fesstiwal słowa w piosence
--

Serhiej Żadan - Ukraina jest wszędzie tam, gdzie i ja jestem

[16.07.15]

Gwoździem programu dziesiątego dnia 5. edycji Miesiąca Spotkań Autorskich była możliwość spotkania się z nietuzinkową osobowością i twórczością ukraińskiego poety, prozaika, tłumacza Serhija Zadana. Występuje również jako piosenkarz z charkowską grupą ska „Sobaky v kosmosi", organizuje festiwale i imprezy kulturalne i polityczne.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Spotkanie prowadził Marcin Gaczkowski, który rozpoczął je od spytania Serhija o jego związki z Wrocławiem, gdzie w 2004 roku w Biurze Literackim ukazała się jego „Historia kultury początku stulecia" w tłumaczeniu Bohdana Zadury.

 

Serhij Żadan, Marcin Gaczkowski

 

Serihj Żadan:  Bardzo dużo łączy mnie z Wrocławiem. W 2004 ukazała się tu moja pierwsza książka po polsku „Historia kultury początku stulecia". I zawsze przyjemnie mi się tu do Was przyjeżdża i bardzo się cieszę, że istnieje coś takiego jak „Miesiąc Spotkań Autorskich". A że jest to moje ostatnie wystąpienie na tym festiwalu, tym bardziej jest mi przyjemnie zakończyć je właśnie we Wrocławiu. Przy okazji dziękuję Państwu za tak liczne przybycie.



Dzisiaj przeczytam Państwu wiersze i prozę. Zacznę może od prozy. Jedno i drugie związane jest z aktualnymi na Ukrainie wydarzeniami. W związku z tym, że będziemy mówili o kwestiach poważnych, więc pewnie nie do końca będzie to takie wesołe spotkanie. Chciałbym przeczytać opowiadanie „Biec bez wytchnienia", które napisałem rok temu i przypuszczam, że był to pierwszy utwór o wojnie i ostatnich wydarzeniach na Ukrainie. Rzecz w tym, że tematyka wojenna nie występuje tu bezpośrednio. Pojawia się w sposób bardzo zawoalowany. Jest miasto, które żyje przeczuciem tej nadchodzącej wojny.

 



Biec bez wytchnienia

Chudy – powtarzał sam sobie – Chudy, teraz to przegiąłeś! I jak ty zamierzasz im o tym powiedzieć?” Nie powie im wcale. Posiedział ze starym, obejrzeli wiadomości. Leciwy telewizor, kolory może jeszcze nie zniknęły, ale mocno wyblakły. Prowadzący wyglądają na ekranie jak nieświeże ryby – są ciemnoszarzy i na pewno brzydko pachną. Pokręcił się po pokoju, wyszedł do kuchni. W kuchni, jak to w kuchni – coś się znajdzie, coś się zgubi. Kubeczki o czarnym od herbaty podniebieniu, szklanki z niedopitym sokiem, jakby ktoś odcedzał do nich lepką i niespieszną krew. Zwiędła zieleń, stępiałe noże. Przyklejone do lodówki fotografie – to ich rodzina, jeszcze cała czwórka, stary nerwowo spogląda w obiektyw, uśmiechnięta mama, odwrócony Chudy. A mała cała zapłakana, jakby wiedziała już wtedy. Stoją pod drzewami, w parku, wybrali się tam wspólnie. Obok przyczepiono dyplomy Chudego za udział w zawodach. Z reguły przyznawano je właśnie za udział. Niby udział Chudego był dla organizatorów takim wielkim szczęściem. Otworzył lodówkę: garnek z resztkami czegoś śliskiego i wilgotnego. Nikt niczego nie gotuje, więc nikt niczego nie je. Czasem przychodziło mu na myśl, że lodówki nie wyrzucili dotąd tylko dlatego, że stary musi gdzieś trzymać swoje lekarstwa. Wrócił do pokoju, wyszedł na balkon i zapalił z małą. Słońce unosiło się nad cichym poobiednim parkiem, a niebo było potwornie przeźroczyste. Żadnego przeciągu, żadnych podmuchów, jakby całe miasto wpadło do jakiejś dziury, a jego historia miała zakończyć się tragiczną śmiercią wszystkich mieszkańców. Z pragnienia i posuchy. Mała odgarnia z oczu złociste włosy, jej palce delikatnie drżą. Choć minęły trzy lata, ona wciąż nie zaznała spokoju, wybiega na balkon, przełyka delikatnym gardłem dym, spogląda z nienawiścią na pagórki za parkiem. Tak jak wtedy, przed trzema laty, kiedy powiedzieli, że jej Kapitana przygniotła jakaś płyta. Tuż obok, na sąsiedniej ulicy, w podwórzu bazy. Chudy był go zabrać, widział wszystko dokładnie: koszula czarna jak u księdza, buty rozbite jak u tancerza, wgnieciona klatka piersiowa i krew w kącikach warg – jak sosnowa żywica. Mężczyzna po śmierci powinien wyglądać dostojnie. Mała paliła już wcześniej, a pochowawszy Kapitana, przerzuciła się na fajki Chudego, mocne i niedrogie. Czerniały jej od nich paznokcie. – Zjesz obiad? – pytała z pewnym niedowierzaniem, więc nawet nie zareagował. Zostawił jej pół paczki, powiedział, że zadzwoni. Już lepiej przesiedzieć na ulicy niż tutaj, z nimi, myślał. Pogrzebał w szafie. Z czystych rzeczy znalazł tylko koszulę od wyjściowego garnituru i ciemne dżinsy. W przedpokoju włożył adidasy. Chwycił przesiąknięty dymem plecak. To jeszcze od wiosny, od czasu ostatniej włóczęgi. Miesiąc temu, wspominał, tak jest, miesiąc temu. A rzekłbyś, w poprzednim życiu. Raz jeszcze powąchał ciemne wnętrze plecaka i wrzucił go z powrotem pod wieszak na ubrania. Niczego nie będzie zabierał. I przed nikim nie będzie się tłumaczył. Paszport też zostawi. Przetrząsnął kieszenie, znalazł rachunek, chyba za prąd. Zamierzał go odłożyć wraz z paszportem, niech płacą, a potem przyszło mu do głowy – a z czego niby mają płacić, sam pobiegnę, to nawet po drodze. Klucze położył pod lustrem, przymknął drzwi. Długo czekał na windę. Nie doczekawszy się, zbiegł po schodach, gwałtownie otworzył bramę i znalazł się na ulicy, gdzie oślepiło go czerwcowe słońce, miękkie jak ciepła plastelina. Chciał zapalić, znów powywracał kieszenie i uprzytomnił sobie, że papierosy oddał małej. Jak zawsze – myślał – najsmaczniejsze kąski dla siostrzyczki.

Ich relacje z małą były zrównoważone i dość oziębłe. W dzieciństwie rodzice ze spokojem przerzucali ją na barki Chudego. Dbał, żeby nie wybiegała z domu, a w domu nie zaczepiała psa. Kiedy podrosła, bronił jej, pilnował, kiedy zostawała dłużej w szkole lub szła na basen. Chudemu starano się nie wchodzić w drogę. Był już w dziewiątej klasie, miał wygięty i spłaszczony nos, łuk brwiowy rozbity w paru miejscach, dłonie pocięte butelkowym szkłem – przypominał cyrkowego ekwilibrystę, którego dalsza kariera zależała od ilości odniesionych kontuzji i zdolności organizmu przystosowania się do nich. Po śmierci Kapitana mała nie rozmawiała prawie z nikim. Z Chudym też, więc nie czepiał się jej. W ich domu w ogóle nikt nikogo nie ruszał: rano Chudy biegł do pracy, mała pracowała co drugi dzień, stary oglądał wiadomości. Mamy i psa już nie było.

