fesstiwal słowa w piosence
--

Michail Ajvaz i Pawło Korobczuk - Kiedy życie jest jedynym nieskończonym opowiadaniem

[14.07.15]

W ubiegłą środę mieliśmy możliwość w ramach 5. edycji Miesiąca Spotkań Autorskich spotkać się z czeskim pisarzem Michalem Ajwazem i ukraińskim poetą i slamerem Pawło Korobczukiem.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Dzieli ich praktycznie wszystko: wiek, język, doświadczenie życiowe, tradycja i kultura. Ale chyba, to że występują razem jednego dnia stanowi dowód na to, że kongenialność rządzi naszą rzeczywistością.



Michal Ajwaz,
urodzony w 1949 r. w Pradze. Ukończył studia na kierunkach bohemistyka oraz estetyka na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Karola w Pradze. W czasach normalizacji pracował między innymi jako dozorca domu, stróż nocny i pracownik obsługi stacji paliw. Od 1994 r. jest wolnym strzelcem. Debiutował tomikiem poezji Morderstwo w hotelu Intercontinental (Vražda v hotelu Intercontinental, 1989),  w następnych latach opublikował około dwudziestu utworów z gatunków prozy imaginacyjnej oraz postmodernistycznej eseistyki filozoficznej. Ostatnio wydał prozy Droga na południe (Cesta na jih, 2008), Dom Sindbada (Sindibádův dům, 2010), Ogród Luksemburski (Lucemburská zahrada, 2011) oraz Podróż do źródeł sensu (Cesta k pramenům smyslu, 2012).
Nazwany jest często „Czeskim Borgesem lub Bruno Schulzem.

W jego opowiadaniach, powieściach, często wątki fantastyczne, surrealistyczne przeplatają się z erudycyjną narracją zaludnianą przez oryginalnych bohaterów.

Spotkanie prowadziła Anna Wanik, z Instytutu Bohemistyki Uniwersytetu Wrocławskiego.

 

Anna Wanik:  Witam Państwa. Miło mi powitać dzisiaj reprezentanta sekcji czesko-słowackiej literackiej w ramach tegorocznej festiwal, pierwszego Czecha  Michala Akwaza. Nie muszę go zbytnio polskim czytelnikom przedstawiać, gdyż opublikował w Polsce kilka książek, między innymi "Inny świat" w  2005, wydawnictwie Pogranicze, zawierająca aż trzy formy wypowiedzi, w których Ajvaz okazał się mistrzem: tom wierszy: „Morderstwo w hotelu Intercontinental", zbiór opowiadań: „Powrót starego warana", powieść: Inne miasto". Może przypomnę, że zadebiutował w 1989 jeszcze przed aksamitną rewolucją tomikiem poezji „Morderstwo w hotelu Intercontinental", przełożony przez Leszka Engelkinga na język polski. Michal Ajwaz jest i poetą, prozaikiem, pisze także teksty naukowe gdyż jest również absolwentem Instytutu Estetyki na Uniwersytecie Karola w Pradze. Zaistniał w świecie nauki dzięki swojemu tekstowi „Znaki bycia", w którym zajmował się fenomenologią.




Dzisiejsza książka, której fragmenty przeczyta autor, a tłumaczenie zobaczycie Państwo niedługo na ekranie jest szczególną książką w dorobku Ajwaza, ponieważ otrzymał za nią w 2012 roku najważniejszą czeską nagrodę literacką Magnesia Litera i czek na 200 tys. Koron. Próbowałam się dowiedzieć od autora, czy to dużo, czy mało. Powiedział, że, sytuacja z nagrodami w Polsce i Czechach jest podobna, i że można za powinno wystarczyć na zakup starszego, używanego auta. Jest to książka, której akcja toczy się w wielu miejscach, w tym, głównie w Paryżu, ale może o tym opowie sam autor.

