fesstiwal słowa w piosence
--

Już za tydzień premiera najnowszej książki Agaty Tuszyńskiej!

Zapowiedzi [23.08.15]

Wydawnictwo Literackie nie zwalnia obrotów. Już za tydzień zobaczymy w księgarniach najnowszą książkę Agaty Tuszyńskiej pt. „Narzeczona Schulza"

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Nota o książce:




19 listopada 1942 roku. Na rynku w Drohobyczu zostaje zastrzelony Bruno Schulz.  Kilka lat później Sklepy cynamonowe i Sanatorium pod Klepsydrą zdobywają status arcydzieł i rozpoczynają wędrówkę do kanonu światowej literatury. Legenda genialnego artysty zaczyna żyć własnym życiem. Pośmiertnym sukcesom Schulza z pewnego oddalenia przygląda się tajemnicza kobieta… To Juna, znana czytelnikom z dedykacji do Sanatorium pod Klepsydrą.   Agata Tuszyńska w swojej najnowszej książce proponuje niezwykłą literacką opowieść, w której mieszają się dramatyczne wątki miłości i wojny. Pisarkę zainspirowała tym razem postać Juny, Józefiny Szelińskiej, jedynej kobiety, której Bruno Schulz zaproponował małżeństwo.   Miłość, sztuka, wojna i śmierć. Drohobycz, Warszawa, Gdańsk. Zasłyszane opowieści i nieliczne ślady, na podstawie których Agata Tuszyńska opisuje możliwe dzieje związku dwóch wybitnych osobowości.   Dlaczego Schulz nigdy się nie ożenił? Dlaczego to on podpisał się pod polskim tłumaczeniem Procesu Kafki, choć przekładu dokonała Szelińska? Z jakich powodów Juna nie ułożyła sobie życia z innym mężczyzną? Jaki los spotkał Mesjasza, zaginiony rękopis ostatniej powieści Schulza?   Piękna opowieść o miłości, która po raz kolejny okazała się potężniejsza niż śmierć.    

 

www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/3498/Narzeczona-Schulza---Agata-Tuszynska

Józefina Szelińska, Juna, w latach 1933–1937 była narzeczoną Brunona Schulza — genialnego pisarza, malarza, autora Sklepów cynamonowych i Sanatorium pod Klepsydrą.
Ukrywała to przez niemal pół wieku. W powojennych ankietach podawała stan cywilny: samotna.
Wszystko inne jest grą pamięci i wyobraźni.

