mi przyjdzie na to
ochota, chociaż ani tego nie potrzebuję, ani o to nie prosiłam. Teraz sama nie wiem, co chciałabym robić, gdyby zaproponowano mi zmianę pracy; a jednak wiem, że za dwadzieścia lat wciąż chciałabym żyć, bez wątpienia, ale: żeby dalej siedzieć na kasie?
Sama nie wiem. Co za ironia losu, żebym to ja się głowiła nad tymi sprawami. Zostawiam je wam, macie więcej czasu niż ja na pracę domową. Oczywiście, nie jest obowiązkowa.
Zostało mi tylko sto sześćdziesiąt dziewięć dni. Mniej więcej. Nie wiem, czy chcę znać dokładnie dzień mojej śmierci, choć z drugiej strony przydałoby mi się, żeby załatwić parę spraw, nic specjalnego, większość bez znaczenia... ale niektóre są w jakiś sposób wyjątkowe, do tych chciałabym się jakoś przygotować z wyprzedzeniem: kupić ładne buty do szpitala; iść do fryzjera, żeby mnie ładnie uczesał –śmierć nie może przyłapać kobiety z niezrobionymi włosami-; może kupiłabym sobie te perfumy, co od lat mam upatrzone, drogie, że aż strach, ale jaki zapach. Tylko sto sześćdziesiąt dziewięć.
No i człowiek tak myśli, czy będzie tunel, a na końcu światło, albo jakieś inne efekty specjalne w tym stylu, czy będzie strasznie, czy może, przeciwnie, fantastycznie, przezabawnie, ekscytująco. Nie przejmuję się tym jakoś mocno, rozmyślam o tym raczej dla rozrywki, w gruncie rzeczy każda śmierć –no dobrze, nie każda- jest lepsza niż ta, co mogłaby mnie czekać na starość. Zapomniana przez dzieci w jakimś domu starców, na prochach, z rozumem na poziomie dziecka, i pomarszczonym ciałem. Bo przy tych moich dzieciach nie mam złudzeń, jeśli są do siebie w czymś podobne, to w zachowywaniu się tak, jakby nie istniały. A właściwie tak, jakbym to ja nie istniała dla nich. Nie wiem, czy
trafiła mi się najgorsza rodzina pod słońcem, ale rodzinni, w sensie rodzinni, to my za bardzo nie jesteśmy. Ostatnio się widzieliśmy wszyscy razem, z wyjątkiem mojego byłego, ma się rozumieć, ja z dziećmi, jakieś trzy lata temu, na Boże Narodzenie. Potem ani razu.
Chyba dopiero śmierć nas połączy, bo życie nie postarało się zbytnio. Najczęściej widuję się z najstarszym synem, kłóci się często z żoną, potem przychodzi do mnie na obiad.
Wcina, aż mu się uszy trzęsą. Najmłodszy dzwoni, jak potrzebuje pożyczyć pieniędzy, a córka... A córka tak przynudza, że lepiej, żeby nie dzwoniła. Ale jak by nie było, kiedyś będą musieli się dowiedzieć. Muszę ustalić, komu powiem, a komu nie, ale wcześniej muszę posprzątać w domu, jakby chcieli przyjść. Bo chyba będą chcieli przyjść. Lepiej będzie, jak najpierw posprzątam, a przy okazji wyjmiemy wreszcie lampki z zastawy od teściowej, teściowo, ty stary rowerze, i nie obchodzi mnie, czy się któraś stłucze. Teściowa i te jej o kant dupy potłuc rady... Jedyną dobrą radę usłyszałam od swojego ojca,

Panie świeć nad jego duszą, na łożu śmierci:
- Różyczko, wysłuchaj każdego, a potem zrób to, na co masz ochotę.
Buziaczki, tatusiu. Już nie będę o tobie mówić. Do zobaczenia niedługo.

                                                            *

Sto siedemdziesiąt trzy dni. Minął tydzień, najgorszy tydzień mojego życia, a co mnie jeszcze czeka. Koniec tunelu, światełko i sztuczne ognie, już nie brzmi to tak zabawnie i ekscytująco. Lekarz nie bierze pod uwagę operacji. Wygląda na to, że rak jest nieoperowalny, co oznacza, że nie można go usunąć, za bardzo się rozprzestrzenił.