Michal Ajwaz:  Dobry wieczór Państwu,  książka ta, której tytuł brzmi „Ogród Liskemburski", którą napisałem jest ostatnią publikacją beletrystyczną jaką opublikowałem. Napisałem ją cztery lata temu i od tego czasu nie napisałem niczego nowego. Zajmuję się obecnie tylko pracą naukową. Książka ta jest nietypową książką i równi się od wszystkich przeze mnie wcześniej napisanych książek, przede wszystkim dlatego, że jest to pewien rodzaj eksperymentu. Pierwsza najważniejsza różnica to taka, że jest dosyć krótka w porównaniu do pozostałych książek. Jest pisana w trzeciej osobie, wszystkie pozostałe pisane były w pierwszej. A trzecią kwestią, która różni ją od wszystkich pozostałych jest to, że w ogóle nie pojawiają się w niej Czesi, ani Praga. Jest tam jedna postać dosyć ukryta, ale starałem się, żeby w niej nie było Czechów. Jak już wcześniej powiedziałem był to dla mnie literacki eksperyment. Książka rozgrywa się za granicą, pisana jest w trzeciej osobie. Pytanie, czy mi się to udało, nie należy do mnie. Powiem tylko, że następna moja książka, którą napiszę będzie powrotem do moich starych przyzwyczajeń, praskich tematów i pisania w pierwszej osobie. Przeczytam teraz Państwu pierwszy rozdział z tej książki. Jeżeli dobrze pamiętam książka ma siedem rozdziałów. Ich tytuły tworzą imiona kobiet, które pojawiają się w tych rozdziałach. Podtytułami rozdziałów w nawiasach są wymienione tu nazwy miast lub miejsc, w których rozgrywa się akcja. Tak jak na początku wspomniałem akcja książki toczy się w bardzo wielu miastach. Winnifred, to jest imię bohaterki tego rozdziału, którą zaraz usłyszcie, Paryż to wszyscy wiecie, gdzie się znajduje, Albany, to jest miasto w stanie Nowy Jork, a Ghent, to jest wieś około trzydziestu kilometrów od stanu Nowy Jork.

 

Ogród Luksemburski

Winnifred

(Paryż, Albany, Ghent)

1.

Paul jest profesorem filozofii w paryskim liceum, gdzie zaczął pracować tuż po ukończeniu uniwersytetu. W tym roku mija siódmy rok jego pracy; akurat jest w domu, ponieważ to pierwszy dzień wakacji, jest wpół do dziesiątej rano. Piętnaście minut temu pożegnał się z żoną Simone, która wyszła do pracy i został sam w dużym domu przy rue Vaugirard. Siada przed ekranem komputera i zaczyna przygotowywać się do jesiennego kursu. Ma wykładać filozofię starożytną, w której nie czuje się zbyt pewnie, dlatego nie chce zmarnować ani jednego dnia. W tych dniach w Paryżu jest gorąco już od samego rana, ubrał się więc w lekkie, lniane spodnie i biały podkoszulek. Monitor stoi na ciężkim biurku w stylu późnego rokoko, Paul dostał je na trzydzieste urodziny od teścia, dyrektora francuskiego oddziału międzynarodowej firmy produkującej odkurzacze; stół znajduje się przy ścianie między dwoma wysokimi oknami, które są otwarte na oścież, i przez które widać wierzchołki drzew w Ogrodzie Luksemburskim. Aby nieco rozruszać ciężkie, gorące powietrze, Paul pootwierał wszystkie drzwi w mieszkaniu, więc kiedy odwrócił głowę, widział słoneczny blask na nawoskowanym parkiecie, który wyglądał jak jasna tafla rozlewająca się do wszystkich pokoi. Z okien wprawdzie dobiegały dźwięki samochodów z ulicy, gdzie już zaczął się spory ruch (mieszkanie znajduje się na pierwszym piętrze), jednak Paul uznał, że słuchanie monotonnego hałasu jest lepsze niż siedzenie spoconym w upale, który powoli stawał się nieznośny.

Od dzisiaj zaczął się zwykły letni tryb, który oznacza, że o godzinie pierwszej przerwie pracę i pójdzie na mały obiad, pewnie do CafeCassette na rogu rue de Rennes i rue Casette albo kupi w sklepiku na rue Madame bagietkę, którą zje na ławeczce w Ogrodzie Luksemburskim, po czym wróci do domu i będzie kontynuował pracę do szóstej, kiedy Simone wróci z pracy. Właśnie próbował znaleźć w internecie tytuł książki o Plotynie, którą jakiś czas temu trzymał w ręku w antykwariacie na rue Saint-Severin i której autora nie mógł sobie przypomnieć, położył więc palce na klawiaturze, by wpisać w wyszukiwarkę imię filozofa, chwilę się zastanawiał czy użyć francuskiej, greckiej, czy łacińskiej formy, ostatecznie wybrał grecką, ale nim zaczął pisać, usłyszał dzwonek telefonu. Drgnął i wyprostował się na krześle, nasłuchiwał, dzwonek odezwał się znowu, ale teraz już wiadomo, że rozlegał się z dołu ulicy, po chwili Paul słyszał nieprzyjemny ostry głos właścicielki komórki. Wreszcie wpisał w okienko „plotinos” i kliknął w ikonkę wyszukiwania.

