fesstiwal słowa w piosence
--

Wywiad z p. Ryszardem Katarzyńskim, autorem "Życiorysów niepoprawnych"

Wydawnictwa [09.10.09]

Wywiad z Panem Ryszardem Katarzyńskim, autorem „Życiorysów niepoprawnych” i „Domu” wydanych w wersji elektronicznej siłami wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera – www.goneta.net.

Gawędziarz, zdroworozsądkowo podchodzący do życia, wiele lat pracujący jako „prywaciarz”. Sam siebie określa, że był „zgniłym kapitalistą” Dziś cieszy się, że jest na emeryturze i może oddawać się swoim ulubionym zajęciom. Mieszka daleko od cywilizacji, ale to wcale nie oznacza wycofania się z życia. Wręcz odwrotnie. Najnowsze książki autorstwa Pana Ryszarda Katarzyńskiego, wydawane tu i ówdzie przeczą jakoby Pan Katarzyński chciał wycofać się w swój emerytalny stan. Jego emerytura to raczej kolejny etap przejściowy do osiągnięcia kolejnych celów i absolutnego szczęścia.

Redakcja: Skąd Panu przychodzą pomysły do napisania książek?
Ryszard Katarzyński: Zrobię nadętą minę i poudaję "literata"… Pomysły Są We Mnie! A poważnie... Pomysły... Pomysły to mam na jakąś scenkę, kawałeczek trafionego dialogu, sytuację, jakieś banalne sformułowanie... Obudowuję to tekstem, w przód, czasem w tył, macam jak takie coś się rozwinie. Czy powstaje jakiś ciekawy wątek? I najczęściej utykam. Na długo. Tak to jest z pomysłami. Sam pomysł, jeżeli ja sam nie mam nic istotnego do powiedzenia czytelnikowi, to za mało. Nawet jak wszystko daje się z sensem kontynuować. Tak było z opowiadankiem „Stara sztuczka”. W czasie wycieczki z wnukiem takimi pustkami nadrzecznymi, wzdłuż wyschniętych i zdewastowanych stawów rybnych wyobraziłem sobie scenerię: A gdyby dodać powódź? Zalałoby to wszystko bo wszystkie przepusty i jazy są niesprawne... A potem wybrałem się do kumpli na zjazd klasowy. Widok twarzy znajomych po pół wieku... Kawał historii. Losy rozrzuciły nas po świecie. Nasze domowe rewolucje dodawały swego. Zwyczajny konflikt tych czasów i odwrócenie schematu, kto dobry a kto zły.
R.: Dużo Pan podróżował w swoim życiu? I w kraju, za granicą?
R.K.: Jako „turysta” raczej niewiele. Wszelkie zbiorowe, zorganizowane wyjazdy, jakoś mało mnie podniecają. Ale lubię się włóczyć indywidualnie, albo we dwoje. No… grupka mieszcząca się w jednym samochodzie też jest dopuszczalna. Za młodych lat sporo włóczyłem się po Polsce autostopem. Nie tylko w sezonie letnim. A za granicą? Na saksy do Niemiec w latach osiemdziesiątych. Taka moda była. Ze skórkami lisów na Węgry też jeździłem. Po 89. w interesach — Ukraina, Białoruś, Słowacja.
R.: Czy zawsze odczuwał Pan łatwość pisania?
R.K.: Zawsze miałem łatwość formułowania myśli. Jestem gadułą. A jak trafi się jakiś temat, w którym mam „swoje zdanie”, to niech dobry pan B. ma w opiece moich słuchaczy. Albo czytelników. Zagadam na śmierć. Łatwiej mi kontrolować moje rozgadanie w tekście pisanym. Tam bez bólu wyrzucam cale fragmenty, a czasem dziesiątki stron, które bez szkody dla logiki tekstu można sobie darować. Nawet jeżeli są to całkiem smaczne kawałki. Czasem takie wersje tekstu zostawiam sobie gdzieś w kąciku komputera. Na potem.