Zaczęłam sesję chemio i radioterapii. Radioterapię robi się miejscowo, na brzuch. Nie będą wypadać mi włosy, to mnie uspokaja, choć obawiam się efektów ubocznych. Bo wygląda na to, że radioterapia wypala wszystko, i dobre tkanki, i złe. Czuję delikatne swędzenie na skórze, ale się nie drapię. Pielęgniarki mówią, że to normalne na początku.
Chodzę do pracy normalnie. Jak na razie tylko szef o tym wie. W końcu mu powiedziałam. Jako pierwszemu. Nie było nikogo innego w pobliżu, a nasze pokoje są naprzeciw siebie. Był wobec mnie bardzo wyrozumiały. Jego żona też miała raka, nerek. Już wyzdrowiała.
-Ja też wyzdrowieję- mówię mu-, ale będę przychodzić do pracy trochę później przez parę dni. Sesje są wcześnie rano.
Mam się nie martwić i całuje mnie w policzek. Nigdy nie pocałował mnie w policzek. Jest mu mnie żal. Jest pierwszą osobą, której o tym mówię i, jeśli o mnie chodzi, to mógłby być ostatnią. Nie spodobał mi się ten pocałunek. Nie chcę litości. Dość upokarzająca jest świadomość, że się umrze, żeby jeszcze na ciebie patrzyli jak na baranka skazanego na rzeź. A na dodatek od paru dni próbuje mnie przekonać, żebym porozmawiała z dziećmi, straszy mnie, że jak nie, to do nich zadzwoni. Nic mu nie obiecałam. Wciąż mam nadzieję,
że córka zadzwoni, żeby zrobić urodziny, a o moim byłym, jak możecie się domyślać, nie mam żadnych wieści. Nie powiem nikomu więcej.
(Dzwoni telefon.) O wilku mowa. Po co go wspominałam? A niech dzwoni. Przechodzę obok stoiska z owocami i wkładam do torby pomarańczkę. Na później. Danka, jedna z kasjerek, pyta mnie gestem, kto dzwoni. (Pokazuję jej imię na ekranie telefonu.)
-Odbierz, na co czekasz!
-Jakby to był twój były, to byś się tak nie spieszyła.
-Przecież cię nie ugryzie.
Też prawda. (Odbieram telefon.) Cześć, Albert. / A jakoś leci, w supermarkecie. / Zaraz wychodzę. / Za pół godziny? Nie, za godzinę. Wpdnij za godzinę, mam pełne ręce roboty.../ Wisi mi, że to jest „bardzo ważne”. / Nie, nie powiedziałam „zaraz” w sensie „zaraz”, powiedziałam, że za jakiś czas, ale jeszcze muszę zrobić parę rzeczy... / Wiem, która jest godzina, nie trzeba... / To jak? Tak czy nie? / W porządku, za godzinę. / Przy wejściu, dobra.
Na razie. / Na razie.
Przyjdzie po mnie do sklepu. Czego on chce? Mam tylko godzinę, żeby się wyszykować.
-Danka, cienie!
Do łazienki! Kim byłaby Danka bez swoich malowideł. Jak powiedział najpierw Napoleon, a potem Danka, kobiety mają dwa rodzaje broni: makijaż i łzy. „Na szczęście nie mogą używać obu na raz”, to powiedział tylko Napoleon.
Po pół godzinie znowu dzwoni, co za męczący człowiek. Już tu jest, niech zaczeka w drzwiach.
-Nie mówiłam ci, że za godzinę.
Każę na siebie czekać jeszcze kwadrans. Nie mam najmniejszej ochoty go oglądać. Siedzi w tym swoim jeepie, zaparkowanym tak, że zastawia inne samochody, przed sklepem. Po pierwsze, to niech z niego wyjdzie.
-Idziemy gdzieś blisko?
Pyta mnie, czy może to tu stać. A niech stoi, gdzie chce. Włącza światła awaryjne. Zabieram go do kawiarni, do której chodzimy z kolegami ze sklepu, jest na rogu, bliziutko, no i żeby Albert mógł mieć samochód na oku. Zamawia małą kawę, siadamy do stołu, ja nie mam na nic ochoty, tylko na pomarańczę, którą trzymam w torebce, ale zjem ją w domu, przed telewizorem. Alberto nie spuszcza wzroku ze swojego jeepa. Gdyby zabrali go (samochód, nie Alberta) na lawecie za złe parkowanie, chyba dostał wylewu krwi do mózgu. Gdyby miał mózg.
-Albert, co to za “ważna rzecz”, której nie mogłeś powiedzieć mi przez telefon. Bo jeśli chodzi o to, o czym rozmawialiśmy w ubiegłym tygodniu..
-Co masz na myśli?
-A nic takiego, no mów –jestem poddenerwowana, on nie zdaje sobie z tego sprawy, bo
jest wpatrzony w swojego jeepa, a ja gadam jak najęta, jakie my, kobiety jesteśmy czasem
żałosne, bardzo swędzi mnie brzuch...
-Chodzi o twojego najmłodszego syna.
-Mojego najmłodszego syna. O Janka? (On przytakuje. Nic z tego nie rozumiem.) A co z nim?
-Róża, wiesz, że on...? (Co?) Jan jest homoseksualistą.
(Kładę rękę na piersi.) Chyba parsknę ze śmiechu.
-Nieeee. (On znów potakuje.) Homoseksualistą w sensie homoseksualistą? (No tak, właśnie tak, kiwa głową.) Chcesz powiedzieć, że jest… pedałem?
-Otóż to, pedałem.
–Albert, mówimy o tej samej osobie? Chodzi ci o Jaśka, małego Jasia, mojego
najmłodszego syna, który jest też twoim synem, naszym synem; tego samego Jasia, który nigdy nie przyprowadził dziewczyny do domu; tego Jasia, co się zamykał ze swoją siostrą Julcią w łazience... O co ci teraz chodzi, żebym mówiła ciszej? Mówię tak głośno, jak mi się podoba... co zamykał się z Julką w łazience, żeby pleść warkocze i malować sobie paznokcie; tego Jasia, który obudził nas jednej nocy, skacząc z radości po łóżku, bo dostał pierwszej miesiączki. Nie mów mi, żebym ściszyła głos, bo z całej tej kawiarni jedyną osobą, która jeszcze nie wie, że ma syna pedała, tak, tak, pedała, jest jego własny ojciec.
Może jak ci to wykrzyczę, to w końcu to do ciebie dotrze, bo nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Powiedz mi, kto cię zaprosił rok temu na prezentację swojej pierwszej książki zatytułowanej „Duma gejowska to czysta fantazja” i do tej pory czeka, że raczysz odpowiedzieć na zaproszenie choćbym zwyczajnym „Pocałuj mnie w dupę”! Mówimy o tej samej osobie, o naszym synu Janie?
-Przez myśl mi to nie przeszło… Zawsze miał dziwnych znajomych. Ja myślałem, że ta
książka, że ta książka była o tych jego dziwnych kolegach...
Nie no, to koniec! Dziecinnieje chłop na stare lata.
-Już się nie tłumacz. Tak czy siak, bądź spokojny, bo to, że jest pedałem nie pasuje do ciebie, wzorowego ojca, który współpracuje z najlepszymi prawnikami w kraju i zajmował się Janem i jego rodzeństwem przez całe życie i zawsze starał się, żeby było im jak najlepiej. Na razie, stary. Trzymaj się.
Wychodzę, biorę kurtkę, zakładam torbę na ramię, Albert wciąż niedowierza, kelner mówi, żebym pozdrowiła syna, pytam, czy mam go też od niego ucałować, puszczam oczko, biorę za klamkę i… wracam do stolika, siadam na przeciw, a on wpatruje się w tego jeepa, jakbym w ogóle nigdzie się nie ruszyła, wtedy rzucam mu prosto z mostu, jaki ty jesteś, chłopie, nieudany, zawsze taki byłeś, asymetryczny, jakiś taki nieodrobiony, spokojnie, nie unoś się, to żaden problem, czy dobry z ciebie człowiek, uczciwy czy oszust, bo każdy ma swoją publiczność, każdy ma wokół siebie kochających ludzi, ale ty nie jesteś ani tym, ani tym, spokojnie, nie jestem na ciebie zła, jeśli mogę być na kogoś zła, to na siebie, że dałam swoim dzieciom takiego ojca jak ty, i nagle jak już mam mu to wszystko wygarnąć prosto w twarz, dostaję olśnienia i mówię:
-Albert, dlaczego ty się chciałeś ze mną zobaczyć? Ta „bardzo ważna sprawa”...? O co chodzi, coś ci szepnęli w pracy na temat Janka...? (Przytakuje.) A idź w cholerę. Kretynie
jeden. Idź w cholerę.