Poczta okazała się być nieczynna, choć do zamknięcia pozostawała jeszcze godzina. Chudy chodził, zaglądając w puste i nieme okna. Za jego plecami ktoś przejeżdżał na rowerze. Obejrzał się gwałtownie – kobieta z pustym bidonem, obijającym się o kierownicę niczym belka na niedobudowanej cerkwi, pospiesznie odwróciła wzrok. Wszyscy w tym mieście sprawiali ostatnio wrażenie zastraszonych, kryli spojrzenia, a jeśli już patrzyli w oczy, to tylko podejrzliwie. Każdy zdawał się na coś czekać, każdy rozumiał, że cisza i spokój, które niespodziewanie opanowały miasto w ostatnich dniach, nie przybyły tu na długo. Niebo tylko na pierwszy rzut oka było wysokie i przejrzyste. Gdzieś ponad horyzontem stale odbywał się ruch, coś tam się działo, strumienie powietrza zrywały się i przesuwały w kierunku doliny, coraz bliżej, coraz gęściej. Coś miało nastąpić, lecz nie jasne było, jak można się na to przygotować. Nie robiono zatem nic, rzucano tylko nieufne spojrzenia na przechodniów i wznoszono oczy ku górze, tam, gdzie akumulował się ciąg powietrza. Chudy lubił tę porę. Latem miasto nie wyglądało tak żałośnie i przygnębiająco, zieleń miękko otulała stare mury budynków i rdzawo-krwistą armaturę dawnych fabryk. Wszędzie było pełno kurzu, wszędzie rosły morwy. Podnosisz z ziemi jabłko, piasek pogodnie chrzęści między twoimi zębami, a wokół pachnie rzeką. Lecz w tym roku wszystko było inaczej, zieleń także wzbudzała podejrzenia. Któż za nią się kryje, cóż można w niej odnaleźć?

Chudy wyjął telefon, sprawdził godzinę. Kazali mu przyjść nocą, im później, tym lepiej, żeby niepotrzebnie nie rzucać się w oczy. Snuł się ulicami, zawrócił w stronę domu. Jego budynek był wysoki i wypalony słońcem, niczym podniebny żagiel. Siostra wciąż tkwiła na balkonie, paląc papierosy i wystawiając się na słońce. Nawet nie zauważy, jeśli wrócę, jeśli nie wrócę – też nie zauważy.

Postanowił skoczyć jeszcze do chrzestnego. Obszedł budynek i skręcił na nieźle wydeptaną i utwardzoną ścieżkę. Jej czarny grunt usiano pieczołowicie kapslami od piwa i kosztownym szkłem butelkowym. Przez dziurę w płocie przedostał się na szkolne podwórko i wyszedł na boisko. Nikt tu od dawna nie grał w piłkę, ale trawa i tak nie była w stanie przebić się przez zadeptaną na śmierć ziemię. Od maja szkoła stała pusta. Przeszedł przez szkolny ogród, chyląc czoła pod ciężkimi gałęziami jabłoni. Wbiegł do bramy. Czekał na jakieś spotkanie, czuł potrzebę przywitania się z kimś. Z chrzestnym będę się witać – myślał, pokonując schody.

Chrzestny otworzył od razu, jakby czekał na niego pod drzwiami. Wyjrzał nerwowo na klatkę, czy aby nikogo więcej nie ma. Długo przekręcał klucze, zamykając obite dyktą drzwi na dwa zamki. Powiódł Chudego do kuchni. Nie pytał, po co przyszedł. Chudy zauważył, że chrzestny mocno się posunął, posiwiał jeszcze bardziej, jego przekrwione oczy – jakby długo płakał albo długo nie spał – wędrowały nerwowo po pokoju. Chyba dawno z nikim nie rozmawiał, trudno powiedzieć, kiedy w ogóle opuszczał mieszkanie. Stół kuchenny zastawiony był zeszłorocznymi przetworami. Stały na nim zakurzone słoiki z morelami i śliwkami pływającymi w gęstym kolorowym syropie, niby spreparowane zwierzęce wnętrzności. Zrobię herbaty, powiedział z wahaniem chrzestny, zapalił gaz i postawił na nim czajnik, przypalony do czarnej sadzy, wyjął metalową puszkę po cukierkach, w której trzymał esencję. Okazała się pusta, widać faktycznie dawno nie ruszał się z domu, siedział teraz przed Chudym, przekręcając w dłoniach pusty pojemnik, czajnik wciąż się nagrzewał, a w powietrzu czuć było gorącą sadzę. Zaczął mówić. Tracił wątek i przeskakiwał z tematu na temat, powtarzał plotki, irytował się, o nic nie pytał i nie mówił niczego o sobie. Wyjaśniał tylko coś mętnie, używając nie swoich słów. Chudy obserwował go przez żółte i malinowe szkło słoików. Patrząc jak twarz chrzestnego staje się już to malinowo-pociągła, już to bursztynowo-spłaszczona, wspominał wczesne dzieciństwo, kiedy chrzestny odwiedzał ich w domu – stonowany, małomówny, w mundurze wojskowym. Mocno ściskał dłoń kuma, równie mocno chrześniaka, to jest Chudego, rzucał krótkie i nieuważne spojrzenie kobietom i udawał się do kuchni, gdzie siedzieli później ze starym do północy, omawiając światową politykę i upijając się niespiesznie. Chudy uzyskał przywilej siedzenia obok nich i słuchania, lecz nie wolno mu było im przeszkadzać. Kobiety miały prawo do gotowania im. Chudy szanował chrzestnego, lubił jego twarde dłonie, lubił witać się z nim, wypytywać go o żołnierską dolę, o pagony i mapy wojskowe. Nigdy nic od chrzestnego nie dostał, a przynajmniej Chudy niczego podobnego nie mógł sobie przypomnieć, ale chrzestny-żołnierz sam w sobie stanowi prezent od losu, nie ma co narzekać. Często ich ze sobą porównywał – chrzestnego i starego – gdy przesiadywali w kuchni i smętnie pomstowali na klasę polityczną. Trzeba przyznać, że już w latach dziecięcych porównanie nie wypadało na korzyść starego. Chudy nie był przekonany, że tata zdoła ich wszystkich obronić w razie potrzeby. Lecz oto minęła cała wieczność i życie dotkliwie poszarpało skórę im obu, jak pies ulubionemu pluszakowi. Stary, utraciwszy żonę, czas i robotę, całymi dniami gnił w fotelu, niby stare drzewo, któremu co roku usychają kolejne gałęzie. Chrzestny też przepoczwarzył się w skapcaniałego emeryta, w sfatygowanych dresach i amerykańskim podkoszulku. A najgorsze, że stał się gadułą, mówił szybko i nieprzekonująco, jakby usprawiedliwiał się za coś, za co i tak nie mogło być odkupienia. Ich jednostkę dawno przenieśli, miasto leżało teraz wprost pod letnim słońcem, zielone i bezbronne. Kiedy umrze, myślał Chudy, będę musiał go pochować. Ubrać w paradny mundur, dogadać się z grabarzami. Mundur pewnie będzie za duży. Grabarze na pewno będą pijani.

Chrzestny o nic w końcu nie zapytał, a Chudemu nie chciało się zaczynać pierwszemu. Nagle zaczął się spieszyć, wiercić na taborecie, obiecał, że przedzwoni. Chrzestny milczał, długo spoglądał w okno, zadzwoniłbyś do Zoi, powiedział wreszcie, z nią coś zupełnie marnie. Pójdę, zapewnił go Chudy, jasne, że pójdę, czemu by nie pójść. Faktycznie, przyszło mu na myśl, kiedy wracał przez to samo szkolne podwórko, czemu by nie pójść. Słońce potoczyło się w stronę nocy, kurz osiadał na jabłoniach i trawnikach, robiło się chłodniej i spokojniej. Na wschodzie zjawiły się chmury, leniwe i ciemne. Jak śnięte ryby w rzecznej wodzie. Ale nad miastem wciąż unosiły się promienie wieczornego słońca. Dobra, myślał Chudy, pójdę. Kto wie, kiedy Zoja zamyśli umierać. Wyszedł na aleję, skręcił za pierwszym budynkiem, przebiegł puste podwórze, mijając ciemnozielone kontenery z kolorowymi odpadkami, których od dawna nie wywożono, pstrokate huśtawki i górki na placu zabaw, poddane rzetelnej dewastacji, uprane ciuchy na sznurkach, bielizna i koszule – pożółkłe, jakby zdjęte z nieboszczyków.