Kiedy na monitorze wyświetliła się strona z odsyłaczami google, Paul chwilę patrzył na nią bez zrozumienia. Oczekiwał, że wyszukiwarka oznajmi mu, że znalazła tysiące stron, ale zamiast tego patrzył na jedyny odsyłacz na pustym monitorze. Jakby tego było mało, kompletnie nie wiadomo, co odsyłacz ma wspólnego z Plotynem. Strona, na którą przekierowuje nazywa się Powrót z Drugiej strony; pod tym tytułem Paul przeczytał dziwne słowa: „…utaygoreloktubisalibyrrarunalagaddaruolladeuvimisirr…”. Jednak jego zdziwienie trwało tylko chwilę; Paul szybko rozpoznał, co się wydarzyło. Przyzwyczaił się do pisania dziesięcioma palcami na klawiaturze francuskiej, którą się oznacza – zgodnie z porządkiem klawiatur u góry, z lewej strony – „AZERTY”, więc położył jak zwykle palce lewej ręki – od małego palca po wskazujący – na klawiszach QSDF, a palce drugiej ręki o dwa miejsca dalej, w prawo, na klawiszach JKLM; kiedy zaskoczył go dzwonek telefonu pod oknem, nieświadomie uniósł nieco prawą rękę i położył cztery palce o jeden klawisz w lewo, czyli na klawiszach HJKL. W wyniku tego niepozornego ruchu ze słowa, które chciał napisać, zostały tylko litery t i s, napisane palcem wskazującym i serdecznym lewej ręki, które zostały na swoich miejscach, prawa ręka pisała coś innego i zamiast plotinos w okienku pojawiło się słowo okitubis. Dziwne zdanie na monitorze to najpewniej jedyny tekst w całej sieci, gdzie znajduje się słowo, które stworzył Paul. Przez chwilę analizował tych osiem liter i nie miał pojęcia, co począć ze słowem, które od przodu wyglądało jak Japończyk, a od tyłu ja Egipcjanin.

Zostawił to więc, klawiszem Delete wymazał okitibusa z googlowskiego okienka, znowu położył ręce na klawiszach, kontrolując tym razem, czy wszystkie palce są na właściwych miejscach, i zabrał się do naprawy swojej pomyłki. Ale nim zaczął pisać, jego spojrzenie jeszcze raz padło na odsyłacz na monitorze i Paul powiedział w duchu: co u diabła może znaczyć: „utaygoreloktubisalibyrrarunalagaddaruolladeuvimisirr”? Przez chwilę się wahał; potrafił oprzeć się pokusom internetu i nie rozpraszać przy pracy, nie wchodzić do labiryntu niekończących się odsyłaczy, ale ostatecznie stwierdził, że nic się przecież nie stanie, jeśli przez minutę spojrzy, czy Okitubis nie jest japońską wyspą lub egipskim bóstwem i cóż to za dziwne słowa, w sąsiedztwie których się znalazł; kliknął w link. I tak się zaczęło.

Po kilku chwilach na trzech stronach monitora pojawił się pas, złożony z obrazków smoków, ze splecionymi ogonami i rozszczepionymi językami; dwa smoki, które znajdowały się pośrodku górnego pasa, trzymały w pyskach napis SF&F International Magazine; litery tytułu zakończone były ostrymi, lekko wyciągniętymi szpicami, miały zapewne przypominać zęby i łapy potworów albo ostrze broni barbarzyńców. Smoczy splot tworzył ramę książki pod tytułem Powrót z Drugiej strony, jako autora podano jakiegoś Donalda Rossa. Paul przeczytał początek: „Przez pałac szybkim krokiem szedł mężczyzna w długim czarnym płaszczu, który powiewał przy przeciągach na jasnych, pustych korytarzach; straż wielokrotnie zastępowała mu drogę, jednak za każdym razem podnosił wysoko rękę z odznaką z gryfem i straże natychmiast się rozstępowały, robiąc mu przejście; nawet ostatnia, która stała przed salą Rady Państwa. Kiedy mężczyzna wszedł do pomieszczenia, wszyscy ucichli, po czym odezwały się wzburzone pomruki. Mężczyzna w płaszczu nie zwracał uwagi na ministrów, nie byli godni nawet tego, by im pokazać odznakę; szedł po starodawnych posadzkach przez salę narad prosto do Regenta, siedzącego na końcu stołu”. Paul jeszcze kilka razy nacisnął klawisz Page Down i pobieżnie przeczytał kilka kolejnych zdań. Widać, że chodzi o jakieś opowiadanie lub fragment powieści fantasy. To Paulowi wystarczy; nigdy nie lubił tego gatunku, utworów literackich, w których pisano o tajemniczych mężczyznach w długich powiewających płaszczach, o pieczęciach i gryfach, nudziły go, więc chciał szybko wrócić do Plotyna (pewnie okazałoby się, że Okitubis to imię albo kapitana statku powietrznego z innej planety, albo królewny w królestwie barbarzyńców). Kiedy jednak po drodze do ikonki Close przejechał kursorem po nazwisku autora, litery zmieniły kolor i strzałka zmieniła się w rączkę. Paul się zatrzymał, przez chwilę zawahał, znowu najechał myszą na nazwisko i kliknął palcem wskazującym lewy przycisk, sam nie wiedząc dlaczego...