                                                              *

Teraz naprawdę wstaję i wychodzę, teraz, owszem, patrzy na mnie z otwartą buzią, próbuje złapać mnie za rękę, pocą mu się ręce, jego dotyk mnie odrzuca, zabieram rękę, jest zaskoczony moją siłą, czuję taką wściekłość, barman otwiera mi drzwi, dziękuję mu, „Powiedz Janowi, żeby zadzwonił”, „Nie ma problemu”. Przechodzę obok jeepa i mam ochotę zarysować mu karoserię kluczami... Świadomość, że umrzesz, sytuuje cię jakby ponad tym, co dobre i złe... Ale powstrzymuję się.
Wracam do domu autobusem. Albert pracuje w stowarzyszeniu prawniczym ściśle związanym z polityką i obawiam się, że posiadanie syna zbyt aktywnego w pewnych kręgach liberalnych nie wpływa dobrze na jego wizerunek. Jak to się stało, że dopiero teraz się dowiedział? Oznak przecież nie brakowało, zresztą Janek był przekonany, że tata dawno już wie, bo jak którejś nocy wparował do sypialni skacząc z radości że dostał pierwszej miesiączki, tata rozłożył go na łopatki jednym ciosem wyzywając od pedałów.
To dlatego zaprosił go na prezentację książki. Czemu do tej pory nie chciał spojrzeć prawdzie w oczy? (Wyjmuję z torebki chusteczkę na smutki i na pomarańczę). Co za dziwny smak. Powiem o tym kierowniczce warzywniaka. Zapomniałabym, pielęgniarki mnie uprzedzały, po chemioterapii ma się zmieniony smak. To ciekawe. Nie smakuje mi jak pomarańcza. A inne zmysły też ulegną zmianie. Przestaną czuć? Pogorszy mi się węch? A dotyk. Mam nadzieję, że dotyk nie. Bo my, kobiety, jak nie dotykamy, nie widzimy. Jak mu
się pociły ręce, kretynowi jednemu.
(Bawię się telefonem. Dzwonię.) Jola, ta dentystka, nie odbiera telefonu. Widzę własne odbicie w szybie, boję się, a autobus nie zatrzymuje się,
potrzebuję chusteczek do demakijażu.
Po raz pierwszy odkąd postawili
diagnozę, że mam raka
boję się. Tej nocy
nie opuści mnie
strach.

