fesstiwal słowa w piosence
--

Wrzesień w Noir sur Blanc

Nowości [14.09.13]

Drodzy Państwo, Z wielką radością wita Was po wakacjach wydawnictwo Noir sur Blanc. U nas kryminalny wrzesień, ale jak wiecie nasze kryminały są w klimacie wakacyjnym – jeśli nie plażę i gorące słońce, to znajdziecie w nich przynajmniej poczucie humoru J

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

A zaczynamy kryminałami z naszych nowych serii:

- od dzisiaj w księgarniach jest już „Śmierć detektywa” Rhys Bowen. Po „Prawie panny Murphy” wiem, że wielu z  Państwa niecierpliwie czekało na kolejne spotkanie z naszą pełną temperamtu Irlandką – i się nie zawiedziecie!

Opis książki:

Rezolutna Molly Murphy, która oczekuje od życia znacznie więcej, niż może otrzymać z racji swego urodzenia, już od kilku miesięcy przebywa w Nowym Jorku i ani myśli o powrocie do rodzinnej Irlandii. Marzy o pełnej samodzielności. Zachęcona wcześniejszym sukcesem dochodzeniowym, postanawia zostać detektywem. Żeby zaś poznać tajniki tej szczególnej i niedostępnej dla kobiet profesji, postanawia pobierać nauki u doświadczonego fachowca. Do tej roli idealnie nadaje się Paddy Riley, który wprawdzie zatrudnia Molly jako pomocnicę, ale do jej zawodowych ambicji odnosi się ze sporym sceptycyzmem. Nie wtajemnicza jej nawet w prowadzone przez siebie śledztwa, dotyczące głównie malwersacji i spraw rozwodowych. Sama Molly widzi się raczej w roli poszukiwaczki osób zaginionych. Absolutnie się nie spodziewa, że czeka ją coś znacznie poważniejszego. Oto bowiem zostaje popełnione morderstwo, którego zagadkę będzie musiała rozwiązać zupełnie sama. W jej życiu pojawi się także irlandzki dramaturg Ryan O’Hare – mężczyzna równie atrakcyjny jak zagadkowy. Podążając tropem mordercy, Molly wkrótce się przekona, że sama może stać się jego ofiarą. Ten nierówny pojedynek zostanie zwieńczony spektakularnym i mrożącym krew w żyłach finałem: nasza bohaterka będzie świadkiem wydarzenia, które we wrześniu 1901 roku wstrząsnęło Ameryką.

Nota o autorze:

Rhys Bowen to pseudonim pisarki, która urodziła się w 1941 roku w Bath w Anglii, a obecnie mieszka w San Francisco. Zanim w latach dziewięćdziesiątych rozpoczęła przygodę pisarską, pracowała dla BBC i Australian TV. Dała się poznać serią powieści o przygodach konstabla Evana Evansa, ale dopiero cykl o śledztwach Molly Murphy ugruntował jej pozycję jako mistrzyni kryminału w stylu retro. Sympatię czytelników wzbudziła główna bohaterka, która oczekuje od życia znacznie więcej, niż może otrzymać z racji swego urodzenia. Wprawdzie niewyparzony język często przysparza jej sporych kłopotów, ale od czego jest inteligencja i poczucie humoru? Nie warto zadzierać z Molly.

Fragment książki:

Zdałam sobie sprawę, że utrzymując na twarzy sztuczny uśmiech, mocno przygryzam zęby. Nie byłam pewna, czy Daniel miał świadomość, jak wiele dla niego robię. Z pewnością któraś z nas zaraz wybuchnie. Nie wiem tylko która pierwsza — ja czy panna Van Woekem. Przy sofie leżał biały futrzany dywanik. Kiedy na nim stanęłam, poruszył się i z wrzaskiem zaatakował mnie pazurami. Aha, więc w tym domu są jeszcze koty — pomyślałam.