 
Ta fotografia jest jego dziełem. To ja. „Juna”. Długie smoliste
włosy gładko zebrane do tyłu. Czarna jedwabna suknia
na ramiączkach. Niewielki naszyjnik z pereł. I zmysłowa,
rozchylona róża z prawej strony. Ale przede wszystkim
duży dekolt i nagie ramiona. Sam mnie tak usadził, upozował.
Prosił, żebym odsłoniła nogi. Na chwilę, do zdjęcia.
Rozłożył mi ręce w szerokim geście. Otwieram się… Pokazuję
coś więcej niż pończochy, o wiele dalej niż zwykle,
niż nauczyła mnie matka, niż trzeba.
(Jeszcze nie wiedziałam, że i za tę frywolność przyjdzie
mi zapłacić).
Kanapa przypomina tron, a ja władczynię. Patrzę, jak
nie patrzyłam dotąd na nikogo. Kusząco, wabiąco. Ale też
z pewnością siebie, trochę nawet surowo. Jakbym za chwilę
miała karcić poddanych…
Nie wiem, czy to on sprawił, że tak wyglądam. Ale na
pewno on wyreżyserował takie ujęcie. Taką mnie stworzył.
Czy to więc jemu wtedy chciałam się podobać? Oczy
spod przymkniętych lekko powiek wydają się pewne odpowiedzi.
Tego kadru nie powtórzył w żadnym swoim rysunku.
Nie naszkicował nigdy mojego oddania. Ani pożądania.
Tę historię powtarzała sobie latami. W wielu wariantach
i różnych odsłonach. Realistycznie albo z „młodopolską
falbaną”. Na chłodno i ze łzami w oczach. W gorsecie
lub z rozpuszczonymi włosami. Bliżej rzeczywistości
lub bliżej swojej duszy. Wtedy, kiedy modliła się o żar.
I później, kiedy prosiła już tylko o spokój.
Dramat zwykle zaczyna się mimochodem. Jakoś tak…
albo wręcz „byle jak”. Bez fanfar. Na przykład na ulicy.
Tego mężczyznę, myślała o nim manierą matki: „młodego
człowieka”, zauważyła kilkakrotnie na Mickiewicza.
Zatrzymywał się przed nią w pewnej odległości, jakby
ustępując miejsca. Cofał się, nieznacznie pochylając głowę,
by ją przepuścić. Zapamiętała ten gest, wyraz adoracji
w oczach i pokory w postawie. Niewiele jednak zostawało
z lekkości machnięcia kapeluszem. Raczej upór i jakaś
intensywna przewrotność. Dziwak, ale intrygujący.
Uczyła wtedy literatury w żeńskiej szkole w Drohobyczu.
Miała do pracy kawałek ze stancji. Nie lubiła się spieszyć,
wychodziła wcześniej, w drodze nabierała oddechu.
Z powrotem to samo, jakieś niespieszne zakupy, może czasem
spacer z koleżanką, choćby ze Stefą Czarnecką, ale
niewiele było tych przyjemności. Mieszkała i żyła sama.
Widywała go później na nauczycielskich konferencjach
czy naukowych spotkaniach. Wiedziała, że też jest nauczycielem,
że w najlepszym w mieście męskim gimnazjum
uczy rysunku. Patrzył zawsze z boku, jakby podpatrywał.
Szukał okazji do osobliwych czołobitności. Jego pokora,
uniżoność ponad miarę i te przenikliwe oczy odpychały ją.
Prowokowały rezerwę. Milczała. Dobrze by zabrzmiało:
milczała wyzywająco. Nauczyła się patrzeć na niego niby
bez wyrazu, jak zza szyby, a przecież pytająco… Kobiety
to umieją. Szczególnie wtedy. I szczególnie kobiety w małych
miasteczkach, wolne, a już, zdaniem otoczenia —
nie najmłodsze. Nie znała jeszcze przez jakiś czas jego
nazwiska.
Te pierwsze przypadkowe spotkania dwojga nieznających
się ludzi musiały być pod koniec 1932 roku. Zapamiętała
ciepły wrzesień, spadające kasztany, wieczorny
cień chłodu w powietrzu. Ciągle nie nosiła płaszcza.
Wieści ze świata nie zakłócały jeszcze codziennego życia.
Horyzontu nie barwiła rozpacz.
Kilka miesięcy później, na początku wiosny 1933 roku
odwiedził ją w szkole nauczyciel fizyki, w którego towarzystwie
widywała czasem tamtego mężczyznę. Profesor
Aleksy Kuszczak przyszedł jako wysłannik kolegi, na tyle
zawstydzonego, że sam nie ośmielił się pojawić. A prosił
o jej zgodę na pozowanie do portretu.
Któraż Madame Bovary odmówiłaby artyście? — pomyślała,
mile zaskoczona brawurą tej propozycji. Zgodziła
się. Desperacki gest występnej żony prowincjonalnego
lekarza nie zaprzątał jej uwagi. Wkrótce potem przyszedł
już sam Schulz. Wyjął pastele. Szkicował szybko, popatrując
na nią z jakiejś głębi, do której nie miała dostępu.
Peszyło ją to nieco. Ale tylko na początku.
Zaczęły się seanse, w których często odkładał ołówki
i kredki i rozmawialiśmy. W pamięci mam bardziej aurę
niż szczegóły tych rozmów. O księdze blasku, płodności
chwastów i labiryncie odzwierciedlającym mapę ludzkiej
duszy. Niezwykłość, wzajemne zauroczenie. Jakbyśmy
byli związani tajemnym paktem, grą spod półprzymkniętych
powiek. Czułam w tym smak zakazanego owocu,
choć nie do końca wiedziałam dlaczego. Miałam nagie
ramiona. Zbyt nagie. Chciałam zniknąć, a jednocześnie
być, bardziej i bardziej. Ktoś mnie tworzył, podziwiał, dopełniał.
Sprawiał, że czułam się dla mężczyzny królową,
którą nigdy nie byłam. W domu rodzinnym nie miałam
na to szansy. Otaczali mnie bracia, ojciec, widywaliśmy
się w bieliźnie w drodze do łazienki. Tutaj rozpływałam
się w jakiejś mgle uwielbienia, na którą przecież nie
zasługiwałam. Nie doświadczyłam wcześniej podobnego
stanu.
Szkicował. Patrzył na mnie uważnie. Chyba nie tylko
z uwagą rysownika. Pamiętam te oczy. Niewielkie i błyszczące.