 



Michal Ajwaz podpisuje swoje książki

Gabriel Leonard Kamiński: Jan Gondowicz, polski krytyk, eseista, tłumacz i wydawca nazwał pana „Czeski Borgesem". oraz „Brunonem Schulzem do kwadratu".  Rozmawialiśmy tutaj, że jest Pan wybitnie czeskim pisarzem, a tutaj mamy jakie dwa określenia. Czy uważa się Pan za spadkobiercę surrealistów, a może realizmu magicznego? I w tych czasach, kiedy otacza nas zewsząd taki hiperrealizm, w każdym gadżecie mamy jakieś funkcje, które pozwalają nam bez użycia wyobraźni wyczarować różne multimedialne sceny, czy realizm magiczny m a szansę popularność, taka jaką miał w latach siedemdziesiątych?, bo nawet sami pisarze latynoamerykańscy odżegnują się od niego?

 

Michal Ajwaz: Jeżeli mówimy o Borgesie, to bardzo często jestem do niego porównywany, ale tak naprawdę, to trzecia, czwarta i piąta moja książka może być do niego porównywana. Bo w tych pozostałych nie mam z nic wspólnego. Jeżeli chodzi o tych kolejnych mistrzów, to ważniejszy jest na przykład Franz Kafka. Moim ulubionym pisarzem jest niewątpliwie Bruno Schulz. I zawsze kiedy jestem za granicą i spotykam się z innymi pisarzami, bez względu na to czy jest to Japonia, czy Stany Zjednoczone, to zawsze znajdzie się ktoś, kto uwielbia twórczość Brunona Schulza. A jeżeli chodzi o ten realizm magiczny, czy jak można inaczej powiedzieć, o sztukę imaginacyjną, myślę,ze to było i zawsze będzie, ponieważ ludzie tego potrzebują. I owszem, jeżeli chodzi o to pytanie czy ona zginie, jak Pan wspomniał, to wydaje mi się, że nawet jeśli nowi czytelnicy szukają czegoś nowego, to zawsze będą tacy, którzy będą szukać właśnie odrobiny magii w literaturze.


Gabriel Leonard Kamiński: Dziękuję Panu za tą optymistyczną wypowiedź!

 

Drugim gościem czwartego dnia Miesiąca Spotkań Autorskich był znany młody ukraiński slammer Pawło Korobczuk. Urodzony w 1984 roku na Piotra i Pawła w Łucku na Wołyniu. Syn poety i krytyka Petra Korobczuka. Studiował orientalistykę w Kijowie. Jest poetą – jednym z przedstawicieli pokolenia tzw. dwutysięczników, autorów, którzy zaczęli pisać po 2000 roku (tomiki Natszczenebo: 2005, Kajfołohija, 2010), proza (More dlja szul'hy, 2012). Pracuje jako dziennikarz i gra na perkusji w grupie Rajdo. Od 2000 roku brał aktywny udział w ukraińskich turniejach slamowych, w których wygrywał tak często, że w ostatnich latach niemal przestano je organizować. Występuje na festiwalach literackich na Ukrainie  poza jej granicami. Jest znany ze swego zamiłowania do piłki nożnej. Twierdzi, że „człowiek jest bogiem własnego życia”.

Pawło Korobczuk, Jadwiga Skowron

 

Spotkanie z Pawło prowadziła Jadwiga Skowron z Instytutu Ukrainistyki Uniwersytetu Wrocławskiego.

 



Jadwiga Skowron: 
Dzisiaj swoją twórczość w drugiej sesji zaprezentuje Pawło Korobczuk. Autor urodził się w Łucku, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym roku. Opublikował od tej pory dziewięć książek. W większości są to tomiki poetyckie, ale pisze również prozę, wydał jedną powieść (More dlja szul'hy, 2012), tom krótkich opowiadań, tytuł jest grą słów nieprzetłumaczalną na język polski. Ponadto Paweł jest też perkusistą, dziennikarzem, laureatem wielu konkursów poetyckich i slamów (wygrał ich około szesnastu). Jest bardzo ceniony za swój wkład w rozwój ruchu slamerskiego na Ukrainie. Mam nadzieję, że nam później szerzej coś o tym powie. Może zaczniemy od prezentacji poezji, potem przyjdzie czas na pytania.