Zoja nie otwierała. Słyszał, jak podeszła do drzwi i długo mu się przyglądała. Spytała, kto tam. Chudy wyjaśnił, a Zoja nie zrozumiała. Ale wpuściła. Stali w przedpokoju i patrzyli na siebie. Chudy przemówił jako pierwszy, aby ukryć zakłopotanie, przyszedł w odwiedziny, nie na długo, zaraz sobie pójdzie. Zoja słuchała uważnie, ale i tak nie poznawała. Prawdę mówiąc, Chudy też jej nie poznawał – resztki rzadkiej siwizny na głowie, pożółkła umęczona twarz o głębokich ciemnych zmarszczkach, niby stara skórzana rękawiczka, zamglone spojrzenie, ciężki oddech, stary szlafrok, długie wyschnięte palce. W dodatku miała na stopach różne kapcie! Chudy patrzył na jej powykręcane palce i wspominał, że w dzieciństwie zawsze przerażał go jej manicure – Zoja, ich wychowawczyni, malowała paznokcie na jaskrawe kolory, a kiedy brała do rąk kawałek kredy, żeby zapisać dla nich, uczniów klas początkowych, jakieś słowo, klasa śledziła nie tyle samo słowo, co te krzykliwe paznokcie, czyniącymi ją jeszcze bardziej zimną i okrutną. Naprawdę taka była – zimna i okrutna. Ileż ona wypiła krwi dziecięcej! Ale Chudego akurat lubiła, mimo że uczył się źle, a sprawował jeszcze gorzej. Może dotarło do niej, że lepiej mieć właśnie jego pośród sojuszników, tego Chudego, co w razie potrzeby może przywrócić porządek i uratować proces nauczania. Silna i niezłomna, stale kłóciła się z dyrektorem, miała coś do udowodnienia, broniła przed nim swoich, choć wcześniej bezlitośnie ich dołowała. Żadnych ustępstw, żadnych żartów, żelazna czterdziestoletnia maszyna o czerwonych paznokciach, którymi beznamiętnie unicestwiała bezradną kredę, odwróciwszy się plecami do przerażonej dzieciarni. Trochę za stara, aby czuć się szczęśliwą, nie dość zmęczona, aby się z tym pogodzić. Później, już w starszych klasach, niekiedy zatrzymywała Chudego na szkolnym korytarzu i lodowatym głosem perswadowała mu, jak ma żyć, o czym winien pamiętać. Nikogo innego nie posłuchałby, ale w obliczu Zoi wstrzymywał bieg, wbijał wzrok w podłogę, zerkając na jej długie nogi, na których odznaczały się już grube ciemno-sine żyły, słuchał i kiwał z przejęciem głową. Nie widywał jej ostatnimi laty, słyszał tylko, że się zwolniła, siedzi w domu, choruje. Na co dokładnie, tym Chudy się nie zainteresował, co za różnica – wszystkie choroby wcześniej czy później kończą się śmiercią. Ale nie przypuszczał, że jest aż tak źle. Nie chodziło o to, że Zoja się postarzała. Zoja po prostu dożywała swoich dni, zresztą – nie wiadomo po co. Słuchała go przez chwilę, by następnie odwrócić się i podreptać do pokoju. Chudy ruszył za nią. Pokój przypominał akwarium wypełnione od dawna niezmienianą wodą. Śmierdziało lekarstwami i odzieżą, powietrze było żółtawe od ostatnich promieni słonecznych przedostających się przez stare firanki. Ciężko dysząc, Zoja opadła na kanapę i poprosiła o wodę. Chudy wyszedł do kuchni, znalazł metalowy kubek, odkręcił kran. Woda w kranie też była żółta. Zawahał się na moment, zakręcił kurek i, starając się nie wzbudzać hałasu, wyszedł na schody, zszedł na dół, na ulicy długo uspokajał oddech, wystawiając twarz na wieczorny przeciąg, coraz bardziej odczuwalny. Zmieniała się pogoda, nagle zrobiło się ciepło, wiatr wyrywał trawę w kierunku zachodnim. Będzie deszcz, pomyślał Chudy, wybiegł na aleję, przemknął przez jezdnię, zdziwił go brak jakichkolwiek pojazdów, minął artykuły mleczarskie, zatrzymał się przy kiosku, chciał kupić papierosy. Kiosk był nieczynny, okienko od środka zaklejono kartonem. Ten na przystanku powinien być otwarty, pomyślał Chudy i ruszył biegiem przez podwórka, biegł, odczuwając jak narasta w nim panika, jak serce wyrywa się z piersi i uciska gardło. Ciemności opadały coraz to niżej, mimo wczesnego wieczoru, niebo na zachodzie pobłyskiwało czerwienią i błękitem, a tu, nad ich grajdołem, mrok się zatrzymał, obiecując zalać świat czarnym strumieniem, napełnić mułem i mokrym piaskiem. Aż dziw bierze, całe swoje życie, nie tak znowu długie, biegał, biegał na serio, zapisał się do sekcji treningowej, stary się wściekał, co to za sport? Biegałbyś z tyczką, czy chociaż z pałką sztafetową, albo skakał przez płotki. A tak? Co za przyjemność tak biegać w kółko? Ale Chudy biegał sobie, ile mu się podobało, biegał, nie widząc niczego wokół, rozkładając siły i licząc na zwycięstwo. Biegał za szkołę, biegał za instytut. Rzucił to potem, wiadomo, nie spędzisz całego życia w biegu, kiedyś należy się zatrzymać. A gdy już to zrobisz, okazuje się, nie tak łatwo ponownie wystartować. Chudy stał pośrodku drogi ciągnącej się od podwórek do alei, nisko pochylony, z rękoma wspartymi na kolanach i starał się wyrównać oddech. Dobra, myślał, wrócę, rzucę palenie, wrócę na stadion. Trzydzieści lat, a duszę się jak ryba wyrzucona na brzeg. Wróci, zacznie od nowa.


Sasza! – Chudy usłyszał nagłe wołanie. Odwrócił się, za nim stała Anka, patrzyła zaskoczona, nie spodziewała się go tu. Dżinsy, wiatrówka, włosy upięte w kucyk. W dłoniach ciężkie siatki z supermarketu. Co ty tu robisz? – spytała. Chudy zdołał opanować oddech. Pomogę ci – powiedział, odbierając jej torby. Anka oddała je w milczeniu i poszła w stronę domu. Chudy ruszył jej śladem. Mieszkała nieopodal, w budynku obok, ale z tymi torbami nie szło się łatwo, a Anka na przedzie niemal biegła, trwożnie zerkając ku górze. Wbiegli do bramy, weszli po schodach. Anka próbowała wyjąć klucze, milczała, nawet na niego nie patrzyła. Kiedy weszła, skinęła mu – idź do kuchni, zaczekaj. Chudy wszedł, postawił zakupy na podłodze. Cukier, sól, kasza. W razie czego wystarczy na dłużej, myślał. Można przeczekać, przesiedzieć, aż wszystko się skończy. O ile się skończy.

