fesstiwal słowa w piosence
--

Poezja z innego Pułki, czyli o “Paralaksie w weekend”

Książki, Recenzje [10.12.07]

Rzadko zdarza się, by debiutancki tomik osiemnastolatka wywołał zainteresowanie krytyki literackiej i czytelników. Jeszcze rzadziej spotykane jest, by osoba debiutująca w tak młodym wieku już w następnym roku publikowała drugi wybór wierszy. Raz na dekadę jednak zdarza się, że drugi tomik utrzymuje poziom pierwszego. Wydaje się, że na otwarcie dwudziestego pierwszego wieku, tym który tego dokona będzie Tomasz Pułka.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Mottem Paralaksy w weekend jest fragment "Drugiego zbioru wierszy" Ewy Lipskiej. Motto to brzmi: Potem suszenie.
Nad najnowszym zbiorem utworów Pułki unosi się bowiem atmosfera metamorfozy, przekształcania się jednej poetyki w drugą. Tak jak kwiaty zasuszają w kartach zielnika, tak i poezja autora omawianego tomiku ulega zmianie. “Paralaksa w weekend” jest świadectwem tej zmiany, uchwyconej niemalże na gorąco.

Część wierszy z obecnej książeczki podobna jest do utworów zawartych w “Rewersie” - debiucie Pułki,. To, co najbardziej cenię w pisaniu tego autora jest brawurowy podmiot liryczny. W debiucie mieszkającego w Krakowie twórcy mieliśmy do czynienia ze sprawnie napisanymi, okraszonymi licznymi fajerwerkami wyobraźni tekstami. Czytelnik, podążając za tropami autora, przebiegał przez wiersze z prędkością krótkodystansowca. Utwory te były nieco hermetyczne, działy się bardziej w przestrzeni poetyckiej abstrakcji niż w jakimś zarysowanym tu i teraz. Ta lekkość w czytaniu Pułki, połączona z trudnością w jego od-czytaniu, sprawiała że co do jego twórczości można mieć ambiwalentne od-czucia. Czytanie “Rewersu” można porównać do spożywania waty cukrowej. Niektórzy to uwielbiają ze względu na jej smak, inni natomiast mogą zarzucać jej brak kaloryczności, przekładając na język krytyki, brak poetyckiej treści.
Pułka niewątpliwie zachował to, za co darzą go tak dużą (może na wyrost?) sympatią. Wystarczy spojrzeć na pierwsze wersy ’Niezobowiązujących siedmiu i pół minut” by się o tym przekonać:

(...) Tutaj. I tędy. Z jednego w drugie,
najpierw powoli, jak żółw ociężale,
ruszyła palcem, lecz wciąż spałem
zmęczony campari. I jak mozaika na ścianie,
te wszystkie lśniące, apetyczne słowa:
rodzynki, sok z jabłek, wata cukrowa,
liście i szelesty, kot, który się chowa
pod stołem. Mruczy i miauczy. Wszystko
od nowa, przesunięte o cal. Tak można
bez końca, jeśli ciepła głowa i pal
licho, że niedokładnie. Że lekko za-
-chwiane proporcje, można przyciąć,
podrzeć i wreszcie spalić i przełknąć.
Tak, to się gryzie, kiedy nie jest mokre,
wysuszone słońcem. Powiedz kochanie:

(Niezobowiązujące siedem i pół minuty, str. 24)

W piętnastu następujących po sobie strofach mamy istną feerię rymów wewnętrznych i regularnych, przerzutni i nawiązań do innych dzieł literackich. Wszystko to podane jest z niebywały, wręcz rock’n’rollowym luzem świadczącym o dystansie, jaki cechuje autora wobec demona warsztatu. Pułka pokazuje że potrafi i jednocześnie że ta część jego talentu jest najmniej ważna. To co najistotniejsze bowiem, kryje się głębiej. Przywołany przeze mnie wiersz, przez swój ekstrawagancki pseudo-klasycyzm jest świetnym argumentem potwierdzającym te tezę.

Jak już wcześniej wspomniałem, “Paralaksa w weekend” zawiera również utwory inne w stylu, niż te, które zapełniały debiut Pułki. Część utworów zawartych na wydanym w tym roku przez olsztyński „Portret” tomiku wydają się być efektem przytoczonego w motcie suszenia. Są one krótsze, mniej przez to rozbiegane, bardziej refleksyjne. Widać, że wzorem poetyckich tuzów, autor postanowił zacząć skreślać zamiast rozpisywać się, choć to drugie przecież wychodziło mu bardzo dobrze. Takie ryzykowne bądź co bądź poszukiwanie zawsze ujawnia chęć przekroczenia siebie i dobrze rokuje jeżeli chodzi o osiągnięcie przez twórcę poetyckiej dojrzałości. Pułka jest na początku tej drogi, ale i tak wychodzi z potyczki z poetycką materią zwycięsko. Spójrzmy:

Językami mówić będą

Cokolwiek powiesz: pieniążek, szybka. Życie
jest aktem, ale pamiętaj o ciągu.
Dalszym, bliższym, bo im dalej, tym bardziej
cokolwiek powiesz. Pieniążek, szybka.
Widok na widok. Aż spłynie w kałużę
i będzie sen albo karzeł. Blady jak
morze.

(str. 11)

Utwór ten, mimo widocznej różnicy od przytoczonego wcześniej “Niezobowiązujących...” nie traci nic ze specyficznej metaforyki i zagadkowego, choć wdzięcznego obrazowania autora. Pułka stworzył w sobie dzięki tym wierszom nowy punkt startu, nowe możliwości rozwoju poetyckiego, które być może uczynią go naprawdę ważnym punktem odniesienia naszej poezji. Należy po cichu dopingować by tak się stało. Nawet jeżeli wróci on całkowicie do poprzedniego stylu, również ciekawego i umożliwiającego dalszą ewolucję, to będzie to już poeta bogatszy o doświadczenie “Paralaksy w weekend”. O to doświadczenie może bogatszy być również każdy, jeżeli tylko zakupi wspomniany tomik.


Tomasz Pułka, Paralaksa w weekend, wyd. Portret, Olsztyn 2007, s. 40, op. miękka, ISBN: 978-83-60477-11-3

Rafała Derda

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.