Pawło Korobczuk: Dzień dobry, nazywam się Paweł. Bardzo się cieszę z tego, że zawitałem do Wrocławia. To jest bardzo kolorowe miasto, są tu też bardzo kolorowi, weseli ludzie. Pierwsze wiersze, które przeczytam będą bardzo spokojne. Zazwyczaj, kiedy przygotowuję swój wieczór autorski, to układam jego dynamikę, gdzie najpierw czytam wiersze spokojniejsze, potem pojawiają się teksty ostre, a dzisiaj będą one wymieszane. Pierwszy wiersz ma tytuł: „nie umiem pisać patetycznej poezji patriotycznej". Kiedy zaczęła się wojna przez pół roku nic nie pisałem, a po pół roku napisałem ten jeden wiersz. I to jest mój jedyny wiersz poruszający tematykę wojenną.
 

 

 

nie umiem pisać patetycznej poezji patriotycznej


nie umiem pisać patetycznej poezji patriotycznej

gloryfikować bohaterów narodowych którzy w sumie

po prostu wykonują swoją pracę


zacząłem unikać wiadomości z pola bitwy

wsłuchuję się w równomierny szum samochodów

za oknem niby gęsty deszcz


wiem – tam walczą nasi i od tej wiedzy robi się ciepło

ale krew i martwe ciała z obu stron

już dawno nam wszystkim się opatrzyły


rana uda z zimowego majdanu dawno się zagoiła

czasem co prawda swędzi

to nie alegoria raczej alergia


od pół roku nie piszę wierszy i to też nie jest wiersz

może po prostu się zestarzałem znieczuliłem

czasami mam ochotę wrzasnąć na swoją kolację


w każdym z nas podle rozłupano niegodne

obrzydliwe poczucie zniewagi nienawiści do oponenta

pojeby pierdolone kacapy zatłuc jak psy i tak dalej


do czego zmierzam do tego że kiedy wszystko

się skończy niech każdy z nas napisze

jaśniejszy wiersz niż ta chwiejna próba terapii


napiszcie że miłość to ciepła kąpiel

z olejkiem o zapachu drzew iglastych

a propos to korzystnie wpływa na drogi oddechowe


nie piszcie o uratowanych rannych

o odbitym Łysyczańsku o kiszkach z krwią

lepiej piszcie o szyszkach

jeśli zdołacie bo ja nawet o tym nie mogę.


Pavlo Korobczuk: Drugi tekst ma tytuł „ całym końskim okiem"

 

 

całym końskim okiem


skaleczyłem się kącikiem twoich ust

kiedy spróbowałem odwrócić od niego wzrok


właśnie tę szczelinę ludzie nazywają powiekami


wiele zwierzątek rodzi się ślepymi

od teraz ja nie po omacku


przykładam do buby poziomkę

żeby zmylić ewentualne wampiry

potnij mnie całkiem przy następnych spotkaniach

chcę się stać całym końskim okiem


Pawło Korobczuk: Trzeci wiersz będzie bardziej liryczny nic te dwa ostatnie.

 


o tym pośród burzy


może i nie warto było o tym

mówić o tym pośród burzy

staliśmy całkiem o tym mokrzy


ale grzmot o tym przedwcześnie

i zatkał nam obojgu uszy kiedy

nasze wargi właśnie o tym palnęły

niby wywróciły wszystkie kieszenie objęć

i nadal staliśmy pośród o tym

nadal nie słysząc siebie nawzajem


i to jak potem suszyliśmy ubrania

jednak na pewno nie warto o tym

 

miłość, która działa w razie najmniejszej potrzeby


Grzeję sobie dłonie o nasze wspólne wspomnienia.

Mam ich pełne kieszenie, niby cukierków czy muszli.


Domysły o tym, co bez nas się z tobą stanie

powstrzymuję tak, jak kaszel powstrzymuje gruźlik.


Jakiego koloru wiersze masz teraz na sobie? Czyje?

Dla kogo pod sercem nosisz suche wrześniowe bukiety?


Ilu w tobie rozstrzelanych dzikich śmiałków już nie żyje?

Jak ci mija weekend? Czy dni wolne są jak kuplety?


Powiedz, ile razy byłaś zmuszona

nożyce od włosów odejmować?


Rozmowa z tobą to rozmowa z całym dystansem

między nami, z każdą jej latarnią i woalem.


Ja ogólnie – nic o miłości. Ja tylko o prawdziwym

zaufaniu, o którym można słuchać do rana,


aż do momentu, gdy dusza przechodzi w ciszę,

hałas silników – w asfalt, silikon – w mleko.


Dystans zrobił z nas sms’y, które, kiedy się piszą,

to jakby rozmawiały przez szybę dźwiękoszczelną.


Nie puszczam pary z ust z powodu zimna.

Mój głos nie zdradza, jak się nazywam.


Kto dziś opisuje twoje zamieszanie? Palcem po czym?

Po co się psuje, jak stare bułki, pogoda?


Dystans znika, kiedy wie, że ma do czynienia z silniejszym.

Czas, żeby w nim nie utonąć, trzeba wypić jak wodę.


