fesstiwal słowa w piosence
--

Recenzja: „Wszystko co lśni", Eleanor Catton

Recenzje [19.10.16]

Moja przygoda z tym jakże przepastnym tomiszczem rozpoczęła się pewnego weekendu, gdy odwiedzałem ojca. Tak zwana "cegła" leżała sobie ot tak, pośród wielu innych, oczekujących na zbawcę, który weźmie ją do domu, przeczyta i zrecenzuje. Jako, że lubię wyzwania, wziąłem ze sobą do domu liczącą sobie ponad 800 stron ogromną księgę autorstwa Eleanor Catton, zatytułowaną „Wszystko, co lśni", za którą autorka otrzymała w tym roku prestiżową nagrodę Bookera.

Przez najbliższe kilka tygodni zajmowała mi relatywnie sporo czasu. Powieść ta jest napisana znakomicie, nie sposób się od niej oderwać. Z początku byłem pewien, że te 800 stron mnie zniechęci, jakakolwiek historia zapisana na tak wielu kartach okaże się przydługawa i niekoniecznie warta zachodu. Finalnie efekt był zupełnie odwrotny. Pod koniec książki martwiłem się, że zostało już znacznie mniej, niż 100 stron i za chwilę się skończy. Jakkolwiek Wszystko, co lśni zawiera w sobie arcyciekawą, niezwykle przyjemną opowieść, niewiele z niej wyniosłem. Nieco zawiedziony faktem i przepełniony obawą, że może jest to dla mnie książka zbyt trudna, przeglądnąłem na internecie opinię innych. Obok pełnych superlatyw recenzji w popularnych portalach, znalazłem też sporo spostrzeżeń "szeregowych" czytelników i okazało się, że z moim wrażeniem z lektury drugiej w dorobku powieści Eleanor Catton nie jestem odosobniony. Zacznijmy jednak od początku.


Jest rok 1866. Walter Moody, zwabiony gorączką złota, która właśnie rozpoczęła się w Nowej Zelandii, przybywa do Hokitika, jednej ze świeżo powstających tam osad. Podczas silnej ulewy znajduje schronienie na noc w pobliskim hotelu. Okazuje się, że w głównej hali przybytku ma miejsce niezwykłe zebranie 12 tajemniczych mężczyzn, z których każdy powiązany jest w taki, czy inny sposób z pewną tajemniczą historią z wieloma wątkami...


Wszystko, co lśni według mnie jest swego rodzaju idealnym, podręcznikowym wręcz wzorem czytadła. Mimo niezwykle rozbudowanej formy, a intryga, którą Catton rozpisała na ponad 800 stron jest miejscami dość skomplikowana, strony uciekają jedna za drugą. Każdy z dziesiątek bohaterów skojarzony jest ze swym znakiem zodiaku, co z tego, co zrozumiałem ma w jakimś stopniu determinować sposób, w jaki myśli i postępuje. Tak ogromna rzesza postaci bardzo ubogaca tę powieść, zwłaszcza, że każda z nich jest opisana bardzo dokładnie, począwszy od sposobu myślenia, osobistych przeżyć, skończywszy na ubiorze i preferowanych potrawach. Wrócę w tym miejscu do myśli, którą rozpocząłem - mianowicie, że przez całą lekturę miałem nieodparte wrażenie, że klasyczna forma Wszystko, co lśni sugeruje, że jest to lektura ambitna, wymagająca od czytelnika szczególnego zaangażowania. Dzieje się tak, przede wszystkim dlatego, że powieść Catton jest bardzo precyzyjną stylizacją na klasyczną powieść wiktoriańską. Każdy rozdział opatrzony jest krótkim opisem, w którym dowiadujemy się pokrótce (acz bez psujących radość z lektury detali) o jego zawartości. Nad przebiegiem całości czuwa wszechwiedzący narrator, który nie oszczędza nam detali przy przedstawianiu bohaterów, sięga w nich głęboko, nie pozostawiając niczego bez wyjaśnienia i nierzadko oceny. W dodatku każde pomieszczenie, każdy element stroju, każdy atrybut każdej z kilkudziesięciu postaci jest niezwykle dokładnie opisany. Właśnie ten natłok informacji sprawił, że w pewnych momentach się gubiłem i wątpiłem we własne zdolności intelektualne. Uzmysłowiłem sobie jednak, że chyba staram się traktować żart poważnie. Wszystko, co lśni można bowiem spokojnie uznać za parodystyczne podejście do koncepcji powieści wiktoriańskiej. Od tego momentu wszystko nabiera sensu. Krótkie opisy przed rozdziałami pod koniec powieści wydają się śmieszne, streszczają już nierzadko tylko jedną, albo nawet mniej stronę, zanikają jak budowana na początku klasyczna konwencja wiktoriańska. Wszystko, co lśni to tak naprawdę zabawa konwencjami w literaturze, zabawa pełna z jednej strony grozy, z drugiej strony swego rodzaju ironii, w dodatku połączona z niezrozumiałym przynajmniej dla mnie wątkiem astrologicznym. Okazuje się jednak, jak dowiedziałem się z jednej z recenzji, owa astrologia, jeśli się w niej orientować na równi z autorką wprowadza dodatkowy smak i jeszcze więcej możliwych interpretacji. To i wiele innych aspektów, na które być może nie zwróciłem uwagi czynią powieść Eleanor Catton prawdziwą esencją literatury, która mimo, że chwilami może nie w pełni zrozumiała, zawsze cieszy.

Gabriel Wiktor Kamiński

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.