Ostatni raz był tu rok temu, zeszłej wiosny. Nie mieszkali już razem, ale nieco wcześniej rozmawiali przez telefon. Stanęło na tym, że Anka poprosiła go, by już nigdy więcej nie przychodził. Potem oddzwoniła i poprosiła, żeby przyszedł. Chudy nic nie rozumiał, ale przyszedł. Został na tydzień. Ale potem jednak poszedł. Lepiej było nie zostawać, wściekał się później na siebie, po co uchylać się przed tym, co i tak nas nie ominie. Ciekawe, myślał teraz, spoglądając przez okno, za którym gęste i czarne powietrze pochłaniało resztki zachodnich płomieni, jak ona teraz żyje? I z kim? Raczej sama, skoro nie ma komu nosić jej siatek z supermarketu. Nie zmieniła się przez ten rok. I w kuchni też nie zaszły żadne zmiany, ta sama wojskowa schludność, na stole obiadowym sterylny porządek sali operacyjnej. Chudy przypomniał sobie o swojej kuchni, o pustej chrapliwej lodówce, którą chciało się tylko przytulić i ulitować nad nią. Przeszło mu przez głowę, że może należałoby wrócić do domu. Albo zostać tutaj. Chociaż na tydzień.

Weszła i, wciąż nie patrząc na niego, zaczęła rozpakowywać torby. Zdążyła się przebrać, narzuciła na siebie domowy szlafrok. Kiedy mieszkali razem, zawsze snuła się w nim po domu. Często pod spodem nie nosiła niczego. I często wybiegała tak na dwór, ze śmieciami. Sąsiedzi wstrzymywali oddech, Chudy się złościł. Ale teraz miała pod szlafrokiem ciemny golf uciskający jej gardło, niepozwalający oddychać ani płakać. W milczeniu wydobywała paczki z kaszą, makaron, krojony chleb, w milczeniu rzucała to na stół. Na Chudego nie zwracała uwagi. Za to Chudy rzucił się na pomoc, przechwycił solidnie wypchany worek cukru, uczynił to jednak niezgrabnie i pospiesznie. Opakowanie wyleciało mu z rąk, rozerwało się z hukiem na kaflach podłogi – wyczyszczonej jak naczynia na odświętne okazje. Cukier głucho eksplodował, zasypując wszystko dokoła słodkim białym pyłem. Chudy zamarł, patrzył jak urzeczony i nie wiedział, co powiedzieć. Oniemiała Anka również spoglądała na biały kryształ pod jej nogami, a potem przysiadła i ukryła twarz w dłoniach, ciężko i gorzko szlochając. Chudy zupełnie się pogubił, pochylił nad nią, ale ona gwałtownym nerwowym ruchem odtrąciła jego dłoń, zanosząc się jeszcze głośniejszym płaczem, jakby jej faktycznie żal było tego cukru, jakby miał on jej wystarczyć do końca życia. A Chudy tak bardzo chciał jej coś powiedzieć, uspokoić, podnieść na duchu, coś w rodzaju: no coś ty, płaczesz z powodu cukru, nie masz większych problemów, takiej to dobrze, nawet nie spytałaś, co u mnie, mnie w ogóle nikt o nic nie pyta, czy naprawdę nikogo to nie obchodzi, opowiem ci, chcesz, opowiem ci, co u mnie, od razu się uspokoisz i zapomnisz o tym głupim cukrze, opowiem ci.

Ale to ona pierwsza zabrała głos. Nienawidzę, jak ja was wszystkich nienawidzę, nie chcę was widzieć, nie chcę was znać. Nienawidzę! Uspokój się, oszołomiony Chudy próbował ją powstrzymać, nie płacz, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, chodź, opowiem ci o sobie, przestań już. Jednak ona zupełnie nie zamierzała go słuchać, wręcz przeciwnie, chciała, żeby słuchał jej on. Nienawidzę, powtarzała przez łzy, nienawidzę, jak można z wami żyć, nikogo nie kochacie, nikogo nie dostrzegacie, wszystko wam jedno, co będzie, wszystko jedno, co było. Przesiadujecie w tych swoich norach, wypełzacie tylko do sklepu, nikogo nie widzicie, gotowiście pożerać się nawzajem. Chudy nie całkiem rozumiał, o czym mowa i znów spróbował jej dotknąć, jak wtedy, przed rokiem, kiedy też coś wykrzykiwała, a on po prostu podszedł, dotknął jej i został na tydzień. Zatem znów musnął jej ramię. Wtedy naraz podniosła głowę, zerwała się na równe nogi, otarła łzy i mokrą dłonią wskazała mu wyjście – won, powiedziała. Idź precz i nigdy tu nie wracaj. Kiedy wychodził, cukier słodko chrzęścił pod jego nogami.

Wyszedł na ulicę, w ciemność, w objęcia ciężkiego powietrza. Zza któregoś rogu wyskoczył chłopak, pociągając za sobą przerażonego psa, sam był zresztą przerażony nie mniej od niego. Stój, zatrzymał go Chudy. Osępił z papierosa, puścił wolno. Mały odchodził z ociąganiem – widać było, że przy Chudym on i pies nie czują już tak wielkiego strachu. Co dalej, pytał siebie Chudy, jeszcze za wcześnie, by tam iść, zostać tu i czekać na deszczu – niezbyt mądrze. O czym ona mówiła? Kogo tak bardzo nienawidzi, kogo nie chce oglądać? Trzeba do niej zadzwonić, uspokoić, wrócić do niej. Chudy wyjął komórkę, zobaczył nieodebrane połączenia, przypomniał sobie, że wyłączył dźwięk jeszcze rano, żeby nie denerwować starego. Dziewięć nieodebranych. Niezła determinacja. Telefonował Mustafa, były chłopak małej, a teraz jego, Chudego, kumpel. Wybrał numer, wsłuchiwał się w sygnał, spoglądając na korony drzew rozchwianych jak wodorosty w bystrej wodzie. Cześć – Mustafa mówił głośno i wyraźnie, czekał na ten telefon, wiedział, co chce powiedzieć. – Wpadniesz? Chcę pogadać. – Zaraz będę – krótko odpowiedział Chudy.

Do Mustafy było dziesięć minut biegu, za parkiem, w sektorze prywatnym. Chudy przebiegł podwórko, przeciął ulicę, nad którą kołysała się rozpaczliwie trakcja trolejbusowa, minął puste targowisko, w ostatniej czynnej budce spytał o fajki, ale nie było już nic, musiał pobiec dalej. Ulica była długa, wiatr wydmuchiwał czarną ziemię i włóczył ją po resztkach asfaltu. Chudy biegł, licząc złote okna w ciemnych oparach mazutu. Mustafa czekał obok bramy. Poprowadził go na podwórze, popchnął w stronę wejścia. Ciasny ceglany budynek, na ścianach mieszkania kilimy i ikony. Mustafa aktywnie wierzył w Boga, do cerkwi chodził jak do pracy – regularnie. Liza, jego żona, ciągle milczała. Odzywała się tylko wtedy, kiedy ją o coś pytano. Lecz o co można ją pytać, jeśli cały czas milczy.

Chudy wszedł do pokoju. Stół zawalony był świeżymi plonami z ogródka, od razu widać, że to sektor prywatny. Idziemy – powiedział Mustafa – zobaczysz chrześniaka. Weszli do pokoju obok. Chudy stał w milczeniu, oczy przywykały do ciemności. Sławko, jego chrześniak, spał już na metalowym łóżku, pod ciepłą kołdrą. Wisiał nad nim posępny kilim, niczym bandera pirackiej republiki. Obok na stoliku stała ikona świętego Mikołaja, jak portret prezydenta na biurku gubernatora. Chudy klepnął Mustafę po plecach, dając mu do zrozumienia, że już zobaczył, że mogą już iść. Mustafa nie oponował, posadził Chudego przy stole. Może samogonu? Mam coś jeszcze do załatwienia, zawahał się Chudy, ale Mustafa nawet nie udawał, że go słucha. Rozlał samogon do pozłacanych i wykwintnie zdobionych filiżanek, wypił, poczekał aż dopije Chudy, chwycił ze stołu jabłko i wściekle zatopił w nim zęby, przeżuwał, wreszcie zaczął mówić. Po cichu, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek go usłyszał. Może nie chciał obudzić małego.