                                                           *

Budzę się z książką mojego synka w objęciach. Sto siedemdziesiąt dwa. (Otwieram książkę na chybił trafił i czytam.) „Opuścił spodnie i pokazał mi swojego członka. Wyglądał jak zaróżowiony małż, nadziany na palec. Nie miał napletka. On położył rękę na moim ramieniu i wskazał, żebym uklęknął. Przyłożył nabrzmiałego małża do moich ust i nakazał mi ssać”. O nabrzmiałym małżu i o tym, że zostało sto siedemdziesiąt dwa: to pierwsze o czym myślę dziś, tuż po przebudzeniu się.
(Dzwoni telefon.) Jego ojciec. Uwaga. (Odbieram.) Słucham. / Cześć, tak. Słucham cię. / Właśnie miałam iść pod prysznic, więc jeśli możesz... / Chciałabym wiedzieć.../ Otóż to, wyjąłeś mi to z ust... / Coś podobnego. / Nie mów./ Że nowy konkurs o stałe miejsce pracy zostanie ogłoszony lada dzień, i że choć to jeszcze nieoficjalne, to rozumiem, że twoja rodzina bierze udział w konkursie razem z tobą, tak? / Mniej więcej. Zaraz, zaraz, a poza konkursem za rodzinę dodają czy ujmują ci punkty./ Jasne. Raczej ujmują. / To wiesz co?
Lepiej weź się do nauki, bo ktoś taki jak ty... / Co?/ Nie powiedziałam... / Ja? Posłuchaj mnie, ja tego nigdy... / Nie, to ty mnie posłuchaj! Nie insynuuję, że jesteś złym ojcem, pod żadnym pozorem... nic podobnego. / Możesz mnie chwilę posłuchać? / Nie. Złym ojcem
nie. Złym człowiekiem.
(Odkładam słuchawkę.) Lepiej wam opowiem, jak to się zaczęło, żebyście przypadkiem nie zaczęły mu współczuć, jak to kobiety wspaniałomyślnie potrafią... Gdybyśmy choć raz posłuchały naszego instynktu... Niemożliwe, wiem. Nie jesteśmy w stanie sprzeciwić się same sobie ani na chwilę, a potem jest za późno. Kiedy zaczęłam zdawać sobie sprawę, że między nami się nie układa, byłam już w ciąży pierwszym dzieckiem. Wtedy to Albert ubzdurał sobie, że musi założyć antenę satelitarną w domu. Nic takiego, prawda? Gdybym wiedziała, zabroniłabym mu. Kupił antenę i dzień w dzień wyśpiewywał gole. Nie żeby tylko wieczorem: i wieczorem, i rano, i w nocy. Wiecie, jak to jest? Od piątku po południu do niedzieli wieczorem, niekończący się koszmar. Gol! Gol! Gol! A ja z brzuchem. Nic z tego nie rozumiałam, jak można kibicować tylu różnym drużynom jednocześnie. Jak mogę być tak naiwna. Przychodzi taki moment w ewolucji człowieka, mężczyzny, kiedy wchodzi w symbiozę z fotelem i piwem, i nie liczy się jakiej drużynie kibicuje, chodzi o to, żeby wygrać, jeden przeciw drugiemu: potrzebuje tylko jednego i drugiego, a z tyłu z piwem biegamy my, myśląc, że nasz mężczyzna to najwspanialszy mężczyzna na świecie. Nie
domyślamy się jeszcze, że najwspanialszy mężczyzna na świecie uważa, że nasze serce jest zrobione z najwspanialszej na świecie gąbki do zmywania garów. I stojąc tak za tym fotelem, po raz pierwszy pomyślałam, żeby go zostawić, z pierwszą fałdą na brzuchu i otwartą puszką piwa nachyloną w stronę głowy. Mea culpa. Po antenie przyszła reszta, która ogólnie rzecz biorąc doprowadziła do tego, czego można było się spodziewać: pojawienie się kochanki. Dla innej zostawił mnie z trójką dzieci, najmłodszy dopiero co się
urodził. Wcześniej były inne kobiety, nic poważnego, przelotne znajomości bez znaczenia, jak w przeddzień porodu: zabrali mnie do szpitala, a ten wykorzystał sytuację i poszedł na dziwki. Dowiedziałam się następnego dnia, z noworodkiem na ręku, przez przypadek, niechcący, kiedy mężczyźni przekraczają próg wyglądają albo jakby chcieli wejść albo jakby woleli nie wchodzić. Zresztą, co za różnica, nie pierwszy, nie ostatni raz. Teściowa
siedziała w szpitalu całą noc, a po porodzie wygłosiła jedną z tych swoich złotych myśli:
− Nie możecie być bardziej szczęśliwi.
No i miała baba rację. „Nie możecie być bardziej szczęśliwi.” Bardziej nie. Teraz tylko mniej. Obrzydliwy babsztyl.
Wraz z pojawieniem się oficjalnej kochanki, to ja przejęłam rolę głowy rodziny, tak po prostu. W rodzinie, jak trzeba coś postanowić, musi to zrobić kobieta, a potem ponieść konsekwencje, nikt nie jest doskonały. Dzieci były za małe, żeby zrozumieć, co się działo.
Z tego, co wiem starszym nawet ją przedstawił jako ciotkę czy kogoś z dalszej rodziny, nigdy z nimi o tym nie rozmawiałam, ale wydaje mi się, że byli u niej w domu ze dwa razy, mogłabym wam nawet podać dokładny dzień, ale dajmy już temu spokój. Ale nie spodziewałam, to że się do niej przeprowadzi. Do niej i do jej dzieci. I że nie będzie chciał dawać pieniędzy na dzieci, moje dzieci, które były też jego dziećmi. Postarałam się o takie zajęcie, żebym mogła pracować w domu, nie mogłam przecież zostawić ich samych, a na opiekunkę nie było mnie stać. Wszystko, co zarabiałam szło na dom i dzieci.
Przeklinam dzień, w którym przyszło mi do głowy zadzwonić do teściowej. Wparowała do  mieszkania gotowa wybawić nas od zagłady, pamiętam, że dawałam właśnie cyca małemu, oznajmiła, że z całego serca nam pomoże: zabierze starsze rodzeństwo do siebie. Nie mogłam uwierzyć. Nie wiem, co zabolało mnie bardziej, że chce zabrać dzieci czy że chce rozdzielić rodzeństwo. To, czego nie udało się jej synalkowi, zrobiła ona.
Zabrakło mi mleka. Wiedźma jedna. Najmłodszy syn często sobie z tego żartuje, że jest gejem od mleka w proszku, że teraz ma braki. Opowiada o tym w swojej książce, poczekajcie, zaraz poszukam. On to opowiada lepiej, zabawniej, widać, że nadaje się na pisarza, wszyscy to mówią, przynajmniej tak piszą w recenzjach, które mi czyta przez telefon. Ma specyficzny humor, mieliście okazję się przekonać, słuchając o nabrzmiałym małżu, podobało się? Mnie jakoś trudno było zrozumieć, musiałam to ze dwa razy przeczytać. Wydaje mi się, że to oparte na faktach. Mało tego, myślę, że wiem, kto jest właścicielem małża. Książka godna polecenia, jest parę fajnych kawałków, jak ten o zeropozytywnych, że jeden wygląda lepiej od drugiego, to fakt, poznałam paru kolegów syna i mają taką talię, że niejedna z nas by im pozazdrościła. On sam mówi, że uważa, a ja mu wierzę, choć trochę mnie martwi, jak mówi, że jak nie dożyje starości, to przynajmniej nacieszy się życiem. Najstarszy syn i córka urodzili się niemal jedno po drugim.
Najmłodszy pojawił się parę lat później, nieplanowany, albo jak to on mówi, od czapki. „Jak mi powiedzą, że impreza skończona, to ja i tak swoje przetańczyłem”, tak mówi. W pewnym sensie mu zazdroszczę: ja też mogłabym mieć coś z życia, choć teraz jakoś nic nie przychodzi mi do głowy, całe życie kimś się musiałam zajmować.