Choć nasza miłość zamiera jak wskazówka zegara,

jednak znów zadziała w razie najmniejszej potrzeby.


To stan, w którym ciąża bez zapłodnienia powstała.

To stan, kiedy wszyscy zginą, ale nikt nie zemrze.


Anioły sekundowej wskazówki

Ile was dzisiaj? Stańcie do zbiórki!



starość rozliczy się z każdym


noc przechodzi siebie w bród

leżę jak skoszony trup

po gęstych transformacjach

leżę pośród barw i traw

nakradzionych czasu szmat

jesteśmy jedną substancją


co mnie czeka za frajdę i radochę

co się odbijają w gwiazdach

w niebie coś jakby do nich podobne

co mnie czeka za niecne grzechy

co są na wyciągnięcie ręki

co ze mną będzie boże


co mi zostanie ze wszystkich uciech

jak bym się nie rwał, nie zdołam uciec

ni wyrwać się nie zdołam

siebie nie uspokoję

pociąg nie wejdzie w tory

dziwna ta kolej szalona


w jednym ciele wiele krzyków różnych

poza tym na krzyk jest już za późno

bo noc zarosła brodą

mądrość zawsze przychodzi po czasie

a jak się z życiem obchodzisz własnym

tak ono potem z tobą


weź moje wiersze, to zapłata

lepsza ziemia niż ta czarna płachta

i cisza z desek sosnowych

a nocy namnoży się teraz w bród

nowy narodzi się z niej ród

zapomni o mojej osnowie


bo ranek to swego rodzaju kres

cisza potrójna jak aquafresh

to miejsce na moje ciało

niech zamiast poduszki będą ikony

i nie budź mnie nigdy rano

choćby mnie nie wiem jak korciło



Pawło Korobczuk: Myślę, żeby zmienić dynamikę mówionych wierszy. Wiersz nosi tytuł  „skromny pracownik oddziałów specjalnych". Wiersz powstał cztery lata temu, kiedy jeszcze oddziały specjalne milicji Berkut nie były takie sławne i znane ze swoich występów na Majdanie. Kiedy czytałem ten wiersz przed wydarzeniami na Majdanie to ludzie komentowali to, że zbyt ostro napisałem o nich, a kiedy czytałem je na Majdanie, to z kolei, że zbyt słabo. To jest wiersz typowo slamowy więc przeczytam go w taki sposób, w jaki czyta się go na takich turniejach. Podmiotem lirycznym jest tu pracownik oddziałów prewencji Berkut.

 

 

 

skromny pracownik oddziałów specjalnych


Pracuję w oddziale specjalnym

Berkut

Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Na wszystko,

oprócz rozkazów z góry,

kładę

laskę.

Zamiast serca

mam drugą prostatę.

zamiast mózgu –

tarczę

z pleksiglasu.

Wolność człowieka – to jego wypłata,

a ilość rozbitych twarzy –

reputacja.


Zmiażdżone megafony,

rozerwane kurtki,

wybite

na demonstracji

studenckie aparaty ortodontyczne –

to dowód

wierności rozkazom

i tego, jaki jestem zajebisty.

Pracuję w oddziale specjalnym

Berkut.


Przeciwko gejom,

przedsiębiorcom,

opozycji,

nazistom,

wszyscy są dla mnie tacy sami,

kolorowi – tęczowi,

jednostki prowadzą operacje specjalne,

specjalnie wyszkolony jest ich najmniejszy ruch.

Każda

pozycja masy

zależy od nas.

I masa nam nie podskoczy.

Po co argumenty i dowody

zawiłe jak żmije,

po co konflikty

długie

jak proces sądowy?

Ilość osób,

które nie zmieniają swoich zasad

pod ciosami

pałek

– procent równy zeru.


Tak jak mama karmiąc piersią

kontroluje

czas karmienia

dziecka,

tak moje zachowanie kontroluje

tych ludzi,

którym zdaje się, że

kontrolują

swoje zachowanie.


Pracuję w oddziale specjalnym

Berkut

Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Na wszystko,

oprócz rozkazów z góry,

kładę

laskę.

 