Niczego się nie boję, szeptał, wymachując groźnie nadgryzionym jabłkiem. Niczego. Tu się urodziłem. Tutaj umrę. Nic mnie tu nie przestraszy. I nie warto mnie straszyć. Wiesz, co trzyma człowieka przy życiu? Jak to nie wiesz? Wiara. I cerkiew. Ty na przykład do cerkwi nie chodzisz. Dlatego się boisz, a ja chodzę – więc się nie lękam. Boję się tylko o Sławka. Musi wyrosnąć, wyjść na ludzi. A tak poza tym – nie boję się, rozumiesz? Chudy chciał go jakoś wesprzeć, wtrącić coś od siebie, utwierdzić go, ale nagle zmienił zdanie. Co mogę mu powiedzieć, myślał, obserwując jak Mustafa niespokojnie zagląda do małego, jak nalewa ponownie, jak z przerażeniem wpatruje się w noc, gdzie wielkie ciało mroku ocierało się o szyby, jak znów szepce zapamiętale o strachu i cerkwi, o dzieciach i polityce. I o śmierci, o śmierci, co nie pominie nikogo, wszystkim się dostanie, rozdzieli po równo. I jakby na potwierdzenie jego słów powietrze za oknem eksplodowało, rozsypując się na tysiące drobnych odłamków mroku i zgiełku, runęło z góry na dach, rozrywając się w czarnym cebrze nocy. Zaczęło się, orzekł Mustafa i rzucił się na zewnątrz. Chudy także się podniósł, chwytając słoik i filiżankę. Wyszedł na werandę i zastygł obok Mustafy, o krok od strumieni deszczu zalewających wszystko wokół, wypełniających sobą świat niczym obszerną wannę, unosząc się coraz to wyżej na jej chłodnych ściankach. Wiatr miotał się w tej wodzie niczym złowione ryby, które przyniesiono z rzeki i wypuszczono do wanny, aby ich śmierć nie była tak szybka i tak bolesna. Jak gdyby śmierć powolna przynosiła mniej bólu i była mniej śmiertelna. Mustafa spoglądał w noc i milczał, wyjął papierosy, poczęstował Chudego, palił, kierując dym w stronę ochrypłej wilgotnej nocy. – Jak ty się trzymasz? – spytał wreszcie Chudego. – Co zamierzasz robić? – Nie wiem – nie chciał odpowiadać Chudy. – Zobaczymy. Zobaczymy – zgodził się Mustafa, odwrócił się i ociężale podążył do środka. – Dopalaj – krzyknął do Chudego już z pokoju. Ale Chudy się nie spieszył. Obserwował jak woda wypełnia sobą cały ten niewidzialny sektor prywatny, wszystkie aleje i miejskie pustynie, wszystkie kopalnie i kombinaty, wszystkie cmentarze, na których powoli kończyły się wolne miejsca.

Gdy wrócił do środka, Mustafa już spał. Na siedząco, jak w poczekalni. Potem dokończymy, pomyślał Chudy, wyłączył światło, odnalazł w ciemnościach swoje krzesło i również zasnął. Deszcz padał ciężko i miarowo, taki deszcz najlepiej śledzić z dystansu, jak tresowaną bestię cyrkową – dziwić mu się i odczuwać lęk przed nim, tak naprawdę niczym nie ryzykując. Trzeba włączyć dźwięk w telefonie, przypomniał sobie Chudy. Zasnął od razu.


I od razu się obudził. Dopiero zmrużył oczy, by natychmiast je otworzyć, tak mu się zdawało. Ale od razu pojął, że zaspał. Wyjął telefon. Prawie piąta. Zły na samego siebie, podniósł się, znalazł na stole butelkę z wodą, pił długo i łapczywie. Mustafa spał, odchyliwszy głowę na bok. Chudy zajrzał do małego. Sławko też spał, wtulony ufnie w ciepłą kołdrę. Święty Mikołaj czuwał nad wszystkim. Chudy cicho przeszedł przez pokój, ostrożnie zamknął za sobą drzwi. Na schodach zderzył się z Lizą. Krzyknęła przerażona, ale, rozpoznawszy go, uspokoiła się. – Idziesz już? – spytała. – Może cię nakarmić? – Spóźniam się – wyjaśnił Chudy. – Tylko go nie słuchaj – Liza skinęła w stronę domu, zapewne mając na myśli Mustafę. – Usiłuje przekonać samego siebie. Wyjeżdżamy stąd, wszyscy razem. – Jak to wyjeżdżacie? – zdziwił się Chudy. – A tak to – potwierdziła Liza, dobitnie wymawiając każde słowo zimnymi wargami. – Jutro. Kupił już nawet bilety. Mówi, że to dla Sławka, że sam by nie jechał. Kłamstwo. Znasz go przecież. – Znam, znam – przytaknął jej Chudy. Nieporadnie przytulił Lizę, na schodach chwycił rozmiękłe od wilgoci papierosy, wybiegł na dwór. Sławko był cichy i posłuszny. Żył ciągle własnymi zajęciami – książki, zabawki, stary telefon. Wciąż na wszystko się zgadzał, wszystko go cieszyło. Cieszył się, kiedy przychodził Chudy, cieszył się, gdy Chudy odchodził. Chudy miał wrażenie, że mały jest bardzo spostrzegawczy i wiele rozumie. Tylko nie może powiedzieć. Ponieważ nie mówi wcale, od urodzenia.


Trzeba było zostawić te rachunki w domu, gorączkowo rozpamiętywał Chudy, przebiegając przez gęstą i wilgotną mgłę. Gdzieś w górze pobłyskiwało powietrze, mogło się zdawać, że jest już rano, że noc minęła i minął deszcz, ale mgła spowijała wszystko tak gęsto, tak ciężko, tak łatwo było zagubić się w niej, że Chudy stracił już wszelką nadzieję, że dobiegnie dokądkolwiek. A przecież biegł jeszcze, biegł dalej, spóźniony, wpadający w kałuże pełne lodowatej wody podejrzanego koloru. Trasa jego biegu kończyła się niemal na drugim końcu miasta, miejsce zbiórki wyznaczono na tyłach dworca autobusowego. Chudy skoncentrował uwagę i pobiegł jeszcze szybciej, usiłując nie wypaść z trasy. Przede wszystkim – dobiec, myślał, przede wszystkim – zdążyć. Kiedy wrócę, zapłacę, kiedy wrócę, uporam się ze wszystkim, każdemu pomogę, o nikim nie zapomnę. Pomogę staremu, pomogę chrzestnemu, pochowam Zoję, wrócę do Anki, kupię chrześniakowi nowy telefon. Biegiem przez całe życie, przez całe życie starać się doścignąć coś w tym mieście, pustym jak puszka po konserwach, z którego wszyscy usiłują uciec. Wrócę i wszystkim pomogę, wrócę i wszystko poukładam. Biegł, czując, jak jego adidasy stają się ciężkie od wody, jak jego odświętna koszula nasiąka potem i wilgocią, jak mgła zatyka jego płuca. Wybiegł na skrzyżowanie, przemknął na niewidocznym w tej mgle czerwonym świetle, omal nie wpadając pod koła jakiemuś taksówkarzowi, dobiegł do placu dworcowego, ostatnimi siłami zwiększył tempo, obiegł betonowe pudło dworca, ciężko dysząc i ledwie utrzymując w piersiach własne serce. We mgle stało kilka autobusów. Wokół krzątali się jacyś mężczyźni, ktoś stał i wydawał rozkazy, ktoś dopalał papierosa przed wejściem na pokład. Zdążyłem – ucieszył się Chudy i ruszył w kierunku głosów. Podszedł, rozpoznał kogoś ze swoich, poprosił kogoś o papierosa, znalazł dowódcę. Dowódca wściekał się, ale sprawdził na listach, odnalazł tam Chudego, odhaczył, kazał wsiadać do autobusu. – Dacie mi broń? – zapytał Chudy. – Jaką znowu broń? – skrzywił się dowódca. – Nie gadać, zajmować miejsca. Chudy wszedł z ociąganiem, powoli zganiali całą resztę. Wielu mężczyzn było już w starszym wieku, ubrani ubogo, niemrawi, wyrwani ze snu. Chudy w swojej białej koszuli, przemoczonej co prawda, wyglądał tu jak świadek na weselu. Ktoś ściskał torby z jedzeniem. Czyjeś kieszenie wypchane były papierosami. Alkoholu nie miał nikt. Broni też. Jakiś student wyjął z reklamówki nowy sztandar, zamierzał go rozwinąć, ale szybko dotarło do niego, że ta flaga będzie tu pasować jak pięść do nosa. Zmiął ją pospiesznie i schował z powrotem. Panowała pełna napięcia cisza, niektórzy próbowali zachować beznamiętne i zdecydowane spojrzenie, ale w tym rozklekotanym autobusie, w tej gęstej mgle wychodziło im to słabo. Wsiadł dowódca i, nawet na nich nie spojrzawszy, rzucił komendę kierowcy. Autobus ruszył. Za nim reszta. Chudy wyjął telefon, uruchomił dźwięk. Chciał do kogoś zadzwonić. Zrozumiał, że nie ma do kogo.

