fesstiwal słowa w piosence
--

Recenzja: Ewa Kuryluk, Manhattan, Mała Wenecja

Recenzje [10.10.16]

Wywiady z ludźmi sztuki mają to do siebie, że albo dawkują nam sporo informacji biograficznych albo gubią się w meandrach analitycznych odautorskich wypowiedzi. Agnieszka Drotkiewicz uniknęła tych niebezpieczeństw, gdyż obie rozmówczynie często zamieniają się rolami.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

I tak, to Ewa Kuryluk zadaje pytania Agnieszce zamieniając się w słuch. Obie bardzo dokładnie śledzą i analizują własne odpowiedzi. Widać, iż traktują tą rozmowę niezmiernie poważnie. Stąd zwykły wywiad z artystką tej rangi, co Kuryluk zamienia się w dyskurs dwóch świadomych swoich artystycznych korzeni i inspiracji kobiet. Kobiet, których pasją i całym światem jest sztuka i kultura przez duże K.

Pytanie jakie się nasuwa to, czy można opowiedzieć siebie i swoją drogę artystyczną nie tracąc dystansu i nie wpadając w meandry literackich dygresji, a także  nie tracąc z oczu głównej drogi? Wydaje się, że odpowiedzi Ewy Kuryluk zawierają w sobie po równo, tak informacje autobiograficzne jak i te dotyczące jej warsztatu literackiego i malarskiego. Rozmówczyni Agnieszki Drotkiewicz utrzymuje nas zatem w stanie duchowej równowagi. Wraz z nią przechodzimy od jednego do kolejnego progu doświadczenia życiowego, artystycznego, a zarazem duchowego. Bo czym jest dzieciństwo jak nie zaczynem jakieś niesamowitej podróży w czasie, w jaką zabierają nas dorośli pokazując nam swój świat. A to jest niezmiernie ważne, przede wszystkim na tym wstępnym  etapie samopoznania. Później to składa się na nasz światopogląd i credo artystyczne.

Z racji, tego, iż ojciec Ewy Kuryluk, Karol Kuryluk był PRL-owskim ambasadorem jej pobyt z Wiedniu, Paryżu czy w Nowym Jorku jest ściśle związany z wykonywaną przez niego profesją dyplomaty. Środowisko intelektualno-artystyczne w jakim się obraca, od lat wczesnej młodości staje się źródłem jej późniejszej, własnej drogi artystycznej. Tropy jakimi nas prowadzi po swoich "miejscach dobrych energii i inspiracji" składają się potem na jej osobisty Manhattan czy „Małą Wenecję", ale dochodzi do tego Wiedeń, Paryż, Wenecja, Urbino, Londyn.

Z tych wszystkich ucywilizowanych mandali rodzą się jej późniejsze książki, obrazy i wiersze. Wędrujemy zatem przez jej „Wiek 21, „Grand Hotel Oriental", „Goldi i Frascati,". Bo jak pisze Kuryluk: „„prawdziwa sztuka rodzi się z niedosytu i tęsknoty". Na jej oczach rodziła się i umierała awangarda, underground, performance,ale także Rauschenberg, Pound, Ginsberg, Calder. Każdy z nas ma bowiem zaledwie moment dla siebie, by odcisnąć swoje artystyczne piętno na rzeczywistości i nierzeczywistości w której żyjemy. Bo po nas nadchodzą inni, tak samo zdeterminowani w swojej młodości i potrzebie buntu, burzenia zastanych schematów,prądów czy idei.

Kuryluk oprowadza nas po swoim osobistym panoptikum, pomaga jej w tym Agnieszka zadając pytania nie tyle o sens i prawdę, co próbuje „rozbierać" jej książki i obrazy na elementy, zdania, motta czy przesłania. Często jedno zdanie czy sformułowanie staje się zalążkiem nowego wątku w dyskusji, tak jak np. znaczenie słó-kluczy: destination, terminu fotoromanzo czy planety fraternitatis.

Kuryluk ocierała się o wielkość tamtegoe świata, ludzi go stanowiących: familię Brezów, rodzinę Infeldów, Tadeusza Konwickiego, prof. Kazimierza Wykę, Stefana Themersona, Irenę Krońską, prof. Leszka Kołakowskiego, Dorothy i Martina Weinsteinów, ich kuzynkę Ann Snitow, Ankę Gecow, fizyka Helmuta Otto Karla Kirchnera, i wielu innych. I jeżeli nawet większość tych nazwisk nic Państwu nie mówi, to oni i setki im podobnych współtworzyli klimat tamtych lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, osiemdziesiątych...

Nasze życie to nieustanny collage na który składają się odpryski rozmów, lektur, spotkań, przyjaźni, podróży, wycieczek, odwiedzin w galeriach, muzeach. I tylko nasz wewnętrzny głos pomaga nam w tym, aby nic nie zgubić z tej układanki, ale i tak często po omacku, korzystając z pośrednictwa snu skrupulatnie zbieramy to, co spadło ze stołu w otchłań niepamięci, co porwał podmuch wiatru, historii, pamięci. Ale dlatego właśnie towarzyszenie Ewie Kuryluk w nanizaniu korali na ten literacko-malarski naszyjnik staje się z kartki na kartkę czystą przyjemnością.



Gabriel Leonard Kamiński

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.