Ciemne i przenikliwe. Głęboko osadzone pod niewysokim,
mocno sklepionym czołem. Czy widział mój
semicki nos? A oczywiście, że widział, sam miał podobny,
choć nie tak wydatny jak mój. Ale wiedział pewnie,
że chodzę do kościoła, nie do synagogi. Sama się tym chętnie
chwaliłam. Jakby to było bardzo ważne. Wtedy wierzyłam,
że jest. Czy wiedział już, że topnieję pod tym jego
spojrzeniem? Że gotowa jestem na więcej niż dotychczas
z jakimkolwiek innym mężczyzną? Jak i kiedy to odkrył?
Te pierwsze szkicowe portrety nie zachowały się. Nie
była zresztą pewna, czy chodziło o nie, czy o nią. Niewiele
wtedy wiedziała o ich autorze. Dopiero później zwróciła
uwagę na dwa jego obrazy w lwowskim muzeum: Autoportret,
już znajomy, artysty z magnetycznym wzrokiem,
i rodzajową scenę — z dwiema kobietami adorowanymi
przez mężczyznę. Drobnego, zgiętego w geście poddania.
O rysach i sylwetce również znajomych. Nieoczekiwane
powtórzenie i zwielokrotnienie jej własnego doświadczenia
z drohobyckiej ulicy.
Wydawał jej się młody, znacznie młodszy od niej,
a miała wówczas dwadzieścia osiem lat, i była szczerze
zdumiona, gdy oświadczył, że on sam skończył czterdzieści
jeden. Trudno jej było w to uwierzyć. Bo przecież uważała
się za osobę trzeźwo oceniającą ludzi. Tak szybko ją
zaczarował? Ją, chłodną prymuskę dojrzałą ponad swój
wiek? Tym rysowaniem czy może opowieściami o książce,
która miała się niedługo ukazać?
Wstydziła się adoracji, którą ją otaczał, ale i pragnęła
jej. Wkrótce — jak niczego innego na świecie. Choć
koleżanka z pracy, której wymieniła z błyskiem w oku
jego nazwisko, powiedziała: Lepiej uważaj. Różnie o nim
mówią. No, to akurat nie była wielka nowina, o kim nie
mówią różnie? Dopytywana, wykręcała się od odpowiedzi,
w końcu bąknęła, że go widują z miejscowymi latawicami.
Jakimi latawicami? No, dziwkami. Ale to chyba nie on…
Wzruszyłam ramionami — pewnie że nie. Chociaż kiedy
zobaczyłam więcej jego rysunków…
Przyznaję, od tej chwili chodziłam po Drohobyczu
z otwartymi oczami. Zwłaszcza wieczorami, koło rynku,
podpatrywałam te pannice kręcące się zalotnie pod arkadami
i wystające u wylotu uliczek. Aż mi się nie chciało
wierzyć, że zajmują się… tym. Bo jak to w ogóle tak można,
z obcym, od razu, nago? I w ogóle… Gdzie zabierały
tych swoich klientów? Tam w głębi były tylko same rudery.
Niektóre dziewczyny były nawet ładne, jedna wydała
mi się piękna, w rozkloszowanej sukni i w strojnym kapeluszu
wcale nie wyglądała na „taką”. Inne na wysokich obcasach
chodziły niezgrabnie jak manekiny. Nieobyczajnie
świeciły łydkami. A mężczyzn wkoło nich nie brakowało.
Jedni się skradali, inni, podpici, ryczeli swoje chęci na
całą ulicę. Raz czy dwa i mnie próbowali zaczepiać. Więc
przestałam zapuszczać się tam, gdzie nie trzeba. Bruno
jest artystą, tłumaczyłam sobie, musi wiedzieć i widzieć
więcej niż inni, chodzić wszędzie i przeżywać wszystko,
byle nauczycielka nie będzie mu mówić, co jest dobre,
a co złe. Szczególnie że nic takiego przecież nie robi. Nie
on. Jest przecież nauczycielem. Jakiś inny ktoś — to tak.
Może nawet inny Schulz. Na pewno.
Spotykaliśmy się u mnie, najczęściej wieczorami. Wynajmowałam
pokój u Zarembów, czekałam na jego wizyty.
Już nie tylko kolegi nauczyciela, magicznego rysownika,
ale i pisarza. Wieczorami piliśmy herbatę, koniecznie
z konfiturą!, i zatapialiśmy się w wierszach Rilkego. Albo
w nieprzebranych feeriach jego wyobraźni. Zaludniały ją
wielobarwne motyle i metafory. Jak nigdy z nikim. Przez
pierwsze miesiące to był najważniejszy sens naszego
związku. Dla obojga. Dziwkami z rynku już się nie przejmowałam.
Niemal od razu powiedział, jakoś tak cicho i nieśmiało,
że ma niedługo wydać książkę, zbiór opowiadań zatytułowanych
dziwnie, ale pięknie — Sklepy cynamonowe.
I że pomogła mu w tym Zofia Nałkowska. Jeździł w tej
sprawie do Warszawy, chyba nawet do niej. Dodał, że brat
Izydor finansuje jego debiut. Był tym trochę zażenowany,
ale bardziej podbudowany. Przeświadczeniem, że brat,
prawdziwy przedsiębiorca, dyrektor firmy naftowej Galicja,
wspiera go z przekonania, że wierzy w jego pisarski
talent. Ale ja byłam ciekawa czegoś innego.
To „ta” Nałkowska, spytałam? Tak. To jego „tak” było
ledwie słyszalne. Wielka Nałkowska, myślałam, czy on —
taki wrażliwy, taki oczytany — nie zna jej literackiej po15
tęgi? Potem już nie byłam taka niemądra, ale na początku,
owszem — tak. Nie domyśliłam się, że łączy ich coś
więcej. Dlatego był taki zdawkowy. Ale skąd miałam wiedzieć?
Tym bardziej że, jak myślałam, coś więcej zaczyna
łączyć go przecież ze mną…
Najczęściej chodziliśmy na spacery po łąkach za domem.
Albo do brzozowego lasu. Ja byłam od dzieciństwa
fanatyczką pieszych wycieczek. (Zdzierałam w sezonie
kilka par butów na płaskim obcasie!) Ale i on wcześniej
spacerował regularnie. Zwykle po lekcjach. Deptak wiódł
przez szpalery jarzębin i kalin ulicy Sienkiewicza, poprzez
park do drohobyckiego corsa ulicy Mickiewicza,
obok szkoły św. Jadwigi…
Banał? Nie z Brunem.