— Patrz pod nogi, niezgrabna dziewczyno — prychnęła panna Van Woekem. — Rozzłościłaś księżniczkę Yasmin.

Wstrzymałam się z komentarzem, choć już miałam sprostować, że to księżniczka Yasmin rozzłościła mnie, a nie na odwrót. Wielki biały pers przyglądał mi się z wyjątkową pogardą. Ostrożnie, żeby znów nie zdenerwować kota, wzięłam książkę do ręki. Niepotrzebnie się martwiłam. Kotka już na mnie nie patrzyła; odwróciła się tyłem i lizała łapę, tak jakbym w ogóle dla niej nie istniała.

Po godzinie czytania do pokoju weszła służąca, by oznajmić, że lunch gotowy.

— Poproszę swoją porcję na tacy — odparła panna Van Woekem. — A panna Murphy zje posiłek w jadalni — dodała, spojrzeniem nakazując mi zamknąć książkę. — Zadziwiająco dobrze czytasz jak na kogoś twojego pochodzenia. Akcent oczywiście masz nieokrzesany, ale jestem pozytywnie zaskoczona. Może jednak będę miała z ciebie pożytek.

A może nie... — pomyślałam, kierując się w stronę jadalni. Skoro Daniel uważał, że to łatwa praca, to znaczy, że nigdy nie poznał jej szczegółów.

Jadłam w mało komfortowych warunkach — sama przy wielkim stole z polerowanego mahoniu, ze służącą czekającą za moimi plecami, aż skończę. Nie mogę jednak powiedzieć, by jedzenie było niedobre. Dla kogoś, kto — jak mawiała moja matka — miał zawsze wysokie aspiracje, taki posiłek powinien być codziennością. Zjadłam coś w rodzaju musu z ryby na zimno, sałatkę, a na deser owoce i malutkie bezy. Bardzo mi to smakowało. Do picia — domowa lemoniada. Zaczęłam bardziej optymistycznie zapatrywać się na tę pracę, zwłaszcza kiedy się okazało, że po lunchu panna Van Woekem ucięła sobie drzemkę, a ja mogłam spokojnie pobuszować w bibliotece.

Po podwieczorku, który zjadłyśmy przy malutkim stoliku w salonie, poprosiła, bym przygotowała jej fotel spacerowy. Pomogła mi służąca i wkrótce panna Van Woekem siedziała w dziwnej konstrukqi na kółkach.

— Zabierz mnie do parku. To najprzyjemniejsze miejsce o tej porze dnia.

W samym centrum Gramercy Park był ogrodzony parkanem ogród z drzewami, krzewami i kwiatami. Pchałam fotel na drugą stronę ulicy, kierując się ku północnej kutej bramie. Kiedy się do niej zbliżałyśmy, z ogrodu wychodziła właśnie starsza para. Mężczyzna o imponujących białych wąsach zdjął kapelusz, skłonił się zamaszyście, a potem uprzejmie przytrzymał nam furtkę.

— Dzień dobry, panno Van Woekem. Znów jest dość gorąco, prawda?

— Nic dziwnego, w końcu mamy lipiec. Miłego dnia!

Kiedy wchodziłyśmy do ogrodu, szepnęła do mnie:

— No, to już przesada. Tylko dlatego, że kiedyś w Ohio poznał McKinleya, udaje, że zapomniał, jakie ma pochodzenie. Przecież jego ojciec był tylko sklepikarzem!

Krążyłyśmy po parku, odpoczywając od upału w cieniu drzew, ciesząc się zapachem pięknych kwiatów i krzewów. W pewnym momencie zauważyłam, że nieopodal stoi mężczyzna w brązowym garniturze i kapeluszu. Kiedy podeszłyśmy, schował się głębiej między drzewa. Nic jednak nie robił, nie widziałam też, by miał przy sobie jakieś narzędzia do pracy. Po prostu stał, patrząc na jeden z domów naprzeciwko. Chyba nawet nas nie zauważył.

W oddali zegar wybił szóstą.