Tłumaczenie z języka ukraińskiego: Marcin Gaczkowski

 

 


Serhij Żadan: Chcę Państwu dzisiaj przeczytać trochę inne wiersze, opowiadające o ludziach znajdujący się w okolicznościach wojny. Kiedy w Donbasie i na Ukrainie rozpoczęły te wydarzenia, to zadałem sobie pytanie: Jak mam o tym pisać?
Jasne, że nie można o tym pisać tak, jak pisało się dawniej. Rzeczywiście jest to trudne pytanie, jak ugryźć ten temat. Jak podejść do niego z poprawnością polityczną.

 

Pomocne okazały się dla mnie wiersze Miłosza na przełomie lat tysiąc dziewięćset czterdzieści trzy-czterdzieści cztery. Milosz napisał taki cykl pt. „Głosy biednych ludzi". Pisał o wojnie, nie z punktu widzenia biorących w niej udział stron, lecz z punktu widzenia ludzi, którzy ją przeżywali. Było jasnym dla mnie, że to jest właściwe podejście. O życiu wojskowych na wojnie napisano grube tomy. Ilu poetów wspomniało o tych ludziach, którzy nie byli generałami, dowódcami. Moje wiersze są o ludziach, którzy brali udział wo wojnie, ale nie są jej bohaterami.
Jeśli chodzi o Miłosza to sytuacja jest jasna, a Herbert był dla mnie inspiracją z tomu „Raport z oblężonego miasta". Jest jeszcze jedna polska książka, która była dla mnie bardzo istotna. Nie pamiętam jej autora, jej tytuł brzmi „Budowałam barykadę" (Anna Świrszczyńska, przyp. GLK) Jej autorka brała udział w Powstaniu Warszawskim. Książka powstała w latach sześćdziesiątych Napisała ją po latach, złożyły się na nią epizody z Powstania ujęty w bardzo poetycki, lecz zarazem ascetyczny sposób. Jeśli by wyobrazić sobie wiersz jako budowlę, to byłaby to sama armatura, bez cegieł i betonu. Widzimy zaledwie sam szkielet, samą strukturę, bez żadnych ozdób i detali architektonicznych. Nie tłumaczę tego według klasycznego literaturoznawstwa. Pisze ona bardzo poetycko i konkretnie, a zarazem trafia w sedno, ociągając przy tym niesamowitą literacką wymowę. Sztuka poetycka polega nie na dobieraniu słów, ale na odrzucaniu zbędnych.

Serhiej pokazuje swoją najnowszą książkę poetycką pt. Życie Marii"




Wiersze z cyklu o "Dlaczego nie ma mnie w serwisach społecznościowych":


Igła


Anton, lat trzydzieści dwa,

z jego statusu wynika, że mieszka z rodzicami.

Prawosławny, acz do cerkwi nie chodzi,

ukończył uniwersytet, języki – angielski.

Robił tatuaże, miał swój charakter pisma,

jeśli można tak to nazwać.

Przez jego zręczne dłonie i ostrą igłę

przeszły całe rzesze tutejszych.


Kiedy to się zaczęło, mówił dużo o

polityce i historii, chodził na manifestacje,

wykłócał się ze znajomymi.

Oni się obrażali, klienci znikali.

Bali się, nie rozumieli, opuszczali miasto.


Najlepiej odczujesz innego człowieka, gdy nakłujesz go igłą.

Igła zna litość, igła zszywa. Pod ciepłym

metalem jakże czuła tkanka kobiecej

skóry i prężny jasny brezent

skóry męskiej. Przebijasz błony,

a z ciał sączą się aksamitne

krople krwi, kłujesz, wykłuwasz

skrzydła anielskie na pokornej powierzchni świata,

dziaraj więc, dziaraj ich, wszak po to nas powołano –

by napełniać świat sensem, napełniać go

kolorem. Dziaraj, tatuażysto, to

poszycie, pod którym kryje się dusza i boleść –

wszystko, czym żyjemy, od czego umieramy.


Ktoś powiedział, że zastrzelono go przy punkcie kontrolnym,

Rankiem, z bronią w ręku, trochę przypadkiem –

Nikt nic nie zdążył zrozumieć.

Pochowali go we wspólnej mogile – wszystkich tak chowano.

Rzeczy osobiste przekazano rodzicom.

Statusu nikt nie zmienił.


Upłynie trochę czasu i jakieś bydlę

Napisze o tym heroiczny poemat.

Upłynie trochę czasu i jakieś bydlę

Stwierdzi, że wcale nie warto o tym pisać.


Czeczenka


Jura,

już po czterdziestce,

historyk z wykształcenia,

pracownik społeczny.

Przesiaduje w sieci,

śledzi niepewny bieg historii.

Pisze blog w imieniu Czeczenki,

wymyślił sobie taką snajperkę,

żyje teraz jej życiem.


Pisze o jej wierze.

Pisze o jej rozterkach.

Pisze o jej wrażliwości.

Stawiając kolejne kreski:


oto wróg-ojciec,

oto wróg-syn,

oto duch święty, też wróg,

też wart, by go

uwzględnić na ogólnej

liście rozstrzelanych,

wedle której modli się

anonimowa snajperka.


Świat to worek pocztowy,

szyty kolczastym drutem.

Rozerwij go, a z dziecięcych

koszulek i ręczników wyjdą

czarne węże i żaby.


Nigdy się nie dowiemy,

kto stał we wzburzonym tłumie,

gotowym rwać na kawałki delikatne

włókna obcego ciała.

Nigdy się nie dowiemy,

kogo w tym tłumie nie było.


Prowadzić cię

nocnymi drogami

wśród węgla i trawy,

uczynić bezgłośnymi

twe kroki w lekkich

fachowych adidasach,

zaprowadzić do studni,

omijając wydeptane

krowie ścieżki,

zostawić ci chleb na rano,

zawinięty w sztandar

nieprzyjaciela.


Rankiem

raz jeszcze odczytuje.

Niekiedy coś doda.

Coś poprawi.

Goli się, tnie skórę

starym ostrzem.


Lecz krwi brak.

Zupełnie brak.

I śmierci też brak.



Maruder


Zła biografia,

z takich biografii powstają poranne wiadomości.

Jego stary zamarzł w grudniu, w pustym tramwaju.

Matka ma problemy z cukrem.

Średnie techniczne, niepełne, dwa lata na zasiłku,

gardło wypalone jodem,

ucho przecięte gazrurką.


O czym marzyłeś wszystkie te lata?

Czego pragnąłeś?


Wszystko, o czym marzył, czekało

w najbliższym centrum handlowym.

Włamać się tam, to jak zerwać

pieczęcie na pańskich pergaminach.