Rozmawiali o wszystkim, choć głównie o literaturze.
Oboje wielbili twórczość Rilkego i Tomasza Manna. Ale
lubił też dyskutować o Freudzie i Einsteinie. O wszystkim,
co czytał. Wierszem i prozą.
O różnościach.
Narzekał na kurz w Warszawie. O modlitwach mówił,
że to śliczne wiersze mistyczne. Łakomie o lodach w Ziemiańskiej.
O kolorach powietrza namiętnie dywagował.
I tureckim alfabecie wron, których mowę próbował rozszyfrować.
Monotonnie o egzaminie z geometrii wykreślnej,
który zdawał w młodości, kiedy jeszcze miał być inżynierem.
Ciszej o górach, gdzie jeździł dla zdrowia, choć
trochę się ich majestatu obawiał.
W domu, póki żył ojciec, mówił po polsku i niemiecku.
Jego rzeźbę nagrodzono w szóstej klasie i wydano w formie
pocztówki. Przed maturą wyróżniono go za baśniowe wypracowanie
o koniu. Studia w Wiedniu przekonały go, że
malarstwu powinien się poświęcić, a nie inżynierii lądowej.
Gorliwie studiował rozkłady jazdy, z upodobania. Magię
pociągów odczuwał od dziecka. Buchalteria cyfr najwyraźniej
go uspokajała.
Trochę filozofował. Pamiętam opowieść o twarzy ludzkiej
jako punkcie wyjścia powieści, indywidualności, jaką
jest każdy człowiek, i braku wspólnego mianownika ziemskich
istot. Może ta niemożność porozumienia powinna
mnie wtedy zastanowić, ale za chwilę uwodził apostrofą
o muzycznej ciszy, jej uspokojonym wahadle kołyszącym
go ku sztuce samej.
Już nie próbowałam zrozumieć tych wywodów. Poddawałam
się im jak życiodajnej wodzie w jeziorze w moim
miasteczku, jak niebu, którego oddech — dzięki jego słowom
— stawał się barwny. I już tylko kręciło mi się w głowie.
Mieszały się proporcje rzeczywistości i fikcji. W tej
drugiej czułam się niezwykłym i chcianym gościem.
A kiedy już było po wszystkim i seans się kończył, zostawało
jedynie sedno, jak sam mówił, „porzucone torso
rozmowy”… Myśl wracała do pasty do butów, zalet czosnku
i stawek dodatku wyrównawczego dla naszych mizernych
szkolnych grup uposażenia. Wstępowaliśmy w życie.
On tym przyziemnym padołem gardził. Ja rozumiałam, że
nie ma przed nim ucieczki. Obecność Bruna dodawała mi
odwagi. I sił.
Przesadnie do siebie nie zachęcał. Jak na samotnika
i dziwaka przystało opowiadał o chorobach, o tym, jak
w młodości miesiącami leżał w łóżku, o zapaleniu okostnej
lub opłucnej (słowotwórczo się nimi bawił!), o nocnych
potach. Wspominał, że zdarzało mu się bardzo długo nie
wychodzić z pokoju, kiedy tworzył. Posiłki musiano mu
podstawiać pod drzwi. Takiego skupienia wymagał. Znał
chyba wszystkich drohobyckich lekarzy i wszystkie sześć
aptek. Narzekał na kierat szkolny, na hałas przejeżdżających
wozów, na swoją nieśmiałość.
Ale też wspomniał o tym, co pisze. Raz tylko. O Mesjaszu,
o swoim najważniejszym dziele. Że zaczął, że próbuje
nanizać wątki, że chyba będzie to, podobnie jak pierwsza
książka, zbiór różnych opowieści. Potem nie chciał już
o tym mówić. Milczał albo skarżył się, że mu nie idzie,
że jest z tym coraz gorzej i gorzej…
Był pisarzem przed debiutem, nie wiedział, co go czeka.
Kim będzie niedługo — Brunonem Schulzem, autorem
wspaniałej książki czy przemilczanego przez wszystkich
tomiku, porastającego kurzem w najciemniejszym kącie
księgarni? I to mimo rekomendacji Nałkowskiej! I mimo
własnego, rozdętego czasem do absurdu, zmysłu krytycznego…
Może również rysunki powinny mu dodawać pewności,
ale to było jednak co innego…
Więc pewien niepokój musiał być… I był. Wybuchał
w niespodziewanych miejscach, nawet najbardziej idyllicznych.
Bruno ciągle mnie zaskakiwał. Ale najpierw
usypiał pozorną zwyczajnością… Jakby rzeczywiście był
tylko prowincjonalnym nauczycielem flirtującym z przystojną
koleżanką…
A kiedy nastała wiosna, oprawa naszych spacerów zrobiła
się wspaniała. Spoza murów klasztoru bazylianów
pachniały bzy. Pęczniały secesyjne magnolie, pachniały
żółtodziobe forsycje. Tyle zieleni nie widziałam nigdy
później. Te ledwo pokryte listkami brzeziny, jak panienki
na balu debiutantek albo na ślubnym kobiercu… Zachwycałam
się tym wszystkim, tymi zmysłowymi obrazami jak
pensjonarka. Ja, układna polonistka po szacownej lwowskiej
uczelni. Od dziecka żyłam w krajobrazie, za oknem
rodzinnego domu miałam jezioro, niedaleko las. A był
jeszcze sad… Drzewa, deszcze, wiatr to dla mnie coś oczywistego,
poranki i zmierzchy odliczały dni, rytuały kwitnienia
i więdnięcia określały mój świat.
Bruno odczuwał to inaczej. Nie miał duszy podróżnika
jak ja. Spacerami po Drohobyczu obłaskawiał potrzebę
ruchu i zmian pejzażu. Czasem po prostu chodziliśmy
zatopieni w rozmowie, zupełnie nie zauważając mijanych
miejsc. Lubiliśmy oboje drewnianą cerkiewkę św. Jura podobną
do wielkiej zabawki. Niekiedy zwracał moją uwagę
na szyldy miejscowych akuszerek z bocianami trzymającymi
niemowlęta w falbaniastych poduszkach. Albo
wskazywał na aptekę Pod Opatrznością Gorgoniusza Tobiaszka,
obracając na języku to wspaniałe imię jak dzieło
sztuki. Tam na wystawie można było zobaczyć wielki słój