Pawło Korobczuk: Ten wiersz czytałem na Majdanie 29 listopada dwa tysiące czternastego roku, na dzień przed tym jak milicja próbowała zniszczyć Majdan. Może macie Państwo do mnie jakieś pytania? Wobec powyższego przeczytam jeszcze kilka wierszy:

swetrów wystarczy dla wszystkich


dziś nie byłeś nikomu niczego winien

to znaczy – zawsze jesteś komuś coś winien

ale nikt inny się tego nie domyśla


oddałeś sweter kumplowi ze squatu

stałeś się wolniejszy, lżejszy o cały sweter


dziewczynę, którą huśtało na wietrze, przyczepiłeś do wiśni

niech zrastają się warkocz w warkocz, gałąź w gałąź

niech stają się razem coraz giętsze i bezwietrzne


nakreśliłeś patykiem strumyk od kałuży do jeziora

teraz ich pluskot, czytaj: oklaski

brzmieć będzie jednogłośnie jak pełna sala


nie miałeś szczególnych iluzji co do istnienia dzisiejszego dnia

wszystkie swoje iluzje rozdałeś jeszcze wczoraj

mężczyźnie który miał zamiar skoczyć z dachu


rozdawanie sprawia ci przyjemność nawet wtedy gdy rozdałeś już wszystko

i stygmaty na dłoniach zobaczą tylko robaki

ale od razu je wyżrą

żeby nie dzielić się tajemnicą


bo jej – tak jak na początku – nikt się nie domyśla

 

 

 


Pawło Korobczuk: Następny wierszy nosi polski tytuł  „to niewyczerpane ręce", rzadko go czytałem. Ale ostatnio zaczęto mnie prosić o to, by go koniecznie przeczytać, uznając go za bardzo dobry tekst, Kiedy piszę wiersze, to staram się pomijać ich stronę dźwiękową, to jak brzmią, tylko skupiam się na obrazie.
Kiedy dzisiaj czytam wiersze autorów z osiemnastego, dziewiętnastego wieku. również nie wiemy jak oni wyobrażali sobie, jak to ma brzmieć. Mamy tylko tekst.
I to jest mój priorytet, kiedy zaczynam pisać. To było o procesie pisania, a kiedy wiersz jest gotowy, to pojawia się opcja zaprezentowania go przed publicznością, to czytam go na pięć różnych sposobów, z różną dynamiką. I później którąś z nich wybieram.

 



to niewyczerpane ręce


wyczerpane ręce

otwarte jak złamanie objęcia


czasami zaglądam jej prosto w twarz i krzyczę:

to że człowiek ma prawo nie przyjaźnić się z głową

nie znaczy że nie mogą mieć kontaktów służbowych


to nie jest obraza. to źródło dla analizy


wyczerpane ręce

otwarte jak złamanie objęcia


ona odpowiada tak jakby nadal rozmawiała z okolicznymi

drzewami i budynkami jak z głosem wewnętrznym:

twoje durne analizy skuły cię kajdankami jak trupa

myszy pułapka na myszy. jesteś po prostu zazdrosny


to nie zazdrość. to poczucie poprawności


wyczerpane ręce

otwarte jak złamanie objęcia


tak właśnie szła ze swoim wewnętrznym głosem przez miasto


ze zmiennym szczęściem – jak wierzba w wietrzną

a potem bezwietrzną pogodę:


to podbiegała z otwartymi jak złamanie objęciami do przechodniów

to ospale wlokła się z całkowicie wyczerpanymi rękami


wyczerpane ręce

otwarte jak złamanie objęcia


wyczerpane ręce

otwarte jak złamanie objęcia


Pawło Korobczuk: Na początku napisałem ten tekst jako spokojny i wyważony, ale
później zdecydowałem, żeby czytać go z większą dynamiką, bo jest bardzo rytmiczny.

 