                                                            *

O mało nie wyciągnęłam nóg przy dzisiejszej chemioterapii. Pielęgniarki dają mi w prezencie próbkę kremu z apteki, bardzo dobry na poparzenia rąk, już nie mogę chodzić do sklepu na krótki rękaw. Pytają, czy mam siłę, żeby chodzić do pracy:
-Mam.
W autobusie stoję, jest tylko jedno wolne miejsce na tyle, bardzo daleko. A właśnie, że przejdę, nawet jak się przepchać... Mdleję na miejscu.
Odzyskuję przytomność na ławce, na ławce nie wiem gdzie. Jestem na przystanku, na jakim? Jakieś młode osoby siedzą obok mnie, chłopak i dziewczyna.
- Ale awanturę zrobiłeś – mówi dziewczyna.
- Ja?
- Żeby tak się odzywać?
- Przynajmniej mi ulżyło.
- Idioci.
-Tak, idioci.
Mówią jednocześnie i nie mogę za nimi nadążyć. Jakie niewygodne są te ławki na przystankach. Jakby celowo ktoś je zrobił, żeby nie siadać. Poczułam ogromy ciężar, metalu, na powiekach, przymrużyłam lekko oczy i ukradli mi nogi. Para się śmieje.
-Byłoby śmiesznie, gdyby mogli ukraść nam nogi.
-Ty, złodziejaszku, miałbyś już z osiem – podoba mi się poczucie humoru dziewczyny. Ona ma na imię Karola, czyli Karolina, jak sądzę, a on Adam. Nie przyjeżdża żaden autobus i nie bardzo wiedzą, co ze mną zrobić. W końcu wcale mnie nie znają. Wszystko jedno. Nie mam głowy do myślenia. Obsuwam się na siedzeniu. Dziewczyna pyta, czy jest ktoś do kogo można zadzwonić, żeby po mnie przyjechał. Podaję jej telefon
- Dzwoń do kogo chcesz, ale omiń A. Bądź tak dobra.
Mówi, że mam przedpotopowy telefon.
− Ok. Dzwoni.
Ok. Przedpotopowy, ale działa, widziałaś? O, nie. Wypadło na Bercika!
Bercik nie nazywa się Bercik tylko Albert. Albert. Albercik. Bercik. Najstarszy, pierworodny syn, i niestety wykapany ojciec. Zresztą sami zobaczycie, dlaczego. Ale tym razem biorę na siebie część odpowiedzialności, w końcu jestem jego matką.
- Ale fura – to Bercik przyjechał.
Kupił sobie nowe auto. Jeepa, jak ojciec. Ten sam model, inny kolor. Uchyla szybę i pyta się, co za jedni. Adam jest szybszy niż ja.
-A ty, cwaniaku?
-Mamo!
Synu, trudno o lepsze określenie.
- Synku, oni ze mną wysiedli po tym, jak ble ble ble...
Bercik otwiera portfel, wyjmuje dwa banknoty. Chłopak spluwa na szybą, a ona rzuca coś w stylu „Co ja kretyn. Współczuję pani”.
Syn patrzy na mnie, jakby ducha zobaczył. Jak ojciec. Nie, nie patrzy na mnie. Patrzy na
ślinę spływającą po szybie.
-Mamo, czemu potakujesz?
No bo ma rację, synu. Kawał z ciebie kretyna, co zrobić, masz to po rodzinie ojca. Tak myślę, ale tego nie mówię. Czekam parę sekund, aż wyjdzie z jeepa i pomoże matce, ale nie. Do góry. Moszczę się na siedzeniu obok kierowcy -sama nie wiem, wcale tak źle nie było na tej ławce- zapinam pasy i w drodze do domu opowiadam mu o wszystkim.
Bez przerwy, od początku do końca, od dnia moich urodzin do dziś, od stu
osiemdziesięciu dni do stu siedemdziesięciu. On prowadzi, nie spoglądając na mnie. Dojeżdżamy do bloku, wstawia jeepa na parking, do szału mnie doprowadza tym szukaniem kluczy do garażu. W końcu odzywa się w windzie:
-Coś takiego.
Nie mówię ani że takiego, ani że innego, rozumiem, że nie wie, jak zareagować. Nie
żebym tego nie spodziewała ...
-Mamo, musisz wszystko przygotować.
„Wszystko przygotować”?
-Spadek i tak dalej.
„Spadek i tak dalej”.

                                                              *

Chyba twój czas się skończył, może lepiej... (Winda dojeżdża na nasze piętro.) Tak jak wspomniałam, taki sam sukinkot jak ojciec.
- Mamo, gdzie idziesz? Przecież mieszkasz naprzeciw.
Doprowadzasz mnie... Wolisz nie wiedzieć, do czego mnie doprowadzasz... Wybucham!
- Mógłbyś przynajmniej zapytać, czy wolę, żeby mnie pochowano, spalono czy
zamurowano w ścianie nad łóżkiem, żebyś przypominał sobie o mnie za każdym razem, jak będziesz kładł się spać w twoim nowoodziedziczonym mieszkaniu! Gdzie są te przeklęte klucze!
Posłuchajcie tego:
Mamo, to mieszkanie nie jest twoje. Mieszkasz sama, ale nie jest twoje. To mieszkanie rodzinne, to znaczy że należy również do nas, nawet jeśli w nim nie mieszkamy. (Nie wierzę własnym uszom.) To tak jak byśmy mieszkali z tobą, nie mieszkając, wiesz o co mi chodzi. Szczerze mówiąc, nie bardzo. Poza tym, nie każ mi przypominać, mamo, ale rozmawialiśmy już, że mieszkanie będzie moje, z garażem włącznie.
No nie, to już szczyt wszystkiego!
-Kiedy jak tak powiedziałam? Albo coś ze mną nie tak albo powiedz mi kiedy ja coś takiego powiedziałam? Kiedy ja powiedziałam, że...?
-No dobra, ojciec powiedział.
-A ja nie jestem ojciec, jestem matka!
-Matko...
-Matko, tak!
-Wiem, mamo, wiem.. Uspokój się!
Jestem spokojna! Klucze!
-Mamo...
-Co?
-Wiesz, że mieszkam w wynajętym mieszkaniu z Carmen i dwojgiem dzieci, z twoimi wnukami, Albercikiem i Carmen, twoimi jedynymi wnukami...
Mieści wam się to w głowie. Jak śmie mówić w ten sposób po wszystkim, co usłyszał?
-Synu.
-Co?
-Jesteś skurwysynem.
-Mamo.
-Co?
-Właśnie nazwałaś mnie skurwysynem.
Wiem. A teraz zrób coś dla mnie: nie stawiaj ani kroku więcej, nie chcę, żebyś wchodził do mojego domu, odwróć się i poczekaj u siebie albo w garażu, na twoim miejscu parkingowym, albo gdzie chcesz, aż twoja matka zakwitnie, a potem weź sobie mieszkanie i co tam jeszcze będziesz chciał. Do widzenia!
-Do widzenia, mamo – i odjeżdża windą.
(Klucze spadają na podłogę.) Trzęsą mi się ręce. Nie trafiam kluczem w zamek. (Winda. To Bercik. Znowu.)
- Mamo.
-Synu, już ci powiedziałam, że...
-Mamo, nie chcę, żebyś umierała...
(To już przegięcie.)
-Masz ci los. A ja chcę?
-Ale skoro już masz to zrobić, wiesz jak bardzo zależy mi na tym mieszkaniu.
Kiedy kobiety stają się matkami, z dobrych robią się głupie.
Następnego dnia przynosi mi wszystkie potrzebne dokumenty.

