fesstiwal słowa w piosence
--

Polityka dźwignią handlu - dla księgarni

Rynek zagraniczny [29.04.10]

Czy 20 czerwca w Polsce dojdzie do zmiany? Czy będziemy mieli swoje „change” a la Obama? Rodzime „Yes, we can?”? Co, prócz zwycięzcy, wyłonią tegoroczne wybory prezydenckie? Nie, o tych rzeczach (na szczęście?) nie będziemy tu mówić. Nie zamierzamy uprawiać politycznego science fiction. Skupimy się na tym, co wokół: czyli co pojedynek „Komorowski kontra Kaczyński”, starcie kolosów na glinianych nogach, może zmienić w Polsce... księgarskiej.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

A raczej, co mogłoby się w niej zmienić, gdyby w rynku wydawniczym nad Wisłą był odczuwalny wpływ politycznych wydarzeń, wyborów, kampanii i aktualnych perturbacji na scenie politycznej. Czy to w wyniku regularnych rotacji, czy to pod wpływem nagłych, tragicznych zmian, jak ostatnimi czasy. Pretekst do takich alternatywnych refleksji nad tym, co by było gdyby, dają nam ostatnie, ciekawe artykuły pomieszczone na stronach „Guardiana” oraz „Telegraph”. Teksty te przynoszą interesujące dane o prawdziwym boomie w księgarniach na materiały ugrupowań partyjnych, startujących w tegorocznych wyborach w brytyjskim parlamencie.

Bo, jak sądzicie, co bryluje teraz na listach bestsellerów na Wyspach? Co mogło zdetronizować na ichniejszych toplistach Harry'ego Pottera i króla parkietów angielskich księgarni, Nicka Hornby'ego? Odpowiedź jest prosta: broszury wyborcze Laburzystów, Torysów Liberalnych Demokratów. Zdziwieni? Jasne, bo kto by pomyślał, że coś takiego możliwe może jest u nas? Że ludzie przed wyborami czytają program wyborczy partii, na który mają zagłosować? Że kierują się zawartym w nich celami, kryteriami i wartościami konkretnego ugrupowania, a nie faktem, czy dany polityk jest ładny, czy może spocony lub sepleni albo ma wilcze zęby? Że obywatele w ogóle sięgają po takie rzeczy jak program partii, by potem, po dłuższych refleksjach, świadomie, na chłodno, no właśnie: po brytyjsku skonstatować: na tę partię oddam swój cenny głos. Jasne. Chyba nie w tej dekadzie, i być może nie za naszej tutaj na Ziemi kadencji, bo tu przecież Polska.

A jak to wygląda w przybliżeniu w Wielkiej Brytanii? Faktem jest, że na obecne zainteresowanie partyjnymi broszurami wśród Brytyjczyków było w dużej mierze wywołane pierwszą w historii Wysp debatą telewizyjną z udziałem Gordona Browna, Davida Camerona i Nicka Clegga. I jak się okazało, ostatni z tej trójki, szef Liberalnych Demokratów według opinii publicznej zwyciężył. Jak to się przekłada na sprzedaż konkretnych "manifestos"? Otóż w stosunku do poprzednich wyborów na Wyspach, to właśnie publikacje Liberalnych Demokratów odnotowały największy wzrost sprzedaży (250% w stosunku do poprzednich wyborów w 2005 roku), ale i i Torysi nie mają się najgorzej (193% wzrost) i właściwie tylko Laburzyści odskoczyli w dół - zaledwie 97%, co chyba nie dziwi, biorąc pod uwagę niemedialność obecnego premiera.

A propos Browna, zacytujmy fragment artykułu Adama Skorupińskiego z "Gońca", pierwszego portalu dla brytyjskiej polonii, który chyba dobrze oddaje tamtejszą atmosferę przed wyborami.

Gordon Brown nie wyprasował sobie twarzy razem z koszulą, a mimo to daleko mu było do wizerunku Quasimodo forsowanego przez niechętne mu media. Parę razy udowodnił, że potrafi się uśmiechać, najlepszy żart debaty należał do niego, a do tego – co jeszcze bardziej zdumiewające – dotyczył on właśnie uśmiechu. Premier podziękował mianowicie torysom za wyprodukowanie i rozlepienie billboardów ze szczerzącym się od ucha do ucha sobą. – Znajdując moje zdjęcie, na którym jestem uśmiechnięty, David i jego drużyna zrobili dla mnie więcej niż niejedna gazeta przez lata – powiedział. Co prawda owe zdjęcia „ozdobione” zostały napisami w rodzaju „Podwoiłem dług publiczny”, ale od czasu debaty pozostało już tylko dobre wrażenie.

No dobrze, ale jak to się ma do wyborów prezydenckich w Polsce? W sytuacji, kiedy jedną z nielicznych (a może i jedyną) właściwie publikacji, dostępnych w księgarniach, jest Alfabet Braci Kaczyńskich"? (Bo przecież partyjnych broszur ci w księgarniach u nas niedostatek). Nie, chodzi tu raczej o inny, bardziej chyba świadomy poziom obecności życia politycznego - w życiu społecznym, który polega na przynajmniej połowicznej identyfikacji nie tylko z faktem, że lubiana jest partia lub kandydat higieniczny, lecz się uśmiechający, bezpieczny, ale przystojny czy, po prostu, dobrze wyglądający - ale że poparciem będzie się cieszyć program i projekt polityczny, który sobą dana jednostka - czy grupa - reprezentuje. 

Ale, tak naprawdę, czy powinniśmy sugerować się Brytyjczykami, którzy przecież tak samo są łasi na plotki i skandale? Którzy są wynalazcami Monty Pythona? Mimo wszystko, w tej kwestii nie miałbym nic przeciwko.

Grzegorz Czekański

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.