— Czas wracać — powiedziała panna Van Woekem. — Muszę się przebrać do kolacji. Córka chrzestna ma mnie odwiedzić, oczywiście pod warunkiem, że ktoś inny nie złoży jej lepszej propozycji. Przyjechała do miasta na parę dni, by zrobić zakupy. Możesz mnie zawieźć do domu.

Popchnęłam fotel w kierunku bramy, pochyliłam się, by ją otworzyć, ale była zamknięta.

— Nie wzięłaś klucza? — zapytała zniecierpliwiona.

— Klucza? Nie wiedziałam, że potrzebny jest jakiś klucz. — Poczułam, że się czerwienię ze zdenerwowania.

— Litości! Oczywiście, że potrzebny jest klucz. Przecież nie chcemy, by wchodził tu byle kto.

— Mogła to pani powiedzieć wcześniej. Zanim tu przyszłyśmy — zauważyłam.

— Jak śmiesz?!

— Zrozumiałam, że potrzebuje pani damy do towarzystwa, a nie dziewczyny na posyłki — odparłam. — Jeśli pani nie odpowiadam, proszę poszukać sobie kogoś innego.

Patrzyłyśmy na siebie jak dwa psy, które walczą o terytorium.

— Mam nadzieję, że jednak będę potrafiła cię wychować — powiedziała w końcu z błyskiem w oku i lekkim uśmiechem na twarzy. — A teraz lepiej znajdź jakiś sposób, by wydostać nas stąd przed zmierzchem.

Zostawiłam pannę Van Woekem w cieniu drzew i zaczęłam chodzić po parku, wyglądając za ogrodzenie i starając się zwrócić na siebie uwagę. Ale nikt nie przechodził. Gdzieś daleko szybkim krokiem maszerowały dwie służące, przejechał również powóz, ale tak szybko, że nawet nie zdążyłam zamachać. Kiedy kierowałam się w stronę południową, przypomniałam sobie o mężczyźnie w brązowym garniturze. Nie zauważyłam, żeby wychodził z parku, więc powinien nam pomóc. Ale pod drzewami nie było nikogo. Rozejrzałam się dookoła. Żadnego ruchu. Tylko wiewiórka przebiegła po trawniku.

Zaraz potem krzak przy ogrodzeniu gwałtownie się poruszył. To nie była wiewiórka, ale coś znacznie większego. Może kot? Podeszłam bliżej i zamarłam, widząc, jak mężczyzna w brązowym garniturze czołga się między krzewami. Nagle zatrzymał się i obejrzał. Na szczęście zdążyłam ukryć się za drzewem. Najwyraźniej zadowolony że nikt go nie widzi, chwycił pręt w ogrodzeniu, wyjął go, wyszedł przez dziurę, a następnie umieścił pręt na miejscu. Wszystko to trwało zaledwie parę sekund. Potem widziałam, jak starannie otrzepuje ubranie i odchodzi ulicą, pogwizdując jak gdyby nigdy nic.

To całe zdarzenie tak bardzo mnie zdziwiło, że dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, iż gdzieś już tego człowieka widziałam. Tak! To on zrobił mnie i Danielowi zdjęcie w Central Parku!

Tytuł: Śmierć detektywa
Tytuł oryginału: Death of Riley
Autor: Rhys Bowen
Przekład: Joanna Orłoś-Supeł
Seria: Nie zadzieraj z Molly Murphy!
Kategoria: kryminał
Projekt okładki: Witold Siemaszkiewicz
Opracowanie graficzne: Tomasz Lec
Wydawca: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Miejsce i rok wydania: Warszawa, premiera: 12 września 2013
Wydanie:  I
Objętość:  392 strony
Format książki: 110 x 180 mm
Oprawa:
ISBN: 978-83-7392-427-7
Cena detaliczna: 29,90 zł

Podoba mi się, kupuję:

A za tydzień ukaże się „Zbrodnia i kawa” Veita Heinichena – druga powieść o Trieście i komisarzu Proteo Laurentim. Nie wiem, czy polubiliście komisarza, czy spodobał się Państwu sposób narracji Heinichena, ale Triest w tych powieściach ma naprawdę magnetyczny urok… A przy okazji: czy wiedzieliście, że Triest uchodzi za największy port kawowy w obszarze Morza Śródziemnego?