z syropem malinowym dobrym na wszystko. Widziałam,
że Bruno patrzy na ten słój specjalnie, a mówi o nim z czułością
dziecka przyłapanego na marzeniach. Byłam pewna,
że baniak z sokiem malinowym pojawi się kiedyś w jego
opowiadaniach. Nie wiedziałam tylko, że tak szybko.
I że nieraz.
On widział naturę mniej zmysłowo. Zawsze przez filtr
lektur, obrazów, skojarzeń. A najchętniej jako literacki
temat. Brzozowy lasek? To dopiero początek całego łańcucha
wyobrażeń i wątków. Jakby podnosił przyrodę do
wyższej rangi, dając jej rolę w snuciu i odgadywaniu metafizycznych
zagadek. Nie liczyło się właściwie nic, czego
nie uznał za przydatne w swojej sztuce. Pejzaż, scena,
kadr. Ślimak na drodze, poburzowy rój motyli, skłębione
chmury pędzące nad drzewami, cień pod arkadami zajazdu,
wszystko mogło się nadawać do użycia. I mogło wkrótce
odżyć w jego rysunku czy opowiadaniu. Zwierzenie,
mgnienie, potknięcie, profil akacji… Biały puch topoli,
niezdarność kapusty… Wolał czasem spacerować w milczeniu.
Czuła, że tak musi czuć i zachowywać się artysta.
Tym bardziej przeraził ją na Łanie, w dzielnicy żydowskiej
biedoty, gdzie zawędrowali któregoś wieczora. Chyba
przypadkiem. Tak myślała, niekoniecznie zadowolona
z nędznej scenerii ich romantycznego spaceru. Chociaż
i tu można się było dopatrzeć malowniczości. Te chatynki
z rozpadającymi się dachami, kępy ostów i łopianów,
jakieś urokliwe śmietniska.
Ale jemu nie chodziło o malowniczość. Przystanął nieoczekiwanie
i cicho powiedział: „I tutaj zginę”.
Usłyszała to, ale chyba nie zrozumiała, nadal zdawkowo
uśmiechnięta do krzywych płotów i biedaków wyglądających
zza przesłoniętych kawałkami tektury okien.
Więc powtórzył te słowa, pokazując ręką wokoło, na zapadnięte
uliczki, śmietniki, brudne, zarośnięte podwórka:
„Tu zginę!”. I dodał jeszcze, że będzie kiedyś żebrakiem,
brudnym, głodnym, kalekim… A ona się od niego odwróci.
Dopiero wtedy się obruszyła, a on próbował się zaśmiać
i zamienić wszystko w żart. Nie potrafił, twarz miał
dalej uroczyście ponurą. I chyba zwilgotniałe oczy. Ale jej
to wystarczyło. Też mi żartowniś! Jak można, co to za makabryczne
poczucie humoru? Nie drążyła jednak sprawy.
Lepiej było uznać wszystko za stylistyczną prowokację, za
artystyczny popis szanownego pana pisarza. Nie za proroctwo.
Od ponurego proroka wolała teraz uroczego gawędziarza
i erudytę. Później jeszcze nieraz zaskoczy ją taką
przepowiednią swojego losu. Lecz wtedy ona już zacznie
zwracać na to uwagę…
A kobiety? Były tematem tych spacerów? Przy niej,
postawnej, dużej, wpatrzonej w niego ufnie, Bruno nie
ośmielał się pewnie rozglądać zbyt uważnie. A może zza
jej pleców łatwiej mu było szukać ich ciał i twarzy? Wiedziała
przecież, że szkicował te swoje rysunki i z pamięci,
i z modelek. Służące i ulicznice, żony adwokatów i kupców
— wszystkie były mu na papierze absolutnie posłuszne.
Szanowne panie mecenasowe i dziwki, zarabiające po
podwórzach i w miejscowych burdelikach, odzierał z sukien,
czasem zostawiał ślady bielizny i pantofle na wysokich
obcasach. Piersi, biodra, nogi… Nagim ciałom nakładał
twarze zapamiętane z ulicy czy ze sklepu. Mnożył
je, udoskonalał, powielał. Przebierał, zmieniał tożsamość.
Sam, przycupnięty blisko ziemi, podpatrywał, gotów na
przyjmowanie razów. I na rozkosz. Kto miał oczy — ten
widział. Kto miał rozum — kojarzył.
Ale już to powiedzieć, nazwać — to inna sprawa. Licentia
poetica? Zabawa konwencją? Stylistyczny chichot
następcy Beardsley’a i Kubina? Może.
Junie musiało być jednak nie do śmiechu, kiedy te rysunki,
ich obsesyjną jednorodność i mnogość, oglądała. Albo
gdy pokazał jej kiedyś dziewczynę z zadartym noskiem,
córkę ukraińskiego adwokata, istotnie niezwykle podobną
do pewnego typu kobiet z jego rysunków. Juna emancypantka
i to musiała przełknąć. A wkrótce pewnie i więcej.
Bruno szukał w ludziach podobieństwa do zwierząt.
Czasem dla żartu, czasem dla głębszych skojarzeń. Nie
zawahał się, gdy zapytałam, kogo mu przypominam.
— Pani? Antylopę!
— A pan? Kogo?
— Psa!
Śmiałam się z tego porównania mnie do długonogiej
gazeli. Ale pochlebiało mi, że tak mnie widział. Wolną,
niezależną, piękną i daleką.
On za to nie miał nic z psa, choć sądził zapewne, że
jest inaczej. Ani wierności, ani czułości, ani bezwzględnego
oddania. Jego pokora była udana. Uległość pozorna.
A podnóżkiem bywał tylko w pewnych okolicznościach…
Józefina? To było imię cesarzowych, władczych i intryganckich.
Wolał ją nazywać Juną, od Junony — prawdziwej,
nie-ziemskiej bogini. A ona zauważyła zaraz, kto
był męskim odbiciem mitycznej Junony — Genius, no tak,
wszystko było tak jak trzeba. Ona i On. Juna i Geniusz. Tylko
w pewnych chwilach degradował Junę do zwyczajnej Józi.
Ona go później do Brunia, domowego niedorajdy, mazgaja
niezdolnego do żadnej decyzji. A ta jego Józia miała być
zwykłą mieszczką, nudną panią nauczycielką, banalną
służebnicą codzienności. Myślała, że nazywa ją tak żartem.
Z czasem zaczęła mieć wątpliwości, czy to tylko żart.