                                                       *

Bercik kładzie teczkę na stole. Nie zwracam na niego uwagi, kiedy mówi, szykuję się do pracy. Tak się spieszył, żeby mi przywieźć papiery, to niech teraz mnie podwiezie do sklepu, dziś nie mam ochoty jechać autobusem. Tłumaczy, że chodzi o zwykły testament otwarty, mam się podpisać tylko na ostatniej stronie. A o niewpisane miejsce i datę mam się nie martwić, później on sam wpisze. Przeglądam papiery z zerowym zainteresowaniem i przytakuję na wszystko, tak, synku, tak, skąd on wziął wszystkie dane.
Z ksiąg wieczystych tego mieszkania.
- A to, co to jest, synu?
- Pieczątka i podpis notariusza.
- Jakiego notariusza?
- Znajomego, mamo. Żeby przyspieszyć postępowanie, nie mamy dużo czasu, mamo.
Nie musisz mi przypominać.
- Gotowa, jedziemy?
W samochodzie pytam, czy powiedział ojcu.
- O czym? - udaje Greka.
- Że umrę. (Przytakuje.) Nie zadzwonił.
-Przecież nigdy do ciebie nie dzwoni... To znaczy... Po co ma dzwonić? To znaczy, dlaczego ma dzwonić teraz, jak masz umrzeć?
Jaki pan, taki kram. Ciekawa jestem, kto zredagował ten testament. Zostawiam wszystko, prawie wszystko mojemu eksmałżonkowi i Bercikowi. Jak go zapytać, czy ojciec się do tego przyłożył.
- Ojciec to napisał?
-Nie. Ja.
- Nie kłam.
- Ojciec.
- Acha.
Cisza. Milczy.
-Pytam, bo może mógłbyś wziąć pod uwagę, że masz jeszcze rodzeństwo.
-Owszem, ale mieszkanie jest jedno.
To jest konkretna odpowiedź, a reszta to pieprzenie. Tak jest.
-A ja i Carmen potrzebujemy tego domu ze względu na dzieci. Twoje wnuki, twoje jedyne wnuki, Bercik i Carmencita...
I znowu ta sama śpiewka o wnukach. A teraz najpewniej korzysta ze wskazówek, których udzielono mu w stowarzyszeniu, w którym pracuje z ojcem: „odnieś się do emocji”, „to twoja matka”, „ty możesz, mistrzu”. Już się widzi na swoim miejscu parkingowym, jak śpiewa w jeepie z całą rodziną, brakuje mu tylko krokodylich łez. Jak jego biedna żona trafiła do tej rodziny? Dlaczego nikt jej nie ostrzegł? Gdzie są nasze koleżanki, kiedy ich potrzebujemy? Carmen to złota kobieta. Złota i ciemna. Żeby się wyjść za mąż za takiego typa. Zaszła w ciążę od razu, sześć miesięcy po tym, jak się poznali, i stało się, co się miało stać: z dobrej zrobiła się głupia.
Bercik parkuje przy wejściu do sklepu. Cały ojciec, wypisz wymaluj... Samochód
dostawczy trąbi z tyłu. Przez całą drogę -mało tego, odkąd przyjechał do domu- nie  spojrzał mi w oczy ani razu. Zawsze się mnie bał, nie wiem czemu. Ja też mu się za bardzo nie przyglądałam, ale nie żeby nie zobaczyć kopii ojca, są do siebie tacy podobni... Jak dwie krople wody, i nie tylko fizycznie. Te gesty, geściki, miny, w sposób mówienia, sobowtór! Cały owłosiony. I pomyśleć, że tyle głupoty dziedziczy się w nieskończoność...
Mam jedynie nadzieję, że nie odziedziczył rozmiaru penisa po ojcu, szczerze
współczułabym Carmen. Wysiadam z samochodu, a Bercik łapie mnie za rękę. Po jego policzkach spływają dwie wielkie jak jajka niespodzianki krokodyle łzy i jęczy:.
-Podpiszesz?
Jak trzasnę drzwiami to skończy z amputowanymi ramionami.
(Dzwoni telefon. Halo?) Daję znak kierowcy z ciężarówki, że może ruszać i staranować jeepa. (Rób, co chcesz, bylebyś nie spoglądała za siebie. Kto to dzwoni?) Jaś. Dziwne. Kto mu powiedział? Taką mam ochotę z nim pogadać, jedyna rozsądna osoba w tej rodzinie.
(Wchodzę do supermarketu z telefonem przy uchu.)
-No, co tam, Jasiu? / Poczekaj, bo tu zaraz pomalowana na sraczkowato ciężarówka, rozwali... / Co mówisz? / A, tak, tak. Pewnie... / A, tak. Że ile mówisz, że ci potrzeba?
(Nareszcie w biurze! Zamykam za sobą drzwi, rzucam papiery na krzesło.) Najgorsze jest to, że chcę, żeby mnie spalili, a oni tego nie zrobią. Pochowają mnie normalnie, a w dodatku w razem z teściową, w tym samym dole. A ja nie chcę! Później mi opowiecie, jak było. W sumie, co za różnica? I kogo to obchodzi? Jeśli ktokolwiek tam, na górze ma jakieś specjalne życzenia, jak mam być pochowana, niech wyśle anioła. A jak nie, niech zamilknie za zawsze.
Czekam. I czek...
(Dzwoni telefon.) A nich to diabli. Nieznany numer. Równie dobrze mogliby dzwonić z nieba. Aniołowie zamiast zwiastować, kontaktują się telefonicznie, wyobrażacie sobie?
Halo. To ze szpitala. Żeby potwierdzić pierwszą wizytę w przyszłym tygodniu.
-Dziękuję bardzo, do widzenia.
Nie rozumiem, dlaczego, kiedy dzwonią ze szpitala, nigdy mnie nie pytają, o to jak się czuję.
Mam już dość tego czekania.
(Drę papiery na pół.)