„Nigdy – pisał – nie miałem takiej

ilości pieniędzy, żeby kupić

wszystko, co chcę. Zawsze coś

przekładałem na lepsze czasy.

Dziś wreszcie rozumiem – lepszych

czasów nie będzie.


Ty też tu się urodziłeś.

Wiesz, co tu jest grane.

Powtarzaj więc za mną:

życie jest okrutne i niesprawiedliwe,

życie jest krótkie i beznadziejne,

życie jest podłe i żałosne.

Ten, kto nie ma niczego,

niczego mieć nie będzie,

kto nie ma nic do stracenia,

niczego nie utraci”.


Od dawna nikt tu nie czeka na lepsze czasy.

Cichej milczącej śmierci nikt już nie odróżnia

na tle reszty kobiet.

Dobre serce, chore płuca –

żyjesz z nią, bowiem ją kochasz,

umierasz, bowiem z nią żyjesz.


„Dzięki, że piszesz” – on wyraża wdzięczność. –

„Dzięki, że piszesz”.

„Nie ma za co” – odpowiadam ja.

Naprawdę nie ma za co.

 

 

Serhij Żadan: Miałem przyjemność spotkać paru z moich bohaterów. Między innymi spotkałem w Chersoniu kapelana u separatystów, który uciekł z niewoli. Opowiadał potem bardzo dziwne rzeczy. Jest to dziwne uczucie, kiedy realnie spotykasz bohaterów swoich wierszy, kiedy wcześniej pisząc o nich, nic o nich nie wiedziałeś. Właśnie to jest wiersz o nim:


Kapelan

Igor, kapelan, lat trzydzieści,

ale nie goli się, chce wyglądać doroślej.

Wszyscy chcą wyglądać dorośle, poważnie.

Szczególnie w wieku lat trzydziestu.

To wiek, w którym można się zagubić.

Wiek niebezpieczny. Nawet dla kapelana.


Niełatwo spowiadać mężczyzn,

co uparcie i wytrwale łamią wszystkie

przykazania. Przypiekają skórę rozżarzonym

metalem, parzą wargi tytoniem, palą

na wietrze, ogłuszeni, rozgniewani.

Niedopałki lądują w mokrej trawie –

krzyżyki, ikonki, maść pod paznokciami,

wyłączają telefony,

idą do spowiedzi.


Wyjawiają mu swe tajemnice, dzielą się nieszczęściem.

Chętnie nie słuchałby już tego wszystkiego, lecz co mu pozostaje?

Każdy grzech – jak kamień z morskiego wybrzeża.

Gniewni mężczyźni zostawiają mu te kamienie w dłoni –

każdy ma gorący kamień, długo noszony w kieszeni.

Jest ich już pełna torba,

ledwie ciągnie je za sobą.

A oni wciąż przychodzą i przychodzą,

przynoszą te kamienie,

i przekazują mu,

niczym rzecz najważniejszą.


I wciąż, od tylu dni.

Dopalają, żartują, zajmują kolejkę,

boją się, że nie zdążą.


Zdążą wszyscy.

Nie spóźni się nikt.




+ +


Miasto przyfrontowe. Święta noc zimowa.

Udali się do cerkwi, zapomnieli słowa.

Powtarzają więc głosy znużonych batiuszków,

opłakując zabitych oraz samobójców.

Świat poczerniał niczym odrąbana głowa,

a Maria z sierotami śpiewa w chórze wdowców.


Cerkiew czyni nas bezbronnymi jak dzieci:

cóż jeszcze nam potrzeba oprócz dobrych wieści?

Śpiewajmy psalmy, toczmy bój z diabłami,

słuchając zimowego jęku za plecami.

W stepach biją działa, pani domu woła gości.

Słychać ryczenie wołów i owiec za ścianami.


Śmierć czai się na dworze, jej wzrok do nas sięga,

Śmierć czeka, nie pogania, wie, co mówi księga.

Bezdusznie komentuje listy apostołów.

Mówi, że nie uniknęli wahań oraz błędów.

– Co z waszą wiarą? – pyta. Za mało w niej ciepła.

Na miłość waszą – rzecze – nie wystarcza zła.


Z psałterzami w rękach – mędrcy i starszyzna,

za nimi pułkownicy, u każdego blizna,

pisarze, kancelaria, piechota, czołgiści

stoją ławą, lecz każdy skończy w samotności,

zaciekli chorążowie, walczący bez ustanku,

zastygli przed ołtarzem niczym na przystanku.


Radują się chłopi z okolicznych włości,

mieszkańcy miasta także szaleją z radości,

cieszą się diakoni, lirnicy, bandurzyści,

śpiewa chór i niewiasty niosące wonności.

Za świątecznym stołem posadzono gości.

Fałszują bezlitośnie stratedzy i planiści.


Kogo z nas, mężczyzn, zima nie pochłonie?

Kogo los ocali? Kto po drugiej stronie

wyjdzie i nie upadnie? Kto zniknie pod lodem,

i kto ryby nakarmi swoim własnym ciałem,

kto krwią własną pożar w domu swym ugasi,

kto odbije się echem w dźwięcznym krzyku ptasim?


A śmierć czeka na polu, nie zachodząc w domy,

aż podejdzie doń chłopiec i rzeknie: „Idziemy,

pokażę ci, mówi, nasze majętności,

nie ma we mnie strachu ani uległości.

Widzisz, ile światła w miejscu, gdzie żyjemy?

Starczy na ptasie gniazda i barłóg podłości”.


…Tak wielu tu zebranych – weseli i smutni.

Lecz dopóki śmierć stoi w jednym rzędzie z nimi

i dopóki w zgodzie razem z nimi śpiewa,

wesołych i smutnych jedna pieśń rozbrzmiewa,

nie ma jej, śmierci się nie bójmy.

Płoną ognie,

cichną głosy zwierzyny,

to nie koniec zimy.

(przeł. Marcin Gaczkowski)

Pytanie z sali: Co by Pan poradził młodym Ukraińcom?

Serhij Żadan:  Ja też bym chciał dobrych porad od młodych Ukraińców dla siebie. Wcale od was więcej nie wiem i umiem  nie więcej od nich. Obserwując poświęcenie często bardzo młodych ludzi wolontariuszy, na Wschodzie Ukrainy, można zrozumieć, że tak naprawę bardzo dużo możemy nauczyć się od innych. W strefie działań wojennych, kiedy można w każdej chwili zginąć od odłamków, rozumie się, że to nie jest kwestia, iż można kogoś czegoś nauczyć, a raczej jest to świetna okazja, żeby się samemu czegoś od nauczyć. Tym właśnie się zajmuję. Jeśli chodzi o młodych, to wystarczy się rozejrzeć dookoła nas jest tylu wspaniałych ludzi. To jest teraz dewiza na te czasy: być bardziej otwartym na swoich bliźnich.Pytanie z sali: A możecie wskazać jakieś rady młodym Rosjanom?

Serhij Żadan:
Sytuacja młodych Rosjan wydaje się beznadziejna. Moja rada dla młodych Rosjan, niech czytają „Historię III Rzeszy", bowiem wydarzenia w Rosji bardzo przypominają rok tysiąc dziewięćset trzydziestu ósmy. Ważne jest, że kiedy w Rosji nastanie rok tysiąc dziewięćset czterdziesty piąty, to żeby byli gotowi.
 Widziałem niedawno film o posłaniu młodych Buriatów do Ukraińców. Oskarżają oni Ukraińców o wszelkie grzechy i przy okazji dają porady młodym Ukraińcom. A na końcu zapraszają Ukraińców do odwiedzenia Buriacji.

Głos z sali:
Czy ten głos młodych Buriatów, to nie jest część propagandy?