Koleżankom imponowała wytworną elegancją. Nosiła
się klasycznie, z pełną wdzięku prostotą. Grafitowe lub
beżowe garsonki. Żakiet plus spódnica do pół łydki. Bez
biżuterii. Uczennice patrzyły w nią jak w obraz. Chciały
być jak ona. Zadbana, gustowna, błyskotliwa. Budziła respekt.
Ujmowała je też uwagą i cierpliwością.
Ktoś mu powtórzył, że nie jestem tylko milutka dla
uczennic w szkole, że je strofuję, że na przykład nie
pozwalam krzyczeć przez okno do chłopców przechodzących
ulicą. Radzę też nie nosić dekoltów i nie umawiać się
na spacery po zmroku. Że uczę je dobrych manier. Takie
drobiazgi, ale jemu się to nie podobało. Na moment jakbym
przejrzała się w lustrze jego rysunków. Czy nadaję się
na muzę prawdziwego artysty? I to muzę z małej, a Artysty
z dużej litery? Jednak te jego rysunki wcale mnie tak nie
odpychały, jak najpierw myślałam. Szukałam ich podobieństw
u włoskich mistrzów, nagiej Wenus Tycjana czy
Botticellego… Co powiedziałabym moim, wiedzionym do
przyzwoitości i doskonałości, uczennicom, gdyby mnie
o nie spytały? Na szczęście nic jeszcze o nas nie wiedziały.
A sztuka uwzniośla…
Ona też szybko zaczęła nazywać go Bruno. Nie Brunon,
co byłoby zgodne z regułami gramatyki, w której oboje
byli biegli. I nie Brunio, jak nazywali go w domu, z odrobiną
drażniącej ją jednak ironii. Brunio to przecież ktoś
mały i mało ważny. Jak zabawka albo żałosny człowieczek
z potarganymi nerwami. Wiedziała, że i za takiego go
mieli. W szkole, w rodzinie. Sam jej opowiadał o reakcjach
na jego artystyczne próby. „Brunio, ty mnie nie maluj, bo
sąsiedzi się będą śmieli…”. Matka biegała po kumach
skarżąc się, że szkicował prawie nagą służącą. „Co z tego,
że artysta? Rozbiera służącą! W moim własnym domu!”.
W rodzinie traktowano go z uwielbieniem, ale i z pewnym
rodzajem pobłażania. Jak artystę, jak dziecko? Mieszkał
z siostrą, siostrzeńcem i dalszą kuzynką. W niewielkiej
kamienicy przy Floriańskiej 10. Od kilku lat nie żyła matka.
Ojciec zmarł jeszcze w czasie wojny. Mag, fechmistrz
wyobraźni, prestidigitator. To była najważniejsza postać
w życiu i twórczości Bruna. Właściciel sklepu bławatnego
i nieprzebranej spiżarni synowskiej imaginacji. Bruno
obdarzył go niezwykłą artystyczną mocą. Badacz Księgi
był mędrcem i wyrocznią, potrafił stać się też i ptakiem,
i karaluchem… Nie lubiłam go. Zabierał mi Bruna.
Kobiety były zwyklejsze. Przede wszystkim matka,
siostra Hania, kuzynki. Do obsługi codzienności. I do
wielbienia. Strażniczki kuchni i pracowni. Były jeszcze
służące. Te kojarzyły mu się z młodością, nie obejmowało
ich rodzinne tabu — więc i z erotyzmem. Były obiektem
pierwszych jego zmysłowych marzeń. Tych, które rozkwitły
później tak obficie w rysunkach Bruna. I które, przyznaję,
tak mnie na początku szokowały.
Matka bolała nad dziwacznymi, artystycznymi skłonnościami
syna. Dumna była ze starszego, Izydora, dyrektora
w wielkim przedsiębiorstwie naftowym, który stał
się po śmierci ojca głową rodziny i główną jej finansową
podporą. Nie przypuszczała, że i Bruna czeka kiedyś ta
rola. Bo on taki nie do końca poważny… Niby nauczyciel
na państwowej posadzie, ale czasem narażał ją na wstyd
i gadanie na targu. A że portretuje sąsiadki w samej tylko
bieliźnie, a że jakiś z niego „masoch”. Nie rozumiała,
co mu zarzucano, ale była pewna, że to nie komplement.
I że nie pojawiał się bez powodu. Bo też „Brunio” żenić
się nie chciał. Rysował te swoje dziwaczne szkice. Znikał
wieczorami. I listów dostawał za dużo.
Miał być inżynierem, studiował coś nawet, ale budownictwo
lądowe przegrało w walce z jego mizerną posturą.
Stale chorował. Gorączkował. Z powodu zębów, oskrzeli,
pęcherza. Skończyło się na leżeniu w łóżku. Długo. Za długo.
Pewnie tam się namnażały te chorobliwe myśli. Przy
stałym pisaniu. I rysowaniu. Co prawda, gryzmolił już
jako dziecko. Próbował rysować na brzegach gazet i kawałkach
toreb, w które sypano na targu kaszę i rodzynki.
Najczęściej powozy z końmi. Albo dorożkę z nastawioną
budą. Z płonącymi latarniami wyjeżdżała z nocnego lasu.
Dziwne, jak na dziecko, obrazy.
Potem rysował dziecięce główki bratanków. Odwiedzał
ich we Lwowie, bo Izydor rzadko bywał z rodziną
w Drohobyczu. Zamożny brat wolał, żeby dzieci omijały
tamten ponury, jakby skażony chorobą, dom. Bruno lubił
z nimi przesiadywać, sam niewielki i przywiązany do
bajek. Razem fantazjowali o życiu na bezludnej wyspie…
Dwukrotnie tylko odwiedziłam Bruna w domu. Raz,
by zobaczyć jego „pracownię” — spartański pokój bez
specjalnego wyposażenia, drugi raz podejmowana przez
siostrę Hanię. Tę, która po śmierci matki przejęła z czasem
jej rolę. W obu przypadkach przeżyłam to mocno. Ciemne
wnętrze pełne antycznych mebli. Dziwne książki hebrajskie,
modlitewniki, wieloramienne świeczniki. Ściany pokryte
portretami, pochodem zjaw o wykrzywionych obliczach
i zniekształconych ciałach. Byłam pod wrażeniem
ciszy i spokoju panujących w tym miejscu, ale była to
cisza chorobliwa, podkreślająca jakby tutejsze bytowanie