                                                          *

(Dzwoni telefon.) Ojciec.
- Albert. / Rak to rak. / Powtarzam ci: rak. / Co? / Nie wiem, co dla ciebie oznacza rak, ale nie, nie chodzi o „chorobą bez znaczenia”. / Mam ci to przeliterować? / Dokładnie. Bardzo dobrze. Jeśli dają mi sześć miesięcy, to nie jest dobrotliwy, że tak powiem. Może dla ciebie tak, ale jeśli o mnie chodzi, to jego dobrotliwość pozostawia dużo do życzenia. / Tak, twój syn dobrze cię poinformował. Sześć miesięcy. Teraz już trochę mniej. Ile? / Ile mniej? / Odejmij dwa tygodnie. Podliczyłeś? / Tak. Niedługo umrę. / Doskonale to
rozumiem... / Doskonale. / Naprawdę doskonale rozumiem, co do mnie mówisz, serio, tak, tak, w stu procentach, i bardzo bym chciała, żebyś i ty zrozumiał to, co mam ci do powiedzenia: Nie podpiszę, bo nie mam na to pieprzonej ochoty!
(Rozłączam się.) Ale jestem z siebie zadowolona. Muszę isć do banku! Umówiłam się w południe z Jasiem. Nigdy nie martwił się o pieniądzę, dlatego ich nie ma. Pieniądze mają tylko ci, dla których finanse są sprawą priorytetową. Im więcej chcesz mieć, tym wyżej je umieszczasz w swoim systemie wartości. Zasada jest prosta, a Janek ma inne aspiracje, dlatego kasę łożę ja. Kosztuje mnie to sporo pracy, owszem, nie zaprzeczam, nie wykładam towaru bez przerwy, ale też nie siedzę z założonymi rękami, dlatego niech wie,
że nie ma lekko. Mam już dość już robienia z siebie Matki Polki, bo dasz komuś palec, to ci weźmie całą rękę i jeszcze drugiej kawałek. A w dodatku pod włos. Bardzo się cieszę, że chce być pisarzem. To jego powołanie i priorytet. Nie wie i nigdy się nie dowie, że go podziwiam, najbardziej z całej trójki. Wie, czego chce i dąży do tego. Byk, uparty. A co  najważniejsze: nikomu nie robi krzywdy. Gdybym była chłopcem, nazywałabym się jako
on. Jak moja mama zaszła w ciążę, to i ona, i ojciec wbili sobie do głowy, że będę
chłopcem i dadzą mi na imię Jan. Byli zawiedzeni, jak się okazało, że to jednak córka. Nie
mieli nawet imienia. Wzięli kalendarz i sprawdzili, czyje tego dnia wypadały imieniny. Było
Róży, no to dawaj Róża. Jako mężczyzna byłabym nieźle świrnięta. To znaczy, nieźle
świrnięty.
Jaś przychodzi po mnie w południe. Pytam, gdzie zaprasza mnie na obiad. Śmieje się, jest
w dobrym humorze. Lubię, jak na mnie patrzy. Jest sympatyczny. Jakby nie patrzeć, to dla
matki prawdziwa duma mieć sympatycznego syna. A jak do tego jest gejem, to już w
ogóle czysta fantazja.
- Jak synku?
- Wszystko dobrze.
Sympatyczny, owszem, ale coś z niego wyciągnąć, to też się trzeba nagimnastykować.
Korzystajmy, póki się da. Inaczej nie dostanie koperty.
- Jak się układa ze Szkotem?
- A, to już od dawna nieaktualne. Teraz jestem z Amerykaninem, z Nowego Jorku. Patrick.
Murzyn. Bardzo czarny. Wiesz o co chodzi. Naprawdę czarny.
- Chcę, żebyś na siebie uważał.
- Uważam.
- I żeby cię nie skrzywdził.
- To już...
Ja to w ogóle nic po nim nie widzę. Nie wiem, czy dlatego, że to mój syn, czy dlatego, że nie widać. Józia, kasjerka, mówi, że na pierwszy rzut oka widać, że to pedał, ale ja tam nic nie widzę. Pozdrawia barmana i umawiają się, że się zdzwonią. No może, czasem, jakiś gest mu się wyrwie...
- A czym ten Patrick się zajmuje?
- Zawsze się pytasz o zawód moich chłopaków.
- Synu, bo oni czymś się zajmują.
To był cios poniżej pasa, ciekawe, jak to teraz naprawię...
- Pytam z ciekawości. Najważniejsze o Patricku już wiem...
Znowu się śmieje. Mój malutki. Chłop jak dąb, a dla mnie to wciąż mały chłopczyk.

 

                                                           *

Pamiętam, jak pierwszy raz przyłapałam go na masturbacji. I ja się przestraszyłam, i on, weszłam w najważniejszym momencie, popatrzył na mnie takim wzrokiem, blady jak ściana. Nigdy tego nie zapomni, ja też nie. A ta gazeta z penisami. Dużymi to mało powiedziane. Szukałam jej kilka dni... Wygnieciona, poplamiona, ledwo się trzymała, oszczędzę wam szczegółów, ale te ciała i te penisy.. Tak się dowiedziałam, że moje pożycie małżeńskie to było jedno wielkie nieszczęście, ale to już inna historia.
-Mamo, o czym myślisz?
-Pamiętasz, jak cię przyłapałam na...?
(Przytakuje.) Czułam się taka zacofana. Niedouczona. Przerzucałam strony i nie czułam podniecenia, czułam wstyd. Że nie wiem. Jakie rzeczy robili i w jakich pozycjach. I bez kobiet. A co dopiero z kobietami. Od tamtej pory sama schodziłam do kiosku. Nie czułam żadnego przymusu, tylko raz na miesiąc, nie więcej.
- Jesteś jedyną matką na świecie, która zna gejowskie porno.
- Synku, cieszę się, że wiesz, kim chcesz być , i wiesz, co lubisz.
- Dzięki, mamo.
- Jedyne, czego żałuję to tego, że twoja babka nigdy się nie dowiedziała. Żeby mieć satysfakcję, że to ją zabiło, a nie alkohol. W życiu się nie przyznam do tego, co właśnie usłyszałeś. Co wsypałeś mi do szklanki? Ale by zrobiła minę, aż by się ten jej krzywy ryj przekrzywił jeszcze bardziej.
- Mamo, jesteś the best – uwielbiam, kiedy mówi, że jestem the best. - Patrick
bardzo chce cię poznać.
- Jak długo się znacie?
- Dwa tygodnie. Dużo mu o tobie opowiadam. Wie, że mam na imię Jan, bo ty zawsze chciałaś mieć tak na imię, że noszę twoje imię.
- To nie do końca tak. Pomyśli, że jakaś dziwna ta twoja matka. Nie opowiadaj takich rzeczy, że chcę nazywać się Jan.
- Mówię, co mi się podoba.
- Bo nie będzie koperty.
- Dobra, już dobra.
No właśnie o to chodzi, że choćbyś nie wiem jaką przyjaciółką była dla swoich dzieci, to musisz pokazać, że jesteś matką, bo jak nie to dasz palec, rękę weźmie, i to pod włos...