R.: Jak to jest być tym zgniłym kapitalistą — jak to Pan określa?
R.K.: Zwyczajnie. Przecież u nas, każdy „prywaciarz” to kapitalista-krwiopijca! Wyzyskiwacz! A jak przeciętny człowiek patrzy na właściciela sklepiku czy straganu? „Noo… przecież ten to zdziera! Kupił po pięć a sprzedaje po piętnaście! Wyzyskiwacz!”. A nawet nieprzeciętni — takie roztropki, jak minister Sawicki — taki sam rozumek prezentują. Ceny w hipermarketach będą kontrolować, czy aby kapitaliści za dużych marż nie liczą!? Tyle że w tych supermarketach to najczęściej ceny detaliczne — mimo tych „zawyżonych” marż — są niższe od tych w rodzimych i rodzinnych sklepikach. Antyspekulacyjne trójki robotniczo-chłopskie panu ministrowi się przyśniły! Jak to jest być kapitalistą? A wzruszać ramionami na związkowe miasteczka namiotowe tu i ówdzie, palenie opon i inne takie. Jeżeli o mnie chodzi to związkowcy zrobili wszystko, żebym od polowy lat dziewięćdziesiątych nie zatrudnił nikogo etatowo. A był czas, że dawałem zatrudnienie ponad stu ludziom. I na zdrowie mi wyszło, że wszystkich pozbyłem się za jednym zamachem. Zwolnienia grupowe to się nazywa. W Słupsku byłem chyba pierwszym odważnym. Zaliczyłem pół roku latania na rozprawy do Sądu Pracy.
R.: Czy teraz jest dobrze - być na emeryturze?
R.K.: Ja jestem wyjątkowy szczęściarz. Mnie na emeryturze jest dobrze! Robię to, co lubię robić. To, co sobie zaplanowałem bardzo dawno temu. Mieszkam w miejscu takim, które sobie wymarzyliśmy z żoną i od ponad dwudziestu lat to miejsce ciągle jeszcze stwarzamy. Mamy bzika na punkcie książek i te kilka tysięcy tomów stanowi najistotniejsze umeblowanie. I ciągle coś przybywa na półkach. Mam swoje zabawki-pukawki... Mieszkanie w chałupce na końcu wsi, pod lasem dostarcza niezbędnej porcji prac ręcznych, żeby zmusić do dbania o własną kondycję... I inny aspekt. Żadnych niewypłacalnych kontrahentów. Żadnych kontroli z Urzędu Skarbowego, albo sanepidu. Albo ZUS-u. I świadomość, że teraz, to ja odkradam to, co mnie systematycznie podkradano przez te wszystkie lata. Zamierzam pożyć tak długo, żeby wypłaty emerytury przerosły wszystko to, co mnie chapnięto w postaci składek zusowskich i podatków. Żadnego sfrustrowanego personelu który leci ze skargą do PIPu. Albo zakłada związki zawodowe.
R.: Skąd pomysł na „Życiorysy niepoprawne”?
R.K.: Nie tak dawno na swoim blogu www.na-emeryturze.blog.onet.pl o tym wspomniałem. Zaczęło się od końca. Od „Grzesia”. Poznałem kiedyś pierwowzór Grzesia i jego szefa. Ani jeden ani drugi nie ukrywał swoich negatywnych opinii na temat lustracji. Wyobraziłem sobie taką scenkę między nimi. Pasowała mi do końcowego rezultatu zmian w tej spółce. Jakoś to się zapisało i wyglądało nieźle. Grzebałem przy tym troszkę w archiwaliach i te przepisywane, a nawet wręcz przerysowywane życiorysy, ankiety personalne z lat czterdziestych, pięćdziesiątych... Wychowywałem się w takim miasteczku na Ziemiach Odzyskanych. Twarze i historie