na marginesie życia. I te osobliwe postacie: dziwaczny,
niepracujący siostrzeniec, jakaś kuzynka, ktoś w rodzaju
rezydentki, starsza siostra wdowa… A wszyscy oni uzależnieni
z czasem od nauczycielskiej pensji Bruna.
Tam najczęściej wracały jego opowieści o czarnych
gąsienicach, karakanach i złych motylach. Na zewnątrz
nie robiły na mnie takiego wrażenia. W tamtej przestrzeni
kompletnie mnie obezwładniały. Usidlały bez nadziei.
Pozbawiały ratunku.
Ten dom był tajemniczy, jak z okrutnej bajki. Albo —
jak się niedługo mogłam przekonać — z prozy Bruna.
Między kuchnią a pokojem ciągnął się dość obszerny
zagracony korytarz. Stała tam szafa z fotograficznym
sprzętem Bruna, z tymi jego kliszami, których używał do
swoich grafik. Ale wtedy prawie nikt nie wiedział — co to
takiego. Opowiadali mi uczniowie, że „pan Schulz” chodził
do fotografów, załatwiał jakieś zużyte szkła i skrobał
coś na nich. To były prace do późniejszej Xięgi Bałwochwalczej.
Rysunki, na które oni z ciekawością, ale i odrobiną
lęku spoglądali. Pomagali mu na jego prośbę. Nie
zachęcał ich do oglądania, niczego też nie zabraniał.
Mnie pokazał tę technikę dokładniej. Rysował igłą na
warstwie czarnej żelatyny pokrywającej szkło, poprawiał,
odsyłał wszystko z powrotem do fotografa. Rysunek stawał
się negatywem, jak na fotografii. Bruno naświetlał
światłoczuły papier, wywoływał i żmudnie poprawiał
szczegóły. Jeśli nie był pewien rezultatu, korygował kreskę
i grę świateł na roboczym stole pod oknem, znowu prosił,
by odnosić do pracowni. I tak wiele razy, przy wielu grafikach.
Odbijanych w małych seriach na różnych rodzajach
papieru (bromo-srebrny, o podłożu kremowym, matowej
powierzchni). To były te jego słynne cliché-verre. Prawdziwe
rękodzieło. Ostatnie chyba takie w sztuce XX wieku…
Z jednej strony korytarz, gdzie upchnięto jeszcze maszynę
do szycia i składane łóżka, prowadził do oszklonej
werandy, z drugiej do ciemnego pokoiku — komory, który
był niegdyś sypialnią matki. Niewiele o niej mówił, ale
póki żyła, pilnowała domowych rytuałów, prania, kąpieli,
sezonowych gotowań czy wypieków. Starała się scalać
rodzinę. Niech się zjeżdżają, choćby tylko na święta,
jedzą wspólnie jak należy w stołowym pokoju, poznają
się trochę. Rodzeństwo to rodzeństwo. Hania, biedna jak
Brunio, żona samobójcy, z chorym synkiem, ale Izydor —
wielki nafciarz, ustawiony życiowo, przystojny mężczyzna,
niech pomoże reszcie! Pomagał. Przysyłał podobno
trzysta złotych miesięcznie.
No i był pokój Bruna. Tylko do niego zajrzałam. Zwykłe
łóżko, krzesło, stół, mnóstwo rysunków na ścianach.
Kłębiące się, często nagie, postacie. Aż świeciły w półmroku
ich lubieżne ciała. Nieznanymi pragnieniami, poniżeniem,
błaganiem o litość. Ręce z biczami. I on jak
podnóżek. Coś chciał mi jeszcze pokazywać, jakiś portret
namalowany przez przyjaciela, ale widziałam tylko ogniste
zygzaki. I tę piękną dziwkę z rynku w rozkloszowanej
sukni i kapeluszu w centrum kilku rysunków. Więc jednak!
Nie rozumiałam, że chce mnie prowadzić do okna, że
coś bąka o górach, o Karpatach, które można zobaczyć
w prześwicie domów naprzeciwko. Niczego nie słyszałam,
niczego nie widziałam. Wybiegłam jak rażona prądem.
Jak przystało na dystyngowaną panią nauczycielkę. Może
nie Józię. Ale na pewno praktyczną Józefinę!
W pokoju siostry można się było za to przytulić do
kaflowego pieca, jak w dzieciństwie. Mnie pozwalał. Przysiadał
obok. Ale nawet w tym geście tkwił cierń. Bo tu
mógł się kiedyś pocieszyć i wypłakać. Tu go nie mogła
dosięgnąć piastunka, o której mi opowiadał. I którą zapamiętał
na całe życie. Karciła go i biła — kilkuletniego — za
najlżejsze przewinienie. Okrutnie, mściwie, tak żeby nikt
nie wiedział i nie domyślił się. Był upartym niejadkiem,
duchem osobnym i osobliwym, więc jej zdaniem należało
mu się.
Ta awersja do jedzenia została mu na całe życie. Kiedy
go poznałam, ważył niewiele ponad pięćdziesiąt kilogramów,
dawkował ziemskie pokarmy — kromka chleba, plasterek
sera, trochę wędliny. Napełnianie brzucha uważał za
banał i żadne zaklęcia jego zakopiańskich kompanów niewiele
tu zdziałały. Kim była jego prześladowczyni z dzieciństwa?
Polką, Ukrainką? Nadawał jej w opowieściach
różne imiona. Adela, Rachela, Sara… Nie wiem, czy to nie
ta okrutna niania uruchomiła jego późniejsze niepokoje.
Doktor Freud miałby tu pewnie wiele do powiedzenia.
Nie lubiłam atmosfery tego domu, przykrej, dziwacznej,
ciężkiej. Choć przecież i on, i siostra Hania byli dla
mnie mili. Ale ten mrok… Te rysunki patrzące ze ścian.
Równie ciemne, choć nagość aż na nich błyszczała. Biła
w oczy. Nie rozumiałam, jak mógł pokazywać je swoim
uczniom. I te oczy Bruna patrzące z prawie każdego obrazka.
Jego trójkątna błagalna twarz uniżonego sługi. Tylko
uciekać…
A on był tam u siebie. W mroku własnego gniazda,
w rytmie swoich pragnień i oddechu pożądania. W swoim
kosmosie. Nigdy naprawdę i do końca niedzielonym z nikim.
Wyobrażałam sobie, że to udźwignę?
 