 

Nota o książce:

Z Zatoki Triesteńskiej zostały wyłowione zwłoki mężczyzny – to prawdopodobnie wypadek. W tym samym czasie z pomieszczeń renomowanej triesteńskiej prażalni ktoś kradnie worki z ekskluzywną kawą najrzadszego i najdroższego gatunku na świecie. Ta ostatnia sprawa z początku nie wydaje się Laurentiemu nadmiernie niepokojąca. Zwłaszcza, że jest lato, a piękna pogoda i wspaniałe wino z Krasu odciągają myśli od ponurych stron życia. Wkrótce jednak okazuje się, że wyłowiony z Adriatyku mężczyzna to niemiecki producent filmowy – czy zatem jego śmierć to na pewno wypadek?

Tymczasem nowa triesteńska prokurator Iva Volpini poleca komisarzowi, by zajął się pewną delikatną i dotyczącą międzynarodowych kręgów politycznych sprawą: posłanka do brytyjskiego parlamentu jest szantażowana przez wakacyjnego przyjaciela, młodego mężczyznę z Triestu. Z Londynu przybywa etiopska dziennikarka i przyjaciółka angielskiej polityk i próbuje na własną rękę prowadzić ryzykowne dochodzenie. Laurenti wkracza do akcji. Czy te trzy sprawy łączą się ze sobą? Kto stoi za kulisami wydarzeń?

Nota o autorze:

Veit Heinichen (ur. 1957) początkowo działał w branży księgarskiej. Jest jednym ze współzałożycieli powstałego w roku 1994 wydawnictwa Berlin Verlag.

Pierwsza powieść kryminalna Heinichena ukazała się w roku 2001, do 2011 opublikował w sumie dziewięć książek, za które został uhonorowany prestiżowymi nagrodami literackimi.


Fragment książki:

Nicola Zadar był szczupłym, zawsze wykwintnie ubranym mężczyzną. Już w drugim pokoleniu z powodzeniem prowadził rodzinny kawowy interes. Importował kawę surową z ponad czterdziestu krajów, a po kompleksowych analizach laboratoryjnych, próbnym prażeniu i sporządzeniu mieszanek eksportował ją, zgodnie z życzeniami klientów oraz aktualnym zapotrzebowaniem rynku, również do prawie tylu państw. Zadar zadzwonił do komisarza na komórkę. Byli w tym samym wieku i od lat zaprzyjaźnieni; niekiedy spotykali się na wspólnej kolacji. Laurenti lubił, gdy jego niezwykle kulturalny i spokojny przyjaciel, który w przeciwieństwie do niego rzadko tracił panowanie nad sobą, opowiadał o niezliczonych podróżach do egzotycznych krain, z których sprowadzał surowe ziarno kawy. Kawa, podkreślał często Zadar, to surowiec, który zajmuje w światowym handlu drugie miejsce, zaraz po ropie naftowej; a wachlarz jej rozmaitych gatunków, rodzajów, odmian i smaków jest naprawdę przebogaty. Jednak, inaczej niż ropa, kawa jest elementem, który łączy odmienne kultury i świat sztuki ze światem gospodarki i techniki, a także... z przestępczym półświatkiem.

— Straty bezpośrednie pokryje ubezpieczenie — oświadczył Zadar spokojnie, gdy tymczasem jego współpracownik podał dwie kawy przyniesione z laboratorium. — Tylko tej odrobiny nie znaleźli, to próbka, uprażona dopiero wczoraj po południu. Zaraz lepiej zrozumiesz, o co tu chodzi. To najrzadszy napój świata.