ludzi, których znałem... Znałem takiego kapitana KBW. Też był mizernego wzrostu. Za to, w czasach gdy go znałem był gruby jak beka. Znam wielu ludzi, którym pomógł. I nikomu nie zaszkodził. Zmarł w połowie lat siedemdziesiątych na wylew. Takiego ubeka Kazia też poznałem. Taka wredna postać, że wszystko co złe o nim to jego kumple opowiadali, żeby przestrzec postronnych. Historie rodziny ze Śląska Bronka harcerza są autentyczne. Nic nie musiałem wymyślać. A historii takich jak Ireny jest pełno w archiwalnych nagraniach Fundacji Shoah.
R.: Czy ktokolwiek z bohaterów ma z Panem coś wspólnego? A może utożsamia się Pan z którymś z nich?
R.K.: Jeżeli coś wspólnego, to niektóre poglądy. I rocznik 43. Jak Grześ. Ale na dacie i miejscu urodzenia podobieństwa się kończą. Po to opowiadałem te historie, żeby przedstawić inny, odmienny od obowiązującego dzisiaj ogląd ostatnich pięćdziesięciu-sześćdziesięciu lat. Znałem ludzi, którzy mieli do przeżycia swoje własne życie, swoje własne miejsce, swoje własne warunki. W tych warunkach jakie mieli, chcieli założyć rodziny wychować dzieci, mieć co jeść, gdzie mieszkać. Podejmowali decyzje takie jak podejmowali. Płacili cenę. Świadomie.
R.: A może sam Pan przeżył jakąś część z tego, co Pan opisał w „Życiorysach Niepoprawnych”?
R.K.: Zawsze jakiś fragmencik historii jest zerżnięty z własnego życiorysu. Rzeczywiście, w czasach gdy pracowałem w budownictwie, byłych ubeków parę sztuk u nas pracowało. I naprawdę była taka sytuacja że biurko w biurko siedział ubek były — i akowiec, rozparcelowany ziemianin. Rzeczywiście wstąpiłem do partii w takim głupim roku, jak 68. Tyle że było na odwrót. Najpierw zrobili mnie kierownikiem, a potem kolega — wtedy sekretarz pop — przyszedł do mnie i wręcz powiedział, że ma takie zadanie partyjne, żeby mnie „wciągnąć”. Bo ostatnio bardzo zaniedbał się w pracy ideowo-wychowawczej i na egzekutywie opierniczyli go strasznie. No to, jak on mnie wciągnie to się odczepią. „Bądź człowiekiem, Rysiek! Co ci zależy?”. No, to rzeczywiście nie zależało mi, a sporo rzeczy ułatwiało. Przy szukaniu nowej pracy na przykład. W każdej firmie, jak się miało być kierownikiem, to pierwsze pytanie było: „Jest pan partyjny?”. No to byłem.
R.: Czy nie korciło Pana, żeby kontynuować sagę tej rodziny? A może ma Pan jeszcze w zanadrzu inne podobne historie?
R.K.: Nie bardzo. Bo musiałbym pisać o żyjących. Mogłoby to być niezdrowe. Dla mnie. To już lepiej jakiś kryminał, albo coś o czarodziejach. Albo duchach... [śmiech].
R.: Dziękuję Panu bardzo za rozmowę.

W październiku odbędą się dwa spotkania z panem Ryszardem Katarzyńskim.

Pierwsze w dniu 03.10.2009 o godz. 18.00 w Teatrze Rondo, ul. Niedziałkowskiego, w ramach VIII Dni Kultury Żydowskiej w Słupsku. Spotkanie poprowadzi Zbigniew Marecki, dziennikarz „Głosu Pomorza”.

Drugie w dniu 17.10.2009 w Gdańsku w ramach Biografii Gdańskich — VI Dni Mniejszości Narodowych na starym mieście.

Na oba serdecznie zapraszamy!!!

K.P. Informacja nadesłana

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.