Serhij Żadan: Oczywiście. Osoby, które pozwalają się wykorzystywać w propagandowych produkcjach, ponoszą taką samą odpowiedzialność jak i zleceniodawcy i reżyserzy tych przedsięwzięć. Jest to w tym wypadku szczególnie obrzydliwe.Wszyscy ludzie, którzy znajdą się wirze propagandy jednak nieuczciwie. Każdy ma prawo do wyrażania swoich poglądów i przekonań, ale nie przy pomocy manipulacji i kłamstwa. Wiele, wiele prawdy przez to tracimy.

Pytanie z sali:  Czy widać jakieś pozytywy na horyzoncie, czy można jakoś przewidzieć dokąd zmierzamy?

Serhiej Żadan:
Można patrzeć w przyszłość optymistycznie, że będzie mniej tej zgnilizny i górę wezmą, mam nadzieję młodzi, uczciwi ludzie. Z pewnością nie będzie to łatwe. Już teraz można przewidywać wiele przyszłych rozczarowań i utraty wiary przez ludzi. Nie można jednak bardziej poddawać się zwątpieniu, bo czujemy, że nie jesteśmy sami, są wokół nas ludzie, którzy chcą zmian. Najłatwiej jest, kiedy ktoś ma wątpliwości, poddawać się tym jego wątpliwościom. Najtrudniej zaś jest nie porzucać swoich poglądów i zdania, nawet, kiedy jesteśmy w mniejszości. Jeśli inni zobaczą, że nie tracimy wiary, to może i ona do nich powróci. Moglibyśmy bardzo wiele zrobić, korzystając z tego, iż mamy względny spokój na froncie, moglibyśmy zająć się ważnymi sprawami. Szczególnie widać to po tym, co robimy ze swoim życiem politycznym, co robimy z korupcją. Politycy mogliby wprowadzać reformy, ale tego nie robią. To ciężki okres, kiedy trzeba wytrzymać próbę krwi i uporu,  ale o wiele trudniej wytrzymać próbę zdrady, kłamstwa oraz takiej ogólnej niejasności i niepewności. Istotne jest, abyśmy zawsze pamiętali, od czego to się zaczęło i z jakimi hasłami ludzie wychodzili na ulicę. Wśród tych haseł, nie było nic o wojnie, rozpadzie kraju i podżeganiu do nienawiści. Trzeba o tym pamiętać, trzeba pozostawać razem. I wtedy jest szans, że wszystko wyjdzie na dobre.
Być może, to co mówię, zabrzmi dla niektórych nazbyt patetycznie, ale mam wrażenie, że niektórzy spośród nas zapominają o tych rzeczach, które jeszcze parę miesięcy temu wybrzmiały na Majdanie.

Głos z sali: Ale czy jest szansa na trwały rozejm, dialog i pokojowe rozmowy?

Serhij Żadan: Takie szanse są zawsze. Nie są do tego nawet potrzebne tzw. strony oficjalne. Niedawno rozmawiałem ze swoimi znajomymi, którzy są na froncie i mają kontakt z separatystami. Przyjaciele ci twierdzą, a nie mam powodów, żeby im nie wierzyć, że strona separatystyczna już dawno złożyła by broń ,gdyby nie stała za nimi „trzecia strona". Kontroluje ona sytuacją i torpeduje wszystkie sytuacje zmierzające do zawarcia pokoju. Jeszcze raz podkreślam, większość ludzi okazała się w tej sytuacji zakładnikami. Nie jest to, co prawda żadnym usprawiedliwieniem, dla  osób, które wzięły broń do rąk.

Anna Ursulenko:
Chciałabym na koniec wrócić do literatury. Czy twoja ostatnia książka zatytułowana "Życie Marii", jest w jakimś sensie przedłużeniem tego wątku kobiecego, który rozpocząłeś w książce „Wołoszyłowgrad"? A czy tą przysłowiową Marią jest Ukraina?

Serhij Żadan: Tak można to tak ująć, że „Życie Marii" jest przedłużeniem wątków kobiecych z powieści, z księgi wierszy. A życie Marii, bo dla mnie ważny jest wątek Jezusa i Marii jako ikony ich związku. Pasjonaci, którzy formują historię i odciskają piętno. Są to osobistości, które zostają zakładnikami wydarzeń dziejących się wokół. I jest to metafora człowieka, który znalazł się w czasie historycznego przełomu, a więc w warunkach, których sam nie wybierał. Zazwyczaj o takich ludziach nie pisze, nie wspominamy. Nie są świętymi ani prorokami. Ale stają się obecni przez to dla wszystkich, na obrazach począwszy od średniowiecza. I to jest ten wątek interesujący mnie najbardziej. Dlatego właśnie życie Marii, ale też życie Jezusa Chrystusa.

Jeszcze raz chciałbym wszystkim obecnym podziękować, żeście przyszli na mój wieczór i poświecili mi swój czas. Bardzo się cieszę z istnienia tego projektu. I bardzo wam zazdroszczę, że miasto Wrocław może gościć, aż sześćdziesięciu dwóch pisarzy. I już dzisiaj zapraszamy wszystkich na spotkanie z Jurijem Andruchowyczem!

 

+ + +


Nasze dzieci, Mario, rosną niczym trawa:

czarne robocze dłonie, ostrzyżona głowa,

rankiem tkwią na przystanku, niezłomni jak piraci –

ich adres tymczasowy, kraina na wpół żywa.


Mają własne lęki, własnych praw pilnują,

nie straszne im zakazy, zmian nie oczekują.

A jakież mogą być zmiany, gdy pustynia wokół?

I czy również po śmierci zakazy istnieją?


Ale syn, twój, Mario, mówi dziwne słowa,

dostrzega różne znaki, umie czynić cuda,

uparcie przekonuje – siła tkwi w miłości,

jakby właśnie z miłości wyrastała trawa.


Mówi: nie zmienimy niczego prawami,

nasze lęki są kruche – jak lód pod nogami,

zaś wróg pośród nas objawi się wtedy,

gdy sami sobie wzajem będziemy wrogami.


A przecież my dobrze znamy naszych wrogów.

Wiemy, ilu ich płynie już do naszych brzegów,

ilu z nich pracuje w naszych kombinatach,

ilu z nich modli się do naszych bogów.


Kto ich tutaj przywiódł, na nasze cierpienie?

Dlaczego splugawili naszą świętą ziemię?

Dlaczego dzieci nasze natrudzić się muszą,

po ausweisach poznając – cóż oni za plemię?


A syn twój zawsze z dala od swej strony,

obcym ludom objaśnia, jakie podwaliny

trzymają klosz nad nami w tę noc olśnień wielkich.

Piastuje cudze dzieci, bawi cudze żony.


Nie ma obcych, powiada, cudzych, w takim mroku,

Gdzie pora dżdżysta i zima trwają po pół roku.

Obcości nam przydaje wyłącznie pogarda,

co sama nas znajduje, topi włócznię w boku.


Więc dzieci nasze proszą, by przekazać jemu:

niech odejdzie, niech kraj nasz żyje po staremu,

i niech precz się zabiera, kto weń wiarę żywi,

bo nie chcemy ich tutaj, przybłęd w naszym domu.


Niech zabiera swe księgi, zwoje oraz listy,

niechaj Romów powiedzie na szlak wyboisty,

mułłów, i rabinów, księgarzy, profetów –

niechaj stąd ich zabierze, poza nasze mosty.


W przeciwnym zaś razie uniosą się dymy,

Spalimy ich kioski, modlitewne domy,

Te nędzne synagogi, kruche minarety,

Przybytki, których sensu nigdy nie pojmiemy.


Niechaj ich wyprowadzi i sam się oddali,

Nim w sercach nowy płomień wrogości rozpali.

A każdemu, kto zostać pragnie między nami –

pętla, kamień na szyi, tępe ostrze stali.


Niechaj zabierze wreszcie swoich ludzi,

niech na nich zarzuca swej mądrości sieci.


Niech wróci potem dokonać zbawienia.

Jeśli nie nas już, to bodaj naszych dzieci.









Na zakończenie Serhij Żadan podpisywał swoje książki i rozdawał autografy

 

 

Opr. GLK

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.