                                                              *

Co teraz piszesz?
-Opowiadanie erotyczne. Chcę je pokazać wydawcy, którego poznałem w barze. Mówi, że mam szanse.
-Zostać autorem opowiadam erotycznych.
Janek opowiada mi o Henry'm Millerze, Lawrence Durrellu, o George'u Bataille, o
Apollinairze –Apollinaire'a chyba coś czytałam – że musieli być wielkimi autorami
opowiadań erotycznych i również klepali biedę.
- Mam nadzieję, że wszyscy mogli liczyć na takie matki jak ty.
- A w życiu! Ja mam farta.
O mało zawału nie dostałam, jak przecztałam pierwszy tekst Janka. Skąd on wziął te wszystkie rzeczy? Jak mogło mu to w ogóle przejść przez myśl? A ten fragment, co wam czytałam niedawno, o nabrzmiałym małżu, to bajka o trzech świnkach w porównaniu z pierwszymi tekstami, które wpadły mi w ręce. A najgorsze jest to, że jak już mówiłam, na początku we wszystko wierzyłam, myślałam, że on naprawdę to wszystko przeżył.
Tortury, kajdanki, gwałty, naroktyki… Mówię mu otwarcie, że wolałaym, żeby był hetero i dał mi wnuki, jak te z kalendarza. On na to, że do kalendarza mam już parę – dwoje, nie żeby jakiś zawrót głowy – i że cierpię na kolekcjonerstwo, tak przy wnukach, jak i przy dzieciach. Bardziej liczy się jakość niż ilość, znaczy się ilość niż jakość.
- Mówi, że się pomyliłam.
- Że jak?
W kopercie. Jest więcej niż prosił.
- Znacznie więcej, mamo.
- Jak zwykle.
- Jak zwykle, nie, mamo. Tu jest mnóstwo kasy.
- Teraz wychodzi na to, że naprawdę nie potrzebujesz pieniędzy.
- To nie tak, mamo.
- To bierz i nie gadaj.
Odprowadza mnie do wejścia do supermarketu. Prawie bym zapomniała.
- Zapomniałabym, synu, twój ojciec właśnie się dowiedział, że jesteś gejem.
O mało nie posikał się ze śmiechu.
Odwraca się parę razy, żeby mi pomachać ręką. Lubię ludzi, którzy odwracają się, żeby się pożegnać, ich spojrzenia są takie czułe. Jak znika za rogiem, chciałabym go zobaczyć na nowo. Tak bardzo chciałabym go znów zobaczyć,
Może już niedługo.
Kilka godzin.
Na kilka godzin
zapomniałam, że jestem umierająca...

Po odczytaniu tekstu autor zapytany dlaczego zdecydował się na tak ciężką tematykę odpowiedział, że rak, choroba został tam użyta jako pretekst, żeby bohaterka zmierzyła się ze swoim życiem (rodziną, pracą). Widoczna jest tam granica jej życia przed diagnozą i po. Bohaterka zaczyna się zastanawiać co zrobić z czasem, który jej pozostał. Choroba pozwoliła bohaterce zmienić siebie i otoczenie i poczuć się szczęśliwą. Sztuka ta wyszła dwa lata temu, jednak nadal nie znalazła się aktorka, która podjęłaby się tego trudnego zadania, życia z rakiem na scenie.

Dodatkowo autor studiował medycynę, więc mógł wiedzy na ten temat zaczerpnąć z własnego doświadczenia i wiedzy. Jednak głównym źródłem informacji była matka autora, która przeżyła dwa nowotwory.

Autor przyznał, że w jego sztukach na pierwszym planie zawsze jest ktoś, kto jest odsunięty przez społeczeństwo na drugi plan np. chorzy, kobiety, homoseksualiści. Inspiracją dla niego może być nawet informacja przeczytana w gazecie lub historia osoby z jego otoczenia (chociaż „Margerita” nie jest dokładną historią jego matki, ma z nią wiele wspólnego).

W swoich sztukach Carlos Be porusza ciężkie tematy takie jak: śmiertelna choroba, problem molestowania seksualnego dzieci przez księży, czy prześladowania homoseksualistów. Problem pederastii został opisany na przykładnie historii, która się naprawdę zdarzyła w roku 2014 w Hiszpanii, kiedy pewien człowiek porwał i wykorzystał sześć dziewczynek, co później się okazało nie był jego jedynym przewinieniem. Niekiedy autor inspiruje się postaciami historycznymi, przez pryzmat których pokazuje współczesne problemy.

Autor również reżyseruje swoje sztuki, co z rozbawieniem nazwał „trochę schizofrenicznym”. Jednak pisząc nie myśli o tym jak się dana sztuka skończy i jak ją później przedstawi na deskach teatru. Carlos Be nie napisał nigdy żadnej komedii, ani sztuki dla dzieci. W swojej twórczości stara się poruszać tematy, o których się nie mówi na forum publicznym , jednak obecnie myśli o napisaniu jakieś komedii.

Patrycja Jarosz

P.J

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.