 
Spis ilustracji
s. 6 Józefina Szelińska, fot. B. Schulz. Archiwum Jerzego
Ficowskiego.
s. 11 Józefina Szelińska, rys. B. Schulz, ołówek / papier, 1934.
Fot. Muzeum Literatury / East News.
s. 12 Autoportret, rys. B. Schulz, 1930. Ze zbiorów Muzeum
Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie.

 

 

Agata Tuszyńska – pisarka, poetka, reportażystka, córka znanego reportera sportowego Bogdana Tuszyńskiego i dziennikarki Haliny Przedborskiej. Ukończyła Wydział Wiedzy o Teatrze na warszawskiej PWST. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim.
 
Jest autorką popularnych książek o teatrze i biografii m.in. Marii Wisnowskiej, Isaaca Bashevisa Singera oraz Ireny Krzywickiej. Również jej książki autobiograficzne: Rodzinna historia lęku oraz Ćwiczenia z utraty spotkały się z gorącym przyjęciem. Wydana w marcu 2005 bestsellerowa Rodzinna historia lęku (nominowana do Prix Medicis) to dramatyczna i wielowymiarowa opowieść o losach polskich i żydowskich przodków autorki. Zapis walki z chorobą nowotworową jej męża jest tematem osobistej książki Ćwiczenia z utraty (2007), która ukazała się także po francusku i koreańsku. Oskarżona: Wiera Gran - historia śpiewaczki z warszawskiego getta oskarżonej po wojnie o kolaborację z Niemcami była niekwestionowanym bestsellerem i tematem burzliwych dyskusji. Oskarżona… doczekała się wielu zagranicznych wydań, między innymi we Francji, Hiszpanii, Włoszech, Holandii, Grecji i Izraelu, w Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Tyrmandowie. Romans amerykański (2012), to opowieść o ostatnim okresie życia autora Złego u boku jego amerykańskiej żony Mary Ellen Fox. Równolegle z biografistyką i reportażem Agata Tuszyńska uprawia twórczość poetycką.
 
W swoim dorobku ma m.in. Nagrodę im. Ksawerego Pruszyńskiego, przyznawaną przez polski Pen-Club za wybitne osiągnięcia w dziedzinie reportażu literackiego i literacką eseistykę.

 

GLK. Informacja nadesłana

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.