Laurenti podsunął filiżankę pod nos, zdumiony uniósł brwi:

— Ziemista i łagodna jednocześnie. Co to jest?

Upił maleńki łyk, posmakował z cichym mlaskaniem, zdziwiony długo utrzymującym się, lekko stęchłym smakiem napoju i gęstą, przypominającą syrop konsystencją na języku.

— Smakuje jak kompost i czekolada jednocześnie.

— To Kopi Luwak. Masz bardzo wyczulony zmysł smaku, Proteo — zauważył Zadar. — Ale ja zamiast kompost powiedziałbym: las deszczowy.

— Nigdy nie byłem w lasach deszczowych, więc wybacz... — Laurenti znowu przysunął nos do filiżanki.

- Tego rodzaju kawy zbiera się rocznie na całym świecie tylko około pięciuset funtów. Uprażona kosztuje grubo ponad tysiąc euro za kilogram. Jeśli się ją w ogóle dostanie. Listy oczekujących są bardzo długie. Nasze przedsiębiorstwo jest jednym z niewielu na świecie, które handluje nią od kilkudziesięciu lat, dlatego możemy sobie zapewnić stosunkowo stałą wielkość dostaw. Łącznie z poświadczonymi certyfikatami pochodzenia, ma się rozumieć. Otrzymujemy rocznie osiemdziesiąt pięć kilo, żaden inny odbiorca tyle nie dostaje. Ale teraz mogę ci pokazać, niestety, tylko fotografie surowca. — Zadar pogrzebał w papierach i ulotkach reklamowych, po czym pokazał Laurentiemu zdjęcie niewielkiego włochatego zwierzątka, o lekko nastroszonym ogonku, którego długość odpowiadała mniej więcej długości korpusu. — Kopi to po indonezyjsku kawa, a luwak to tamtejsza nazwa łaskuna muzanga, rozpowszechnionego w południowej Azji zwierzątka z rodziny łaszowatych, Viverridae, czyli wiwer. Po łacinie jego nazwa brzmi Paradoxurus hermaphroditus. Hermaphroditus ze względu na podobne do jąder gruczoły zapachowe, które obie płcie mają pod ogonem i które wydzielają cywet, substancję zapachową, stąd zwierzątko bywa mylnie nazywane cywetą. Te małe drapieżniki kotokształtne są aktywne nocą, uwielbiają dobrze dojrzałe owoce kawowca, które podkradają z drzew ze względu na słodki czerwony miąższ; potem wydalają niestrawione pestki, w których znajdują się ziarna kawy. Enzymy trawienne zwierzątek uszlachetniają ziarno, fermentacja nadaje im ten jedyny w swoim rodzaju aromat i smak. Wydalone wraz z odchodami pestki są pięknie sklejone razem, wyglądają prawie jak batoniki muesli. Większość towaru pochodzi z Jawy, Sumatry i Borneo.

— Kocie kupy? Moi ludzie będą potrzebować dobrych odbitek tych zdjęć, Nicola. Inaczej nie będą wiedzieli, czego szukać. W zasadzie w przypadku kawy nie myśli się o zwierzęcych odchodach.

Laurenti w zamyśleniu powąchał jeszcze raz płyn w filiżance; marszcząc brwi, pociągnął następny łyk. Dobre, to prawda, ale tysiąc euro za kilogram? Triest słynie ze znakomitych prażalni, na ich produktach można całkowicie polegać, o ile tylko nie spaprze się czegoś podczas parzenia. Za własne pieniądze kupił do pracy profesjonalny ekspres, stoi w jego biurze — i jest obiektem zazdrości kolegów z komendy, którzy muszą się zadowalać kawą z barku na parterze.

— Jedno mogę powiedzieć: z całą pewnością wywieźli towar pod osłoną nocy, windą. Ślady są jednoznaczne. Na dole czekał zapewne samochód. Albo mieli płaską łódź. Tak ciężko wyładowana mogła przepłynąć nawet pod niskim mostem.