strofy o prawie


mam prawo

przechowywać swoją czaszkę

gdzie zechcę

bo nie umiem oddychać

sam

i dlatego komuś ją

podaruję

niech zetrze ją na proszek

załaduje fajkę i niech go kopie


mam prawo

zalec w łóżku

na stulecia

a ze starości zwidy

skamienieją

i dlatego znów je komuś

podaruję

niech zetrze je na proszek

załaduje fajkę i niech go kopie


mam prawo

być wszystkimi naraz

dotykami

żeby nikt nie mógł beze mnie

pokochać

i jeśli nie zechcę

podarować

niech zetrą się na proch

ci co szukają i ci co znajdują


mam prawo

kazać zapominać

pulsować

wyobrażam sobie jak bez pulsu

chodzą ludzie

do pracy do kobiet czy

na pogrzeb

niech tamci umarli a obecni nie

zatarła się różnica jak cień w mroku


mam prawo

napisać coś o twoich

czarnych oczach

ale lepiej wskoczmy

do rzeczki czarnej

za oczami zobaczę

fale i ryby

obym się utopił i wyrósł w wierzbie

prawo do wszystkiego daję tobie


Pawło Korobczuk: Może przejdziemy teraz do rozmowy,. Chciałabym żebyś opowiedział nam o slamie na Ukrainie. Slam na Ukrainie pojawił się w toku dwa tysiące szóstym. I począwszy od dwa tysiące ósmego bardzo bujnie się rozwijał, Natomiast w ciągu ostatniego okresu półtora roku, dwóch, jakby zamarł.
Jestem zwycięzcą szesnastu slamów, czyli jestem takim największym slamerem na Ukrainie. Ale znam typowych slamerów, którzy innych tekstów nie piszą. W kwietniu lub w maju byłem na takim lokalnym slamie w Kijowie, podeszli do mnie uczestnicy i zapytali czy mógłbym się przesunąć; kompletnie mnie nie rozpoznali. Wychodzi na to, że jestem już bardzo starym slamerem. W latach dwa tysiące osiem, dwa tysiące dziewięć slamy doszły do takiej kumulacji, gdy zaczęły się pojawiać różne wariactwa; uczestnicy zaczęli rzucać krzesłami, stawać na głowie, stosowali bardzo dziwne zabiegi. Czy wszyscy z Państwa wiedzą na czym polegają slamowe turnieje? Jest to taki turniej poezji, składający się z trzech tur, po każdej turze wybierani są zwycięzcy. Są oceniani za jakość wierszy i za sposób ich prezentacji. W finale ma miejsce pojedynek dwóch slamerów.

Jadwiga Skowron: Nie wszystkie wiersze zostały już przeczytane, oprócz tych o Berkucie. Jeszcze jest „wiersz o powstaniu na ulicy Hruszewskiego". Jak ta tematyka, której dostarczają wydarzenia polityczne wpływa dzisiaj na ukraińską literaturę, zwłaszcza na tą najmłodszą?

 

Ostap Sływynski, Pawło Korobczuk

Pawło Korobczuk:
Starałem się zawsze, żeby polityka nie wpływała na moją twórczość literacką, ale czasami nie dało się tego uniknąć. W czasie Majdanu, wydarzenia na ulicy Kruszewskiego były dla mnie takim szokiem, że pod tym wpływem napisałem ten wiersz. Budziło to we mnie duże emocje; bito ludzi, zabijano ich. Nie mogłem przejść nad tym obojętnie. Staram się o tym mało pisać, ale mam kilka wierszy związanych z tematyką wojenną, z Majdanem. W najnowszej książce o ukraińskich dresiarzach, czyli o takich dzielnicowych chuliganach, tam też pojawiła się ta tematyka. W tej książce jest trzech bohaterów-dresiarzy, którzy idą najpierw na antyMajdan bronić niezrozumiałej idei, a potem w nocy idą na ten prawdziwy Majdan, że kraść telefony komórkowe, zostają pobici przez Berkut. Potem budzą się w cerkwi, gdzie przynoszono wszystkich rannych i okazuje się, że wzięto ich za uczestników Majdanu, i przypadkiem stają się bohaterami tamtych wydarzeń. Wszystko w ich życiu zmieniło  się o sto osiemdziesiąt stopni. Bardzo ciężko jest pisać o wojnie, o Majdanie, to są bardzo trudne rzeczy. Trzydziestu moich znajomych walczy teraz na froncie, w tym mój kuzyn, który został ranny w ucho, od wybuchu pocisku, który eksplodował jakieś pięćset metrów od niego. Teraz przeczytam Państwu wiersz o Majdanie. On ma charakter takiego poetyckiego sprawozdania, tego co tam widziałem.

wiersz o powstaniu na ulicy Hruszewskiego

wieczór. zima. rok dwa tysiące czternasty.

zamiast szminki na ustach dziewczyn trochę sadzy.

pomiędzy uderzeniami bębnów człowiek na latarni

patrzy na płonące policyjne wozy i inne widoki.


w mieście – wojna. dziesiątki ludzi rannych.

manager szykuje mieszankę wybuchową ze styropianu.

między krzykami a wybuchami słychać pieśni z Majdanu.

emerytka w kasku budowlanym robi znak krzyża.


kolegę z klasy, z którym nosiłeś ciepłe śpiwory

na barykady, poznałeś później, przy kawie,

kiedy przyjrzałeś się podczas pierwszej rozmowy

otworowi jego kominiarki.


teraz walczycie tam, gdzie nie można umrzeć,

przebiegacie plac pośród gorących łusek naboi

i rzucacie brukiem, który wyraża otwartą

pozycję polityczną i jest sposobem na powstrzymywanie łez.


po kilku godzinach starć, dziesiątkach spalonych opon,

po otrzymaniu rany biodra i lekkiej kontuzji,

po prostu uściśniecie sobie dłonie i pobiegniecie do żon.

ci, którzy razem otarli się o śmierć, do śmierci będą przyjaciółmi.


a w domu, we dwoje z ukochaną, na długie lata,

na zawsze zrozumiecie, jak prosta jest ta prawda –

najgorętszy pocałunek

to ten ze smakiem gazu na ustach.


najszczersza wojna to ta pozbawiona złości.

najbardziej serdeczni ludzie to ci między nami.

Boże, ocal zwycięzców.

kochana, podaj maskę przeciwgazową.

 

Opr. GLK.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.