— Szkoda, że miasto akurat tu nie zainstalowało jeszcze kamer monitoringu. Jak zwykle ze wszystkim się spóźniają. Ale właściwie dlaczego składujesz towar właśnie tutaj? — zapytał Laurenti, rozglądając się po obszernych pomieszczeniach biurowych, wyłożonych egzotycznym drewnem. — Masz przecież ten ogromny spichlerz przy siódmym molo w porcie kawowym?

— Ze względów bezpieczeństwa. Towar ekskluzywny, pierwszej klasy, trzymamy pod kluczem tutaj, gdzie dostęp mają nieliczni. Pomijając dwadzieścia pięć kilogramów Kopi Luwak, które nadeszły przed kilkoma dniami, brakuje jeszcze dwóch trzydziestokilogramowych beczułek odmiany Jamaica Blue Mountain, worka Hawaii Captain Cook oraz Tansania Peaberry, odmiany, która rośnie na zboczach Kilimandżaro. To wszystko rarytasy z najwyższej półki. Wartość towaru sięga około stu tysięcy euro, a straty pośrednie są gigantyczne, gdyż jesteśmy jednym z niewielu przedsiębiorstw, które oferują te rzadkie specjały. Codziennie napływają do nas zapytania ofertowe, a skradziony towar stanowił niemal cały nasz kontyngent roczny.

— Włamywacz albo jego zleceniodawca jest zatem świetnie zorientowany. Kto jeszcze o tym wie poza twoimi współpracownikami?

— Wszyscy! Poczynając od producentów i eksporterów surowca, i odpowiednich miejscowych urzędów, a na naszym cle kończąc, przecież wszystko jest w dokumentach. Wiedzą także ci od ubezpieczenia transportu i spedycja. No i klienci z listy oczekujących — na bieżąco informujemy ich o dostępności towaru i prosimy o wpłacenie zaliczki. I w końcu można o wszystkim przeczytać na naszej stronie internetowej. Ale za moich ludzi dałbym sobie rękę uciąć. — Zadar uśmiechnął się, widząc, jak Laurenti marszczy czoło. — Spokojnie, przecież wiem, że wy, policjanci, zaczynacie od tych, co najbliżej. Ale mógłbyś sobie oszczędzić czasu — dodał, choć doskonale wiedział, że przez kilka najbliższych dni śledztwo prowadzone przez funkcjonariuszy Laurentiego będzie mocno utrudniało normalne funkcjonowanie firmy.

— A odbiorcy tych rarytasów?

— Sami snobi i wielkie nazwiska. — Zadar wymienił kilku: Sknerus McKwacz, James Bond, Majestix, Doktor No, nie brakowało nikogo.

Znani ludzie ze świata przemysłu, mody, reklamy albo filmu; oczywiście także nuworysze z Rosji — ich poczucie własnej wartości rośnie tym bardziej, im droższe towary mogą kupować. Jednak dominowali odbiorcy z Londynu. A czy od kilku dni nie stoi przy molo w Starym Porcie osiemdziesięciosześciometrowa „Ecstasea”, napędzana podobno silnikiem boeinga 737? Jeden z pięciu megajachtów rosyjskiego magnata Romana Abramowicza. Tysiąc euro dziennie postojowego odpowiada mniej więcej cenie hurtowej drogocennej kawy z kupy azjatyckiego zwierzątka...

Tytuł: Zbrodnia i kawa
Autor: Veit  Heinichen
Przekład:  Maria Skalska
Kategoria: kryminał
Projekt okładki: Witold Siemaszkiewicz
Opracowanie graficzne: Tomasz Lec
Wydawca: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Miejsce i rok wydania: Warszawa, premiera:
Wydanie: I
Objętość:  484 strony
Format książki: 110 x 180mm
Oprawa:
ISBN:Cena detaliczna: 35,00 zł

Podoba mi się, kupuję:


GLK. Informacja nadesłana

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.